Pokaż wiadomości

Ta sekcja pozwala Ci zobaczyć wszystkie wiadomości wysłane przez tego użytkownika. Zwróć uwagę, że możesz widzieć tylko wiadomości wysłane w działach do których masz aktualnie dostęp.


Pokaż wątki - nori

Strony: [1]
1
Komiksy amerykańskie / Chronologia Marvel i DC Comics
« dnia: Śr, 07 Lipiec 2021, 21:34:00 »
Chronologia Marvel i DC Comics

Pozwoliłem sobie na założenie osobnego wątku poświęconego tematowi "jak czytać", czyli chronologii albumów wydawanych głównie w ramach Marvel NOW, Marvel NOW 2.0 oraz Nowe DC, DC Odrodzenie i DC Universum. Wiele osób narzekało, że grafiki te giną w poszczególnych wątkach, więc zapewne osobny temat pozwoli na łatwiejszy do nich dostęp. Przy okazji grafiki Marvela doczekały się małej aktualizacji, oprócz małych poprawek kosmetycznych, dorzuciliśmy także kolumnę z tomami wydanymi w ramach kolekcji oraz przez Wydawnictwo Mucha Comics. Oczywiście ogromne podziękowania należą się koledze michał81, który podzielił się swoja ogromną wiedzą, i zadbał, by wszystko było ułożone jak należy!



Nowe DC Comics

Grafika oparta na oryginalnej rozpisce Egmontu, ale poprawiona i uzupełniona. Zawiera, oprócz regularnych serii, także tomy wydane w ramach linii DC Deluxe.





DC Odrodzenie i DC Universum

Egmont sporo miesza w tych liniach, poszczególne serie są wydawane w szacie graficznej zarówno Odrodzenia jak i Uniwersum, stąd też jedna rozpiska poświęcona obu liniom. Z powodu sporej liczby najróżniejszych zależności układ może wydawać się skomplikowany, ale michał tak to pokładał, że wszystko składa się w logiczną całość. Albumy w fioletowej ramce nie wchodzą bezpośrednio do tych linii, ale są ważne dla niektórych wydarzeń przedstawionych w pozostałych seriach, stąd ich obecność na grafice. Oczywiście grafika będzie aktualizowana, wraz z pojawianiem się nowych tytułów.





Marvel NOW

W dwóch wersjach: z tytułami wydanymi tylko przez Egmont (dla tych, co nie trawią kolekcji) i z bonusową kolumną w której znalazło się miejsce na pozycje z WKKM, SM i Mucha Comics.







Marvel NOW 2.0! (Fresh)

Także w dwóch wersjach, dodatkowo zamieściliśmy tutaj Wojny Nieskończoności, które Egmont wydał już jako Marvel Fresh, ale tak naprawdę jest to bezpośrednia kontynuacja i zamknięcie wątków z serii Strażnicy Galaktyki.







Marvel Fresh

Na pewno będzie, jak już na rynku ukaże się trochę tytułów z tej linii.



Marvel DC Chronologia

Oczywiście w takim wątku nie można zapomnieć o stronie prowadzonej przez naszego forumowego kolegę Maragasta. Strona w całości poświęcona jest zagadnieniu jak czytać dane eventy, serie, przygody bohaterów, linie itp. Dodatkowo Maragast bierze na tapet wszystko, co ukazało się w polskojęzycznej wersji. Wspaniała skarbnica wiedzy, cały czas także aktualizowana!

https://marveldcchronologia.wordpress.com/



Ogólnie, jak ktoś się w tym gubi i przeraża go ten ogromny świat, nie ma się co bać: najważniejsze, to zacząć czytać! Z każdym kolejnym zeszytem, wszystko będzie się pięknie układać!

2
Komiksy amerykańskie / Tomb Raider
« dnia: Wt, 29 Czerwiec 2021, 00:43:41 »
Seria gier Tomb Raider debiutowała w 1996 roku i praktycznie od razu zaskarbiła sobie przychylność growego świata. Przygody dzielnej pani archeolog, jak i sama postać Lary Croft skradła serce niejednego gracza. Przez następne lata ukazywały się kolejne części, niestety seria w końcu zaczęła zjadać własny ogon. W 2003 premierę miała już szósta z kolei odsłona, pierwotnie zapowiadana na wielką rewolucje, okazała się niedopracowaną wydmuszką, co wymusiło na producentach diametralną zmianę podejścia do marki. Odświeżenie z 2006 roku wypadło niezwykle udanie, a kolejne dwie części także prezentowały się całkiem przyzwoicie. Jednak marka została zamrożona, a kolejne odświeżenie ukazało się w 2013 roku, przedstawiając przygody odmłodzonej i nieco urealnionej Lary, co zaowocowało dwoma kontynuacjami, niestety ostatnia nie zebrała już zbyt pochlebnych recenzji, a seria ponownie trafiła w odmęty niebytu.

Oczywiście to tak w wielkim skrócie, gdyż najróżniejszych zawirowań i ciekawostek wokół gier jest mnóstwo, ale to temat na inną okazję. Ważne by podkreślić, że postać Lary Croft wdarła się z sukcesem w popkulturę. Co zaowocowało szeregiem produktów na licencji, w tym oczywiście komiksów.

Lara trafiła pod skrzydła wydawnictwa Top Cow, a jej pierwsze komiksowe przygody przedstawiały współpracę z już popularną postacią w komiksowym światku: Witchblade. Za scenariusz i grafikę odpowiadał Michael Turner, który z zadania wywiązał się śpiewająco, komiksy spodobały się czytelnikom, co dało zielone światło do powstania serii już poświęconej tylko naszej pani archeolog.

Tomb Raider/Witchblade (1997)
Witchblade/Tomb Raider (1998)

Główna seria była wydawana w latach 1999-2005, w jej ramach ukazało się w sumie 50 zeszytów, plus numery 0 i 1. Oczywiście to nie wszystko, kolejna seria, nazwana Tomb Raider: Journeys liczyła 12 zeszytów wydanych w latach 2001-2003, oprócz tego ukazało się sporo wydań specjalnych:

Tomb Raider: Origins (2000)
Tomb Raider: The Greatest Treasure of All (2002/2005)
Tomb Raider: Epiphany (2003)
Tomb Raider: Scarface's Treasure (2003)
Tomb Raider: Takeover (2003)
Tomb Raider: Arabian Nights (2004)
Tomb Raider: Sphere of Influence (2004)
Dark Aeons (1999) (z wydawnictwa Gleant! Wynik zawirowań z prawami.)

oraz crossoverów:

Witchblade/Tomb Raider #1/2 (2000)
Dark Crossings: Tomb Raider & Witchblade & Darkness (2000)
Fathom #12-#14 (2000-2002)
Tomb Raider/The Darkness Special (2001)
Tales of the Witchblade #9 (2001)
End Game (2002-2003) (Witchblade #59, Tomb Raider #25, Witchblade #60, EVO #1, Witchblade #61)
Witchblade #78, #84 (2004, 2005) (gościnne występy, Lara pojawia się na jednej stronie w każdym z zeszytów)
Witchblade and Tomb Raider (2005)
Tomb Raider - Witchblade - Magdalena - Vampirella (Sphere of Influence) (2005)
Monster War (2005)

Wszystkie powyższe albumy opierają się na klasycznym wizerunku Lary, znanym z pierwszych gier z serii, choć na potrzeby adaptacji komiksowej, wiele wątków zostało pozmienianych. Z powodu zawirowań z prawami, marka Tomb Raider trafiła z czasem do wydawnictwa Dark Horse, które rozpoczęło wydawanie nowych serii, już jednak opartych na wizerunku młodszej Lary, znanego z ostatniej trylogii growej.

Tomb Raider: The Beginning (2013)
Tomb Raider vol. 2 (2014-2015) (18 zeszytów)
Tomb Raider vol. 3 (2016-2017) (12 zeszytów)
Tomb Raider: Survivor's Crusade (2017) (4 zeszyty)
Tomb Raider: Inferno (2018) (4 zeszyty)

oprócz tego ukazała się miniseria Lara Croft and the Frozen Omen (2015-2016) (5 zeszytów)p rzedstawiająca bardziej klasyczną wersję pani archeolog.

Tomb Raider w Polsce.

Za serię pierwsze pochwyciło się słynne wydawnictwo Tm-Semic i Tomb Raider do Polski zawitał już w 2000 roku. Co ciekawe, mimo że ukazało się parę zeszytów, to wszystkie wyszły w ramach Wydań Specjalnych. Pierwszy zeszyt zawierał miniserie Tomb Raider/Witchblade i Witchblade/Tomb Raider. Mimo zastosowania nieco lepszego papieru, niż w innych seriach tego wydawcy, zeszyt nie prezentował się najlepiej, jakość druku wypadła bardzo słabo.

W sumie ukazało się osiem numerów z przygodami Lary Croft, od numeru 1/2002 ukazywały się już pod szyldem FunMedia. Ostatnie dwa zeszyty doczekały się zmiany papieru na o wiele lepszy, i pod względem druku prezentują się bardzo dobrze.

Wydanie Specjalne 1/2000 - zawiera: Tomb Raider/Witchblade i Witchblade/Tomb Raider
Wydanie Specjalne 1/2001 - Tomb Raider #1-#2
Wydanie Specjalne 2/2001 - Tomb Raider #3-#4
Wydanie Specjalne 3/2001 - Tomb Raider #5-#6
Wydanie Specjalne 1/2002 - Tomb Raider #7-#8
Wydanie Specjalne 2/2002 - Tomb Raider #9-#10
Wydanie Specjalne 4/2002 - Tomb Raider #11-#12
Wydanie Specjalne 1/2003 - Tomb Raider #13-#14





W formie ciekawostki: miniserie Tomb Raider/Witchblade i Witchblade/Tomb Raider ukazały się w pomniejszonym formacie jako 3 zeszytowa seria dokładana do magazynu dla graczy Play w 2001 roku. Papier był o niebo lepszy niż to co zaprezentował nam Tm-Semic, choć przeszkadzał nieco bardzo mały format.



W 2013 roku, w ramach promocji nowej gry, ukazał się Tomb Raider: Początek, wydawcą był Empik i Cenega.
Niestety, nie posiadam tego egemplarza, gdyby ktoś miał na zbyciu, chętnie odkupię.



Wydawanie nowych przygód Lary kontynuowało wydawnictwo Scream. W sumie ukazały się cztery wydania zbiorcze w standardowym formacie, na dobrym papierze i z miękką oprawą. Forma jak najbardziej wystarczająca, tym bardziej, że te nowe przygody Lary są zaledwie przyzwoitą lekturą.

Tomb Raider: Zarodnik (2019) - zawiera: Tomb Raider vol. 3 1-6
Tomb Raider: Wybór i poświęcenie (2019) - Tomb Raider vol. 3 7-12
Tomb Raider: Krucjata ocalonej (2021) - Tomb Raider: Survivor's Crusade
Tomb Raider: Piekło (2021) - Tomb Raider: Inferno



Niestety, pominięto Tomb Raider vol. 2. Dwa pierwsze albumy także cierpiały na niezbyt dobre tłumaczenie, co swego czasu było bolączką wydawnictwa Scream, na szczęście z czasem wydawca nieco poprawił się na tym poletku, co nawet widać wyraźnie w nowszych zeszytach.

I wreszcie Creme de la creme polskich edycji, czyli zbiorcze wydanie klasycznej serii Tomb Raider! Tomb Raider Archiwa to trzy grubaśne tomy w powiększonym formacie, zbierające w sumie 50 zeszytów oryginalnej serii! (no prawie, gdyż brakuje tu zeszytu 25, wchodzącego w skład crossoveru Endgame).

Prezentuje się to naprawdę świetnie:





Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Niestety, za polską edycję ponownie jest odpowiedzialne wydawnictwo Scream, któremu nader często zdarzają się potknięcia. I niestety, także w tym przypadku, nie uniknięto dość poważnej wpadki. Warto zaznaczyć, że komiksy Tomb Raider były tworzone, gdy popularność zdobywały lepsze jakościowo komiksy, zaczęto stosować papier kredowy i komputerową separację kolorów. I właśnie przygody Lary Croft skorzystały z tych dobrodziejstw, w połączeniu z bardzo ładnymi rysunkami, całość od strony graficznej prezentuje się naprawdę doskonale.

Idealnie by było zaprezentować to w powiększonym formacie, co Scream zrobił, jednocześnie jednak zastosowano papier offsetowy… Decyzja zupełnie nielogiczna, gdy w tej formie wydrukowano komiks, który był w zamyśle tworzony tak, by najlepiej prezentował się na kredzie! Oczywiście internet zalała fala krytyki, wydawca jednak stoi przy swoim, a jego odpowiedzi niestety często zahaczają wręcz o chamstwo! Oprócz różnych idiotycznych argumentów pojawił się także taki, że polskie wydanie na offsetowym papierze docenią profesjonaliści. Dziwne stwierdzenie, to już żeby docenić ewidentną wpadkę, trzeba się tytułować profesjonalistą? Poza tym tu chodzi o czytanie komiksów, co ma piernik do wiatraka? Pojawiły się także głosy broniące niby papieru, że wcale nie jest taki zły. No cóż, osoby te najwidoczniej nie miały do czynienia z wydaniem oryginalnym, lub choćby z ostatnimi zeszytami Tm-Semic / FunMedia, które pod względem prezentacji wypadają o niebo lepiej niż to, co zaprezentowało wydawnictwo Scream!

Proszę bardzo, przykładowe fotki:





Oraz parę skanów, wykonanych na dokładnie takich samych ustawieniach skanera!











Powiem szczerze, że długo czekałem na polską edycję. I aż się robi przykro, gdy otrzymujemy taką fuszerkę. A to niestety nie koniec wpadek, gdyż od strony edytorskiej także wydawca dał ciała. Chodzi dokładnie o tytuły rozdziałów, często zapisane stylizowaną czcionką i umieszczone bezpośrednio na planszach. W większości przypadków, wydawca po prostu zasłonił prostokątem oryginalny tytuł, i wpisał polski, nawet za bardzo nie starając się o odpowiedni dobór czcionki. Na zarzuty tak przedstawiane, cos tam się tłumaczył, że to wina materiałów… Znowu więc podaje przykłady:





Pierwszy kadr to oryginalna strona, drugi w wersji Scream, trzeci natomiast to dowód na to, że wydawca po prostu jest leniuszkiem. Oba powyższe przykłady zostały zrobione przez kolegę pokia i jak pokia sam napisał, zajęły mu "10 minut meduza. 30 minut punkt zwrotny, z czego połowę czasu zeszło na przygotowanie napisu". Nie dość, że usunął oryginalny tytuł, to postarał się nawet o odpowiedni dobór czcionki, w tym fajnie wypadł krąg w napisie "zwrotny", idealnie nawiązujący do oryginału. Scream nie dość, że zasłonił oryginalne tytuły by ułatwić sobie robotę, to nawet olali sprawę z doborem odpowiedniej czcionki. Wstyd po prostu, wstyd! A najlepsze, że w paru miejscach nawet zrobili to tak, jak być powinno:



Ale i tak w większości straszą nas takie kwiatki:



A w oryginale było tak pięknie:



Pod tym względem, najlepiej wypada tom trzeci, gdzie okazuje się, że da się jednak częściej przygotować tytuły. W pierwszym tomie w ogóle to olano, a w drugim zrobiono po łebkach. Biorąc pod uwagę, że wszystkie trzy tomy zostały wydane w dość krótkim czasie, może za bardzo goniły terminy?

Jedyne do czego nie ma się za bardzo co czepiać, to tłumaczenie. O dziwo, i pamiętając o wielu marnych polskich przekładach w wykonaniu tego wydawcy, tutaj nie jest aż tak źle. Owszem, zdarzą się pewne kwiatki, czy dziwny bełkot, ale ogólnie czyta się dobrze i w miarę płynnie. Paradoksalnie, najgorzej wypada tekst na tylniej okładce, mający zachęcić do sięgnięcia po lekturę. Jest jakiś taki niezgrabny, bardzo sztuczny.

Obecnie na rynku dostępne są trzy tomy serii Tomb Raider Archiwa, zbierające prawie całość oryginalnej serii Tomb Raider, czyli w sumie 49 zeszytów! Co przekłada się na spora liczbę stron oraz niemałą kwotę, którą trzeba wysupłać na każdy z tomów:

Archiwa 1: 408 stron, cena: 199,99 zł (na Gildii za 149,90 zł)
Archiwa 2: 488 stron, cena: 249,99 zł (na Gildii za 187,40 zł)
Archiwa 3: 424 stron, cena: 229,99 zł (na Gildii za 172,40 zł)

W sumie okładkowo za komplet wychodzi bagatela: 679,97 zł. Ze zniżką można tomy nabyć za nieco ponad 500 złotych. W serii istnieje jeszcze czwarty tom, ale jak sam wydawca określił, jego ukazanie się na naszym rynku jest uzależnione od sprzedaży tomów wcześniejszych. Czwarty tom zawiera serię Journeys (12 zeszytów), numery 0 i 1 z regularnej serii, oraz one-shoty: Arabian Nights, Origins, Epiphany, The Greatest Treasure of All, Takeover. Fajnie jak by się ukazał, choć np.: Arabian Nights jest dość wymagający pod względem edycji, i nie wiadomo jaki efekt byłby w polskim wydaniu.

Pod względem formatu Archiwa prezentują się zjawiskowo, a jako, że seria miała szczęście do naprawdę świetnych rysowników, jak najbardziej taki format jest uzasadniony. Choć nie jest to lektura najwyższych lotów, to jednak jako przyjemne czytadło, sprawdza się idealnie. Lara na kartach swojej serii wypada bardzo dobrze, choć trzeba też przyzwyczaić się do sporego nagromadzenia wątków paranormalnych, magii, dziwnych stworów i nawet podróży w czasie. Szkoda jedynie, że wydawnictwo Scream zastosowało w naszej wersji papier offsetowy, który bardzo źle wpływa na jakość samych plansz komiksowych. Paranoją jest to, że komiks przygotowany specjalnie do tego, by być drukowany na kredzie, ukazał się w takiej formie. Każdy kto przeczytał choć parę komiksów w życiu, już po otwarciu któregokolwiek tomu bezsprzecznie odniesie wrażenie, że coś tutaj nie gra. A gdy mamy dostęp do jakiegokolwiek lepszego wydania, czy to oryginalnego, czy nawet ostatnich zeszytów z FunMedia i zrobimy porównanie, negatywne wrażenia tym bardziej się nasilają. Do tego nakładają się niefortunne tytuły, które wynikają tylko i wyłącznie z indolencji wydawcy. Na pojawiające się słowa krytyki sam wydawca reaguje niezbyt kulturalnie, wręcz momentami jego odpowiedzi podchodzą pod zwykłe chamstwo. Całość tego niestety powoduje, że polskie wydanie, mimo noszenia znamion ekskluzywności, jest niestety spora fuszerką wydawnictwa Scream. Jednak i tak przygody Lary warto poznać, ale te albumy przeznaczone są głównie dla miłośników gier czy samej postaci, kolekcjonerzy komiksów powinni dwa razy rozważyć chęć zakupu. Ja się skusiłem i w sumie nie żałuję, choć niestety wady mocno mnie irytują. Nad każdym kolejnym tytułem który będę miał nabyć od wydawnictwa Scream mocno się zastanowię, a z pewnością poczekam na opinie osób, które już dany tytuł nabyły. Wydawnictwu Scream za grosz nie wierzę.

3
Lubie różne zestawienia, więc postanowiłem na tapet wziąć filmy Marvela, nie tylko z MCU. A okazja ku temu jest dobra, gdyż przełom 2020/2021 roku jest dość znaczący dla tego światka. Dodatkowo znalazło się tutaj parę akapitów wstępu, informacje tam zawarte zapewne forumowiczom komikspec będą doskonale znane, ale chciałem choć słówko wspomnieć o samym Marvelu. Nie wiem, czy ktoś to przeczyta, ale mam nadzieję, że takie zestawienie choć paru osobom się przyda. Z powodu ograniczeń forum, musiałem tekst wrzucić w paru postach.

Droga do Marvel Cinematic Universe, czyli historia filmowych adaptacji komiksów Marvela 1944-2020.



Przez lata wydawnictwo Marvel z uporem starało się przenieś przygody swoich superbohaterów na duży ekran. Z najróżniejszym skutkiem, niestety, bardzo często powstawały "dzieła" wątpliwej jakości. Współpraca ze studiami filmowymi nie zawsze układała się pomyślnie, do tego wydawca rozsprzedał prawa do ekranizacji wielu swoich marek najróżniejszym producentom. Po roku 2000 coś się ruszyło w temacie, technologia pozwoliła na zastosowanie zaawansowanych efektów specjalnych, wysokobudżetowe produkcje były bardziej dopracowane, także od strony scenariuszowej i nagle kino superbohaterskie zaczęło zyskiwać na popularności. Filmy X-men i Spider-man okazały się ogromnymi sukcesami, co z powodu sprzedaży praw do tych marek, dla Marvela nie przekładało się jednak na znaczące zyski. Wreszcie w 2008 roku Marvel postanowił sam zaryzykować, a dysponując ograniczoną bazą postaci które mogli przenieść na duży ekran, postawiono naturalnie na Avengers. Narodziło się Marvel Cinematic Universe, jedno spójne uniwersum, w ramach którego ukazywały powiązane ze sobą filmy. Dzięki udanym decyzjom co do obsady i reżyserii, przyzwoitym scenariuszom, a także oczywiście odpowiedniemu budżetowi, większość okazywała się sporymi sukcesami! W 2019 roku Marvel Cinematic Universe doszedł do kulminacyjnego punktu, film Avengers: Endgame zakończył pewną epokę, doskonale podsumowując całe uniwersum, stając się jednocześnie najbardziej kasowym filmem wszechczasów.

Na przestrzeni lat powstało w sumie ponad siedemdziesiąt filmów prezentujących przygody superbohaterów Marvela na dużym i małym ekranie. Z powodu końca pewnej epoki, chciałbym usystematyzować informacje na temat poszczególnych produkcji, tym bardziej, że po wiele z z nich nadal warto sięgnąć. Oczywiście należy pamiętać, że mamy do czynienia z kinem stricte rozrywkowym, i pod takim kątem należy je rozpatrywać. Poniżej każdemu z filmów Marvela poświęcam przynajmniej akapit, jednak nie są to ani streszczenia, ani recenzje, a bardziej wrażenia, jakie dany seans niesie. Wrażenia oczywiście czysto subiektywne, a że jestem miłośnikiem tego typu kina, zapewne w wielu miejscach będę dość pobłażliwy dla wielu słabszych pozycji.

Przed samym przejściem do tematu poszczególnych filmów, w ramach wstępu zamieściłem krótkie informacje na temat czym ten Marvel w ogóle jest, kim jest Stan Lee, oraz o ogólnej sytuacji filmu superbohaterskiego na przestrzeni lat. Tematy te potraktowałem "w pigułce", w bardzo skrótowej formie, gdyż esencją mają tutaj być same filmy.

A było ich trochę:

1944 Captain America
1977 Spider-Man
1977 The Incredible Hulk Pilot Movie
1977 The Return of The Incredible Hulk (Death in the Family)
1978 The Incredible Hulk Married
1978 Spider-Man Strikes Back
1978 Dr. Strange
1979 Captain America
1979 Captain America II: Death Too Soon
1981 Spider-Man: The Dragon's Challenge
1986 Howard the Duck
1988 The Incredible Hulk Returns
1989 The Trial of the Incredible Hulk
1989 The Punisher
1990 The Death of the Incredible Hulk
1990 Captain America
1994 The Fantastic Four
1996 Generation X
1998 Nick Fury: Agent of S.H.I.E.L.D.
1998 Blade
2000 X-Men
2002 Blade II
2002 Spider-Man
2003 Daredevil
2003 X-Men 2
2003 Hulk
2004 The Punisher
2004 Spider-Man 2
2004 Blade: Trinity
2005 Man-Thing
2005 Elektra
2005 Fantastic Four
2006 X-Men: The Last Stand
2007 Ghost Rider
2007 Spider-Man 3
2007 Fantastic Four: Rise of the Silver Surfer
2007 Blade: House of Chthon
2008 Iron Man
2008 The Incredible Hulk
2008 Punisher: War Zone
2009 X-Men Origins: Wolverine
2010 Iron Man 2
2011 Thor
2011 X-Men: First Class
2011 Captain America: The First Avenger
2011 Ghost Rider: Spirit of Vengeance
2012 The Avengers
2012 The Amazing Spider-Man
2013 Iron Man 3
2013 The Wolverine
2013 Thor: The Dark World
2014 Captain America: The Winter Soldier
2014 The Amazing Spider-Man 2
2014 X-Men: Days of Future Past
2014 Guardians of the Galaxy
2015 Avengers: Age of Ultron
2015 Ant-Man
2015 Fantastic Four
2016 Deadpool
2016 Captain America: Civil War
2016 X-Men: Apocalypse
2016 Doctor Strange
2017 Logan
2017 Guardians of the Galaxy Vol. 2
2017 Spider-Man: Homecoming
2017 Thor: Ragnarok
2018 Black Panther
2018 Avengers: Infinity War
2018 Deadpool 2
2018 Ant-Man and the Wasp
2018 Venom
2019 Captain Marvel
2019 Avengers: Endgame
2019 Dark Phoenix
2019 Spider-Man: Far From Home
2020 The New Mutants

Wydawnictwo Marvel & Stan Lee.

Wydawnictwo Marvel założone zostało w 1939 roku przez Martina Goodmana, pierwotnie pod nazwą Timely Comics. Goodman był przede wszystkim biznesmenem i miał bardzo prosty przepis na sukces: po prostu sprzedawał to, co w danej chwili było popularne. Jako że konkurencja wystartowała z przygodami superbohaterów, a postać Supermana odniosła ogromny sukces, co zresztą także spotkało Batmana wydanego niewiele później, tak więc i Goodman zainteresował się przygodami bohaterów obdarzonych niezwykłymi mocami. Na kartach magazynów komiksowych wydawanych przez Timely Comics wkrótce zadebiutował cały szereg najróżniejszych postaci, z czego szczególnie dwie: Human Torch i Namor spodobały się czytelnikom. Wkrótce doszło do ogromnego wydarzenia, czyli spotkania tych postaci w jednej historii! Czytelnicy otrzymali wyraźny znak, że obcują z jednym spójnym światem, czyli dokładnie to samo, co wiele lat później wpłynęło znacząco na ogromny sukces Marvel Cinematic Universe.
Do Timely Comics dołączył wkrótce Stanley Martin Lieber, zresztą nie przez przypadek, Godman był mężem jego kuzynki. Z początku zajmował się przysłowiowym "przynieś, podaj, pozamiataj", ale już wkrótce pojawiła się dla niego szansa. W 1941 potrzebny był tekst do przygód Kapitana Ameryki, zadania tego podjął się Stanley i wywiązał się z niego doskonale. Stanley traktował swoją przygodę z komiksem jako epizodyczną, tak więc postanowił podpisywać się jako Stan Lee, swoje nazwisko pozostawiając na okładkę "wielkiej amerykańskiej powieści" którą planował kiedyś napisać. A smykałkę do opowiadania miał, więc w krótkim czasie awansował na stanowisko redaktora. Niby tymczasowo, do znalezienia odpowiedniej osoby, ale jak się okazało, zagrzał na tym stanowisku miejsca znacznie dłużej. Został współtwórcą wielu ikonicznych postaci, którym nadał "ludzkie cechy", tak że czytelnik mógł ze swoimi bohaterami utożsamiać się. Jednocześnie został "twarzą" wydawnictwa, potrafił utrzymywać doskonały kontakt z czytelnikami, a do tego bez wątpienia umiał sam siebie doskonale wypromować.


Stan Lee

Przez lata wydawnictwo przeżywało lepsze i gorsze chwile, jednak Stan Lee wciąż trwał na stanowisku redaktora, by w końcu zasiąść na stołku wydawcy, a nawet przez chwilę prezesa Marvel Comics. Miał także ogromny wkład w przenosiny przygód superbohaterów na duży i mały ekran, choć niestety z różnorakim skutkiem. Jego fascynacja ekranizacjami i zaangażowanie w tej kwestii zaowocowało nie tylko czynnym udziałem w różnych produkcjach, ale też swoistymi cameo, czyli występami gościnnymi, które szczególnie dla filmów Marvel Cinematic Universe stały się znakiem rozpoznawczym tych produkcji. Stan Lee zmarł w 2018 roku.



Więcej o historii Marvela i samym Stanie Lee znajdziecie w świetnych książkach:
- Niezwykła historia Marvel Comics, Sean Howe, SQN, 2013
- Stan Lee. Człowiek-Marvel, Bob Batchelor, SQN, 2018
- Mordobicie. Wojna superbohaterów Marvel kontra DC, Reed Tucker, Agora SA, 2018


Marvel na dużym i małym ekranie.

Pierwsze próby przeniesienia postaci Marvela na duży ekran nastąpiły już w latach 40. ubiegłego wieku, dokładnie w 1944 roku premierę miał Captain America. Nie był jedynym superbohaterem który trafił do kin, konkurencyjne DC Comics zaprezentowało filmowe przygody swoich najbardziej prominentnych herosów jak Superman i Batman. W kolejnych latach postacie DC Comics nadal gościły na ekranie, tymczasem dla Marvela nastały chude czasy. Sytuację starano się zmienić w latach 70., ale o ile za DC stało studio Warner Bros., co zaowocowało wysokobudżetową ekranizacją przygód Supermana z 1978 roku, to Marvel miał miej szczęścia i często trafiał na studia nie potrafiące sklecić hitu. Powstały wtedy takie "dzieła" jak Dr Strange, Captain America, Spider-man czy Incedible Hulk. Większość z tych filmów była skierowana na rynek telewizyjny, czy też były bezpośrednio powiązane z serialami. W latach 80. DC nadal odnosiło sukcesy, Superman II okazał się ogromnym sukcesem, powstały kolejne, już nie tak dobre części, a jak Superman zaczął niedomagać, to pojawił się kolejny wielki hit, czyli mroczny Batman z 1989 roku. Zaryzykowano nawet z mniej znaną postacią, i dwa filmy Swamp Thing pozytywnie zaskoczyły widzów. Tymczasem Marvel nadal doił Hulka, a pierwszy wysokobudżetowy film Howard the Duck okazał się ogromną klęską. Udał się w miarę The Punisher, choć daleko było mu do hitu, a widzowie otrzymali jedynie klasyczne kino akcji ery VHSu.
Lata 90. to niestety już klęska za klęską i to dla obu obozów. DC zachwyciło jeszcze filmem Batman Returns, ale kolejne części zaczęły odchodzić od mrocznej stylistyki, co nie wyszło najlepiej. Marvel tymczasem zaprezentował ostatniego Hulka z serii, próbował z X-men, Fantastic Four, Captain America a nawet z Nickiem Fury. Ani jeden z tych filmów nie spotkał się z dobrym przyjęciem, a Fantastic Four nawet nie trafił do oficjalnej dystrybucji. Nic nie zwiastowało, że filmy z superbohaterami zdobędą popularność.

Jednak w 1998 roku pojawił się Blade, który okazał się zaskakująco dużym hitem. Co prawda niekoniecznie to zasługa podwaliny komiksowej, gdyż Blade nie był kojarzony z tym medium, ale coś w temacie się ruszyło. Kolejny film otrzymał odpowiedni budżet i już w 2000 roku na dużym ekranie zadebiutowała grupa X-men. Ogromny sukces tej produkcji bezpośrednio sprawił, że Sony dzierżąc prawa do uniwersum Spider-mana dało zielone światło produkcji z tym bohaterem. W 2002 roku Spider-man zawojował kina, doskonałe przyjęcie Pajączka spowodowało, że Hollywood na poważnie zainteresował się produkcjami superbohaterskimi. Kontynuacje Spider-man 2 i X-men 2 okazały się jeszcze lepszymi filmami niż części pierwsze! Nastąpił wysyp filmów w tej tematyce, i jak to często bywa, nie wszystko się udało. Daredevil i jego spin-off Electra, Ghost Raider, The Fantastic Four, The Punisher, Man-Thing, The Hulk zbierały już mieszane opinie. Blade także z każdą kolejną częścią coraz mniej podobał się miłośnikom kina. Doszło do sytuacji, że trzecie części Spider-mana i X-men także nie zostały zbyt dobrze przyjęte! Marvel obawiając się zapaści na rynku, postanowił wziąć sprawę w swoje ręce, tym bardziej, że wtedy nie posiadał praw do ekranizacji większości postaci komiksowych. Powstaje Marvel Studios.

Marvel Studios zostało utworzone w 2005 roku z początku we współpracy z Paramount Pictures w roli dystrybutora, na jego czele stanął Avi Arad. Od początku założenia co do kręconych filmów były jasno sprecyzowane: wpierw miały powstać obrazy poświęcone różnym bohaterom, a następnie losy tych postaci miały zostać splecione we wspólnym filmie. I w tym tkwi ogromna siła i potencjał Marvel Cinematic Universe: uniwersum jest spójne, poszczególne filmy, mimo że bez problemu bronią się jako autonomiczne dzieła, to jednocześnie wzajemnie się dopełniają i rozbudowują samo uniwersum. Mimo to Arad nie do końca wierzył w powodzenie takiego projektu i wkrótce ustąpił ze stanowiska, a od 2007 roku na czele Marvel Studios stoi Kevin Feige, wcześniej prawa ręka Arada, który jednocześnie jest producentem wszystkich filmów MCU, i dba o spójność świata oraz o wątki które się w nim pojawiają. Patrząc na popularność poszczególnych filmów, swoją pracę wykonuje perfekcyjnie. Warto nadmienić, że start MCU był dość ryzykowny, na ekran mogły trafić tylko postacie, do których prawa filmowe dzierżył Marvel Studios, a niestety w tej grupie nie było tak popularnych herosów jak Spider-man czy X-meni. Sięgnięto więc po grupę Avengers, i zgodnie z przyjętą na początku zasadą, wpierw zaprezentowano widzom filmy poświęcone poszczególnym członkom drużyny, a punktem kumulacyjnym stało się wspólne widowisko z 2012, pod jakże oczywistym tytułem: Avengers. W 2009 roku Walt Disney Company nabyło Marvel Entertainment, czego bezpośrednim następstwem było trafienie Marvel Studios pod skrzydła Walt Disney Studios, a po paru przepychankach Kevin Feige umocnił tylko swoją pozycję. Ekspansja Disneya trwała, i w 2017 roku Walt Disney Company zakupił studio 20th Century Fox, co spowodowało powrót praw do ekranizacji przygód postaci ze światów m.in X-men i Fantastic Four do Marvela. Marvel Studios także nawiązał współpracę z Sony, na mocy której prawa do tej postaci nadal należą do Sony, ale Spider-man może pojawiać się w filmach MCU, a samodzielne produkcje Sony z tą postacią należą do MCU i gościnnie pojawiają się w nich postacie z pozostałych filmów. Ciekawa współpraca, z zyskiem dla każdej strony, także dla widzów.


Kevin Feige

Marvel Cinematic Universe odniosło ogromy sukces, co zaowocowało na obecną chwilę ponad dwudziestoma filmami wchodzącymi w skład jednego spójnego świata! Niestety DC, niegdyś rządzące w kinach, mimo wielu prób, nadal nie może odnaleźć się na dużym ekranie i kolejne ekranizacje przygód bohaterów z tego uniwersum nie mogą pochwalić się takimi sukcesami jak obrazy Marvela.

Prawa do postaci.

Z prawami do postaci, lekko mówiąc, jest sporo zamieszania. Wydawnictwo Marvel, przez lata istnienia, dorobiło się potężnej bazy charakterystycznych postaci, z których wiele wręcz skradła serca czytelników i stała się niezwykle popularna. Widząc potencjał, Marvel chętnie udzielał licencji na swoich bohaterów. W przypadku obrazów kinowych był to dość lukratywny interes, nie dość, że zapewniał wydawnictwu zastrzyk gotówki, to jeszcze dodatkowo popularyzował dane postacie, co napędzało sprzedaż komiksów, ale też zwiększało wartość samej marki. Oczywiście, o ile dany film się udał, a z tym bywało różnie. Wydawnictwo przeżywało lepsze i gorsze chwile, pod koniec lat 90. zeszłego wieku bliskie było nawet bankructwa, i wtedy właśnie m.in. sprzedaż praw autorskich pozwoliła Marvelowi przeczekać gorsze czasy.

Sprzedaż praw do danych postaci wiąże się z dwoma bardzo ważnymi kwestiami. Pierwszą są zazwyczaj wytyczne co do obecności danej marki na ekranie, czyli po prostu licencjobiorca zobligowany jest co określony czas wypuszczać nowy film. Jeżeli termin minie, a film nie powstanie, prawa wracają do licencjodawcy (w uproszeniu, szczegóły umowy są objęte tajemnicą). Ofiarą tej praktyki jest choćby marka The Fantastic Four, w przypadku której w 1994 roku powstał film stworzony tylko po to, by studio nie straciło praw! Drugą kwestią jest zakres do wycinka ogromnego uniwersum Marvela. Kupując prawa do danej postaci czy grupy, licencjobiorca nabywa także prawa do określonej grupy postaci, będących bezpośrednio powiązanych z danym bohaterem/bohaterami. Tak wiec licencjodawca nabywa prawa także do sporej gromady postaci zarówno pozytywnych (wchodzących w skład danej grupy/ będących przyjaciółmi czy też towarzyszami bohatera), ale też ogromnej bazy przeciwników. Zazwyczaj jest to powiązane z faktem na kartach jakiej serii komiksowej pierwszy raz pojawiła się dana postać/bohater/wróg, ale dokładne kwestie regulują umowy, a nieścisłości czy niejasności kończą się zazwyczaj batalią prawników… I nie ma się co dziwić, wszak chodzi o wielkie pieniądze.
Przez lata Marvel rozsprzedał prawa do najróżniejszych postaci, takie marki jak Blade, Daredevil, Ghost Rider, Punisher należały do rożnych studiów, jednak ostatecznie powróciły do Marvela. Poważnym zgryzem dla wydawcy była grupa X-men. Prawa do tego uniwersum posiadał 20th Century Fox i bacznie ich pilnował przez lata. I nie ma się co dziwić, wszak prawa do X-men to automatycznie prawa do wszystkich mutantów którzy wchodzili w skład tej grupy, ale także takich grup jak X-Factor, X-Force czy New Mutants i inne. Do tego dochodzą postacie powiązane oraz szerokie spektrum wrogów. Uniwersum mutantów jest wszak przeogromne. Przy okazji wychodzą różne zawirowania wokół np.: takich postaci jak Deadpool, który nie jest mutantem, ale prawa do niego należą także do Foxa. Powiązane jest to z debiutem komiksowym Deadpoola, który odbył się na łamach serii New Mutants, występował też jako członek X-Force, a jego zdolności regeneracyjne pochodzą od Wolverine'a. Jeszcze większe zamieszanie nastąpiło przy okazji postaci Scarlet Witch i Quicksilvera, którzy są mutantami, co prawda debiutowali na łamach serii X-Men, ale przez lata w komiksowym światku funkcjonowali jako członkowie grupy Avengers. Po batalii prawników Marvel i 20th Century Fox doszli do porozumienia. Marvel może używać postaci, ale z zastrzeżeniem, że nigdzie nie wspomni, że są mutantami, natomiast 20th Century Fox także może ich zaprezentować w swoich filmach, ale bez wspomnienia o ich przynależności do Avengers. Tak szczerze, nie mam pojęcia, po co takie ograniczenia, i tak naprawdę czy mają jakiekolwiek znaczenie dla zwykłego widza, oprócz wprowadzania oczywistego zamieszania. Jako ciekawostka, w filmie Captain America: Civil War z 2016 roku pojawia się określenie mutant, ale w odniesieniu do innej postaci, można w sumie potraktować to jako delikatny przytyk Marvela w stosunku do Foxa. W świecie komiksowym "porozumienie” miało swoje reperkusje w postaci ogłoszenia, że Magneto, uważany dotychczas za ojca Scarlet Witch i Quicksilvera tak naprawdę nie jest z nimi spokrewniony! Zmiana ewidentnie wprowadzona na siłę, zresztą została mocno skrytykowana przez fanów. Obecnie, po wykupieniu studia 20th Century Fox przez Walt Disney Company, kończy się era X-men od Foxa, a co będzie dalej, zobaczymy. Z pewnością Disney zadba o odpowiednie przedstawienie mutantów w ramach Marvel Cinematic Universe. Wraz z X-menami wróciły do Marvela także prawa do The Fantastic Four, czyli także sporego zaplecza ciekawych postaci.

Prawa do postaci Spider-mana należą do Sony Pictures Entertainment, co pociąga także posiadanie praw przez to studio do wręcz ogromnego świata najróżniejszych bohaterów, a przede wszystkim świetnie wykreowanych złoczyńców. Do tego marka Spider-man jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych i najpopularniejszych, co przenosi się na sprzedaż wszelkich produktów nią sygnowanych. W 2002 roku na ekranach pojawił się film Spider-Man, który spodobał się publice i zebrał bardzo dobre recenzje. Jeszcze lepiej było z kontynuacją z 2004 roku. Spider-Man 2 okazał się ogromnym hitem, a studio patrzyło z nadzieją w przyszłość. I coś nie zagrało przy części trzeciej, która mimo nie najgorszych wyników finansowych, została niezbyt dobrze przyjęta zarówno przez krytyków jak i widzów. Siła marki zastała nadszarpnięta, a Sony Pictures zdecydowało się na restart. Ten nastąpił w 2012 roku. The Amazing Spider-Man spodobał się, a Sony od razu rozpoczęło planowanie stworzenia całego uniwersum. Pojawiły się zapowiedzi nie tylko kontynuacji, ale też osobnych filmów poświęconych złodziejce Black Cat, Symbiontom, czy grupie złoczyńców Sinister Six. The Amazing Spider-Man 2 z 2014 roku był niezłym filmem i nie wypadł źle w Box Office, ale Sony spodziewało się lepszych recenzji, a także wyników finansowych. Uniwersum Pająka zanim dobrze powstało zaczęło chwiać się w posadach. Sony dodatkowo borykało się z kłopotami finansowymi, stąd też inwestycja niemałych pieniędzy w kolejny film w przypadku niepowiedzenia mogłaby okazać się katastrofalna w skutkach dla studia. Stając przed widmem stracenia z czasem praw do postaci, stała się rzecz niezwykła. Doszło do porozumienia Sony Pictures z Marvel Studios. Było to na rękę obu podmiotom: Sony nie zostało zupełnie odsunięte od postaci, a Marvel zadba o obecność Pajączka na dużym ekranie, a przez to, automatycznie zadba o jego odpowiednią popularność. Nie dla radochy fanów, a z czysto biznesowego punktu widzenia. Co prawda Sony posiadało prawa do filmowych adaptacji Spider-mana, ale to Marvel cały czas dysponuje prawami do wykorzystania wizerunku postaci na wszelkich produktach skierowanych głównie do dzieci i młodzieży. A że marka ta jest niezwykle silna, mowa tu wręcz o ogromnych pieniądzach, tak wiec Marvelowi jest na rękę, by cały czas Spider-man był obecny w kinie, i by były to filmy dobre, gdyż to po prostu przekłada się na sprzedaż zabawek, figurek, piórników, plecaków, kolorowanek, zeszytów, długopisów i tysiąca innych pierdół. Obecnie Spider-man dołączył do Marvel Cinematic Universe i pojawia się w filmach wchodzących w skład tego uniwersum produkowanych przez Marvel Studios, natomiast Sony będzie mogła wykorzystać w filmach o Spider-manie postacie z MCU, a do tego przy ich realizacji "pomoże” Kevin Feige.

Marvel, filmowa spuścizna.

Mimo, że kino superbohaterskie ma wielu przeciwników, także wśród uznanych ludzi Hollywood, takich jak choćby Martin Scorsese, to nie można odmówić mu widowiskowości, która idealnie wypada na dużym ekranie, ale też filmy te coraz częściej zahaczają o klasyczne gatunki kinowe i poruszają poważniejsze problemy. A do tego bezsprzecznie zostały umiłowane przez widzów, o czym świadczą coraz to nowe rekordy frekwencyjne, co przekłada się także na astronomiczne zyski. Jednak zanim Marvel Cinematic Universe zdominowało kina, droga Marvela do sukcesu była dość wyboista, i wśród wielu sukcesów także znalazło się sporo porażek, zarówno finansowych, jak i wizerunkowych.

Przejdźmy do samych filmów, jako że jest tego trochę, by całość była bardziej spójna, zastosowałem podział wg postaci, wpierw poświęcając miejsce najróżniejszym bohaterom, by w końcu dojść do Spider-mana, X-men oraz samego MCU. Przy każdym filmie zamieszczam takie informacje jak budżet i wynik z box office (zazwyczaj na podstawie Box Office Mojo, w milionach dolarów), osobę reżysera wraz z wymienieniem jego innych produkcji, cameo Stana Lee oraz opis sceny po napisach.

4
Na luzie / Jak działa facebook?
« dnia: Śr, 08 Styczeń 2020, 18:51:02 »
Tak bardziej jako ciekawostka, i w sumie może ktoś z Was orientuje się w temacie? Sam unikam Facebooka jak ognia, uważam, że jest tam w większości syf, owszem oczywiście zdarzają się perełki, ciekawe wpisy czy zdjęcia, ale większość to zalew pięciominutowych śmieci. Jestem starej daty, wolę fora.

Zresztą, jak Ongrys wrzucił ankietę tutaj na forum, to na facebooku oczywiście pojawiło się wiele głosów, że nie będą się rejestrować by zagłosować. Niby tak, ale to, że przy okazji dostaje się dostęp do sporych zasobów forum to już nieważne?

Natomiast napisanie posta wynikło z ogłoszenia sprzedaży. Wrzuciłem też na fejsa ogłoszenie które wisi także na forum: https://forum.komikspec.pl/zakupy/gielda-sprzedam-kupie-zamienie/msg56249/#msg56249

I dostałem informację, że z ogłoszeniem jest coś nie tak. Kliknąłem żeby przeanalizowali i komunikat jest następujący:

"To ogłoszenie narusza nasze zasady sprzedaży na Facebooku.
Nasz zespół sprawdził ogłoszenie i uznał, że narusza nasze Zasady handlowe. Będzie ono niewidoczne dla innych użytkowników Marketplace."

WTF? Przecież to tylko komiksy! Zakładam, że fb nie spodobały się jakieś tytuły, i uznał, że to coś z zakazanych produktów. Zgaduję oczywiście, mechanizmów nie znam, a dowiedzieć się nie ma jak, bo po co. I z takiego portalu korzysta miliony ludzi, dzieląc się na nim najróżniejszymi sprawami z życia prywatnego...

5
Nasze komiksowe kolekcje / nori - kolekcja
« dnia: Nd, 25 Sierpień 2019, 16:44:42 »
Miałem nie wrzucać fotek kolekcji, ale w sumie sam uwielbiam oglądać imponujące zbiory oraz niesamowite wydania i autografy które są w posiadaniu sporej grupy forumowiczów, tak więc też coś od siebie chciałbym dodać.

Staram się zbierać (a ostatnio nawet regularnie czytać) raczej kompletnymi seriami, więc tak pozwolę sobie powrzucać zdjęcia, czyli nieco uporządkowując to, co też na naszym polskim ryneczku się ukazuje.

Jako, że właśnie skończyłem czytać ostatnie tomy z Marvel NOW!, i klecę ostatnią część poradnika z serii "jak czytać", przy okazji to właśnie te tomiki trafiły na tapet. Jako oczywiście całość, tutaj na dwóch fotkach:





Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym czegoś nie pomieszał. ;) Na fotkach są wszystkie białe tomiki, czyli brak Staruszka Logana tomu 1, który wydany był w formie Marvel NOW2.0, ale jeszcze niby jako samo NOW, a dodatkowo na zdjęciu są kolejne tomiki Ms Marvel (2.0), nadal wydawane na biało.

Tomiki na półce, oczywiście posegregowane w miarę logiczny sposób:



Zbliżenie:





Muszę przyznać, że bardzo przypadła mi do gustu forma wydawnicza Marvel NOW i Odrodzenia, dostajemy regularnie nieco grubsze zeszytówki (choć ostatnio niestety stron ubywa, a ceny utrzymane są na stałym poziomie), a od czasu do czasu nieco grubsze Wydanie Specjalne. Taka namiastka powrotu do czasów Tm-Semica. Więc głównie z sentymentu zbieram i czytam. Czasem z poziomem jest różnie, ale na szczęście, trafiają się perełki. I nawet okazało się, że taka Wojna Domowa II jest całkiem niezła, mimo panującej ogólnie na ten event nagonki. Ale to przy innej okazji.

6
Serdecznie zapraszam na wspominki o pewnych trzech tytułach, które łączy parę wspólnych cech. Wszystkie trzy dotyczą sportowej tematyki, każdy został narysowany przez innego, ale bardzo znanego i cenionego artystę, i z wszystkich wylewa się propaganda. Ale nie skupiajmy się o propagandzie, wszak wiadomo kiedy komiksy te powstały, a zobaczmy co mają dziś do zaoferowania.



Czwartą cecha wspólną, przynajmniej w moim przypadku, jest niestety stan tych pozycji: tutaj, jaki widzicie na zdjęciu, wręcz tragiczny. Wyobraźcie sobie, że zeszyt ze środka miał oblepiona okładkę zwykłą taśma klejącą! To oczywiście nie mój pomysł, taka już używkę lata temu zdobyłem, na szczęście taśma jakimś cudem się odkleiła, i nawet okłada nie została uszkodzona, choć widać na niej wyraźne przebarwienia.

To co my tutaj mamy? Od lewej patrząc:

Polacy na olimpijskich arenach, rysunki Jerzy Wróblewski, Sport i Turystyka 1980, 1985

Od Walii do Brazylii: X Piłkarskie Mistrzostwa Świata, rysunki Grzegorz Rosiński, Sport i Turystyka 1975

Rycerze Fair Play, rysunki Bogusław Polch, Sport i Turystyka 1986



Wróblewski, Rosiński i Polch. Wybitna trójka naszych rysowników, otrzymała zacne zadanie: propagowanie zdrowego trybu życia wśród miłośników komiksów. Żeby żaden z czytelników zbyt długo nie zasiadał przed kolorowymi zeszytami, i nabrał ochoty na trochę ruchu.

Jak wyszło? Proszę bardzo, zobaczcie sami!

Jerzemu Wróblewskiemu przypadło w udziale ukazanie sukcesów polskich olimpijczyków. I wyszło z tego dziwne dziełko, w którym nie otrzymujemy ani krzty akcji czy treści, za to wręcz zalewa nas potok faktów. Co jednak należy uczciwie przyznać, podanych w całkiem zjadliwy sposób. Pojawia się jakiś dialog, myśl, komentarz, większość faktów ubrana została w nieźle dobrana słowną otoczkę, a przez to komiks czyta się całkiem przyjemnie. Oczywiście wielka w tym także zasługa Wróblewskiego, który nawet tutaj potrafił pokazać swój wielki kunszt, choć nie da się ukryć, że skupił się głównie na "pierwszym planie". Postacie którym poświęcono tę publikację zostały narysowane z odpowiednią pieczołowitością, niestety dalsze plany już zostały ewidentnie naszkicowane na szybko i bez większej dbałości o szczegóły.











O ile Wróblewski musiał zaprezentować wiele dziedzin sportu, to Rosiński skupił się tylko na piłce nożnej. Jak mam być szczery, kiedyś, za dzieciaka, uważałem ten albumik za wyjątkowo brzydko narysowany. I w sumie teraz, przypominając go sobie, niewiele się zmieniło. To Rosiński za którym nie przepadam, acz nie można mu odmówić już niezłej zabawy z portretowaniem twarzy. Czasem wychodzi mu to doskonale, a czasem wręcz tragicznie. Gdy jeszcze otrzymujemy wyraz twarzy zahaczający o karykaturę, to jest nieźle, niestety momentami nasuwa się porównanie z bulwą ziemniaka. Komiks mimo to czyta się nieźle, zresztą nawet słaby Rosiński to nadal klasa sama w sobie, a i treści jest tu całkiem przyzwoita ilość.











Polch w albumie Rycerze Fair Play to Polch któremu bliżej do Funky Kovala, widać już tu wyrobiona rękę i tą cudowną dbałość o szczegóły. Pojazdy można długo podziwiać, a dynamiczne sekwencję obrazuje w bardzo udany sposób, zobaczcie choćby dwie słynne sceny: kraksy na torze formuły, oraz niefortunnego zderzenia na piłkarskim boisku. Także postacie ludzkie odwzorowane są niezwykle udanie, zresztą główną rolę powierzono tu osobnikowi z twarzy dość znajomemu, prawda? Całość albumu jest w miarę spójna fabularnie, choć niestety nie nawiązujemy żadnego mocniejszego powiązania z głównymi postaciami, ot po prostu towarzyszymy im zarówno w roli kibica jak i sportowca w najróżniejszych wydarzeniach sportowych. Najważniejsze tu jest postępowanie z honorem, z uszanowaniem zasad Fair Play, które zostało w albumie ukazane całkiem zgrabnie, choć niestety nie uniknięto zbyt wyrazistego i namolnego smrodku dydaktycznego.









Takie oto trzy cudeńka. Czy warto dzisiaj po nie sięgnąć? Przeczytałem je ponownie w jeden wieczór i bawiłem się całkiem nieźle. Ale głównie z powodu rysowników, po prostu podziwianie tak wielkich artystów w tak podobnych, a jednocześnie zupełnie rożnych publikacjach, jest prawdziwa przyjemnością!

7
Gry wideo / God of War
« dnia: Nd, 03 Marzec 2019, 16:14:57 »
Rzadko mi się zdarza zakupić jakąś grę na konsolę od razu po premierze, zazwyczaj czekam, by ceny odpowiednio spadły, a do tego na rynku pojawił się zalew używek. Jednak przy najnowszej odsłonie God of War nie wytrzymałem: gdy słyszy się z każdej strony zachwyty na temat tego tytułu, oceny sięgają często maksimum, a do tego gra nie posiada debilnych mechanizmów jak boxy z pierdołami, płatne skórki, czy dlc z zawartością wyciętą przed premierą (tak EA, to Waszych gier już nie kupuję!), trzeba było sięgnąć do portfela.



Po ponad 40 godzinach rozgrywki i wbitej platynie, z czystym sumieniem mogę stwierdzić: studio Santa Monica dostarczyło nam niezwykły produkt, ze wszelkich miar zasługujący na zachwyty, jednocześnie nie pozbawiony przywar, ale dosłownie kosmetycznych.



Wspominając na szybko: pierwsza gra z serii God of War debiutowała na konsoli PS2 w 2005 roku. Należała do gatunków slasherów, czyli jej podstawową rozgrywką było dosłownie siekanie ogromnych zastępów wrogów. Jednak jak to było wykonane! Grafika, animacja i muzyka powodowały przysłowiowy opad szczęki, do tego gra nie przebierała w środkach: krew lała się strumieniami, a niektóre sceny powodowały autentyczne zniesmaczenie. Do tego tytuł nie był tylko prymitywną rąbałką, ale posiadał także akcenty gry przygodowej z elementami zagadek środowiskowych. A to wszystko ubrano w całkiem zgrabny scenariusz.



Część druga pojawiła się w 2007 i budziła jeszcze większe zachwyty, twórcy wręcz wycisnęli ostatnie soki z zasłużonej już wtedy konsoli PlayStation 2. Trzecia część zadebiutowała w 2010 roku już na konsoli PlayStation 3, i ponownie zdobyła uznanie zarówno krytyków jak i graczy. Ostatnia część, będąca jednocześnie prequelem, God of War: Ascension pojawiła się na PS3 w 2013, i mimo, że to także świetny tytuł, to jednak gracze poczuli się nieco zmęczeni. Nasz antybohater, spartański wojownik, na swojej drodze spotkał tak wielu wrogów, w tym praktycznie cały panteon Greckich bogów, że zarówno on jak i gracze poczuli nieco przesyt. Tym bardziej, że po drodze otrzymaliśmy jeszcze dwie części: God of War: Chains of Olympus (2008) i God of War: Ghost of Sparta (2010), obie zagościły na przenośnej konsoli PSP.



Warto nadmienić, że cała seria jest obecnie dostępna na konsoli PS3, części wydane pierwotnie na PS2 i PSP zostały odpowiednio przekonwertowane. Mimo, że niektóre części sagi obecnie mogą już nieco straszyć pod względem graficznym, to nadal wszystkie oferują doskonałą rozgrywkę. To jedna z tych serii, dla których warto kupić konsolę, a biorąc pod uwagę, że nie pojawiła się na inne platformy, a obecnie używana PS3 kosztuje grosze... może warto się skusić, jeżeli ktoś nie miał okazji?



A Ci co grali, w tym ja (PS3 swego czasu kupiłem właśnie dla God of Wara i serii Uncharted), z pewną obawą czekali na najnowszą część. A czekać musieliśmy trochę, wszak od premiery ostatniej upłynęło trochę czasu. Twórcy jednak nie próżnowali, a niektóre decyzje, które podjęli w tym czasie, wydawały się dość ryzykowane. Oczywiście najnowsza część trafiła tylko na konsole PlayStation 4, tak więc powstał nowy silnik, ale też pojawiły się zmiany w rozgrywce. W poprzednich częściach często widzieliśmy większy obszar planszy, a przez to łatwiej było siekać zastępy oponentów, tutaj kamera została przytwierdzona do pleców Kratosa, przez co nieco trudniej jest się orientować na polu walki. Ale na szczęście każda zmiana spowodowała wprowadzenie dodatkowych mechanizmów, i by choćby łatwiej nam się walczyło, na ekranie pojawiają się odpowiednie znaczniki, a także słyszymy podpowiedzi o atakujących nas wrogach, które wykrzykuje towarzyszący nam syn...



Właśnie. Syn. Zalążkiem fabuły jest podróż zmęczonego już życiem Kratosa w towarzystwie syna, a ich celem jest rozsypanie z najwyższego szczytu prochów matki chłopca. Jednocześnie przez całą grę obserwujemy relacje między ojcem i synem, i trzeba przyznać, to się sprawdza! Tym bardziej, że Atreus jest zdolnym łucznikiem i podczas podróży pomaga nam w walce, a z czasem wyrasta na wartościowego wojownika. Do tego nie jest to typ wkurzającego towarzysza, o którego musimy non stop się martwić. Sama walka natomiast stała się bardziej taktyczna, i oprócz ciosów musimy także zadbać o odpowiednie uniki i parowanie.



Tym razem twórcy na tapetę wzięli mitologię Nordycką, jednak co ciekawe, relatywnie mało tu epickich walk z ogromnymi przeciwnikami, co było zawsze wizytówką serii. Owszem, odpowiednich wrażeń nam nie zabraknie, a wrogów i mniejszych i większych jest cała chmara, ale ewidentnie twórcy zostawili sobie "coś na zapas". A samo siekanie najróżniejszych stworzeń jest wprost niezwykle przyjemne, także z powodu całkowicie nowej broni: topora, którym Kratos nie tylko umiejętnie wywija i ścina drzewa, ale też niezwykle celnie rzuca. A najlepsze jest to, że po takim rzucie topór możemy przywołać, a ten powracając niszczy na swojej drodze dosłownie wszystko. Co warto wykorzystywać zarówno podczas walki jak i w przypadku zagadek. Samych zagadek jest trochę i są bardzo przyjemne, niezbyt skomplikowane, ot takie przerywniki przydane, by obmyć sobie dłonie z krwi.



Graficznie ponowie twórcy pokazali, że są specjalistami w tym co robią: to niesamowite, że by zagrać w wprost przepiękną grę, wcale nie trzeba kupować kolejnej karty graficznej za ciężkie zielone, ale da się zoptymalizować kod na tyle, by wzbudzić słuszne zachwyty. Do tego otrzymujemy tutaj niby otwarty świat, co jest nieco stwierdzeniem na wyrost. Owszem, do celu często prowadzi parę ścieżek, ale zazwyczaj szybko łączą się one w jednym punkcie, a w pewnym momencie, zresztą niedługo po rozpoczęciu rozgrywki, dochodzimy do jeziora, którego to otaczające tereny możemy w sumie dowolnie zwiedzać. O ile coś nie stoi nam na przeszkodzie, gdyż twórcy zastosowali proste mechanizmy, czyli nie przejdziemy dalej, jeżeli nie posiadamy odpowiedniej umiejętności. Tak samo dodatkowe misje: potrzebny jest odpowiedni klucz, by otworzyć bramę, która przepuści nas na nowy teren. Tyle że Kratos posiada topór i sporo krzepy i taką bramę mógłby rozwalić w drobne drzazgi, ale niestety, nie da się. I to jeden z niewielu minusów: jeżeli twórcy czegoś w danym momencie nie przewidzieli, to nie ma siły, po prostu nie da się. Dotyczy to także skoków, czy też zboczenia z ścieżki. Normalnie możemy sadzić susy i skakać bez problemu, ale jeżeli gra na to nie pozwala, to nie przeskoczymy nawet małego płotka czy skały. Nie bo nie. Momentami to wkurza, ale na szczęście nie przeszkadza jakoś strasznie w rozgrywce.



Muzyka jest dość specyficzna, i wśród bardziej dynamicznych motywów posiada także bardziej melancholiczne. Słucha się tego wybornie, często zdarzało mi się przystanąć w podróżny, by jeszcze przez chwilę przysłuchać się jakiemuś motywowi. Pełna ścieżkę muzyczną przyjemnie także puścić sobie po rozgrywce. Gra wyszła w pełnej polskiej wersji językowej, więc mamy także dubbing, który o dziwo sprawdza się naprawdę przyzwoicie. Może zabrzmi to jak herezja, ale niektóre postacie lepiej słuchało mi się w naszej rodzonej wersji niż w oryginale!



I jeszcze coś niesamowitego: gra jest zrealizowana w jednym ujęciu. To znaczy, że brak tu jakichkolwiek cięć, kamera po prostu dosłownie płynie, podczas scenek przerywnikowych zmienia jedynie swoje położenie. To naprawdę trzeba zobaczyć! Nie ma też ekranów ładowania miedzy etapami, co okupiono sztuczkami w stylu np.: korytarzy na tyle zwalniających podróż naszych bohaterów, by kolejny obszar zdążył się załadować.



Rozgrywka wystarcza na około 20 godzin, ale warto pozwiedzać jeszcze świat i zaliczyć choćby misje poboczne. Nie ma ich dużo, ale naprawdę dostarczają sporo satysfakcji. I pozwalają podbudować naszą postać. Właśnie, mamy tu coś w postaci zdobywania poziomów. Mechanizm z początku wygląda na skomplikowany, ale tak naprawdę jest dość prosty i całkiem przyjemny. Warto przypakować nasza postać, gdyż dla spragnionych krwi są dostępne jeszcze dodatkowi wrogowie, w tym ciężkie do pokonania Valkirie, a także dwa światy (zupełnie opcjonalne!), w których pokonujemy zastępy wrogów i trzeba nieco pofarmić, ale na szczęście w granicach zdrowego rozsądku.



God of War to świetna gra i niesamowite przeżycie. To gra którą uruchamiasz na chwilę i chcesz pograć godzinkę - dwie, po czym zastaje Cię wschód słońca. To może nie gra 10 na 10, ale tytuł naprawdę nieprzeciętny. Takich gier, tworzonych z pasją, chciałoby się więcej. Kolejne części już powstają, twórcy mają silnik, określoną rozgrywkę, zapewne przyjdzie nam teraz czekać nieco krócej. Ja już nie mogę się doczekać!



A, widziałem na jakimś forum, jak gracze sprzeczali się, czy poziom 8 jest maksymalny. Da się osiągnąć dziewiąty. ;)



PS. Ta gra jest warta tego by w nią zagrać, to tytuł z takiej kategorii, że można nawet dla niego rozważyć zakup konsoli. I naprawdę warto, odradzam np.: oglądanie filmików z rozgrywki, nie warto psuć sobie przyjemności!

8
Gry wideo / Marvel's Spider-Man
« dnia: Pn, 25 Luty 2019, 21:18:06 »


Rok 2018 można określić jako rok pajączka. I to pod rożnymi względami, także tymi smutniejszymi, gdyż to akurat w tym roku odeszło dwóch jego twórców: Steve Ditko i Stan Lee. Jednocześnie postać którą stworzyli bryluje na wielkim ekranie, a po naprawdę udanym solowym filmie, w 2018 roku ugruntował swoja pozycję w Avengers Infinity War. Filmowy Venom z uniwersum Pajączka, mimo wielu kontrowersji, także wypada zadziwiająco przyzwoicie. Koniec roku to natomiast pełnometrażowa animacja Spider-Man: Into the Spider-Verse, doskonale przyjęta zarówno przez krytyków jak i widzów. W świecie komiksowym (póki co, w Stanach) natomiast wreszcie coś się ruszyło w kwestii związku Petera i M.J.

A do tego Spider-man otrzymał wreszcie bardzo dobra grę*.



Marvel's Spider-Man wydany został niestety tylko na konsolę PlayStation 4, i jest to bezsprzecznie jeden z tych tytułów, dla których warto rozważyć zakup odpowiedniego sprzętu. Twórcy oszczędzili nam opowiadania o początkach bohatera i jego motywacjach, i praktycznie od razu, po króciutkim intro, już możemy huśtać się na sieci pomiędzy wieżowcami Manhattanu. Mija chwila, i wpadamy w wir walki. Nie ma na co czekać, gracz od razu zostaje wrzucany na głęboką wodę, choć oczywiście nie bez opieki, odpowiednio skonstruowany samouczek szybko uczy nas podstaw, a w ciągu kolejnych wielu godzin gry, oczywiście będziemy szlifować nasze umiejętności. I  zdobywać nowe, nawet w takiej grze akcji jak Spider-man musiały pojawić się poziomy postaci. Na szczęście motyw ten nie jest inwazyjny, rozwój następuje niejako samoistnie, a gracz skupia się na tym, co jest najprzyjemniejsze.



A przyjemnych motywów jest tu naprawdę sporo. Same śmiganie pomiędzy zabudowaniami dostarcza wprost niebotycznej przyjemności. Gra ma w miarę otwartą strukturę, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by na chwile zapomnieć o najróżniejszych misjach i głównym wątku fabularnych i po prostu pohuśtać się na sieci dla czystej przyjemności. Można nabierać rozpędu, nurkować, wykonywać sztuczki, biegać po ścianach, wybijać się ze szczytów. A wszystko zrealizowana w tak naturalny sposób, że już za ten element twórcom należą się gromkie brawa.



Do tego korzystanie z pajęczyny odbywa się zupełnie bezstresowo, gracz nie musi martwić się, że Pajączek "zaryje nosem" w jakąś ścianę, czy o coś choćby zahaczy. Postać zgrabnie zmienia formę ruchu, i huśtanie w ułamku sekundy może zmienić się w bieg po ścianie budynku, by po chwili znowu wybić się i śmigać na pajęczynie.



Także wylądowanie na ulicy jest bezproblemowe, a dla gracza może spowodować co najwyżej przysłowiowy opad szczęki. Ulice jak najbardziej żyją, jeżdżą samochodu, kręci się wiele osób, do tego Nowojorczycy, gdy zobaczą naszego bohatera, odpowiednio skomentują jego obecność, pochwalą, zganią, będą chcieli autograf lub... przybiją piątkę! Skaczemy do góry i momentalnie lecimy wśród szczytów wieżowców, i nic nie stoi na przeszkodzie, by w dowolnym miejscu znów wylądować na ulicy, a tam ponownie spotkamy samochody, ludzi i wiele smaczków.



Oczywiście nie mogło obyć się bez walki, a i ten element zrealizowano bardzo zgrabnie. Nasz Pajączek zazwyczaj mierzy się z przytłaczającą ilością niemilców, nierzadko uzbrojonych w broń palną, jednak nie pozostaje bezbronny. Nasza postać jest niezwykle szybka, do tego porusza się z niesamowitą gracją. Do dyspozycji mamy obowiązkową sieć, ale także arsenał dodatkowych możliwości, jak moce kostiumów czy też gadżety, którymi można bawić się wręcz wyśmienicie. A do tego dochodzi jeszcze skradanie czy uniki. Walka Pajączkiem przeradza się w prawdziwy balet, choć należy podkreślić, że jest również dość wymagająca, i wymaga odrobiny wprawy, a nasza postać na pociski i ciosy jest mało odporna.





Dopracowane i niezwykle przyjemne elementy rozgrywki opakowano w odpowiednią otoczkę fabularną. Twórcy opowiadają swoją oryginalną historię, jednak czerpią garściami z doskonale znanych już motywów z komiksów czy filmów. Dla nikogo raczej zaskoczeniem nie będzie, że ta czy tamta postać zachowa się w odpowiedni sposób. Na szczęście scenariusz obfituje w niespodzianki, tak więc i nawet osoby doskonale znające komiksy zapewne spotka parę fabularnych zaskoczeń. Do tego scenariusz jest naprawdę nieźle nakreślony, i podobnie jak pozostałe elementy gry, niezwykle przyjemny w odbiorze.





Całość gry ma otwartą strukturę, możemy śmigać na pajęczynie, a między poznawaniem kolejnych etapów głównego wątku zajmować się czy to losowymi przestępstwami, likwidować obozy bandziorów, czy też brać udział w misjach pobocznych.





Przyjemna rozgrywka, walka, czy też wątek fabularny. Ta gra właśnie taka jest, niezwykle przyjemna dla gracza, choć jednocześnie dość wymagająca, szczególnie w aspekcie walki. Jednak nie obyło się bez baboli, niestety czasem nasza postać nie do końca nas słucha podczas choćby lotu i momentami wskoczymy nie tam gdzie trzeba. Zupełnie nie przeszkadza to w swobodnej eksploatacji terenu, jednak gdy pojawiają się zadania na czas, może to być nieco frustrujące. Tak samo zdarzy się, że na czymś się przyblokujemy i niby moglibyśmy odskoczyć, ale gra zdecyduje, że akurat w tym przypadku Pajączek nie może przeskoczyć małego gzymsu. Bo nie. Wkurza także choćby ograniczona interaktywność. Większością elementów możemy rzucać, ale oczywiście nie wszystkimi. Widzimy beczkę i fru, po chwili leci we wrogów. Obok leży skrzynka, chcemy ją rzucić, ale już się nie da. Bo nie. Mimo otwartego świata gra jest aż do bólu liniowa, i czasem jest to aż nadto widoczne. Chcemy choćby dostać się do pewnego biura, a drzwi są zatarasowane paroma kartonami. Nie możemy ich odwalić, trzeba szukać drogi przez świetlik, innej możliwości nie ma. Bo nie. Dziwnie także wyglądają żetony, które otrzymujemy za różne aktywności, i które są wymagane do rozwoju i odblokowywania nowych umiejętności. Mechanizm ogólnie działa dobrze, ale jest trochę nienaturalny, i trzeba się chwilę do niego przyzwyczaić. Można mieć także uwagę do postaci przechodniów i wrogów, ewidentnie widać małe zróżnicowanie modeli, i odnosi się wrażenie, że sporo tu klonów. Mimo sporej liczby mniejszych lub większych przywar, jednak Marvel's Spider-Man i tak jest grą, z którą jak najbardziej warto się zaznajomić.





Dodatkowy atut: nie znajdziemy tu żadnych mikrotransakcji. Kupując grę otrzymujemy produkt kompletny. I chwała twórcom za to, w dzisiejszych czasach warto podkreślić takie podejście. Natomiast do gry ukazał się dodatek, podzielony na trzy części (wszystkie obecnie są już dostępne): The City That Never Sleeps, który rozszerza wątki z podstawki, przedstawiając dodatkową, całkiem ciekawą historię. Otrzymujemy nowych przeciwników, a co za tym idzie, wzrost poziomu trudności. Dodatek wystarcza w sumie na jakieś 8 godzin, i jak najbardziej, wart jest do rozegrania. Uwaga, za dodatek należy się zabrać koniecznie dopiero po zakończeniu głównej osi fabularnej!





W grze spędziłem sporo godzin, zaliczyłem podstawkę i dodatek na 100%, postać oczywiście osiągnęła maksymalny poziom, a niezwykle przyjemna platyna wpadła. I mam zamiar co jakiś czas wracać do Pajączka, choćby dla samej przyjemności huśtania się na sieci.





*gier ze Spider-manem na przestrzeni lat powstało co niemiara i wśród wielu tytułów pojawiały się tytuły zarówno tragiczne, przeciętne jak i bardzo przyzwoite, ale nigdy nie pojawił się żaden super hit. Warte polecenia gry to choćby: Spider-man z 2000 roku, Spider-man The Movie z 2002 roku, Spider-Man 2: The Game (wersja konsolowa!) z 2004 roku, Spider-Man: Web of Shadows z 2008 roku, Spider-Man: Shattered Dimensions z 2010 roku czy Spider-Man: Edge of Time z 2011 roku.

PS Stan Lee, podobnie jak w filmach, zaliczył w grze bardzo przyjemne cameo. Dodatkowo, twórcy po jego śmierci uhonorowali go planszą pamiątkową. Szkoda, że zapomnieli o Ditko....

PS 2 Za grę odpowiada Insomniac Games, mający na swoim koncie takie produkcje jak seria gier o Spyro, serię Resistance, serię Ratchet & Clank czy Sunset Overdrive.

PS 3 Latając po Manhattanie spotykamy na swojej drodze paru przeciwników, którzy momentami nieźle rozrabiają. Co ciekawe, mimo obecności na mapie takich budynków jak Sanktuarium Doktora Strange czy wieży Avengers, żaden z innych superbohaterów nie raczy nawet w małym stopniu pomóc naszemu Pajączkowi. Też koledzy, prawda?


9
Komiksy polskie / Kapitan Żbik
« dnia: Pt, 15 Luty 2019, 18:59:11 »
Wtedy nazwa "komiks" była na cenzurowanym, gdyż kojarzyła się z zepsutym zachodem, więc koniecznie należało zaproponować coś bardziej ze swojego podwórka. Tak powstała seria oficjalnie nazywana "kolorowe zeszyty", szybko przemianowana przez miłośników historyjek obrazkowych na "Kapitan Żbik". Było to dobrze ponad czterdzieści lat temu, zupełnie inne czasy. Dokładnie w 1967 roku narodził się Jan Żbik. Nazwisko zupełnie nieprzypadkowe, jak opowiadał sam twórca postaci, Władysław Krupka: "Nazwisko bohatera miało budzić skojarzenia z cechami żbika, takimi jak drapieżność i zwinność (...)". Oprócz tego Kapitan Żbik był ponadprzeciętnie inteligentny, odznaczał się niezwykłą dedukcją, potrafił świetnie posługiwać się najróżniejszą bronią, a także znał wiele  języków obcych. Do tego, co doceniła płeć piękna, był bardzo przystojny. Ale jego przygody skierowane były głównie do chłopców, a ich celem było ocieplenie wtedy niezbyt dobrego (lekko mówiąc) wizerunku Milicji Obywatelskiej oraz ORMO.

Zresztą bardzo trafnie opisał Kapitana Żbika krytyk Wojciech Orliński: "Żbik to najbardziej udana kreacja milicjanta w peerelowskiej popkulturze. Nie ma w nim chamstwa Borewicza, ani fajtłapowatości kapitana Sowy. Żbik – zwłaszcza rysowany przez Rosińskiego – miał w sobie skromną elegancję PRL-owskiego inteligenta, nienaganną, ale pozbawioną ekstrawagancji. Żbik stoi na straży prawa, ale nie waha się go łamać w dobrej wierze – np. w komiksie "Porwanie" nielegalnie przekracza granicę, gdy wymaga tego sprawa. Choć otaczają go piękne kobiety (zwłaszcza porucznik Ola), Żbik jest zbyt pochłonięty swoją pracą, by mieć jakiekolwiek życie osobiste."

Seria wydawana przez 15 lat i składająca się w sumie z 53 zeszytów spełniła swoją rolę. I choć wszechobecna cenzura dawała wyraźnie o sobie znać, a wiele spraw pozostawało tematami tabu, to młodzież chętnie sięgała po "kolorowe zeszyty", i z wypiekami na twarzy śledziła zapierające w piersiach perypetie odważnego i charyzmatycznego Kapitana, który zresztą kreowany był na postać jak najbardziej prawdziwą! W większości zeszytów mogliśmy znaleźć wstęp, w którym Jan Żbik "osobiście" zwracał się do czytelników, tytułując ich "Drogimi Przyjaciółmi".

Jak odbiera się Żbika dzisiaj? W 2014 roku wydawnictwo Ongrys rozpoczęło wznawianie odrestaurowanych zeszytów z serii "Kapitan Żbik". Rozpoczęto publikację serii od trzech pierwszych numerów, i wybór taki jak najbardziej z chronologicznego punktu widzenia jest słuszny, jednak z marketingowego już niekoniecznie. Poniżej wznowienia Ongrysa, oraz oryginały mające ponad 40 lat!



Jakiś czas temu przypomniałem sobie tę serię, i muszę przyznać, że Ryzyko to nie była łatwa przeprawa...

Może żeby usystematyzować: w serii ukazały się w sumie 53 zeszyty, poszczególne zamknięte historie zazwyczaj zajmowały jeden lub więcej zeszytów (maksymalnie 5). Za scenariusz i rysunki odpowiadały różne osoby, co zresztą doskonale widać, zarówno poziom scenariuszy był różny (na ich wpływ miały nie tylko zdolności autorów, ale też naciski Władzy Ludowej i tego, co sobie życzyła, by propagować), jak i oczywiście rysunków. Wśród nazwisk pojawiają się tacy Artyści jak znani chyba wszystkim zainteresowanym komiksem Jerzy Wróblewski, Grzegorz Rosiński czy Bogusław Polch.

Ryzyko to pierwsze trzy numery serii stanowiące zamkniętą fabularną całość, której podstawą jest rabunek wartych 40 milionów eksponatów z muzeum w Tarłowie. Do akcji przystępuje Milicja, w tym oczywiście główny bohater, czyli Kapitan Żbik. Którego o dziwo jest bardzo mało w tych zeszytach i do tego niczym szczególnym się nie wyróżnia. Za to dużo tu porucznik Oli, co zresztą zostało wtedy skrytykowane, no bo jak, kobieta dostała tak wyrazistą rolę w historyjce obrazkowej skierowanej do chłopców i mającej na celu przedstawiać postacie będące dla nich autorytetem i wzorem do naśladowania? W sumie to i tak nieważne, gdyż Ryzyko to i tak kaszana straszliwa. Scenariusz jest pełen głupot, bzdur, dziur fabularnych i nielogiczności, które przegięciem były nawet w tamtych czasach. Za rysunki odpowiadał Zbigniew Sobala, który nigdy nie powinien niczego rysować - szata graficzna jest wprost ohydna, pozbawiona zupełnie szczegółów, a poszczególne postacie trudno od siebie odróżnić. Start serii można określić jako wybitnie nieudany i to zarówno w tamtych latach, jak i obecnie. Jednak absolutnie nie należy całej serii skreślać, na szczęście w kolejnych zeszytach jest i co poczytać i co pooglądać!

O ile kibicuję wydawnictwu Ongrys w procesie wznawiania Żbików, to sam odpuściłem kupowanie kolejnych numerów, oczywiście nie z tego powodu, że coś z nimi jest nie tak, tylko na szczęście uchowały mi się starsze wydania. Niektóre w nie najlepszym stanie, jak choćby te ze zdjęcia poniżej, co na szczęście zupełnie nie przeszkadza w lekturze, a trzymanie prawie 50 letnich komiksów w ręku wręcz potęguje odczuwanie klimatu tamtych czasów.


Daty, które umieszczam przy tytułach poszczególnych zeszytów, to daty pierwszej publikacji tychże zeszytów, czyli pierwszych wydań. Sam naprawdę nie pamiętam, kiedy dany zeszyt dokładnie się ukazał, stąd posiłkuję się internetem, a wiadomo jak to jest w tych internetach. W zależności od źródła, czasem daty pierwszych publikacji mogą się różnić, ale zazwyczaj staram się sprawdzić parę źródeł i wybrać to (te) najbardziej rzetelne. Tak słowem wyjaśnienia.

4: Dziękuję, kapitanie (1969). Historia toczy się wokół zabójstwa dyrektora zakładów chemicznych, którego w nocy wyrzucono z jego własnego (!) samochodu. W tym tomie Żbik okazuje się prawdziwym twardzielem, doskonale strzela, jest sprytny, opanowany, nie brakuje mu zimnej krwi ani pomysłowości. Jednocześnie jest także naiwny i robi głupie błędy. Choć to raczej przywary scenariusza, pełnego dziur fabularnych, ale o dziwo, historyjkę czyta się całkiem przyjemnie. Niestety, gorzej z oglądaniem. Za rysunki odpowiada Jan Rocki (na całą serię narysował tylko ten jeden zeszyt), którego styl jest bardzo podobny do stylu Zbigniewa Sobali znanego z Ryzyka. Czyli jest źle, choć i tak Rocki bije pod względem szczegółowości kadrów, czy wyrazistości postaci Sobalę na głowę.

5: Diadem Tamary (1969) - na stanowisku rysownika zasiada sam Grzegorz Rosiński, choć jeżeli ktoś przyzwyczaił się do Thorgalowej kreski (szczególnie późniejszej), to może nieźle być zaskoczony tym, co tutaj znajdzie. Ale i tak poziom szaty graficznej, w stosunku do wcześniejszych tomów, rośnie jakościowo o parę długości. W biały dzień dochodzi do napadu na jubilera, złodziejom udaje się zbiec. Do akcji wkracza sam Kapitan Żbik, i dzieje się, oj dzieje! Bandyci nie przebierają w środkach, dochodzi do strzelanin, pogoni, obławy, lotów helikopterem czy pojedynku na moście. Akcja pędzi na złamanie karku i mimo wielu fabularnych dziur, czyta się to nieźle. W tomie nie zabrakło dodatkowego aspektu edukacyjnego, czyli bezpośredniego zwrócenia się do młodzieży, czyli głównych odbiorców samych komiksów z Kapitanem Żbikiem. Trzej młodzi wagarowicze żałują swoich postępków, i będą pilnie się uczyć, by w końcu "zostać przyjętym do Milicji".

6: Wzywam 0-21 (1969). "Zagraniczny turysta chce poznać tajemnicę wynalazku docenta Kowarskiego." Ale okazuje się, że z docenta niezły kozak i nie tak łatwo go "zgarnąć". Nasz wszechstronnie uzdolniony Kapitan Żbik natomiast pokazuje swoje kolejne umiejętności, czyli doskonałą znajomość "ciosów karate" oraz akrobatyczne pilotowanie awionetki. Akcja pędzi na złamanie karku, jest parę zaskoczeń, nawet przyjemnie się czyta. Ogląda już gorzej, gdyż ponownie za ołówek sięgnął Zbigniew Sobala. Choć uczciwie należy przyznać: od czasów Ryzyka znacznie podszkolił swój warsztat i teraz nawet widać coś na tych rysunkach, a i postacie można rozróżnić. Na co wpływ ma także znacznie wyższy poziom kolorowania - wreszcie znikneły "przypadkowe plamy". Okładkę oryginalnego wydania zdobiło zdjęcie (jedyny taki przypadek w całej serii!) Milicjanta przy swoim służbowym samochodzie, w otoczeniu zimowej scenerii.

7: Śledzić Fiata 03-17 WE (1970). Dynamiczna okładka zapowiada coś niezwykłego, tym bardziej, że szatą graficzną zajął się sam Mieczysław Wiśniewski znany z rysowania takich serii jak Podziemny front oraz Kapitan Kloss. Szczególnie w tej drugiej serii sprawdził się wprost wyśmienicie. Niestety, w Żbiku zupełnie poległ, a jego Żbik zupełnie Żbika nie przypomina (takie stwierdzenie po rysunkowych przygodach z Sobalą to niestety mocna obelga...). Na szczęście w całej serii zajmował się tylko tym jednym albumem. Scenariusz to tragedia - pełen dziur, nielogiczności, idiotyzmów i głupot. Czyta się po prostu ciężko.

8: Tajemnica ikony (1970). Kolejna świetna okładka, powiedziałbym nawet, że jedna z najlepszych w całej serii. Rysuje ponownie Rosiński, który wyraźnie rozwija swój warsztat. Scenariuszowo jest przyjemnie: akcja kręci się wokół kradzieży ikony z cerkwi gdzieś w Bieszczadach. Od razu znany jest zleceniodawca i kupiec dzieła sztuki: (zły?) Niemiec, który płaci tysiąc dolarów gotówką. Do tego, okazuje się, że ikona ma "drugie dno"... W tomie pojawia się wątek młodzieży, a dokładnie drobiazgowej aż do przesady Młodzieżowej Służby Ruchu.

9: Kryształowe okruchy (1970). Znowu Zbigniew Sobala, a do tego dziwaczna i zupełnie bezpłciowa, okładka. Akcja rozwija się wokół zabójstwa inżyniera Zalewskiego, który nie zjawił się w pracy, więc od razu kierownik leci na posterunek MO. No dobrze, wcześniej dzwoni i puka. Scenariusz głupawy i dziurawy oraz jak zwykle, mocno propagandowy, ale da się przeczytać, choć rysunki mocno do lektury zniechęcają.

Teraz następują przygody Żbika w demoludach, a przynajmniej w większości krajów które swego czasu w ich skład wchodziły. Na całą historię składa się w sumie pięć kolejnych zeszytów:

10: Zapalniczka z pozytywką (1970)
11: Spotkanie w "Kukerite" (1970)
12: Podwójny mat (1970)
13: Porwanie (1970)
14: Błękitna serpentyna (1970)

Na poniższym zdjęciu umieściłem jednak sześć albumów, po prostu ostatnią część posiadam w dwóch wydaniach. Zresztą nie bez powodu. Wszystkie albumy w których tytuł umieszczono na białym skośnym pasku to drugie wydania, z roku 1974. Pierwsze pod względem okładek niewiele się różniły, rysunki pozostały te same, jedynie tytuły były wykonane stylizowaną czcionką i umieszczone bezpośrednio na rysunku zdobiącym okładkę. Wyjątkiem jest część piąta historii: Błękitna serpentyna. Szukając po rożnych źródłach powody zmiany okładki znalazłem dwa. Pierwszy, logiczny, to forma skośnego paska, który zupełnie nie pasował na układ pierwotnej okładki i zasłaniałby bezsensownie ważne jej elementy - stąd trzeba było ją przerysować, by pasowała do takiej formy graficznej. Drugim powodem była cenzura, która przyczepiła się do zbyt skąpego stroju tancerki, stąd też ta zmiana. Jak dla mnie, w drugiej wersji Rosiński pokazał, że umie nadać rysowanym kobietom sporo seksapilu, nawet jak komuś to nie na rękę.



Właśnie, za rysunki we wszystkich pięciu numerach odpowiada wszem znany i lubiany Grzegorz Rosiński. Owszem, wczesny, ale już wyraźnie widać, że swój styl ma, a do tego wprost przepełniony jest talentem. Już dla rysunków bez wątpienia warto sięgnąć po te kolorowe zeszyty, a dodatkowym atutem jest scenariusz. Żeby nie było: pełny dziur fabularnych, głupot, bez pełnego zakończenia, z wieloma bezsensami i przepełniony propagandą, ale mimo to, czyta się to wyśmienicie! Historia polowania na doskonale (no powiedzmy, że doskonale) zorganizowaną grupę przemytników opowiedziana jest z werwą, dynamicznie, a Rosiński ewidentnie doskonale się czuje, pokazując wręcz filmowe prowadzenie akcji.



15: Kocie oko (1971) Po zuchwałym napadzie na bank, łupem złodziei pada dwanaście milionów złotych. Do akcji wkracza kapitan Żbik i porucznik Ola. Misternie przygotowany przez przestępców plan niestety niweczy ich głupota oraz brak wzajemnego zaufania... Za stronę graficzna odpowiada Zbigniew Sobala, który w pierwszych Żbikach zupełnie się nie sprawdził, a tutaj o dziwo, da się jego obrazki oglądać! A i poczytać jest co, gdyż otrzymujemy po prostu całkiem niezłą opowieść sensacyjną. A ostatnie dwa kadry wymiatają! Plus za okładkę, mimo że trochę jej brakuje, to jednak czuć napięcie!

16: Czarna Nefretete (1971) Jak w każdym Żbiku i tutaj znajdziemy dziury fabularne, i to momentami mocno wkurzające, ale scenariusz daje radę. Kolekcjoner dzieł sztuki, Jan Mirski, rano wychodzi na tajemnicze spotkanie. Niestety spacer kończy się tragicznie. Do akcji wkracza Jan Żbik. Za rysunki odpowiada Grzegorz Rosiński, i wciąż wyraźnie widać ewolucję jego stylu. W Czarnej Nefretete jest już lepiej niż dobrze - postacie są wyraziste, łatwe do rozpoznania, do tego Rosiński nie szczędzi szczegółów anatomicznych. A jakie piękne rysuje kobiety! Także tła są perfekcyjnie dopieszczone, obojętnie czy to pokój na komendzie, czy sklep z dziełami sztuki, jest co podziwiać! No i ta okładka!

17: „Złoty” Mauritius (1971) Na zlecenie cudzoziemca, dochodzi do spektakularnego napadu na konwój przewożący unikatowy znaczek, tytułowy "Złoty" Mauritius. Scenariusz pędzi na złamanie karku, i jest nawet dziś bardzo przyjemny w odbiorze. Tym bardziej, że towarzyszą mu rysunki Polcha! Tak, zgadza się, za sterami zasiada Bogusław Polch, znany głównie z Kovala czy Ekspedycji. Tu już doskonale widać przywiązanie Polcha do szczegółów, choć większość jego kadrów jednak nieco straszy, powiedziałbym, plastikowością. Ale i tak, jest to bardzo wysoki poziom, a do tego sceny akcji ogląda się naprawdę z przyjemnością. A jak Żbik daje w zęby: cacuszko!

18: Czarny parasol (1971), 19: Studnia (1971) Feliks werbuje dwóch kieszonkowców, i razem dokonują napadu metodą "na parasol" na Centralę Sprzętu Medycznego. Do sprawy oddelegowany zostaje Kapitan Żbik. Który oczywiście staje na wysokości zadania, choć pozytywne zakończenie to głównie wynik niesnasek wśród przestępców, przypadkowych świadków oraz... oparów malin... Scenariusz rozwleczony na dwa numery nie jest zbyt dynamiczny, ale czyta się to przyzwoicie, choć historia zupełnie nie porywa. Podobnie jak rysunki Andrzeja Kamińskiego, których poziom może nie straszy, ale jest gorszy niż to co pokazał choćby Sobala w Kocim Oku.

Jako taka ciekawostka: większość zeszytów z serii Żbik z mojej kolekcji ma biały pasek z lewej strony. Zeszyty mają swoje lata, niektóre zakupiłem wieki temu używane, w stanie "nieco" podniszczonym, stąd też próba ich odnowienia - zabezpieczenia. A więc okleiłem grzbiety zwykłym gładkim papierem, takim z zeszytów, a jako łącznika użyłem słynnego kleju Wikol. Wtedy bardzo go lubiłem, nie, nie z powodu zapachu (bardzo charakterystycznego i... wyrazistego), ale z powodu jego mocy - był to w tamtych jedyny klej w miarę łatwo dostępny który miał prawdziwą moc. I używałem go głównie do sklejania kartonowych modeli z Małego Modelarza: sprawdzał się idealnie. Do grzbietów komiksów najwidoczniej też się nadawał, do dzisiaj nic się nie odkleiło!



20: Strzał przed północą (1971) We wsi Wólka Mała ktoś strzela do gospodarza Kopczyńskiego i jego córki, którzy dopiero co zasiedli do wspólnej kolacji. Strzał, na szczęście niecelny,  pada za otwartego okna, a sprawca szybko znika w mroku nocy. Mija miesiąc i ponownie nieznany sprawca oddaje strzał w stronę Kopczyńskich. Do akcji wkracza znany nam Żbik, który jak szybko się okazuje, wśród wielu umiejętności, zna się także doskonale na pracy w gospodarstwie. Rysuje Sobala, wiec rysunki zupełnie nie porywają, ale postacie da się rozróżnić, a i parę w miarę udanych kadrów da się tu odnaleźć. I nawet okładkę można uznać za bardzo udaną. Scenariusz przyzwoity, taki średniak, ale przyjemny w odbiorze.

21-22: Człowiek za burtą & Gotycka komnata (1972) Do Waśnic przyjechał nowy kustosz muzeum - Kazimierz Groński. I zaczyna się! Próby zabójstwa, tajemnicze komnaty, betonowe posadzki, skarby, niebezpieczne miny, czarna pantera... I Żbik, który np.: potrafi się nieźle przebrać. A na deser zbrodniarze wojenni. Choć nie, takim prawdziwym deserem jest Danuta Zawadzka! Między tą rudowłosą pięknością a Żbikiem wyraźnie czuć chemię, a kadr, gdzie Danuta patrzy na Żbika szeroko otwartymi oczami i trzyma palec na ustach wprost emanuje napięciem erotycznym. I te słowa: "Będę się czuła pewniej wiedząc, że pan jest w pobliżu"! Niestety, Żbik poświęcony jest swojej pracy, i cała sprawa kończy się jedynie serdecznym pożegnaniem przy kawce i papierosku. Rysuje Rosiński, którego rysunek wciąż ewoluuje. Tym razem kreska sprawia wrażenie bardziej delikatnej, choć niestety można także zauważyć, że w kadrach jest jakby mniej szczegółów. Ale i tak, jest co podziwiać, a poszczególne postacie w kresce Rosińskiego są bardzo wyraziste, charakterystyczne, i piękne, szczególnie kobiety, w tym wspomniana Danuta. Scenariusz bardzo dobry i przyjemny w odbiorze, dzieje się dużo, są zwroty akcji, także smutniejsze momenty, a dziury fabularne nie straszą. Jedne z moich ulubionych Żbików - mocno polecam!



23-26: Nocna wizyta, Wąż z rubinowym oczkiem, Pogoń za lwem, Salto śmierci (1972) Historia rozłożona na cztery kolejne zeszyty scenariuszowo stoi na bardzo wysokim poziomie. Oczywiście, jak to w Żbikach bywało, nie uniknięto dziur czy nieścisłości fabularnych, ale o perypetiach szajki złodziei i polujących na nich Kapitana czyta się doprawdy nieźle. W moim prywatnym rankingu: jedne z lepszych Żbików! Tym bardziej, że za rysunki odpowiada Bogusław Polch. Co prawda nie jest to jeszcze poziom znany z Kovala, ale zeszyty i tak dostarczają nam odpowiednich wrażeń estetycznych. Choć mam jeden zarzut, a mianowicie, zbyt często rzuca się w oczy swego rodzaju przesadzona sterylność w kadrach, oraz coś, co nazwałbym "brakiem dynamiki". Całościowo historię zapamiętałem z dzieciństwa bardzo dobrze, a i dzisiaj z przyjemnością do niej powróciłem. Aha, jako ciekawostka: drugie wydanie zeszytu "Salto śmierci" z powodu zaginięcia oryginalnych materiałów zostało od podstaw przerysowane. Miał się tym zająć sam Polch, ale nie zgodził się na ponowne wykonywanie tej samej roboty, stąd też do tej fuchy zatrudniono anonimowego artystę, jego nazwisko niestety nie pojawiło się nigdzie w zeszycie. Przerysowanie wyszło całkiem nieźle, choć kreska z drugiego wydania jest wyraźnie grubsza i "cięższa", jak już macie wybór, to jednak lepiej sięgnąć po pierwsze wydanie.

27: Skoda TW 6163 (1973) Grzegorz Rosiński pod wieloma względami jest przeciwieństwem Polcha. O ile Polch przywiązywał wagę do czystości kadrów, a jego problemem był wspomniany "brak dynamiki", to Rosiński dosłownie "płynął", prezentując nam doznania wręcz filmowe. Jednocześnie często jego rysunki prezentują się nieco niedbale, acz braku szczegółów nie można im zarzucić. Niezaprzeczalnym atutem Żbików jest właśnie okazja do obcowania z początkami znanych polskich rysowników, i doskonała obserwacja różnic w ich stylach, oraz rozwoju tychże. Skodę TW 6163 scenariuszowo odbiera się bardzo dobrze. Mimo zabójstwa wokół którego toczy się postępowanie, to całość poprowadzona jest dość lekko, i historię czyta się dosłownie jednym tchem. Jako ciekawostka: na jednym z kadrów "Żbik z grafologiem odwiedzają pewną szkołę". Gdy do niej wchodzą, na pierwszym planie widzimy grupę dzieciaków którzy z zaciekawieniem czytają zeszyt "Człowiek za burtą", czyli jedną ze wcześniejszych przygód Kapitana! Szkoda, że zaaferowane lekturą dzieciaki nie widzą, że ich bohater przechodzi dosłownie za ich plecami!


Strony: [1]