1
Dział ogólny / Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« dnia: Nd, 30 Listopad 2025, 11:23:42 »
Listopad
Guy Gardner nr 4 - dla tytułowego bohatera tej serii kwestie wizerunkowe stanowiły na ówczesnym etapie jego aktywności absolutny priorytet. Wymagało tego chociażby zamiłowanie do siebie samego, nieustannie werbalizowane przekonaniem o statusie ,,najlepszego Green Lanterna wszechczasów”. Mimo że wówczas Guy został ze struktur Korpusu Zielonych Latarni z hukiem wykopany, to jednak w kwestii jego próżności nic się nie zmieniło. Toteż zasadniczym imperatywem jego działań jest nie tyle klasycznie pojmowany altruizm, co chęć pławienia się w powszechnym podziwie jego osoby. Aspekt komiczny tej okoliczności został tu doskonale ujęty. Plus pierścień Guya nadal gada wyłącznie po korugariańsku.
Black Condor nr 9 - protagonista tej serii pojawia się w tym epizodzie w gruntownie odmienionej formie i o dziwo jest to najbardziej udana odsłona tego przedsięwzięcia. Zapewniła ją wizyta mocno wówczas promowanego przez DC Comics nowego Raya, a także perspektywa zmierzenia się z przeciwnikiem znacznego kalibru. Aż szkoda, że nie działo się tak w tej serii wcześniej.
Marvel Origins t.74: Daredevil 7 – znając klasyki z udziałem „DD” w których zmuszony był on zmagać się z tak udanie pomyślanymi adwersarzami jak Bullseye, Kingpin i Punisher momentami trudno uwierzyć, że u zarania popkulturowej kariery tej postaci stawiał on czoła kaszaniarzom tego płazu co Matador, Szczudlak, a zwłaszcza mój „ulubieniec” Żabi Skoczek. Przy czym miało to swój urok (a do pewnego stopnia ma nadal); niemniej cieszy okoliczność, że za sprawą takich twórców jak Roger McKenzie i Frank Miller perypetie obrońcy Hell’s Kitchen ewoluowały jednak w kierunkach zaproponowanych z czasem m.in. przez Eda Brubakera. Walorem tego zbioru bezdyskusyjnie są prace Gene’a Colana, śmiało poczynającego sobie zarówno w zakresie kadrowania, jak i efektownego operowania światłocieniami.
Guy Gardner nr 5 - kolejne potwierdzenie fachowości Gerarda Jonesa, który wówczas z powodzeniem rozpisywał równolegle zarówno fabuły w tonie arcypoważnym (,,Green Lantern: Mosaic”), stricte superbohaterskim (,,Green Lantern vol.3”), jak i właśnie tę humoreskę, w której brawurowo ujął osobowościowe nadęcie ówczesnego Guya. Z Joe Statonem ewidentnie złapali dobry rytm i znać to także w tej ,,domkniętej” mocnym zwrotem akcji fabułce.
Black Condor nr 10 - paradoks tej serii polega na tym, że najbardziej udane jej epizody to te, w których tytułowy bohater wystąpił w przepoczwarzonej postaci, a rola protagonisty przypadła brylującemu wówczas we własnej serii Rayowi. Tak też jest tutaj i jest to najbardziej udana odsłona tego przedsięwzięcia. Uczciwie trzeba przyznać, że dla Briana Augustyna, pomysłodawcy tej wersji Black Condora, to musiało być upokarzające doznanie.
Guy Gardner nr 6 - jak to zwykle w przypadku bohatera (?) tej serii bywa przebojowość idzie w parze z arogancją w wersji turbo. To z kolei sprawia, że łatwo daje się on wyprowadzić w pole nawet przy okazji z pozoru łatwych misji. Tak też jest tym razem, przy okazji polowania na Goldface’a, który w swoim czasie ostro rzeczonemu dopiekł. Dodajmy do tego wyrazistych bohaterów drugiego planu oraz ,,wizytę” Hala Jordana, a otrzymamy buzujący akcją pretekst do dalszego rozwoju tytułowej osobowości.
Black Condor nr 11 - w końcu jest okazja by dowiedzieć się więcej o pochodzeniu protagonisty tej serii. Wprost jednak trzeba stwierdzić, że podobnie jak większość odsłon tej serii, także i ta nie porywa. Trochę szkoda tej postaci.
Marvel-Must-Have t.7. Młodzi Avengers: Pomocnicy – ależ udana ta cegiełka! A przy okazji kolejne świadectwo wyjątkowo udanych czasów dla komiksu superbohaterskiego w okolicy bestselerowej „Wojny domowej”. To był na tyle dobrze sprofilowany projekt, że aż dziw, iż na dłuższą metę, rzecz się nie przyjęła… Efektowna, dopompowana dobrze pojmowanym patosem warstwa plastyczna, wyraziste osobowości oraz przekonująca intryga wiodąca sprawiły, że ten pękaty zbiór dosłownie pochłonąłem. Jak na ten moment ta kolekcja, jak to się mawiało za młodu, wprost wymiata swoją ogólną bardzo dobrą ofertą.
Marvel Origins t. 75: X-Men 7 – mimo że drużyna młodych mutantów swoją ogólną przebojowością znacznie ustępowała innym równolegle prezentowanym drużynom Marvela, to jednak Roy Thomas (wówczas scenarzysta także tej serii) zawsze zdołał wykrzesać z przygód podopiecznych Charlesa Xaviera odpowiednią wciągającą dawkę dramatyzmu. Tak było również przy okazji ich perypetii zebranych w tym zbiorku, co na X-Men „wymusiło” zmierzenie się m.in. z prężącym się na jego okładce „Władcą Murów”. Mnie szczególnie cieszy powrót Banshee, postaci do której zawsze miałem sentyment. Ponadto udanie zaprezentował się Dan Akins w roli ilustratora jednego z przedrukowanych tu epizodów. Dobrze pojmowana staroszkolność w pełnej krasie.
Guy Gardner nr 7 – bardzo się cieszę, że w końcu uzupełniam lekturę tej serii. Z każdym kolejnym epizodem okazuje się ona żywiołową rozpisaną humoreską, przy równoczesnym zachowaniu prawideł sprawnie prowadzonej opowieści superbohaterskiej. Mimo typowej dla Guya buńczuczności autentycznie nie sposób nie poczuć dlań sympatii. Dalszy rozwój postaci ma się zatem dobrze, a Joe Staton (rysownik serii) niezmiennie podsyca energetyczność tego przedsięwzięcia.
Bohaterowie i Złoczyńcy t.112. Lois Lane: Wróg publiczny – doprawdy trudno mi pojąć jak można było to aż tak spierwiaszczyć… Teoretycznie Greg Rucka (któremu powierzono rozpisanie tej produkcji) miał wszystko, by zaproponować wartą wznowień i omówień opowieść: charakterologicznie mocną protagonistkę od wielu dekad silenie osadzoną w popkulturze, sprawnego (a przy ty autentycznie zdolnego) plastyka oraz siebie samego, autora specjalizującego się w fabułach z udziałem postaci kobiecych. A jednak ta formalnie interesująca realizacja, na płaszczyźnie scenariuszowej okazała się rozczarowującą wydmuchą z której nic sensownego nie wynika… Ujmując rzecz kolokwialnie intryga nie intryguje, a osobowości towarzyszące (w tym zwłaszcza Question w swoich dwóch „hipostazach”) zostały najzwyczajniej zmarnotrawione. Nic zatem dziwnego, że ta inicjatywa nie doczekała się jakiejkolwiek kontynuacji.
Opowieści Grabarza: Sekret szczurokrólików – kolejne odsłony autorskiej serii Piotra Wojciechowskiego Śmiechsława to u mnie każdorazowe święto. Mimo mojego dystansu wobec antyklerykalizmu (a jest go w tej inicjatywie twórczej całkiem sporo) wprost uwielbiam ten świat przedstawiony, w którym polimorfizm bytów ma się znakomicie i nikomu to nie przeszkadza. Tak też jest również w tej odsłonie przypadków Grabarza Józefa, w której nie tylko zostanie on srodze obsztorcowany przez miejscowego plebana, ale też ujawni się złośliwy aspekt jego osobowości.
Black Condor nr 12 – twórczy entuzjazm młodego Ragsa Moralesa oraz wizualnie interesująco zaprojektowana postać niestety nie wystarczyły. Zabrakło wciągających scenariuszy z intrygami o potencjale zainteresowania czytelników, bombardowanych wówczas całkiem dobrą ofertą w samym DC Comics (nie wspominając już o Marvelu, Malibu i wczesnym Image). Dość wspomnieć, że najbardziej udane epizody tej efemerycznej serii to te, w których jej protagonista przepoczwarzony był w gorgulca, a rolę faktycznego gospodarza tytułu odgrywał Ray. Tak było także w tym epizodzie, gdzie w gruncie rzeczy w tej roli odnalazł się tym razem Batman. I to by było na tyle jeśli chodzi o tę serię. Sam Condor miał jeszcze okazję do występów w magazynie „Showcase’94” i serii „Primal Force”, a także wspierał Ligę Sprawiedliwości. Po lekturze tego przedsięwzięcia nie czuję się jednak na tyle zachęcony, by podążać dalej nieszczególnie zauważalnym szlakiem tej postaci.
Marvel-Must-Have t.8. Spider-Man: Sprawy rodzinne - motyw niczym z latynoskich telenowel okazuje się w tej realizacji ciekawszy niż się to mogło pierwotnie wydawać. Zapewne dlatego, że ,,obudowano” go w sensacyjną, wartką fabułę z udziałem najbardziej problematycznej osobowości wśród adwersarzy skądinąd znanego Matta Murdocka. ,,Dopieszczone” w każdym calu ilustracje dopełniają poczucie przyswajania utworu wartego poświęconego mu czasu.
Guy Gardner nr 8 - w latach swojej największej popularności (tj. właśnie w okresie publikacji tego miesięcznika) Lobo jego gościnny „wizytator” z miejsca zapewniał tytułowi w którym się ,,objawił" zwiększoną sprzedaż. Nie zaskakuje zatem, że ,,Ważniak” zawitał również do tego przedsięwzięcia. Nieprzypadkowo zresztą, bo odegrał on istotną rolę w poprzedzającej ją mini-serii ,,Guy Gardner: Rebirth” oraz uzyskaniu przez Guya pierścienia Sinestro. Jak nietrudno się domyślić znaczna część tego epizodu upływa na siarczystym oklepywaniu się Guya i ,,Ważniaka”. Niemniej zawarta tu opowieść oferuje więcej niż tylko tzw. siekę, a Joe Staton w części plansz dosłownie przechodzi samego siebie.
The Ray vol.1 nr 1 – podobnie jak w przypadku Black Condora, także oryginalny Ray należał do znanej z komiksów wydawnictwa Quality Comics drużyny Freedom Fighters. Redaktorzy DC Comics (które lata wcześniej przejęło prawa do postaci wspomnianego wydawnictwa) najwyraźniej doszli do wniosku, że warto ten zasób eksploatować i twórczo przemodelowywać. Tym sposobem „wykluła” się także niniejsza inicjatywa, na której stronicach Raymond Terrill zmuszony był zmierzyć się z dziedzictwem swojego ojca. A był nim nie kto inny jak właśnie ów Ray, niegdyś udzielający się w szeregach Freedom Fighters. Mini-seria zapowiada się bardzo efektownie, a uczestniczący w tym przedsięwzięciu młody Joe Quesada wniósł do tego przedsięwzięcia mnóstwo plastycznej świeżości i twórczego entuzjazmu. DC Comics zdecydowanie wówczas tego potrzebowało.
Guy Gardner nr 4 - dla tytułowego bohatera tej serii kwestie wizerunkowe stanowiły na ówczesnym etapie jego aktywności absolutny priorytet. Wymagało tego chociażby zamiłowanie do siebie samego, nieustannie werbalizowane przekonaniem o statusie ,,najlepszego Green Lanterna wszechczasów”. Mimo że wówczas Guy został ze struktur Korpusu Zielonych Latarni z hukiem wykopany, to jednak w kwestii jego próżności nic się nie zmieniło. Toteż zasadniczym imperatywem jego działań jest nie tyle klasycznie pojmowany altruizm, co chęć pławienia się w powszechnym podziwie jego osoby. Aspekt komiczny tej okoliczności został tu doskonale ujęty. Plus pierścień Guya nadal gada wyłącznie po korugariańsku.
Black Condor nr 9 - protagonista tej serii pojawia się w tym epizodzie w gruntownie odmienionej formie i o dziwo jest to najbardziej udana odsłona tego przedsięwzięcia. Zapewniła ją wizyta mocno wówczas promowanego przez DC Comics nowego Raya, a także perspektywa zmierzenia się z przeciwnikiem znacznego kalibru. Aż szkoda, że nie działo się tak w tej serii wcześniej.
Marvel Origins t.74: Daredevil 7 – znając klasyki z udziałem „DD” w których zmuszony był on zmagać się z tak udanie pomyślanymi adwersarzami jak Bullseye, Kingpin i Punisher momentami trudno uwierzyć, że u zarania popkulturowej kariery tej postaci stawiał on czoła kaszaniarzom tego płazu co Matador, Szczudlak, a zwłaszcza mój „ulubieniec” Żabi Skoczek. Przy czym miało to swój urok (a do pewnego stopnia ma nadal); niemniej cieszy okoliczność, że za sprawą takich twórców jak Roger McKenzie i Frank Miller perypetie obrońcy Hell’s Kitchen ewoluowały jednak w kierunkach zaproponowanych z czasem m.in. przez Eda Brubakera. Walorem tego zbioru bezdyskusyjnie są prace Gene’a Colana, śmiało poczynającego sobie zarówno w zakresie kadrowania, jak i efektownego operowania światłocieniami.
Guy Gardner nr 5 - kolejne potwierdzenie fachowości Gerarda Jonesa, który wówczas z powodzeniem rozpisywał równolegle zarówno fabuły w tonie arcypoważnym (,,Green Lantern: Mosaic”), stricte superbohaterskim (,,Green Lantern vol.3”), jak i właśnie tę humoreskę, w której brawurowo ujął osobowościowe nadęcie ówczesnego Guya. Z Joe Statonem ewidentnie złapali dobry rytm i znać to także w tej ,,domkniętej” mocnym zwrotem akcji fabułce.
Black Condor nr 10 - paradoks tej serii polega na tym, że najbardziej udane jej epizody to te, w których tytułowy bohater wystąpił w przepoczwarzonej postaci, a rola protagonisty przypadła brylującemu wówczas we własnej serii Rayowi. Tak też jest tutaj i jest to najbardziej udana odsłona tego przedsięwzięcia. Uczciwie trzeba przyznać, że dla Briana Augustyna, pomysłodawcy tej wersji Black Condora, to musiało być upokarzające doznanie.
Guy Gardner nr 6 - jak to zwykle w przypadku bohatera (?) tej serii bywa przebojowość idzie w parze z arogancją w wersji turbo. To z kolei sprawia, że łatwo daje się on wyprowadzić w pole nawet przy okazji z pozoru łatwych misji. Tak też jest tym razem, przy okazji polowania na Goldface’a, który w swoim czasie ostro rzeczonemu dopiekł. Dodajmy do tego wyrazistych bohaterów drugiego planu oraz ,,wizytę” Hala Jordana, a otrzymamy buzujący akcją pretekst do dalszego rozwoju tytułowej osobowości.
Black Condor nr 11 - w końcu jest okazja by dowiedzieć się więcej o pochodzeniu protagonisty tej serii. Wprost jednak trzeba stwierdzić, że podobnie jak większość odsłon tej serii, także i ta nie porywa. Trochę szkoda tej postaci.
Marvel-Must-Have t.7. Młodzi Avengers: Pomocnicy – ależ udana ta cegiełka! A przy okazji kolejne świadectwo wyjątkowo udanych czasów dla komiksu superbohaterskiego w okolicy bestselerowej „Wojny domowej”. To był na tyle dobrze sprofilowany projekt, że aż dziw, iż na dłuższą metę, rzecz się nie przyjęła… Efektowna, dopompowana dobrze pojmowanym patosem warstwa plastyczna, wyraziste osobowości oraz przekonująca intryga wiodąca sprawiły, że ten pękaty zbiór dosłownie pochłonąłem. Jak na ten moment ta kolekcja, jak to się mawiało za młodu, wprost wymiata swoją ogólną bardzo dobrą ofertą.
Marvel Origins t. 75: X-Men 7 – mimo że drużyna młodych mutantów swoją ogólną przebojowością znacznie ustępowała innym równolegle prezentowanym drużynom Marvela, to jednak Roy Thomas (wówczas scenarzysta także tej serii) zawsze zdołał wykrzesać z przygód podopiecznych Charlesa Xaviera odpowiednią wciągającą dawkę dramatyzmu. Tak było również przy okazji ich perypetii zebranych w tym zbiorku, co na X-Men „wymusiło” zmierzenie się m.in. z prężącym się na jego okładce „Władcą Murów”. Mnie szczególnie cieszy powrót Banshee, postaci do której zawsze miałem sentyment. Ponadto udanie zaprezentował się Dan Akins w roli ilustratora jednego z przedrukowanych tu epizodów. Dobrze pojmowana staroszkolność w pełnej krasie.
Guy Gardner nr 7 – bardzo się cieszę, że w końcu uzupełniam lekturę tej serii. Z każdym kolejnym epizodem okazuje się ona żywiołową rozpisaną humoreską, przy równoczesnym zachowaniu prawideł sprawnie prowadzonej opowieści superbohaterskiej. Mimo typowej dla Guya buńczuczności autentycznie nie sposób nie poczuć dlań sympatii. Dalszy rozwój postaci ma się zatem dobrze, a Joe Staton (rysownik serii) niezmiennie podsyca energetyczność tego przedsięwzięcia.
Bohaterowie i Złoczyńcy t.112. Lois Lane: Wróg publiczny – doprawdy trudno mi pojąć jak można było to aż tak spierwiaszczyć… Teoretycznie Greg Rucka (któremu powierzono rozpisanie tej produkcji) miał wszystko, by zaproponować wartą wznowień i omówień opowieść: charakterologicznie mocną protagonistkę od wielu dekad silenie osadzoną w popkulturze, sprawnego (a przy ty autentycznie zdolnego) plastyka oraz siebie samego, autora specjalizującego się w fabułach z udziałem postaci kobiecych. A jednak ta formalnie interesująca realizacja, na płaszczyźnie scenariuszowej okazała się rozczarowującą wydmuchą z której nic sensownego nie wynika… Ujmując rzecz kolokwialnie intryga nie intryguje, a osobowości towarzyszące (w tym zwłaszcza Question w swoich dwóch „hipostazach”) zostały najzwyczajniej zmarnotrawione. Nic zatem dziwnego, że ta inicjatywa nie doczekała się jakiejkolwiek kontynuacji.
Opowieści Grabarza: Sekret szczurokrólików – kolejne odsłony autorskiej serii Piotra Wojciechowskiego Śmiechsława to u mnie każdorazowe święto. Mimo mojego dystansu wobec antyklerykalizmu (a jest go w tej inicjatywie twórczej całkiem sporo) wprost uwielbiam ten świat przedstawiony, w którym polimorfizm bytów ma się znakomicie i nikomu to nie przeszkadza. Tak też jest również w tej odsłonie przypadków Grabarza Józefa, w której nie tylko zostanie on srodze obsztorcowany przez miejscowego plebana, ale też ujawni się złośliwy aspekt jego osobowości.
Black Condor nr 12 – twórczy entuzjazm młodego Ragsa Moralesa oraz wizualnie interesująco zaprojektowana postać niestety nie wystarczyły. Zabrakło wciągających scenariuszy z intrygami o potencjale zainteresowania czytelników, bombardowanych wówczas całkiem dobrą ofertą w samym DC Comics (nie wspominając już o Marvelu, Malibu i wczesnym Image). Dość wspomnieć, że najbardziej udane epizody tej efemerycznej serii to te, w których jej protagonista przepoczwarzony był w gorgulca, a rolę faktycznego gospodarza tytułu odgrywał Ray. Tak było także w tym epizodzie, gdzie w gruncie rzeczy w tej roli odnalazł się tym razem Batman. I to by było na tyle jeśli chodzi o tę serię. Sam Condor miał jeszcze okazję do występów w magazynie „Showcase’94” i serii „Primal Force”, a także wspierał Ligę Sprawiedliwości. Po lekturze tego przedsięwzięcia nie czuję się jednak na tyle zachęcony, by podążać dalej nieszczególnie zauważalnym szlakiem tej postaci.
Marvel-Must-Have t.8. Spider-Man: Sprawy rodzinne - motyw niczym z latynoskich telenowel okazuje się w tej realizacji ciekawszy niż się to mogło pierwotnie wydawać. Zapewne dlatego, że ,,obudowano” go w sensacyjną, wartką fabułę z udziałem najbardziej problematycznej osobowości wśród adwersarzy skądinąd znanego Matta Murdocka. ,,Dopieszczone” w każdym calu ilustracje dopełniają poczucie przyswajania utworu wartego poświęconego mu czasu.
Guy Gardner nr 8 - w latach swojej największej popularności (tj. właśnie w okresie publikacji tego miesięcznika) Lobo jego gościnny „wizytator” z miejsca zapewniał tytułowi w którym się ,,objawił" zwiększoną sprzedaż. Nie zaskakuje zatem, że ,,Ważniak” zawitał również do tego przedsięwzięcia. Nieprzypadkowo zresztą, bo odegrał on istotną rolę w poprzedzającej ją mini-serii ,,Guy Gardner: Rebirth” oraz uzyskaniu przez Guya pierścienia Sinestro. Jak nietrudno się domyślić znaczna część tego epizodu upływa na siarczystym oklepywaniu się Guya i ,,Ważniaka”. Niemniej zawarta tu opowieść oferuje więcej niż tylko tzw. siekę, a Joe Staton w części plansz dosłownie przechodzi samego siebie.
The Ray vol.1 nr 1 – podobnie jak w przypadku Black Condora, także oryginalny Ray należał do znanej z komiksów wydawnictwa Quality Comics drużyny Freedom Fighters. Redaktorzy DC Comics (które lata wcześniej przejęło prawa do postaci wspomnianego wydawnictwa) najwyraźniej doszli do wniosku, że warto ten zasób eksploatować i twórczo przemodelowywać. Tym sposobem „wykluła” się także niniejsza inicjatywa, na której stronicach Raymond Terrill zmuszony był zmierzyć się z dziedzictwem swojego ojca. A był nim nie kto inny jak właśnie ów Ray, niegdyś udzielający się w szeregach Freedom Fighters. Mini-seria zapowiada się bardzo efektownie, a uczestniczący w tym przedsięwzięciu młody Joe Quesada wniósł do tego przedsięwzięcia mnóstwo plastycznej świeżości i twórczego entuzjazmu. DC Comics zdecydowanie wówczas tego potrzebowało.


Seria jak dla mnie nadspodziewanie bardzo dobra i im dalej tym lepiej (póki co jestem po lekturze epizodu siódmego). Co by nie mówić o obyczajowym pokręceniu Gerarda Jonesa to nie da się ukryć, że był to autentycznie świetny fachowiec.
