Pokaż wiadomości

Ta sekcja pozwala Ci zobaczyć wszystkie wiadomości wysłane przez tego użytkownika. Zwróć uwagę, że możesz widzieć tylko wiadomości wysłane w działach do których masz aktualnie dostęp.


Wiadomości - Nawimar III

Strony: [1] 2 3 ... 87
1
Listopad
 
Guy Gardner nr 4 - dla tytułowego bohatera tej serii kwestie wizerunkowe stanowiły na ówczesnym etapie jego aktywności absolutny priorytet. Wymagało tego chociażby zamiłowanie do siebie samego, nieustannie werbalizowane przekonaniem o statusie ,,najlepszego Green Lanterna wszechczasów”. Mimo że wówczas Guy został ze struktur Korpusu Zielonych Latarni z hukiem wykopany, to jednak w kwestii jego próżności nic się nie zmieniło. Toteż zasadniczym imperatywem jego działań jest nie tyle klasycznie pojmowany altruizm, co chęć pławienia się w powszechnym podziwie jego osoby. Aspekt komiczny tej okoliczności został tu doskonale ujęty. Plus pierścień Guya nadal gada wyłącznie po korugariańsku.

Black Condor nr 9 - protagonista tej serii pojawia się w tym epizodzie w gruntownie odmienionej formie i o dziwo jest to najbardziej udana odsłona tego przedsięwzięcia. Zapewniła ją wizyta mocno wówczas promowanego przez DC Comics nowego Raya, a także perspektywa zmierzenia się z przeciwnikiem znacznego kalibru. Aż szkoda, że nie działo się tak w tej serii wcześniej.
 
Marvel Origins t.74: Daredevil 7
– znając klasyki z udziałem „DD” w których zmuszony był on zmagać się z tak udanie pomyślanymi adwersarzami jak Bullseye, Kingpin i Punisher momentami trudno uwierzyć, że u zarania popkulturowej kariery tej postaci stawiał on czoła kaszaniarzom tego płazu co Matador, Szczudlak, a zwłaszcza mój „ulubieniec” Żabi Skoczek. Przy czym miało to swój urok (a do pewnego stopnia ma nadal); niemniej cieszy okoliczność, że za sprawą takich twórców jak Roger McKenzie i Frank Miller perypetie obrońcy Hell’s Kitchen ewoluowały jednak w kierunkach zaproponowanych z czasem m.in. przez Eda Brubakera. Walorem tego zbioru bezdyskusyjnie są prace Gene’a Colana, śmiało poczynającego sobie zarówno w zakresie kadrowania, jak i efektownego operowania światłocieniami.

Guy Gardner nr 5 - kolejne potwierdzenie fachowości Gerarda Jonesa, który wówczas z powodzeniem rozpisywał równolegle zarówno fabuły w tonie arcypoważnym (,,Green Lantern: Mosaic”), stricte superbohaterskim (,,Green Lantern vol.3”), jak i właśnie tę humoreskę, w której brawurowo ujął osobowościowe nadęcie ówczesnego Guya. Z Joe Statonem ewidentnie złapali dobry rytm i znać to także w tej ,,domkniętej” mocnym zwrotem akcji fabułce.

Black Condor nr 10 - paradoks tej serii polega na tym, że najbardziej udane jej epizody to te, w których tytułowy bohater wystąpił w przepoczwarzonej postaci, a rola protagonisty przypadła brylującemu wówczas we własnej serii Rayowi. Tak też jest tutaj i jest to najbardziej udana odsłona tego przedsięwzięcia. Uczciwie trzeba przyznać, że dla Briana Augustyna, pomysłodawcy tej wersji Black Condora, to musiało być upokarzające doznanie.
 
Guy Gardner nr 6 - jak to zwykle w przypadku bohatera (?) tej serii bywa przebojowość idzie w parze z arogancją w wersji turbo. To z kolei sprawia, że łatwo daje się on wyprowadzić w pole nawet przy okazji z pozoru łatwych misji. Tak też jest tym razem, przy okazji polowania na Goldface’a, który w swoim czasie ostro rzeczonemu dopiekł. Dodajmy do tego wyrazistych bohaterów drugiego planu oraz ,,wizytę” Hala Jordana, a otrzymamy buzujący akcją pretekst do dalszego rozwoju tytułowej osobowości.
 
Black Condor nr 11 - w końcu jest okazja by dowiedzieć się więcej o pochodzeniu protagonisty tej serii. Wprost jednak trzeba stwierdzić, że podobnie jak większość odsłon tej serii, także i ta nie porywa. Trochę szkoda tej postaci.
 
Marvel-Must-Have t.7. Młodzi Avengers: Pomocnicy – ależ udana ta cegiełka! A przy okazji kolejne świadectwo wyjątkowo udanych czasów dla komiksu superbohaterskiego w okolicy bestselerowej „Wojny domowej”. To był na tyle dobrze sprofilowany projekt, że aż dziw, iż na dłuższą metę, rzecz się nie przyjęła… Efektowna, dopompowana dobrze pojmowanym patosem warstwa plastyczna, wyraziste osobowości oraz przekonująca intryga wiodąca sprawiły, że ten pękaty zbiór dosłownie pochłonąłem. Jak na ten moment ta kolekcja, jak to się mawiało za młodu, wprost wymiata swoją ogólną bardzo dobrą ofertą.
 
Marvel Origins t. 75: X-Men 7 – mimo że drużyna młodych mutantów swoją ogólną przebojowością znacznie ustępowała innym równolegle prezentowanym drużynom Marvela, to jednak Roy Thomas (wówczas scenarzysta także tej serii) zawsze zdołał wykrzesać z przygód podopiecznych Charlesa Xaviera odpowiednią wciągającą dawkę dramatyzmu. Tak było również przy okazji ich perypetii zebranych w tym zbiorku, co na X-Men „wymusiło” zmierzenie się m.in. z prężącym się na jego okładce „Władcą Murów”. Mnie szczególnie cieszy powrót Banshee, postaci do której zawsze miałem sentyment. Ponadto udanie zaprezentował się Dan Akins w roli ilustratora jednego z przedrukowanych tu epizodów. Dobrze pojmowana staroszkolność w pełnej krasie.

Guy Gardner nr 7 – bardzo się cieszę, że w końcu uzupełniam lekturę tej serii. Z każdym kolejnym epizodem okazuje się ona żywiołową rozpisaną humoreską, przy równoczesnym zachowaniu prawideł sprawnie prowadzonej opowieści superbohaterskiej. Mimo typowej dla Guya buńczuczności autentycznie nie sposób nie poczuć dlań sympatii. Dalszy rozwój postaci ma się zatem dobrze, a Joe Staton (rysownik serii) niezmiennie podsyca energetyczność tego przedsięwzięcia.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy t.112. Lois Lane: Wróg publiczny – doprawdy trudno mi pojąć jak można było to aż tak spierwiaszczyć… Teoretycznie Greg Rucka (któremu powierzono rozpisanie tej produkcji) miał wszystko, by zaproponować wartą wznowień i omówień opowieść: charakterologicznie mocną protagonistkę od wielu dekad silenie osadzoną w popkulturze, sprawnego (a przy ty autentycznie zdolnego) plastyka oraz siebie samego, autora specjalizującego się w fabułach z udziałem postaci kobiecych. A jednak ta formalnie interesująca realizacja, na płaszczyźnie scenariuszowej okazała się rozczarowującą wydmuchą z której nic sensownego nie wynika… Ujmując rzecz kolokwialnie intryga nie intryguje, a osobowości towarzyszące (w tym zwłaszcza Question w swoich dwóch „hipostazach”) zostały najzwyczajniej zmarnotrawione. Nic zatem dziwnego, że ta inicjatywa nie doczekała się jakiejkolwiek kontynuacji.

Opowieści Grabarza: Sekret szczurokrólików – kolejne odsłony autorskiej serii Piotra Wojciechowskiego Śmiechsława to u mnie każdorazowe święto. Mimo mojego dystansu wobec antyklerykalizmu (a jest go w tej inicjatywie twórczej całkiem sporo) wprost uwielbiam ten świat przedstawiony, w którym polimorfizm bytów ma się znakomicie i nikomu to nie przeszkadza. Tak też jest również w tej odsłonie przypadków Grabarza Józefa, w której nie tylko zostanie on srodze obsztorcowany przez miejscowego plebana, ale też ujawni się złośliwy aspekt jego osobowości.

Black Condor nr 12 – twórczy entuzjazm młodego Ragsa Moralesa oraz wizualnie interesująco zaprojektowana postać niestety nie wystarczyły. Zabrakło wciągających scenariuszy z intrygami o potencjale zainteresowania czytelników, bombardowanych wówczas całkiem dobrą ofertą w samym DC Comics (nie wspominając już o Marvelu, Malibu i wczesnym Image). Dość wspomnieć, że najbardziej udane epizody tej efemerycznej serii to te, w których jej protagonista przepoczwarzony był w gorgulca, a rolę faktycznego gospodarza tytułu odgrywał Ray. Tak było także w tym epizodzie, gdzie w gruncie rzeczy w tej roli odnalazł się tym razem Batman. I to by było na tyle jeśli chodzi o tę serię. Sam Condor miał jeszcze okazję do występów w magazynie „Showcase’94” i serii „Primal Force”, a także wspierał Ligę Sprawiedliwości. Po lekturze tego przedsięwzięcia nie czuję się jednak na tyle zachęcony, by podążać dalej nieszczególnie zauważalnym szlakiem tej postaci.

Marvel-Must-Have t.8. Spider-Man: Sprawy rodzinne - motyw niczym z latynoskich telenowel okazuje się w tej realizacji ciekawszy niż się to mogło pierwotnie wydawać. Zapewne dlatego, że ,,obudowano” go w sensacyjną, wartką fabułę z udziałem najbardziej problematycznej osobowości wśród adwersarzy skądinąd znanego Matta Murdocka. ,,Dopieszczone” w każdym calu ilustracje dopełniają poczucie przyswajania utworu wartego poświęconego mu czasu.
 
Guy Gardner nr 8 - w latach swojej największej popularności (tj. właśnie w okresie publikacji tego miesięcznika) Lobo jego gościnny „wizytator” z miejsca zapewniał tytułowi w którym się ,,objawił" zwiększoną sprzedaż. Nie zaskakuje zatem, że ,,Ważniak” zawitał również do tego przedsięwzięcia. Nieprzypadkowo zresztą, bo odegrał on istotną rolę w poprzedzającej ją mini-serii ,,Guy Gardner: Rebirth” oraz uzyskaniu przez Guya pierścienia Sinestro. Jak nietrudno się domyślić znaczna część tego epizodu upływa na siarczystym oklepywaniu się Guya i ,,Ważniaka”. Niemniej zawarta tu opowieść oferuje więcej niż tylko tzw. siekę, a Joe Staton w części plansz dosłownie przechodzi samego siebie.
 
The Ray vol.1 nr 1 – podobnie jak w przypadku Black Condora, także oryginalny Ray należał do znanej z komiksów wydawnictwa Quality Comics drużyny Freedom Fighters. Redaktorzy DC Comics (które lata wcześniej przejęło prawa do postaci wspomnianego wydawnictwa) najwyraźniej doszli do wniosku, że warto ten zasób eksploatować i twórczo przemodelowywać. Tym sposobem „wykluła” się także niniejsza inicjatywa, na której stronicach Raymond Terrill zmuszony był zmierzyć się z dziedzictwem swojego ojca. A był nim nie kto inny  jak właśnie ów Ray, niegdyś udzielający się w szeregach Freedom Fighters. Mini-seria zapowiada się bardzo efektownie, a uczestniczący w tym przedsięwzięciu młody Joe Quesada wniósł do tego przedsięwzięcia mnóstwo plastycznej świeżości i twórczego entuzjazmu. DC Comics zdecydowanie wówczas tego potrzebowało. 

2
Komiksy amerykańskie / Odp: Marvel - Must-Have - Kolekcja Hachette
« dnia: Śr, 26 Listopad 2025, 09:47:14 »
No niestety w Empiku bałagan z tą akurat kolekcją. U mnie również bez rabatu, ale tomik i tak warto nabycia. Staranny plastycznie i nawet niczego sobie fabularnie. Motyw jak z wenezuelskiej opery mydlanej okazuje się całkiem przekonujący, a nawet na przyszłość rokujący. Niby bez przesadnej rewelacji, a jednak w ogólnie dobrym stylu.

3
Komiksy polskie / Odp: Komiksy Huberta Czajkowskiego
« dnia: Pn, 24 Listopad 2025, 23:39:04 »
Podbijam. Temu znakomitemu plastykowi zdecydowanie przydałby się dobry scenarzysta. On sam nim nie jest. Im szybciej to do niego dotrze, tym lepiej.

4
Nie zdziw się jeśli za tę "seksistowską" deklaracje już poleciły na Ciebie "uprzejme doniesienia" do moderacji...

5
To na swój sposób urocze, że zarówno kolega Studiowiec, jak i nasz naczelny psychofan Bazyliszka tak chętnie zboczyli ku sferom waginalnym  8)
 
Wymowne, a nawet symptomatyczne  ;) 

6
To było widowisko... Aż żal, że nie dało się tej wielce ubogacającej wymiany myśli kontynuować. A już pisałem kolejnego posta 😄 Na pewno będzie lepiej dla nich i ich serduszek skołatanych, jeśli pogodzą się z istnieniem takich jak my. A może nawet włączą się w dzielenie przemyśleniami z komiksowych lektur... Bo jak do tej piory refleksji w temacie tego forum od nich nie za wiele...

7
Na bańce to Ty najwyraźniej jeszcze nie byłeś 😄 Wtedy to się dopiero pisze 👍 No ale to nie na to miejsce. Jszcze ktoś by się po takiej lekturze spłakał, albo nawet zaczął palić papierosy jak Romek po Pesy-Coli... Tak więc musi wystarczyć to co jest 🥸

8
Niestety faktycznie słaby, a doczytałem do końca, bo to tylko dwanaście epizodów. Rags Morales (rysownik serii) dał z siebie naprawdę wiele, ale przy na ogół nieporywających scenariuszach okazało się, że to za mało.
 
Co do Guya to wszystko się zgadza: recka była pisana na kacu :) Seria jak dla mnie nadspodziewanie bardzo dobra i im dalej tym lepiej (póki co jestem po lekturze epizodu siódmego). Co by nie mówić o obyczajowym pokręceniu Gerarda Jonesa to nie da się ukryć, że był to autentycznie świetny fachowiec.

9
Rzeczywiście pamiętam, że "Gideon Falls" nie przypadł Ci do gustu. Dla mnie jednak to jeden z najlepszych komiksowych horrorów ostatnich lat spośród tych, które czytałem. Przypuszczam, że dokładnie z tych samych powodów, z których nie podszedł Tobie. Przy czym to nie jest przytyk, a raczej przejaw zrozumienia :)

10
Październik
 
Bohaterowie i Złoczyńcy t. 108. Joker: Zemsta – ostatnimi laty zdążyłem się przyzwyczaić, że współcześnie powstające opowieści osadzone w ramach mitologii Mrocznego Rycerza raczej nie porywają. Trudno za szczególnie wysublimowane dzieło uznać także niniejszą realizację, aczkolwiek trzeba przyznać, że James Tinion IV (tj. scenarzysta zawartości tego tomu) sprytnie reorientował serię z Jokerem w roli głównej na fabułę z Jamesem Gordonem jako jej faktycznym protagonistą. Przy czym im go więcej, a opowieść „skręca” ku osobistym refleksjom leciwego komisarza, tym znać, że wspomniany scenarzysta miał dobry pomysł na osobną serię właśnie z rzeczonym. Oby kiedyś przytrafiła mu się okazja takową rozpisać.
 
Marvel-Must-Have t.4: Mity – doprawdy wciąż nie potrafię otrząsnąć się z wrażenia, że jak dotąd żaden z polskich wydawców nie skusił się na „spolszczenie” tej pozycji. To po prostu świetna, fachowa i profesjonalna w każdym calu robota, której każdy z elementów jest dokładnie tam, gdzie powinien być. Paul Jenkins nie doczekał się co prawda przynależności do grona „topowych” scenarzystów; niemniej jak dla mnie niniejszy tom jest kolejnym dowodem, że taki status w pełni mu się należy. Okoliczność, że do tej produkcji przydzielono mu Paolo Rivere o którego pracach nie sposób inaczej mówić niż ze znaczną dawką emfazy, sprawiła że w przypadku „Mitów” mamy do czynienia z autentycznym „musiszmieć” wielbicieli zasobów Domu Pomysłów.

AKT nr 39 – w tej liczącej aż sto stron odsłonie magazynu na najwięcej wrażeń liczyć mogą wielbiciele oferty Kultury Gniewu. Do takowych się nie zaliczam, niemniej lektury poświęconych temu wydawnictwu tekstów nie żałuję. Potraktowałem tę okazję jako swoisty zwiad antropologiczny w „przestrzeniach” przeze mnie z rzadka odwiedzanych. Czytelnicy tej propozycji wydawniczej otrzymają ponadto zestaw często bardzo udanych krótkich form komiksowych (w tym m.in. zaskakująco skonkludowaną nowelkę Karola Jasiołkiewicza na podstawie „Podróży do wnętrza Ziemi” Juliusza Verne’a) oraz jak zawsze interesująca publicystkę z wykonaniu Dawida Śmigielskiego i Łukasza Chmielewskiego.

Komiks i My nr 17 - po lekturze tej odsłony magazynu aż chciałoby się zakrzyknąć: ,,Co za numer!”. Nieznana dotąd adaptacja ,,Obłoków Magellan’a” oraz wywiad z twórcą biografii Tibora cs. Horwatha to tylko ważniejsze z atrakcji niniejszej odsłony ,,Komiks i my”. Szczególne jednak wrażenie zrobił na mnie bułgarski komiks przybliżający losy chana Asparucha oraz zaczątków bułgarskiej państwowości. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.
 
Triumph nr 4 - jak rozpisać komiksową fabułę z której pomimo „ścian” tekstu dosłownie nic sensownego nie wynika? Trzeba spytać Christophera Priesta, który ewidentnie nie miał na tę mini-serię pomysłu. Krótko pisząc: wtopa, która zamordowała pomysł na rozwinięcie losów Triumpha. Kompletnr nieporozumienie w każdym calu.

Black Condor nr 5 - ujmując rzecz kolokwialnie w tym przypadku mamy do czynienia z tzw. powtórką z rozrywki. Stąd podobnie jak w poprzednich epizodach mamy do czynienia z wprawnie i pomysłową rozrysowaną warstwą plastyczną i zarazem przeciętną fabułą. Rozwój protagonisty co prawda następuje, ale brak tu uniesień dramaturgicznych, które uczyniłyby tę inicjatywę emocjonującą, a tym samym potencjalnego czytelnika angażującą. Nie da się ukryć, że tytułowemu bohaterowie przydałby się charyzmatyczny adwersarz. Takowego na tym etapie tej serii niestety wciąż brak.

Guy Gardner nr 1 - ponoć jak już wylatywać z roboty to z wielkim hukiem i z nagraną już nową fuchą. Oba te uwarunkowania zostały spełnione w przypadku Guya Gardnera, który z roboty owszem wyleciał (o czym więcej w polskim ,,Green Lantern” nr 3/1994), ale dzięki swojej wytrwałości rychło odnalazł się w nowej. I to właśnie o tym etapie jego burzliwej aktywności w roli super,,bohatera” traktowała niniejsza seria, powstała w czasach, gdy za sprawą scenopisarskiej wprawności Gerarda Jonesa Zielone Latarnie przeżywały jeden z najbardziej udanych momentów w swoich dziejach, a ich perypetie przybliżano na łamach całkiem licznej ,,rodziny” tytułów. ,,Guy Gardner” był jednym z nich, z racji tytułowego bohatera tworzonym w zdecydowanie bardziej komediowej nastrojowości niż pozostałe. Znać po tym epizodzie, że być ciekawie.
 
Black Condor nr 6 - pod względem fabularnym epizod może nie porywający, ale z pewnością dosycony i o znamionach zdynamizowania serii. Na jak długo to się okaże, ale jest chociaż światełko nadziei na sensowną rozrywkę. Za to plastycznie niezmiennie dobrze i bez zarzutu.
 
Marvel Origins t.72: The Amazing Spider-Man 12 - seria posiadała w pełni już wypracowaną formułę, zmodyfikowaną po odejściu Steve’a Ditko i zastąpieniu go przez Johna Romite Starszego. Status głównego hitu wydawnictwa również był już ustalony i mogło być już tylko lepiej. Nic dziwnego, bo to pod względem wizualnym i fabularnym bardzo udany jak na swoje czasy tytuł. W tym akurat zbiorze na szczególną uwagę zasługuje debiut Kingpina, które to indywiduum, jak czas pokazał, zrobiło w uniwersum Marvela zawrotną karierę.
 
Adaptacje literatury: Pani Bovary – nie wykazując choćby śladowych ambicji do narzucania komukolwiek stylu bycia i życia równocześnie szczerze przyznaję, że osobowościom pokroju tytułowej bohaterki dobrze zrobiłoby wybranie się do tzw. roboty. Względny dostatek bez konieczności zabiegania o środki niezbędne do życia zdecydowanie rzeczonej nie służyły. Odpowiadający za niniejsze przedsięwzięcie adaptatorzy trafnie ujęli osobowościową pustkę i zarazem roszczeniowość tej nad wyraz irytującej postaci. Stąd również tę odsłonę niniejszej serii wypada uznać za udaną, a co za tym idzie umożliwiającą wyrobienie sobie wyobrażenia o tej klasycznej powieści.
 
Szczur Teodor – niniejsza „zbiorówka” to dla mnie nielicha niespodzianka! Od dawna bowiem wypatrywałem publikacji gromadzącej przypadki tytułowego bohatera. A że poprzednia tego typu inicjatywa Krzysztofa Churskiego (sprzed dekady!) dawno już jest niedostępna, toteż tym mocniej cieszę się z jej zaistnienia. W swoim gapiostwie (a przy okazji zaabsorbowania innymi niż komiksy zjawiskami) przegapiłem jej premierę, ale na szczęście Szanowny Autor był tak uprzejmy, że mi o tej publikacji wspomniał. Możliwość przyjrzenia się ewolucji stylu rzeczonego, gościnne występy innych twórców, nieszablonowy humor oraz urok osobisty centralnej osobowości tego zbiorku to tylko ważniejsze spośród walorów tej publikacji. Dlatego z pełnym przekonaniem mogę powtórzyć za skądinąd znanym Grabarzem Józefem: „Komiks z Teodorem jest jak flaszka. Niby wiadomo, że się kiedyś skończy, a jednak trochę szkoda”.

Z archiwum Jerzego Wróblewskiego t. 23 – kto by pomyślał, że po raz kolejny w tej serii przytrafi się western! Do tego dwa naraz!! Oczywiście to żart, bo ktokolwiek miewał styczność z pochodną twórczych inicjatyw Mistrza z Bydgoszczy, tego o jego zagorzałym wręcz zamiłowaniu do westernów przekonywać nie trzeba. Do tego stopnia, że wizerunek protagonisty pierwszej z zamieszczonych w niniejszym zbiorku opowieści oparł on na samym sobie! Przy czym nie było w tym choćby śladu tak powszechnej obecnie miłości własnej, a spełnienie marzenia o udziale w westernowej fabule. Cieszy przy tym, że zarówno w „Nacie Ceseyu”, jak i drugiej historii („Na zachód od Tennessee”) jest jakby więcej tekstu w stylistyce Andrzeja Białoszyckiego. A przynajmniej jak dla mnie, bo ów autor miał naprawdę dobre pióro. Ponadto miło, że są widoki na wiele kolejnych odsłon tej bez cienia wątpliwości wartościowej serii.
 
Marvel-Must-Have t.5. Daredevil: Ojciec - realizacja z co najmniej kilku powodów zaskakująca. Po pierwsze z tego względu, że na jej polską edycję przyszło nam czekać całkiem długo, mimo że ,,DD” jest u nas popularny, a autorem tego przedsięwzięcia w zasadniczych jej zrębach jest także lubiany u nas Joe Quesada. Co więcej inny wcześniejszy projekt ze ,,Śmiałkiem” w roli głównej w którym rzeczony partycypował - ,,Diabeł stróż” - doczekał się u nas bagatela trzech wydań. A jednak ,,Ojciec” trafia się nam dopiero teraz, co po lekturze tego tomu staje się częściowo zrozumiałe. Po pierwsze estetyka warstwy plastycznej, mimo że efektowna, a w swoim czasie postrzegana w kategorii wręcz gwarantu wysokiej sprzedaży, współcześnie może być odbierana jak zdecydowanie przedobrzona. Mi ona odpowiada, mimo że nie jest dla mnie optymalna. Swoje robi jednak mój wiek i tym samym sentyment do wspominanego wyżej wspólnego dokonania Quesady i Kevina Smitha (czyli rzecz jasna ,,Diabła stróża”). Wracając natomiast do ,,wyliczanki” mankamentów tej inicjatywy twórczej, to trudno opędzić się od poczucia, że pomimo ewidentnych ambicji do wytworzenia dzieła na miarę ,,Człowieka bez Strachu” Franka Millera i Johna Romity Młodszego, to jednak zabrakło tu talentu i wizjonerstwa na miarę twórcy ,,Sin City” oraz redaktora prowadzącego pokroju Denny’go O’Neilla, który nawet z bardzo umiarkowanie rokujących substratów fabuł był władny klecić porywające opowieści. Niemniej na etapie dwóch ostatnich epizodów ,,Ojca” historia ta zdecydowanie zyskuje na dramaturgii, co przejawia się zaskakującą konkluzją.
 
Nathan Never: Wyspa śmierci - mimo że w fabułach z udziałem tej postaci trudno dopatrywać się błyskotliwości Tiziano Sclavi, to jednak zawrotne tempo akcji, futurystyczny anturaż oraz charyzma tytułowego bohatera sprawiają, że po tę serię sięgam jeszcze chętniej niż po ,,Dylana Doga”. Chciałoby się oczywiście więcej i częściej, ale i tak chwała wydawnictwu Tore za kontynuowanie polskiej edycji tej bardzo udanej serii.
 
Guy Gardner nr 2 - trochę się obawiałem, że draki w wykonaniu wywalonego z Korpusu Zielonych Latarni Guya to jednak zbyt mało do wypełnienia regularnej serii. Po jej dwóch pierwszych epizodach już znać, że moje obawy nie były uzasadnione. Gerard Jones ewidentnie miał kompleksowy plan na zagospodarowanie niesfornego eks-latarnika. Scena w której Guy usiłuje dogadać się z pierścieniem ,,tokującym” po korugariańsku to perełka sama w sobie i już teraz przypuszczać można, że takowych będzie w tym przedsięwzięciu więcej.

Kajtek i Koko: Duch bunkra - mimo że nie przepadam za kryminałami, to jednak każdą tego typu opowieść z udziałem duetu zaradnych marynarzy niezmiennie i od lat chłonę wręcz z radością i czytelniczą euforią. Ta historia jest o tyle szczególna, że była pierwszą z udziałem wspomnianych z którą miałem styczność w zamierzchłym roku 1989. Obaj panowie z miejsca zdetronizowali swoich ,,piastowskich” przodków i od tamtej pory to właśnie Kajtek i Koko są dla mnie najbardziej udanymi ,,tworami” Janusza Christy.

Black Condor nr 7
- główny walor tego przedsięwzięcia - rysownik Rags Morales - został zeń ewakuowany i to niestety mocno daje się odczuć. Fabuła znowuż nie porywa, a sam tytułowy bohater zdaje się być miotany w przypadkowych zupełnie kierunkach przez twórczo bezsilnego scenarzystę. Stąd już na tym etapie jego rozwoju znać było, że projekt ten powoli dogorywał.
 
Adaptacje Literatury: Baśnie tysiąca i jednej nocy – uwzględnienie tego bezcennego utworu w ramach niniejszej serii wielce cieszy. Określić bowiem ów konglomerat tradycji perskich okresu sasadnidzkiego, staroarabskiego folkloru i krzepnącego islamu mianem skarbnicy zajmujących fabuł to truizm w najczystszej postaci. Z racji formuły serii mamy tu do czynienia jedynie z wybranymi utworami zaczerpniętymi z literackiego pierwowzoru. Przy czym rozrysowanymi fachowo, choć zarazem bez silenia się na stosowną dla kręgu cywilizacyjnego w którym są one osadzone wystawność. Można natomiast żałować, że tak jak w przypadku adaptacji „Nędzników” nie zdecydowano się na album o zwiększonej rozpiętości i włączenie do tego zamierzania co najmniej dwóch dodatkowych opowieści oraz konkluzji w kontekście dalszych losów szanownej pani opowiadaczki. Dobre jednak i to.

Batman: Imposter – w moim przekonaniu Andrea Sorrentino to mistrz w wizualnym kreowaniu dojmującej nastrojowości, o dojrzałym i unikalnym stylu, którego nie sposób wycisnąć z pamięci. Jego prace dodatkowo jednak zyskują, gdy łączy on swoje siły z porównywalnie uzdolnionym autorem. Tak się sprawy miały przy okazji projektów współtworzonych przezeń z Jeffem Lemirem, o czym przekonać mogli się czytelnicy m.in. serii „Gideon Falls”. W przypadku niniejszego zbioru Sorrentino po raz kolejny dał popis swoich artystycznych możliwości, ale niestety kooperujący z nim scenarzysta znacznie wspomnianemu chwilę temu koledze po piórze ustępuje. Mattson Tomlin zaproponował co prawda intrygujące zawiązanie akcji oraz niezgorszy wątek wiodący. Nie podźwignął jednak tego potencjału, przez co prowadzona przezeń historia rozłazi się w nawarstwiającym się banale. Stąd trudno oprzeć się odczuciu rozczarowania, bo z tego mogła wyjść autentycznie warta zapamiętania realizacja.
 
Marvel Origins t. 73: Fantastyczna Czwórka 15 – jest jak było, czyli twórczy duet Lee/Kirby z przyległościami (tj. m.in. nakładaczem tuszu Joe Sinnottem) nic a nic nie wytraca ze swojej kreatywnej eksplozywności. Problematyczna obca cywilizacja i jej przepotężny emisariusz (Ronan Oskarżyciel), projekt odhodowania turbo-nadczłowieka do zadań specjalnych, debiut Psycho-Mana, Inhumans, Czarna Pantera, wielka wiadomość w Pierwszej Rodzinie Marvela! A to tylko część mknącego z zawrotną prędkością kalejdoskopu zdarzeń i przeobrażeń ryjących banię (w pozytywnym rozumieniu tego terminu) potencjalnych czytelników.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy t. 110. Stowarzyszenie Sprawiedliwości: Powrót! – rzecz nade wszystko dla wielbicieli tej drużyny, świadomych pewnej dozy skonwencjonalizowania perypetii aktywnych w niej herosów (m.in. wypełnianie poszczególnych zadań w ramach większej misji przez dwuosobowe zespoły). Przy czym z perspektywy znajomości późniejszego niż ta mini-seria rozwoju marki znać, że „Powrót!” był swoistym portalem między klasycznymi przygodami Stowarzyszonych (a także prób przywrócenia ich do łask na łamach efemerycznych serii z początku lat 90.), a tym co wyczyniać miał w popularnym miesięczniku „JSA” James Robinson i Geoff Johns. Z tej perspektywy owa „klamra” na styku dwóch epok to cenne uzupełnienie kolekcji „Bohaterowie i Złoczyńcy”. Także z tego względu, że obok wspominanych specjalistów od fabuł udział w tym projekcie wzięli inni cenieni twórcy, w tym m.in. Michael Lark („Lazarus”, „Daredevil vol.2”) i Mark Waid („Flash vol.2”, „Kingdom Come”).
 
Guy Gardner nr 3 - idealny komiks na kaca i dla wielbicieli oferty kultowo-offowych wydawnictw, wynagradzanych chochołkami Nike z Samotrake! Nic a nic nie trzeba go czytać! Pada tam zaledwie jedno słowo! Ależ to nowoczesne i nowatorskie! A przy okazji jaka oszczędność czasu! Wylew radości psuje jednak rysownik tej serii, Joe Staton. Ośmielił się on bowiem potrafić rysować, a co najgorsze ten komiks narysował! A przecież gdyby go nie narysował, a pozostawił go takim jakim był na poziomie scenariusza to byłby to idealny kandydat do nagradzania różnymi wizami ,,Ozonu” i obcmokiwania przez wybitnych znawców dóbr popkulturowych, z arcypoważnymi minami stwierdzających: ,,To się dobrze czyta”. Wydawnictwo kierowane przez ludziczków w zmechaconych golfach otrzymałoby kolejne chochołek Nike z Samotrake (do tego taki z ręcami i głowamy...), postawiłoby je na bezemisyjnych kominkach, a szacowni krytycy wyemitowaliby w kamerkę zestaw fikuśnych pochwał doprawionych obsztorcowaniem komiksów w których słowa i rysunki jednak są. Joe Staton, spierwiaszczyłeś taki potencjał na uzewnętrznianie się znanych znawców! Jak to mawiał Lestek III Wyzwoliciel: Shame on You!
 
W poszukiwaniu Ptaka Czasu: Omegon – bez względu na różnego typu zarzuty formułowane pod adresem twórców tej inicjatywy (odcinanie kuponów, rozwlekanie sagi na siłę) muszę przyznać, że każdą kolejną „wizytę” w Akbarze wspominam bardzo pozytywnie. Nie inaczej sprawy mają się w przypadku niniejszego albumu, konkludującego realizowane przez ponad ćwierć wieku preludium do jednej z najbardziej u nas cenionych komiksowych fantasy z rynku frankofońskiego. Muszę przyznać, że moment kulminacyjny tej opowieści mocno mnie zaskoczył i tym bardziej cieszy okoliczność, że są plany „odpalenia” kolejnego cyklu w ramach tego przekonująco skonstruowanego uniwersum.
 
Black Condor nr 8 - tym razem fabułę wystylizowano na thriller sądowy, choć równocześnie nie zabrakło obowiązkowych popisów tytułowego bohatera w zakresie przemierzania przezeń przestworzy. Całość skonkludowano intrygującym finałem, a zapowiedź powrotu Ragsa Morelasa na łamy tej serii naturalnie bardzo cieszy. Może coś z niej jeszcze będzie. Nawet jeśli jedynie na krótko.

Marvel-Must-Have t.6. Hulk: Czerwony Hulk – „rozrywkowiec” na tyle przekonujący, że aż żałuję przegapienia tomu kolekcji „Superbohohaterowie Marvela” z Czerwonym Hulkiem jako jego protagonistą. Intrygujące zawiązanie akcji okazuje się zdecydowanie czymś więcej niż tylko pretekstem do zbioru w swojej klasie spektakularnych scen konfrontacyjnych. Tych zresztą tu nie brakuje (i bardzo dobrze, bo taka jest przecież natura tytułów z udziałem Gamma-Stworów), przy czym odpowiedzialny za ich rozrysowanie Ed McGuinness giętkości swojej kreski nie żałował. Pełna polska edycja tej serii na pewno byłaby mile widziana.

11
W tym właśnie problem, że przez nadwrażliwość (wspomniane oczykiwanie bezpieczeństwa) niemal na starcie morduje siè każdą dyskusje. Stąd właśnie sugestia by z nadwrażliwością nie przedobrzać i się chociaż odrobinę zdystansować. Z tego co się zorientowałem przeważająca część użytkowników forum to osoby pełnoletnie, z bagażem doświadczeń życiowych. A zatem warto wysilić się na dorosłość i nie ma co się obawiać podejmowania polemiki z osobami o innych poglądach. Dzięki temu jest okazja by chociaż na moment wydobyć się z zaścianka mentalnego komfortu. Bywa to bardzo ożywcze.

12
Nigdy nie wpadłbym na to, że na Forum (tym, lub jakimkolwiek innym) można nie czuć się bezpiecznie 👽 Podejrzewam, że odrobina dystansu, praca nad sobą w kontekście wyzbycia się nadwrażliwości oraz dopuszczenie do świadomości, że na tym świecie jest całkiem sporo osób przekonanych do wartości innych niż te suflowane obecnie w mediach starego typu powinno załatwić sprawę. Jak to swego czasu stwierdził pewien bardzo łebski jegomość: ,,Nie lękajcie się". W tym także różnorodności poglądów i szansy konfrontowania z nimi własnych 👍

13
Komiksy amerykańskie / Odp: Marvel - Must-Have - Kolekcja Hachette
« dnia: Cz, 30 Październik 2025, 17:25:44 »
Nie jestem zaskoczony popieliku, że po raz kolejny odpowiadasz sam sobie na pytania, których nikt nie zadawał. Nikt tu bowiem nie zapytywał co i kogo lubisz. Choćby z tego względu, że wartość poznawcza tej informacji jest żadna  :) 

Natomiast nijak mające się do rzeczywistej natury komiksowego biznesu w nurcie superbohaterskim wypływy możesz sobie wytatuować na czole. Będziesz mógł paradować z nim na tzw. konwentach. Bo skoro masz już wytatuowaną kropkę za uchem to kolejna dziara ci nie zaszkodzi...
 
Może w końcu ktoś w tzw. środowisku zacznie szerzej cię kojarzyć. Bo tego przecież najbardziej pragniesz ty nasz gwiazdorku spopielały  ;D

14
Komiksy amerykańskie / Odp: Marvel - Must-Have - Kolekcja Hachette
« dnia: Cz, 30 Październik 2025, 16:31:24 »
Ależ nie przedobrzaj z nadmiarem zupełnie zbędnej kokieterii  8) Jak przystało na przedstawiciela niedocmokanych elyt tobie się tego typu pokrzepienia najzwyczajniej należą  ;D
 
Opowiedz nam jeszcze jakie to „huyowe” jest superhero i jak bardzo dzięki temu czujesz się wykurfisty i chociaż w tym jednym życiowym aspekcie spełniony😊

15
Komiksy amerykańskie / Odp: Marvel - Must-Have - Kolekcja Hachette
« dnia: Cz, 30 Październik 2025, 16:08:29 »
Oczywiście, że jedziemy. Nikt chociaż względnie rozgarnięty nie będzie zjawiska twego płazu traktował jako partnera do rzeczowej dyskusji  8)

Strony: [1] 2 3 ... 87