Pierwotnie miało iść do "Jakie komiksy...", ale co mi tam, pobawię się w nekromantę.
Lazarus – „Ósemka”.
Piszcie co chcecie, ale mimo wszystko wychodzi jednak na to, że "Lazarus" skończył się na „X+66”.
Reszta to komercha.
Jak w przypadku „Siódemki” czuć było, że Rucka chce już jedynie dociągnąć do końca i fajrant, w związku z czym fabuła przyspieszyła tracąc na ostrości detali tak teraz do tego zacierania szczegółów dochodzi mniej czy bardziej okrutne, ale jednak mordowanie logiki (przy czym cały czas pamiętamy nieszczęsny "Fracture II. Chapter III"). Byle szybciej do wielkiego (no zobaczymy) finału.
W zasadzie będzie niemal wyłącznie o fabule toteż żeby nie ciąć na każdym jednym kroku wszystko idzie w spoiler.
Wracając na chwilę na koniec tomu siódmego to mamy dr Hocka w zasadzie na łasce Malcolma. Spod którego kąta na to nie spojrzeć to trzymając się klimatu tamtego zeszytu, po wyjściu Forever ten drugi może może zrobić z tym pierwszym co tylko mu się zamarzy. Co robi? Najwyraźniej odwraca się na pięcie i również wychodzi. Ot, logika na zasadzie out of character. Dlaczego wyszedł? Ponieważ Hock potrzebny jest do jednej tyciej rzeczy, która ma nadać pozór logice kolejnego kroku Forever. Czy w tym pozorze jest owa logika? No właśnie nie wiem.
Doktorek jest nam jeszcze potrzebny do tego żeby nasza wariacja Wiedźmina pozbyła się obciążenia w postaci telemetrii. Czy to w ogóle było możliwe? Pojęcia nie mam. W każdym razie tym samym doktorek traci sens fabularnego istnienia i można się go pozbyć tak zupełnie bezkarnie. Postać zostaje dosłownie spuszczona w sanitariacie. Bo tak. To już w porównaniu średnio logiczny zgon Bethany nabiera cech logiki nie z tej ziemi, bo tam można mówić o wypadku.
Ale ok, przewracamy strony dalej. „Siódemka” razem z „Ósemką” dekują się w przyczajeniu. Gdzie? W samiutkim Paryżu. Śmieszne, prawda? Nic to, że przez cały najnowszy tom będą poruszały się w ciągłej przyczajce, funkcjonując niczym ta nie przymierzając zwierzyna łowna, chowając nosy pod kapturami. Rzecz w tym, że one wcześniej ot tak i po prostu przeleciały sobie nad oceanem, gwałcąc przestrzeń powietrzną podejrzewam, że dwóch sojuszników Carlyle. I dopiero teraz muszą ukrywać się na każdym jednym kroku. Po co to wszystko? Celem jednego średnio koniecznego, ale zapewne robiącego za fanserwis rodzinnego reunion. So far not so good.
Co tymczasem u reszty rodziny? Johanna została uwsteczniona o jakieś dwa tomy. Z p.o. głowy rodziny, który każe ojcu siedzieć cicho gdy sama pracuje została sprowadzona do paprotki czy innej sekretarki. Dlaczego? Sam Rucka to wie. Widać nie chciał robić z bidulki postaci makiawelicznej i do odbudowy programu „Lazarus” musiał wykorzystać starego, niedobrego Malcolma.
Inna sprawa, że nowy Łazarz to ciekawostka. O ile pomysł na wykorzystanie w tej roli Rudzielca jest całkiem spoko o tyle zrobienie z niej nadąsanej, złej na cały świat - o faceta, który jej nie zdradził - nastolatki to kolejne uwstecznienie. Umówmy się – od tego mieszania herbata nie robi się ani trochę bardziej słodka. Co najwyżej kolejne postacie tracą na osobowości.
Dalej mamy Sonję Bitner. Tę twardą niczym stop adamantum Sonkę, która w jednym momencie deklaruje wierność (podkreślmy) swojej rodzinie a która dwie strony później wypina się na ową rodzinę gdyż… po raz pierwszy (i zapewne ostatni) wprowadzone na scenę siostrzyczki są dla niej niedobłe i niemiłe. I oto dzięki tej jednej scence rodzajowej nasza blond walkiria zmienia orientację i przyłącza się do Forever (idę o zakład, że Rucka nie wytrzyma i one wylądują w łóżku).
No i „Ósemka”. Teraz już „Infinity”. Tutaj ktoś z kolei za bardzo pojechał z wyobraźnią dając jej system „stealth”. Zresztą włączający się „ot tak”, instynktownie, na zasadzie, że sam z siebie. Forever kolejne genetyczne wodotryski musiała mieć celowo aktywowane, ale widać „Ósemka” to jest już naprawdę wyższa półka Rolls-Royce i u niej takie bajery włączają się automatycznie. Ewentualnie została mutantem. W każdym razie czekamy na Ciri 2.0 i teleportację.

W zasadzie na tym można byłoby skończyć, bo o fabule jako takiej nie ma co się rozpisywać, ale nie da się nie wspomnieć o jeszcze jednym detalu – pamiętacie twist fabularny na koniec vol 6? No to będzie powtórka z rozrywki. I ponownie – nie pytajcie o logikę, dlaczego teraz, dlaczego tam, ani inne takie. Mieliśmy dostać „szokującą” ostatnią stronę i dostaliśmy. Zieeew. W zasadzie można już przyjmować zakłady o to kto tam na koniec zginie.
Już tak bez spoilerów. „Lazarus” to pomimo okazjonalnych głupotek fabularnych i naciągania rzeczywistości świata przedstawionego naprawdę fajna seria. Była. Do momentu gdy jeszcze chciało im się to pisać. Nie wiem co zepsuło się później – czy chodziło o inne zobowiązania, czy znudzenie materiałem. Względnie cokolwiek innego. Nie chce mi się zgadywac. W każdym razie jeżeli ktoś skończył czytać razem z Taurusem, to mimo zrozumiałego bólu dusznego związanego z przerwaniem procesu wydawniczego naprawdę trzeba oswoić się z myślą, że poziom tej historii po Taurusie spada. Może nie leci na przysłowiowe łeb i szyję żeby walnąć ostatnie dwa tomy przez okno, bo jednak gdyby to była już zwykła, prymitywna grafomania to nie byłoby nawet sensu dwóch zdań skreślać niemniej jednak pojawia się rozczarowanie faktem, że teraz to wszystko jest już ewidentnie kierowane ku końcowi na zasadzie byle jak, byle szybko. Ta seria zasługiwała jednak na lepsze potraktowanie i poświęcenie większego wysiłku tym ostatnim tomom. Obecnie czyta się to trochę tak jak gdyby puścić film w trybie 1,5 prędkości, gdzie głosy jakieś takie piskliwe, ścieżka dźwiękowa skrzypi, a szczegóły są cokolwiek rozmyte. Skończyć skończę, bo jednak za dużo czasu człowiek w to poinwestował (początek historii to jakby nie było A.D. 2013, u nas 2015) i niektóre postacie nadal budzą sympatię, ale to już nie to co kiedyś.
No chyba, że ktoś tam siedząc przed laptopem dozna olśnienia i końcówka naprawdę urwie czerep razem z kręgosłupem. Ale czy po ostatnich dwóch tomach można jeszcze na to liczyć? Podejrzewam, że wątpię.
Tyle dobrego, że warstwa ilustracyjna nadal trzyma poziom.
Lazarus „Ósemka”: 6,5/10.
Na finał czekamy bez nerwowego obgryzania paznokci.