Polubienia

Przejrzyj stronę ulubionych postów oraz otrzymanych polubień za posty użytkownika.


Polubione

Strony: [1]
Wiadomości Liczba polubień
Odp: Studio Lain

;)

Cz, 19 Grudzień 2019, 14:06:32
1
Odp: Wydawnictwo Ongrys - seria do wydania w Polsce Ongrys odpuść, kapral to zwykły troll i wieczny malkontent. Po Wielkim Martwym wydaj po prostu coś fajnego :)
Wt, 07 Styczeń 2020, 15:51:39
1
Odp: The Punisher
A to nie były jakieś retrospekcje z dnia, w którym zginęły jego żona i dzieci? Wtedy gdy był już co prawda rozdartym wspomnieniami weteranem, ale przede wszystkim kochającym mężem i ojcem?

W #1 w ten sposób chce uczcić rocznicę tego dnia, cały numer pędzi, by zdążyć :)

Pt, 31 Styczeń 2020, 11:14:10
1
Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi Marzec
 
Flash t. 8 – po nieco słabszej „Burzy doskonałej” Williamson raz jeszcze udowodnił, że w temacie Szkarłatnych Sprinterów ma jeszcze nieco do dodania. Ponadto warstwa plastyczna w wykonaniu Howarda Portera prezentuje się bardzo widowiskowo i energetycznie.
 
Superbohaterowie Marvela: Bata Ray Bill – z rozmachem i bez kompleksów. Nie tylko zresztą w wykonaniu cenionego Walta Simmonsona ale też kontynuatorów losów tytułowego bohatera na skalę, której nie powstydziłby się Silver Surfer, Adam Warlock oraz inny kosmiczni herosi Domu Pomysłów.

Conan Barbarzyńca t.1 – udane otwarcie kolejnego etapu obecności mocarnego Cymeryjczyka w ramach kultury popularnej. Równocześnie chylę czoła przed autorem scenariusza, który pomimo intensywnej aktywności nadal potrafi wykrzesać z siebie przekonujące i sprawnie rozpisane fabuły.
 
Smerf naczelnik – klasyczny album serii nie zawodzi. Miło po latach przypomnieć sobie ten mini-zbiorek i przy okazji raz jeszcze docenić siłę przekazu istotnych treści kamuflowanych w formule baśni.
 
Criminal t.2 – kompozycyjna maestria, przemyślana od początku do końca i tym samym przekonująca. Jak zwykle znakomicie poradził sobie także Sean Phillips swoją dosyconą cieniami stylistyką idealnie wpisując się w poetykę neo-noir. Pierwszy zbiór był jakościowo bardzo udany. Ten jednak jest jeszcze lepszy.
 
Metabaron t. 3 i 4 – mimo że za „sterami” serii tzw. Jodo zastąpił już inny scenarzysta (Jerry Frissen) to jednak znać ducha oryginalnej serii o Bezimiennym. Owszem, brakuje niezrównanych ilustracji Juana Gimeneza, ale mimo wszystko znać, że uniwersum Incala żyje i rozwija się. Do tego w interesujących kierunkach. A o to chyba właśnie chodzi.
 
Batman kontra Deathstroke – duży potencjał i równocześnie spore ryzyko popadnięcia w pretekstualną rąbaninę. Odpowiedzialny za scenariusz tej opowieści Christopher Priest zdołał jednak uniknąć porażki. Teoretycznie żadna rewelacja ale fani obu postaci mają spore szanse na dobrą zabawę. 
 
Doom Patrol t.2 – stare dobre Vertigo, a przy okazji skondensowana (i chyba niekoniecznie uświadomiona) satyra na ruch antykulturowy schyłku lat 60. XX w. Tego mi było trzeba.

Superbohaterowie Marvela: Totalnie Odlotowy Hulk
– generalnie, poza nielicznymi wyjątkami (vide tzw. Torzycą), nie przekonałem się do podróbek sprawdzonych herosów Domu Pomysłów forsowanych przez włodarzy tego koncernu w dobie „All-New, All-Different Marvel”. Amadeus Cho w roli „Sałaty Marvela” okazał się jednak postacią na tyle przekonującą, że z czytelniczą satysfakcją przyswoiłem sobie ten zbiór.

Orbita Jowisza
– „odgrzanie” motywu „Strażników” wyszło całkiem zgrabnie, choć tylko ze względu na lekkość pióra scenarzysty. Stąd jeszcze jedna „dekonstrukcja superbohaterskiego mitu” (tyle ich już mamy…) nie irytuje tak jak to ma miejsce w przypadku często pretensjonalnych realizacji m.in. Gartha Ennisa.
 
Kapitan Żbik: Błękitna serpentyna – głupio się przyznać, ale dotąd tej odsłony „Żbika” nie znałem. Niektóre elementy fabuły (np. „kodowane” Morse’em stepowanie) zakrywają na groteskę godną zmyślności grupy Monty Pythona. Niemniej ogólnie nie jest źle, a umieszczenie w tej opowieści wizualnego pierwowzoru Saxegaarda Władcy Gór może tylko cieszyć. 

Śr, 01 Kwiecień 2020, 00:08:37
1
Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi   Podsumowanie marca. W tym miesiącu nieco wolnego, lektur więcej a więc podsumowanie w nieco zmienionej formie i pewnie z nudów nieco dłuższe. UWAGA UWAGA tym razem niemalże nie pojawią się SPOILERY!!!


1. Trzeba:

 "Mort Cinder" - Alberto Breccia, Héctor Oesterheld. Sporo zaskoczenie, wprawdzie pisano tutaj, że to świetny komiks ale nie spodziewałem się, że aż tak. Jakby to tak w skrócie powiedzieć, ten komiks to Rork. Nie właściwie to na odwrót to Rork jest tym komiksem, a już najbardziej ten pierwszy tom "Fragmenty" to jest toczka w toczkę przeniesiony żywcem nastrój ba nawet niektóre patenty fabularne od swojego starszego brata. Historia Ezry Winstona zdaje się londyńskiego antykwariusza, który na swojej drodze spotyka tajemniczego człowieka zwącego się Mort Cinder składa się z dziesięciu dłuższych bądź krótszych opowiastek nie połączonych ze sobą poza osobami dwóch bohaterów w praktycznie żaden sposób. Komiks jest reklamowany jako przygodowy horror i w moim mniemaniu nie do końca trafnie, owszem dostaniemy tutaj zarówno przygodę jak i horror, ale stylistyka całości bliższa jest poeowskim "Opowieściom Niesamowitym". Powieść gotycka, hammerowskie horrory, groszowe science fiction, Lovecraft, Strefa Mroku i wiele innych składników zostało wymieszanych przez dwóch artystów w arcysmaczne choć momentami mocno gorzkie danie. Nie bez powodu wspomniałem też na początku o Rorku jeżeli mówimy o rysunkach. Andreas wyrabiając swój styl w wyraźny sposób bardzo mocno czerpał z Breccii, niektóre kadry, przekrzywiona perspektywa wyglądają na żywcem przerysowane, chociaż rysunki tutaj są zdecydowanie bardziej nastawione na realizm, na widok Ezry na kilku pierwszych stronach miałem natychmiastowe skojarzenie z detektywem Raffingtonem. O ile fabuła w tym przypadku zachwyca to rysunki Argentyńczyka robią to jeszcze bardziej. Komiks wygląda świetnie, to zastosowanie czerni i bieli w celu podkreślenia atmosfery tajemniczości i grozy to coś pięknego, na dodatek podejrzewam że jedne z pierwszych w tym gatunku zastosowanie kolażu, naprawdę jest co podziwiać.To jest dosyć ciekawe ale mimo zastosowania elementów obecnych w szeroko pojętej fantastyce już od dawna i pomimo (a może dzięki temu), że to koniec końców dosyć proste pod względem fabularnym historyjki komiks ten po niemalże 60 latach był dla mnie naprawdę świeżym doświadczeniem posiadającym tylko jedną jedyną wadę...jest po prostu za krótki, przewracając ostatnią stronę powiedziałem wiedząc że więcej już nic nie dostanę z rozczarowaniem sam do siebie "to już?"...ech mawiają że lepiej od stołu wstać głodnym niż przejedzonym, ale ja w to do końca nie wierzę. Brać koniecznie, zwłaszcza w cenie w której sprzedaje to NSC do którego w dziedzinie jakości wydania nie mam absolutnie żadnej krytycznej uwagi. Ocena 9/10.

  "Hellboy " tom 1 i 2 "Nasienie Zniszczenia i Obudzić Diabła" oraz "Spętana trumna i Prawa ręka zniszczenia" - Mike Mignola. Pewnie wstyd się przyznać, ale nie znałem dotychczas specjalnie Hellboya. Owszem czytałem dawno temu Nasienie Zniszczenia i Spętaną Trumnę, ale niespecjalnie wiele z tego pamiętałem tyle tylko że mi się spodobały. Widziałem też dwa filmy Del Toro, pierwszy całkiem niezły i drugi o wiele lepszy, ale ot to wszystko. No w każdym razie z okazji nowego wydania była okazja się dokładniej zapoznać z fenomenem. Cóż nie będę przedłużał, absolutnie nic mnie tu nie rozczarowało. Przygody półdemona przywołanego przez hitlerowskich okultystów a wcielonego przez grupę amerykańskich komandosów do drużyny tych dobrych pomimo tego że są zazwyczaj proste jak konstrukcja cepa są po prostu rewelacyjnie dobre. Nie oszukujmy się ten komiks tak jest w pewien sposób strasznie kiczowaty, ale jet to kicz tworzony w ten samoświadomy zajebisty sposób. Mignola jedzie po bandzie i wrzuca w swoje dzieło wszystkie elementy jakiekolwiek mu się spodobają i uzna za przydatne choćby w teorii do siebie zupełnie nie pasowały, mity i folklor z każdego możliwego lub też nie regionu świata, banda hitlerowskich dziwolągów prowadzona przez okultystę którego każda kwestia to nonsensowny podchodzący pod grafomanię bełkot , inteligentne małpiszony, steampunkowe wynalazki, gadające głowy w słoikach czy w końcu sarkastyczny superbohater który ze stoickim spokojem przyjmuje każde tarapaty w które wpada wiedząc, że koniec końców i tak będzie musiał komuś przyj...ć mogą spokojnie znaleźć koło siebie miejsce w jednej historyjce a na dodatek zostać solidnie podlane sosem Lovecrafta i to wszystko tu ma swoje miejsce nie wprowadzając żadnego dysonansu. Ta dziwaczna mieszanka gatunkowa będąca jednocześnie superhero, horrorem, przygodówką i czarną komedią pisana na poważnie a jednocześnie będąca pastiszem to koktajl niezwykle pomagający w produkowaniu przez nasz organizm endorfin. Rysunki Mignoli są jak ten przysłowiowy koń, jakie są wszyscy widzą, powiedzieć że są cudowne to powiedzieć zbyt mało. Egmontowe wydanie opiera się na Library Edition, tyle że jest pomniejszone do standardowego amerykańskiego formatu. W przypadku tego akurat tytułu nie uważam tego specjalnie za wadę. Mignola nie operuje jakąś nadzwyczajnie szczegółową kreską przy której trzeba by wytężać wzrok aby podziwiać drobne smaczki, opierając się raczej na zabawie kolorem.W samych albumach sporo fajnych dodatków. Drugi tom spodobał mi się jeszcze bardziej niż pierwszy, Hellboy to gość stworzony do krótkiej formy. Ocena 8+/10.

  "Corto Maltese tom 6 Na Syberii" - Hugo Pratt. Kolejna porcja przygód marynarza-łazika tym razem na Syberii. Corto będzie się starał przejąć pociąg z carskim złotem na który to chrapkę będzie miało sporo innych osób. Po drodze, spotka on rzeczywiste historyczne postacie takie jak generał Zhang, Von Ungern-Sternberg czy Siemionow (pewnie jeszcze kilka innych się znajdzie, słyszałem tylko o tych, nie oszukujmy się zresztą to typowy prattowski patent Corto Maltese chyba trochę większą przyjemność sprawia ludziom, którzy choćby pobieżnie znają realia w których się dzieje akcja) będzie się potykał z chińskimi triadami, wszechwładnymi wojennymi watażkami a także pomoże chińskiemu niepodległościowemo-komunistycznemu podziemiu i przy okazji oczywiście jak prawie zawsze złamie kolejne niewieście serce (zresztą swoje również). Pierwszy raz od pierwszego tomu mamy nie krótsze łączące się ze sobą lub nie historie, ale fabułę rozplanowaną na cały album. Jak dla mnie jest nieco słabiej niż wcześniej, brakuje nieco tego onirycznego klimatu, fabuła jest chyba niepotrzebnie pokomplikowana i momentami nieco niewiarygodna. Tym niemniej to ciągle kawał znakomitego, pięknie narysowanego przygodowego komiksu. Ocena 8/10.

  "Tyler Cross - tom 2 Angola" - Fabien Nury, Bruno. Drugi tom serii i chociaż minimalnie mniej mi przypadł do gustu niż pierwszy (tamten trochę bardziej skomplikowany jest) to czyta się to dalej świetnie. Fabuła przypomina nieco konstrukcją "Skazanych na Shawshank" Tyler trafia do więzienia w Luizjanie (oczywiście w przeciwieństwie do Andy Dufresne'a nie za niewinność tylko za napad z bronią w ręku), w którym panują podobne zasady co i w Shawshank, Więźniowie wykonują niewolnicze prace a pod stołem dyrektor przyjmuje pieniądze, tyle że tutaj nie chowa ich sam dla siebie tylko przekazuje mafii, która jest nieformalnym właścicielem więzienia. Oczywiście dosyć pechowo tej samej mafii z którą Tyler ma na pieńku, że już nie wspomnieć o żonie dyrektora która zawiesza na nim swoje oko a która jest nimfomanką znaną z tego, że gdy jej się kochanek znudzi to potrafi załatwić mu sosnową skrzynkę. Jednym słowem przewidywalna długość życia (anty)bohatera nie jest specjalnie długa, więc jedynym rozsądnym wyjściem jest danie dyla z tego piekła na ziemi. Raczej każdy oglądał jakiś "więzienny" film więc wiadomo o co chodzi, autorzy nie starają się wymyślić koła na nowo, tylko sięgają po znane i najbardziej soczyste pomysły. Prosto kreskówkowa kreska, która na zdrowy rozsądek nie powinna pasować do tego komiksu, dalej pasuje idealnie. W sumie polecać tego nie muszę, kto przeczytał pierwszy tom to na 99% sięgnął po drugi, kto nie czytał pierwszego ten powinien to zrobić. Ocena 8/10.

 "Bękarty z Południa - tom 4 Motywacja" - Jason Aaron, Jason Latour. No w końcu zakończenie historii, zaczętej już dawno temu. Muszę przyznać, że Aaron bardzo pomysłowo rozplanował tę historię, przez trzy poprzednie tomy dostaliśmy całkiem sporo wątków oraz postaci, ale to były w większości wypadków tylko iluzje bohater tej powieści jest jeden i tylko jeden i jest to sam ON, trener szkolnej drużyny futbulowej hrabstwa Craw, trzęsący całą okolicą Euless Boss, który tym razem trafi na swój może i nieco na swój sposób śmiesznawy, ale równie zepsuty i paskudny jak on sam odpowiednik wyglądający jak zły klon Stana Lee pułkownika Quicka McKlusky. Owszem wszystkie poboczne linie fabularne splotą się na koniec w sensowny sposób, ale okaże się że większość z nich nie ma jakiegokolwiek większego znaczenia, miały tylko podkręcić klimat, albo zmylić czytelnika. A klimat jest srogi, nie oszukujmy się, ta historia nie jest specjalnie realna i raczej nie miałaby szans się wydarzyć gdziekolwiek, nie jest jakoś nadzwyczajnie skomplikowana, za to ma przyprawić o szybszą produkcję adrenaliny i zaspokoić tkwiącą w większości ludzi podświadomą skłonność do oglądania bezsensownej przemocy. Jak ktoś choć po części zrozumiał co dla takich małych miejscowości znaczą piątkowe mecze futbolu oglądając bergowskie "Friday Night Lights" czy lub klimaty rodem z "Z podniesionym czołem" (bardziej oryginału niż tej wersji z The Rockiem) to musowo musi sięgnąć po tę serię. Rysunki Latoura to czysta petarda, jasne że wygląda to ohydnie ale to efekt oczywiście zamierzony (wystarczy obejrzeć Spider-Gwen) patrząc się na te groteskowo pokrzywione ryje (bo twarzami najczęściej nazwać tego nie można) mamy być przekonani, że oglądamy ludzi żyjących w swoim własnym brutalnym kręgu z którymi nikt normalny nie chce mieć nic do czynienia. Latour na dodatek potrafi się zabawić konwencją w kilku miejscach przeskakuje na styl wyciągnięty prosto z kreskówki, by za chwilę we fragmencie ze wspomnieniami wyraźnie kopiować Simona Bisleya. Największym problemem tego komiksu jest zakończenie, autorzy wyraźnie stanęli okrakiem pomiędzy chęcią zakończenia całej serii a chęcią jej ciągnięcia dalej a wyszło tak trochę ani w tę stronę ani w tę. Ale za te niemalże cztery pełne tomy doskonałej, chociaż raczej niskich lotów rozrywki jestem w stanie to wybaczyć. Ocena 8/10.

  "Grass Kings" wszystkie 3 tomy - Tyler Jenkins, Matt Kindt. Opowieść z Dzikiego Zachodu od NSC, akcja dzieje się w tzw. Królestwie Traw quasi-niezależnym terytorium będącym bezpieczną przystanią dla zbłąkanych wędrowców pragnących żyć w spokoju i bez pytań o przeszłość. Tą małą enklawą rządzi Robert najstarszy z trzech braci, będących dziećmi małżeństwa które założyło Królestwo, który aktualnie nie jest w najlepszej formie z racji sporych ilości wódy pitej z powodu wcześniejszego zaginięcia córki i związanego z tym odejścia żony. Sytuację komplikuje dodatkowo fakt, że w okolicy od kilku lat grasuje seryjny morderca a dla szeryfa Humberta który trzęsie sąsiednim miasteczkiem Cargill ta ziemia od dawna jest drzazgą w oku. W końcu zdarzy się coś co ostatecznie wyczerpie zapasy cierpliwości w/w szeryfa i pchnie go do działania a że nieszczęścia lubią chodzić dziesiątkami Kraina stanie na skraju przepaści. Wizualnie ten komiks po prostu zachwyca,pozornie niedbałe, niedopowiedziane szkice pociągnięte akwarelami są bardzo nastrojowe a te wyblakłe barwy i wiecznie zginające się na wietrze trawy przywodzą na myśl nadchodzącą jesień co doskonale pasuje do dosyć melancholijnego klimatu. Fabularnie ten komiks jest naprawdę dobry, ale jeszcze większą robotę robi tutaj klimat, pomimo kryminalno-sensacyjnego pochodzenia z tej samej gałęzi co "Skalp" "Bękarty" czy "Briggs Land", mocniej wybrzmiewają wątki dramatyczno-obyczajowe z wyraźnymi ciągotami w kierunku Twin Peaks i jego mieszkańców ze swoimi brudnymi sekretami, fabuła toczy się bardziej leniwie a postacie sprawiają wrażenie bardziej realnych. Brakowało mi trochę jakiegoś rozsądnie rozpisanych zasad działania tej społeczności a przede wszystkim solidnej deklaracji na temat ilu ich w rzeczywistości jest. Bo to jakoś wygląda jakby tam mieszkało z 10 osób na krzyż tylko tych które biorą udział w fabule a z rozmów pomiędzy nimi wychodzi na to że jest to miasteczko na dodatek ze sklepem pośrodku, w tle absolutnie nic się nie dzieje. Odrobinę rozczarowuje ostatni tom, o ile rozwiązanie zagadki chociaż poniekąd łatwe do odgadnięcia jest ok bo jakby nie patrzeć życie dosyć często bywa banalne, to niespecjalnie mi się spodobały sceny sensacyjne. Ja rozumiem, że prawo własności w USA jest mocno poważane, ale nawet tam chyba nie wolno zestrzeliwywać śmigłowców FBI z ręcznych wyrzutni. Ale poza tym, uwag brak. Format powiększony, twarda oprawa, papier offsetowy, kilka alternatywnych okładek, cena niska. Nic tylko brać, ocena 8/10.


2. Warto:

  "Pan Higgins wraca do domu" - Mike Mignola, Warwick Johnson-Cadwell. Ze sporym zdziwieniem po rozpoczęciu lektury przyswoiłem rysunki, kupując ten komiks widząc na okładce nazwisko Mignola, jakoś tak podświadomie założyłem że to on będzie rysował, a tu niespodzianka, jest zupełnie na odwrót. Co dosyć znamienne niespecjalnie żałuję, że tak się stało, to co się w środku znajduje jest po protu śliczne. Johnson-Cadwell rysuje w groteskowo-karykaturalnym stylu mającym przywodzić na myśl ilustracje dla dzieci, mi to się momentami wręcz jakoś tak kojarzyło z rysunkami Bohdana Butenki. Artysta nie trzyma się kurczowo ani zasad perspektywy ani prawidłowości anatomii a ma to na celu podkreślenie pewnej pastiszowości tego tomiku. Naprawdę niektóre z tych ilustracji to miniaturowe arcydzieła, zwłaszcza projekty wampirów w klasycznym stylu nosferatu potrafią cieszyć oko, a zresztą tu wszystko inne też cieszy oko. Fabularnie jest dosyć prosto (aczkolwiek będą zwroty akcji i to dosyć zaskakujące) i klasycznie, profesor Meinhard znany łowca wampirów i jego asystent Pan Knox wraz z człowiekiem któremu udało się przeżyć atak wampirów panem Higginsem wybierają się na zaproszenie pana zamku Gołgi na doroczny bal z okazji święta Walpurgii. Profesor i jego przyjaciele wiedzą że wszyscy goście poza nimi to wampiry a wszyscy goście wiedzą że ci są łowcami, więc ten bal nie może się skończyć dla wszystkich dobrze. Jak już wspominałem komiks ma raczej wydźwięk humorystyczny (humor oczywiście po wampirzemu raczej czarny), natomiast pod koniec będzie jednak trochę ostro. Na koniec mały kamyczek do ogródka wydawcy Non Stop Comics. Tomik jest w twardej okładce ma pięćdziesiąt parę stron a jakichkolwiek dodatków brak. Da się go przeczytać w jakieś15 minut, więc nie bardzo rozumiem dlaczego do diabła (w tym przypadku to na miejscu) skoro jego siła opiera się głównie na wizualiach (a rysunki bywają czasami pełne detali) wydany jest w standardowym amerykańskim wyraźnie zbyt małym formacie? Poważnie Dark Horse nie miało innego, większego wydania? Poleciłbym koniecznie ten tom, ale biorąc pod uwagę że wychodzi nam ponad 30 złotych za jakieś 15 minut czytania i ewentualnie drugie tyle oglądania, każdy musi sam się zastanowić czy warto. Jak dla mnie warto, kupiłem raczej z myślą o późniejszej odsprzedaży, ale zdecydowanie zostaje na półce. Ocena 8/10.

  "Lone Sloane tom 2" - Phillipe Druillet. Nie oszukujmy się, to nie jest komiks do zachwycania się fabułą o ile "Salambo" z racji tego, że scenariusz oparto na powieści Flauberta było jak najbardziej sensowne tak z "Sześcioma Podróżami Lone Sloane'a" i "Deliriusami" bywało różnie. Tutaj fabuła schodzi już zupełnie na drugi plan, pierwszy tom "Gail" jest kompletnie absurdalny, Sloane trafia do najcięższego kosmicznego więzienia w którym wybucha bunt, po czym będzie musiał uratować wszechświat przed inwazją z innego wymiaru? piekła? ciężko powiedzieć. Drugi tom "Chaos" jest już zdecydowanie bardziej sensowny i stanowi kontynuację właśnie "Salambo", zwłoki Sloane'a przechowywane w sarkofagu jadą potężnym pociągiem do jego arcywroga Imperatora Shaana, antybohater ma jednak ukrytych przyjaciół którym nie bardzo pasuje jego obecny stan i na dodatek bardzo by sobie życzyli śmierci wspomnianego Imperatora, także oczekiwać można ostatecznej rozgrywki pomiędzy tymi dwoma. Cóż, nie kupujemy tego komiksu jednak dla historii a wiadomo dla rysunków. Mnie co pierwsze na myśl przychodzi to słowo "monumentalne", spora ilość splaszpejdży na których często umieszczona jest taka ilość szczegółów, że ma się wrażenie że tyle samo czasu w Marvelu poświęca się na narysowanie całego eventu wraz z tie-inami, świetnie narysowane sceny bitewne oraz projekty maszyn do których mocno nawiązuje Warhammer 40K, to wszystko robi, pewnie nie jak w momencie powstania komiksu ale i tak ciągle spore wrażenie. Trochę słabszy niż poprzednie dwa tomy z racji tego, że tamte fabularnie były zdecydowanie bardziej przyswajalne, ale jak ktoś ma ochotę przekonać się jak wygląda space-opera połączona z loveraftowskim horrorem oglądana na kwasie to powinien. Ocena 7+/10

  "Bitwa:od Essling do Waterloo" - Patrick Rambaud, Frederic Richaud, Ivan Gil. Pozycja dosyć zaskakująca jak na Egmont, komiks opisujący bitwę pomiędzy Francuzami a Austriakami za panowania Napoleona w 1809 roku. Akcję obserwujemy z perspektywy kilku postaci (między innymi dramatopisarza Stendhala) co pozwoli na wprowadzenie dosyć sporej ilości wątków (nie wszystkie są wojenne, część akcji dzieje się w pobliskim Wiedniu), ale głównym bohaterem jest młody pułkownik Lejeune, postać która istniała w rzeczywistości i pełni coś w rodzaju funkcji gońca samego cesarza co pozwoli czytelnikowi na szybkie przemieszczanie się po polu bitwy razem z bohaterem. Zaskoczyła mnie w sumie oprawa graficzna, twarze bohaterów są takie jakie można by się spodziewać po frankofońskim komiksie czyli właśnie takie nieco "rysunkowe" o niemalże fotograficzno-malarskim realiźmie z okładki można zapomnieć. Natomiast cała reszta jest już realna jak najbardziej, autorzy chwalą się, że uzbrojenie czy szczegóły mundurów są jak najbardziej zgodne z realiami, z racji takiego a nie innego gatunku rysownik nie pozwala sobie na rysowanie gadających głów na tle plamy jakiegoś koloru, tylko zawsze pieczołowicie opisuje wnętrza lub okoliczności przyrody w jakich znajdują się postacie i chwała mu za to. Napewno wrażenie robią sceny bitewne, mamy i wspaniałe ilustracje natchnionych szarż przypominające Matejkę lub Kossaka, ale i nieprzyjemne obrazy tego co armatnia kula lub lanca użyta z rozpędzonego konia potrafią zrobić z ciałem człowieka. Uwagę zwracają też piękne żywe kolory nałożone przez Albertine Ralenti, można by się czepiać, że ta pstrokacizna nie licuje trochę z tematyką, ale mi się podobają a biorąc pod uwagę to, że sama bitwa odbyła się w maju to i pewnie w rzeczywistości musiało być kolorowo. Podsumowując to nie jest nawet komiks wojenny, ja bym go określił jako batalistyczny będziemy obserwować dokładny przebieg bitwy zarówno z pierwszej linii jak i od sztabowej kuchni, oczywiście jeżeli chodzi o jakieś drobne wydarzenia to są one napisane na zasadzie licentia poetica, ale jeżeli jakiś marszałek otrzymuje rozkaz ataku, lub wymarszu na inne pozycje to możemy być pewni że taki rozkaz otrzymał w rzeczywistości. Autorzy nie stosują żadnych opisów pomocniczych, także dobrze jeżeli czytelnik orientuje się chociaż pobieżnie w realiach napoleońskich i ogólnie pojętej wojskowości. Nie bardzo też rozumiem polski podtytuł, którego w oryginale nie ma, komiks kończy się w momencie jak sztab Napoleona obserwuje równinę koło Wagram na której jakieś półtora miesiąca pod bitwą pod Essling odbyła się jej ostateczna dogrywka. Na dobrą sprawę nie ma chyba podobnego komiksu na naszym rynku, więc mam nadzieję że egmontowy eksperyment wypali i dostaniemy wkrótce coś kolejnego w tym gatunku. Ocena 7+/10.

  "Berlin" wszystkie 3 tomy - Jason Lutes. Komiks historyczny, którego akcja dzieje się w okresie międzywojennym a ściślej zaczyna się w 1928 roku czyli czasie nadchodzącego zmierzchu Republiki Weimarskiej. Bohaterów jest dużo, lewicujący dziennikarz, początkująca artystka z wyższych sfer, mała dziewczynka na najlepszej drodze do stania się czerwoną terrorystką, policjant ze "Stahlhelmu", czarnoskórzy członkowie jazzbandu z Ameryki, żydowski handlarz starzyzną i kilku innych, ale tak naprawdę prawdziwym bohaterem tych albumów jest sam Berlin, miasto kipiące swoim własnym życiem, jednocześnie cierpiące z powodu nędzy wywołanej Wielkim Kryzysem, miasto jednocześnie liżące rany po Wielkiej Wojnie i będące (jeszcze nieświadomie) na kursie kolizyjnym z jeszcze gorszą Drugą. Miasto seksualnej swobody, dekadencji i ogólnie pojętej wolności (skojarzenia z "Kabaretem" Boba Fosse oczywiste) a jednocześnie niemieckiego ordnungu w którym ludzie nawet uciekając przed strzałami nie podepczą trawnika. Fabuły nie ma co opisywać, bo jako takiej jej nie ma, zobaczyć możemy zwykłe codzienne życie mieszkańców, chociaż większość wydarzeń będzie się kręciła wokół narastającego konfliktu pomiędzy ideologią komunistyczną a nazistowską. Lutesowi nie do końca się udało utrzymać dziennikarski obiektywizm, którym powinien się wykazać pisząc tego typu historię (wiadomo ciężko napisać coś pozytywnego o hitlerowcach), chociaż trzeba przyznać że w późniejszych etapach przykłada się do tego nieco bardziej. Kreska czytelna i elegancka, dla mnie osobiście trochę zbyt dużo gadających głów pozbawionych jakiegokolwiek tła, ale tam gdzie naprawdę trzeba autor potrafi odwzorować rzeczywistość idealnie, jak ktoś widział miasto to będzie mógł rozpoznać charakterystyczne miejscówki takie jak Hauptbahnof, Plac Poczdamski czy Plac Alexandra mimo, że się zmieniły od tamtego czasu. Troszeczkę mnie drażniło, że praktycznie wszystkie kobiece postacie mogłem określić partykuło-przymiotnikiem "raczej nieatrakcyjne", ja rozumiem że to Niemki (żarcik, kiepski ale zawsze) ale bez przesady. Cóż ten komiks ma jedną niezaprzeczalną wadę, jego klimat wciąga w opisywane miejsce jak bagno. To jest jedna wielka wycieczka w czasy dawno minione tak realna, że dosłownie poczujemy zapach spalin z limuzyn podupadłych bogaczy, gnijących liści pływających w Szprewie czy tanich perfum dziwek z Kreuzbergu a przecież tworzenie takich iluzji jest głównym zadaniem komiksu historycznego. Troszeczkę brakowało mi głębszego zaglądnięcia w kuluary wielkiej polityki i nieco zawiódł ostatni tom w którym dzieje się niewiele, ale co tam i tak naprawdę polecam. Ocena 7/10.

  "Archie tom 1" - Mark Waid, Fiona Staples, Veronica Fish. Cóż, nie będę się w tym wypadku nadmiernie rozpisywał, ten komiks jest po prostu fajny. Lekki, nienachalny humor, dobrze rozpisane, dynamiczne się zmieniające relacje pomiędzy młodocianymi postaciami których problemy często nie są żadnymi problemami, zresztą Waid to dobry scenarzysta i poniżej pewnego poziomu raczej nie schodzi. Sam komiks to zdaje się restart uniwersum a sam Archie oprócz pełnienia funkcji głównego bohatera jest jednocześnie przewodnikiem dla czytelnika po tym świecie więc spokojnie można zacząć czytać bez jakiejkolwiek znajomości tematu. Rysunki Staples są rewelacyjne, to jest to co czego można by się spodziewać po takim tytule, Marvel sporo swoich tytułów rysuje ostatnio w takim animowano-komediowym stylu, ale w 9 przypadkach na 10 ich produkcje nie mają żadnego startu do tego tutaj, rysunki Fiony cieszą oko, niestety tylko w pierwszych trzech zeszytach w późniejszych pałeczkę przejmują dwie inne rysowniczki i wygląda to nieco słabiej, ale nawiązują stylistyką do bardziej znanej koleżanki więc jest ok. Kupiłem wydanie drugie więc do dialogów żadnych zastrzeżeń nie ma, dodatków sporo, trochę tekstów na temat historii Archiego, galeria alternatywnych okładek (szkoda że pomniejszonych a nie na całą stronę, sporo z nich wygląda super) do tego kilka klasycznych historyjek z różnych okresów tego tytułu, także pod tym względem zdecydowanie powyżej średniej. Z tego co wiadomo, Ultimate Comics miało spore kłopoty na starcie, ale wygląda że złapali drugi oddech, mam nadzieję, że uda im się wydać drugi tom a jak nie to ktoś inny przechwyci ten tytuł. Ja na kontynuację się napewno piszę, Archie to zaskakująco dobry komiks jest. Ocena 7/10.


3. Można:

  "Tetris.Ludzie i gry" - Box Brown. Krótka historia gier wogólne, firmy Nintendo oraz powstania jednej z najpopularniejszych gier video wszech czasów. W skrócie Aleksiej Pażytnow technik z Moskiewskiego Centrum Komputerowego wymyśla i pisze sobie grę komputerową a ona okrężnymi kanałami dociera na Zachód gdzie wyczuwający skąd wieje wiatr ludzie szybko się orientują że dostali do rąk prawdziwego Graala, więc rozpoczyna się wyścig o to kto będzie mógł kupić do niego prawa. Z tym że oni jeszcze nie wiedzą, że przyjdzie im pertraktować w realiach radzieckiego systemu gospodarczego przy którym kafkowski "Proces" jest jak najbardziej sensowny. Historię ogólnie znałem, ale trzeba przyznać że jest bardziej skomplikowana niż mi się wydawało, chociaż autor przedstawia ją w sposób bardzo przystępny, trzeba się dosyć mocno skupić podczas czytania. Rysunki prościutkie w stylu tych jakie ktoś umiejący rysować mógłby sobie nabazgrać z nudów w zeszycie wyłącznie w czerni, bieli i żółci, cóż komiks pochodzi z pewnej niszy i dzięki temu nie rozprasza czytelnika więc wszystko to na plus. Marginesy, wydały to w formie budżetowej, ale dzięki temu mamy naprawdę niską cenę a do jakości tego co jest nie mam najmniejszych zastrzeżeń. Tytuł całkiem spoko 6+/10.

  "Riverdale. Całkiem Nowe Historie" - obydwa tomy, autorzy różni. Zbiorek krótkich opowiadanek powiązanych z postaciami zarówno pierwszo jak i drugoplanowymi z serialu o tym samym tytule. Nie jest konieczna znajomość samego serialu, bo o ile pojawiają się tam wątki z niego to stanowią tylko tło, oczywiście lepiej byłoby serial jednak znać. Poziom opowiadanek różny, różnisty ale ogólnie w porządku mi bardziej przypadły do gustu te zawarte w tomie drugim, są nieco ciekawsze i nieco bardziej zróżnicowane. Napewno mocną stroną obydwu albumów są rysunki, artystów jest kilkoro i chyba tylko Joe Eisma średnio daje radę, ale napewno nie jest to aż tak zły poziom żeby się było nad nim pastwić. Dodatków trochę jest, okładki, fotosy kilka szkiców. Ot takie czytadełko na całkiem niezłym poziomie ale można spokojnie pominąć chyba że się naprawdę lubi takie klimaty, Archie zdecydowanie bardziej mi podjechał. Ocena 6/10.

  "All Star Batman" wszystkie trzy tomy. Scott Snyder i inni. Pierwszy tom raczej kompletnie durnowaty, Batman wiezie Two Face'a po jakieś lekarstwo dla niego (oczywiście sam po nie pojechać i go przywieść nie mógł bo jakże to tak) i polują na niego całe Stany Zjednoczone, całość wypełniona raczej głupawą akcją, Two Face jest inną postacią niż "za moich czasów" a na dodatek dowiadujemy się, że Bruce i Harvey byli kolegami jako dzieci. Powiem szczerze pomysły tego rodzaju są dosyć debilne, sensu wnoszą niewiele za to można wypełnić nimi trochę stron jak tak dalej pójdzie to za dwadzieścia lat się okaże że tam wszyscy się wcześniej znali jako niemowlęta i będzie można puścić kreskówkę Gotham Kids czy coś w tym stylu. Na koniec otrzymamy krótką historię z Mr. Zsaszem który podczas mojego rozbratu z komiksami zmienił się z seryjnego mordercy w jakiegoś groteskowego dziwoląga (ktoś kto wymyślił żeby czarny Robin wyglądał jak żółty Power Ranger powinien mieć codziennie wymierzaną chłostę bat-batem), Snyder stara się tutaj nadać nastrój starego detektywistycznego Batmana i chociaż wychodzi mu to raczej średnio, to chwała mu chociaż za próbę. Drugi tom wcale nie rozpoczyna się mądrzej ot Mr Freeze któremu zdaje się odwaliło już doszczętnie i zamienia ludzi w lodowe zombie i planuje wypuścić z lodowca jakiegoś wirusa który coś tam. Dalej dostaniemy Batmana udającego się do Poison Ivy bo lekarstwo na freezowego wirusa, Batka zwalczającego halucynacje oraz ścigającego się z zawodowymi zabójcami a na koniec, Żółtego Power Rangera pardon Duke Thomasa cierpiącego na kryzys tożsamości i ganiającego Riddlera. Trzeci tom to tylko dwie historie pierwsza - dłuższa ze starym znajomym Alfreda, ten komiks mega-fajnie pokazuje nam uczucia łączące Bruce'a i jego wiernego kamerdynera, ale to co powiedziano na temat przeszłości Alfreda jest absurdalnie głupie (że już nie wspomnę o tym klonie, to był szczyt). Na koniec nieco krótszy wypad Batmana do Rosji w celu rozbicia rosyjskiej mafii handlującej w Gotham bronią podczas którego dowiemy się, że Moskwa jest nazywana "Portem Pięciu Mórz" (chyba kur...de w domu autora) i łatwo z niej rzekami dostać się do pięciu oceanów (taaaaaaa). O ile scenariuszowo bywa niezbyt mądrze to pod względem rysunków jest ekstraklasowo (i nie mówię tu o polskiej Ekstrak(l)asie) o ile pierwszy tom to głównie Romita Jr. który już od dawna to raczej średnio, w drugim i trzecim padają takie nazwiska (bądź xywy) jak Jock, Albuquerque, Francavilla czy Fiumara i moja faworytka, kompletnie nieznana mi wcześniej Tula Lotay która pięknie narysowała historyjkę z Ivy (spójrzcie w internet na jej wersję Sędzi Anderson). Trochę mnie zaskoczył ten komiks, da się go wbrew moim przewidywaniom czytać, w porównaniu do serii Kinga nie ma w sobie aż tak dobrych momentów (chociaż jest kilka naprawdę niezłych), ale też i nie ma tak złych jak naprzykład zawartość tomów 2,3,4 jest ogólnie rzecz biorąc równiejszy. Ech nie będę się oszukiwał, to nie jest "mój" Batman, ale jak kto lubi akcyjniaki na których czasem trzeba przymknąć oko to pewnie będzie się bawił lepiej. Ocena 6/10.
 
  "Bug" tom 1 i 2 - Enki Bilal. Wizja cyfrowej apokalipsy w której dowcip, że Chuck Norris nagrał cały internet na dyskietkę zostaje wzięta dosyć dosłownie. Za Chucka robi tutaj niejaki Kameron Obb marsjański astronauta, a za dyskietkę robi on sam bo za sprawą jakiegoś tajemniczego zapewne kosmicznego pasożyta wszedł on w posiadanie informacji które zniknęły z każdego komputera na świecie, na dodatek maluje on mu twarz na niebiesko niczym Williamowi Wallace'owi. Dzięki temu staje się on najbardziej pożądaną osobą na naszej planecie o którą rozpoczyna się gra każdego rządu i każdej mniej lub bardziej legalnej organizacji. Z pewnością najmocniejszą stroną tego komiksu jest ukazanie elektronicznego świata który w jednym momencie został pozbawiony dostępu do tego co go napędza. Rozpad społeczeństw, miliony ofiar z powodu awarii różnorakich systemów, szalejąca przemoc na ulicach, jednocześnie natychmiastowe próby ludzi dobrej woli do przywrócenia jakiegolwiek ładu i porządku. Minusem jest leniwa i często nudnawa akcja, postacie snują się to tu to tam i natykają się na różnorakie przeciwieństwa, które pozostawiają czytelnika z raczej letnim zainteresowaniem. Drażnią również postacie pozbawione w większości jakiegokolwiek charakteru mające za zadanie chyba tylko ciągnąć fabułę do przodu, nawet o głównym bohaterze nie da się powiedzieć właściwie nic z wyjątkiem tego, że jest wiecznie smutny, ale tam są wszyscy smutni więc to żadna wyróżniająca go cecha. Rysunki Bilala jakie są zainteresowani wiedzą, z jednej strony kojarząc się z użyciem kredki ciągle wyglądają wspaniale z drugiej zaczynają mnie już irytować te jednakowe twarze oraz "monochromatyczna" paleta barw. I tutaj leży chyba tak naprawdę największa słabość tego albumu tj. "odtwórczość" ten komiks jest dokładnie taki sam jak kilka poprzednich, bohaterowie wyglądają tak samo, zachowują się tak samo a świat przedstawiony niby się różni a tak naprawdę jest taki sam. Wsadziłoby się któryś z tych dwóch albumów gdzieś w środek Nikopola czy Koloru Powietrza i mniej uważny czytelnik chyba by się nie zorientował. O ile się dobrze orientuję to ma być jeszcze trzeci tom w którym się wszystkie tajemnice wyjaśnią, ale mam wrażenie, że na koniec dostaniemy coś w stylu stożkowatej Ziemi. Ocena 6-/10


4. Raczej zawód vel można odpuścić:

  "Ghost Money" - Thierry Smolderen, Dominique Bertail. Futurystyczny szpiegowski thriller kręcący się wokół zaginionego skarbu Al-Kaidy. Komiks dosyć mocno zaangażowany politycznie i w sumie nie to jest problemem dopóty dopóki to zaangażowanie nie wpływa mocno na sensowność wydarzeń a tutaj wpływa i to bardzo mocno. Świat przedstawiony w historii jest prawdopodobnie o wiele bardziej zaawansowany niż będzie do tej pory, dosyć dziwnym pomysłem (i ważnym dla fabuły) jest obecność w nim "Internetu 2" czyli oddzielnej od tej którą teraz znamy sieci (jak miałoby to działać?) która stała się prawdziwą elektroniczną enklawą wolności i swobody pod kontrolą Chin (hahahahaha). Główną (chyba) bohaterką jest studentka Lindsey uratowana podczas zamachu przez Chamzę córkę prezydenta jakiejś post-sowieckiej republiki, która posiada niewiarygodny majątek o którym jej ojciec też pełniący poważną (znowu chyba) rolę w fabule oczywiście nic nie wie (wszak loty suborbitalnym samolotem do Dubaju na zakupy nie rzucają się w oczy). Stosunki łączące obie pannice są takie mocno nieokreślone, z początku autor sugeruje jakby że łączy je lub dopiero połączy jakieś płomienne uczucie, ale później chyba  się z tego wycofuje. Z pewnością o wiele więcej sensu gdyby obydwie jednak zostały lesbijkami bo w końcu Lindsey wychodzi na gąskę, która przez praktycznie cały komiks niczym się nie zajmuje tylko pojawianiem na kadrach a na której największe wrażenie robią torebki Louisa Vuittona kupowane w różnych egzotycznych miejscach przez zamożną koleżankę. W tym momencie do akcji wkraczają źli Amerykanie, jakiś odłam CIA postanawia dobrać się do Chamzy pragnąc położyć łapska na jej fortunie, podejrzewając, że to są właśnie pieniądze siatki terrorystycznej a przy okazji mają ochotę wkręcić w terroryzm przyjaciela Chamzy, kolejnego muzułmańskiego milionera znanego pod pseudonimem "Emir Świateł" zajmującego się pisaniem wierszy i filozofowaniem, synem zamordowanego przez USA bojownika (terrorysty). Rysunki bardzo dobre,  udane, dynamiczne sceny akcji cieszą oko, wrażenie robi architektura, bohaterki poruszają się po różnych odmiennych krajach świata i te różnice Bertail potrafi doskonale oddać na planszach. Mnie osobiście drażniła nieco lekka "mangoza" całości, oraz spora ilość drobnych kadrów, przez co momentami jest nieczytelnie mimo dosyć sporego formatu albumu. Największym problemem tego komiksu jest to, że jest on bardzo naciągany. Chamza zostaje porwana i w jej oczy w szpitalu zostają wszczepione mikrokamerki przekazujące obraz na żywo, udaje jej się uciec z tego miejsca dzięki pomocy niepełnosprawnego chińskiego hakera wyciągniętego z kapelusza i co? I nic, nikt się tym, łącznie z nią samą nie interesuje. Wie że coś jej zrobili z oczami, ale co tam nieważne, nikogo nie interesuje że została porwana na dwa tygodnie ani co tam z nią robili. Sam sobie zadałem pytanie na jakiej zasadzie miałoby to działać, nikt się nie zorientował że ma w głowie radiostację nadającą 24h na dobę obraz w 16K? Otóż nie, jej oczy wysyłają nanoprzekaźniki, które po kryjomu łączą się z amerykańskim odbiornikiem na drugim końcu świata (takiej technologii to nie mieli nawet Dawno, Dawno temu w odległej Galaktyce). Na koniec wesoła ekipa kupuje sobie na jakimś czarnym rynku złomu sterowanego umysłem bojowego robota prosto z Ghost in the Shell, który sprawia wrażenie niezniszczalnego i powala wrogów całymi setkami, "oczywiście" w USA takiego nie posiadają i dalej biegają ze zwykłymi karabinami. Amerykańska komórka wywiadowcza składa się z gwałciciela małych dzieci będącego jednocześnie seryjnym zabójcą oraz z weterana żyjącego w dziczy cierpiącego na tak silne PTSD, że dostaje w losowych momentach ataków padaczki. No idealna ekipa do tajnej operacji, goście wcale nie rzucają się w oczy. Na dodatek Amerykanie są źli nie tylko dlatego, że są Amerykanami oni wcześniej ukradli pieniądze podczas wojny po czym pod stołem zamiast Jane Fondzie przekazali je na kampanię republikańskiego prezydenta a to grzech podwójny jest. Podobnymi pierdołami wypełniony jest cały komiks, więcej tam są całe bloki fabularne które ani nie mają sensu ani nie wiadomo jaką miałby pełnić rolę tak samo jak natłok kompletnie niepotrzebnych postaci. Może gdyby to było w zwariowanej jamesobondowej konwencji w stylu lat 70-tych to dałoby się to czytać, ale obydwaj panowie silą się tutaj na realizm który pada na placu boju w walce z ich założeniami programowymi. Żeby nie było, sama główna intryga w sumie wciąga, zagadka pieniędzy Bin Ladenów czy pytanie czy Chamza faktycznie wspiera terrorystów czy też nie, są interesujące, tyle że autorzy przed przed przystąpieniem do procesu twórczego powinni solidnie przysiąść podczas etapu koncepcji zamiast zdać się na swój polityczny zapał. Wydanie NSC jest świetne, w niskiej cenie dostajemy spory format, twarda okładkę, piękne całostronicowe ilustracje dodatkowe i odautorskie posłowie, które po kilku latach po części okazało się dosyć bzdurne. Autorzy wyraźnie nie przyswoili lekcji, którą znali już średniowieczni jasnowidze, jak przewidywać przyszłość to tę daleką w której nas już nie będzie. Rozumiem, że wydawnictwo zaczęło wydawać ostatnio pozycje w/g pewnego klucza, ale może niech się skupią na naprawdę dobrych komiksach z tego gatunku a nie na takich, które bardziej się nadają do oglądania niż do czytania. Ocena 5+/10.

  "Hawkeye vs Deadpool" - Gerry Duggan, Matteo Lolli. Kooperacja dwóch znanych bohaterów, a właściwie to trójki bo dochodzi do tego jeszcze panna Hawkeye, której nie ma w tytule. Akcja kręci się wokół tajnej organizacji piorącej mózgi (są fani tej koncepcji) i w zamierzeniu ma być humorystycznym komiksem akcji. No właśnie w zamierzeniu, nie czytałem jeszcze tej serii Deadpoola z Marvel Now z wyjątkiem dwóch pierwszych tomów i one na tym swoim oczywiście dosyć kloacznym poziomie był po prostu zabawniejsze. Duggan wyraźnie słabiej niż Posehn radzi sobie z pisaniem dowcipów. Sama intryga chociaż nieoryginalna jak to tylko możliwe i na dodatek przytłaczana przez osobowości protagonistów ma swój jakiś tam sens. Pod względem elementów "akcyjnych" nie mam nic do zarzucenia. Nie bardzo rozumiem przemiany wewnętrznej Czarnej Kotki ostatnio jak ją widziałem to nie zajmowała się mordowaniem ludzi. Rysunki ze standardowego gatunku "lekko, łatwo i przyjemnie i kolorowo"  na całkiem dobrym poziomie, ogląda się to to z przyjemnością. "HvD(p)" (czerstwy żarcik może Duggan go wykorzystać zrzekam się praw autorskich) to taki typowy marvelowski średniaczek, fani Deadpoola spokojnie mogą kupić, cala reszta niekoniecznie, napewno lepszy komiks niż "Deadpool vs Gambit", ale z gatunku tych co się je zapomina 10 minut po skończeniu lektury. Ocena 5+/10.

Pt, 10 Kwiecień 2020, 10:54:08
1