Polubienia

Przejrzyj stronę ulubionych postów oraz otrzymanych polubień za posty użytkownika.


Posty polubione przez innych

Strony: [1] 2 3 ... 5
Wiadomości Liczba polubień
Odp: Sergio Toppi Na wstępie witam użytkowników forum. To mój pierwszy post.

Pomyślałem jakiś czas temu że fajnie byłoby napisać kilka słów o komiksach które w ciągu ostatnich lat pochłaniają mnie bardziej niż książki. Napisać i opublikować gdzieś swoje wypociny. Własnego miejsca w sieci nie posiadam, pozostają więc rozmaite komentarze, serwis LC i forum komiksowe. Tym lepiej że forum aktywne i żywe.

Ostatnio wielkie wrażenie wywarł na mnie Zaczarowany świat Sergio Toppiego. Dlaczego wielkie? O tym poniżej.


Zaczarowany świat to mój pierwszy kontakt z twórczością Sergia Toppiego. Po zapowiedziach spodziewałem się czegoś zupełnie innego, oczekiwałem raczej surrealistycznych, niedopowiedzianych utworów, chaotycznych zarówno w treści jak i formie. Do lektury przystąpiłem z mieszanymi uczuciami. Tymczasem album zaskoczył mnie pozytywnie. Bardzo pozytywnie.

W Zaczarowanym świecie obrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Znaleźć tu można klasyczne opowieści niesamowite, makabryczne komedie, baśnie, a także utwory nastrojowe i refleksyjne.

Otwierające album Las Brocélan i Black and Tans to właśnie "ghost stories", których nie powstydziliby się tacy mistrzowie gatunku, jak np. Algernon Blackwood, William Hope Hodgson czy M.R. James. 

W Solitudinis Morbus autor cofa się jeszcze dalej na chronologicznej linii czasu opowieści grozy. Utwór jest szczegółowym studium rozpadu ludzkiej osobowości. Główny bohater - latarnik, pogrąża się w świecie złudzeń, urojeń ulegającego coraz silniejszej degeneracji umysłu. Opowieść pozbawiona jest elementów nadnaturalnych. Niezwykłe zjawiska są jedynie wytworem wyobraźni protagonisty. Sądzę że mistrz opowiadań psychologicznych - Edgar Allan Poe, bez wahania podpisałby się pod Solitudinis Morbus.
 
Krull i Grzyby odsłaniają  odmienne - groteskowe i krwawe oblicze Zaczarowanego świata. Pierwsze skrzypce gra tutaj czarny, wisielczy humor. Z jedenastu przedstawionych historii, te dwie najmniej mi się podobały. Doceniam przewrotne poczucie humoru autora, niemniej jednak wydaje mi się że lepiej odnajduje się on w  bardziej nastrojowej i refleksyjnej stylistyce.

Król i kruk na skrzydłach tytułowego kruka przynoszą rozważania nad czasem i przemijaniem. Jedna z najciekawszych prac zebranych w albumie. Nostalgiczna i poruszająca.

Warto jeszcze wspomnieć o Aioranguaq, Wyspach Pribyłowa i Pomniejszym bogu. Trzech zupełnie różnych opowiadaniach o ogromnym potencjale. Pierwsze to fantastyczna baśń z dalekiej północy. T`ytułowy Aioranqguaq, próbuje odzyskać imię, które utracił. Na zaledwie dwudziestu stronach Toppi opowiedział epicką historię. Materiał jak znalazł na film lub miniserial.
W wyspach Pribyłowa mróz nie odpuszcza, a autor udowadnia że nie warto polować na foki, o czym na własnej skórze przekona się jeden z myśliwych - Kirył. Miłośnicy "Na wodach północy" i "Terroru", poczują się jak w domu. 
Pomniejszy bóg to opowieść snuta przez nieznacznego bożka. Historia konfrontacji tracącego wpływy bóstwa z człowiekiem. Zwieńczona zakończeniem rodem ze starych powieści science-fiction.

Całości obrazu dopełniają Hortruge i Puppenherstellerstr. Nie zrobiły na mnie jednak szczególnego wrażenia, warto jednak wspomnieć, choćby z kronikarskiego obowiązku.

Graficznie Zaczarowany świat wypada znakomicie. Sergio Toppi nie bez powodu okrzyknięty został mistrzem sztuki sekwencyjnej, Mistrzem przez wielkie "M". Artysta z zabójczą precyzją operuje piórkiem portretując swoich bohaterów, fenomenalnie przedstawia zarówno naturę, jak i architekturę oraz istoty nadprzyrodzone. Każde opowiadanie jest popisem wirtuozerii Toppiego. Majestatyczny i tajemniczy las Brocélan kusi obietnicą chłodnego cienia. Strzeliste klify Solitudinis Morbus wyniośle trwają na swym odwiecznym posterunku, a niedostępne, ośnieżone szczyty Pomniejszego boga, z milczącą obojętnością przyglądają się zmaganiom człowieka ze skazanym na zapomnienie bogiem. Osobne słowa uznania należą się ludziom i ich charakterom. Toppi z niebywałym kunsztem oddaje emocje - złość, nienawiść, smutek, zadumę, strach, zdziwienie, chciwość, zazdrość i wiele innych. Zwierzęta to kolejny popis mistrza. Trudno nie zachwycić się fokami, krukiem i ropuchą. Zaczarowany świat to najprawdziwsza uczta dla oczu, uczta długa i zróżnicowana, pełna wysmakowanych detali. 

Fabularnie intrygujący, wizualnie oszałamiający - taki właśnie jest Zaczarowany świat. Stawiam więc sobie pytanie 9 -wybitny, czy już 10 - arcydzieło? Najbezpieczniej byłoby postawić 9 z plusem. Ostatecznie jednak zdecydowałem się na 9. Nawet utwory które specjalnie mnie nie urzekły, wnoszą swoją jakość i dopełniają obrazu całości, a nieprzemyślane zmiany w strukturze albumu mogłyby przynieść więcej szkody niż pożytku. Dziewiątka. Dycha to jednak nieosiągalny absolut.

Mam nadzieję że czytelnicy dopiszą i wydawnictwo Lost in Time, zdecyduje się na publikację następnych tomów kolekcji Toppiego. Nie mogę się już doczekać kolejnych podróży z mistrzem.

Nd, 22 Maj 2022, 15:36:35
31
Odp: Studio Lain Nie jest to na czasie, ale wydawało się lepszym pomysłem opublikowanie tekstu tutaj niż zakładanie osobnego tematu poświęconego Korriganom.

Korriganów czytałem niedługo po premierze. W okolicach marca/kwietnia dałem im drugą szansę. Zdania nie zmieniłem, coś tam nawet naskrobałem.

Korriganie, Korriganie! W wielkie wprawili mnie zakłopotanie.

W materiałach poświęconych Korriganom jak mantra powtarzane są dwa słowa - Dark fantasy. Powiadają nawet że Dark przez wielkie "De". Potwierdzam więc - Korriganie to Dark fantasy dla dojrzałego odbiorcy, mroczna, brutalna opowieść przywołująca skojarzenia z takimi produkcjami filmowymi jak Willow czy Legenda.

Dlaczego akurat powyższe? Ano dlatego że głównym nośnikiem fabuły jest irlandzka dziewczynka Luaine, ocalona przed nikczemnymi Clurichaunami, przez dwóch niepozornych Korriganów - Eolasa i Emera. Podobnie jak znana z Willowa Elora Danan (notabene pojawiające się w Korriganach plemię ludzi to Tuatha De Danann) odnaleziona przez Nelwynów, także Luiane, ścigana przez okrutnych prześladowców wyrusza w długą, pełną przygód i niebezpieczeństw podróż.

Legendę wspomniałem głównie za sprawą niezapomnianego Władcy Ciemności, znanego też jako Darkness, pragnącego sprowadzić na świat nieprzeniknioną i wieczną ciemność. W Korriganach tym nieskończenie złym jest Balor, Balor przeklęty. Spętany potężnym zaklęciem i uwięziony w ponurym zamczysku. Balor który w poszukiwaniu środka umożliwiającego przełamanie mocy starożytnego egzorcyzmu zwraca uwagę na małą dziewczynkę...

Opowieść rozpoczyna się pierwszego listopada 1100 roku, w Irlandii, w prowincji Ulster. Podczas chłostanej podmuchami wichury, smaganej strugami deszczu nocy Samhain, poznajemy Luiane, jej rodziców i dziadka. W drodze powrotnej do domu, rodzina traci orientację w terenie, aura nie sprzyja, a magiczna noc Samhain rozwiera bramy innego świata...

Jak widać Korriganie zapowiadali się świetnie. Sprawili mi jednak rozczarowanie którego się nie spodziewałem.

Pierwszym zarzutem który stawiam scenariuszowi Thomasa Mosdi, jest brak zdecydowanego i przekonującego głównego bohatera/ bohaterki. Luaine mimo bohaterskich czynów nie radzi sobie z udźwignięciem tej roli. Buty wodzireja przywdziewa więc Eolas, Emer pozostaje bierny, ogranicza się do wykonywania poleceń i wypowiadania mało istotnych kwestii. Eolas i Emer to właśnie tytułowi Korriganie. Okładkowy blurb opisuje ich jako "istoty będące skrzyżowaniem krasnoludów z czarownicami". Z fabuły jasno wynika że Korriganie nie praktykują magii. Nie wiem więc skąd pomysł na "czarownice", obok krasnoludów bardziej adekwatne byłyby niziołki lub karły.

Potężnych wojowników i wojowniczek, magów i czarodziejek nie brakuje, są to jednak postacie drugo i trzecioplanowe. Pierwsze skrzypce grają Luaine, Eolas i Emer, a ich gra nie porywa.

Drugim nie mniej poważnym zarzutem jest przewidywalność samej historii. Wszystko odbywa się według utartych gatunkowych schematów walki dobra ze złem. Pod tym względem Korriganie nie zaskakują.

Czary goryczy dopełniają buble skutecznie zaburzające immersję.
Przykładowo jeden ze sługusów plugawego Abacaa wypowiada taką oto kwestię: "Abacc niedługo się pojawi i nie będzie zadowolony, jeśli będzie musiał czekać żeby rozpiąć rozporek." Pomijam kwestię historii spodni i ewolucji ich kroju. W kontekście goblinopodobnych Clurichaunów brzmi to niedorzecznie. Kiedy indziej wspomniany wcześniej Abacc zwraca się do Balora per " Wasza najmroczniejsza mość!". Tego typu komediowe zwroty bardziej pasują do historyjek o Gumisiach i urzekających rozpraw ogra Toadiego z księciuniem Ightornem, niż pełnej przemocy i okrucieństwa opowieści, w której nie brak nawet sceny zbiorowego gwałtu, popełnionego przez demonicznych braci na przyrodniej siostrze.

Nie znam oryginalnego tekstu, nie mogę więc poddać przekładu obiektywnej ocenie. Studio Laine ma jednak sporo za uszami, co już wielokrotnie udowodnili w swoich publikacjach.

Czas rzucić na szale wagi oprawę graficzną, która jest zdecydowanie najjaśniejszą stroną Korriganów. Malarski styl Emmanuela Civiello czyni niemal z każdego kadru, drobnego nawet detalu, małe arcydzieło. Małe dosłownie i w przenośni, bo jednak do absolutnego szczytu jeszcze daleka droga. Niemniej jednak realistycznie przedstawione postacie, drobiazgowo szczegółowe elementy architektoniczne, czy odmalowane z epickim rozmachem, spektakularne sceny batalistyczne stanowią prawdziwą ucztę dla oczu. Wszystko to głęboko nasycone mroczną paletą barw. Pomimo ponurej stylistyki nie brakuje także obrazów "czystych", tchnących świeżością i rozświetlających mrok panujący na stronach komiksu.

Jedynym mankamentem jest zamieszanie w dynamicznych scenach walki. Duże nasilenie szczegółów przekłada się na chaos, zupełnie jakby autor tracił kontrolę na poszczególnymi elementami pojawiającymi się w konkretnym ujęciu, głównie kończynami i fragmentami oręża. Mam wrażenie że te "dynamiczne" sceny wypadają jednak trochę statycznie.

Warstwa graficzna nie czyni jednak dzieła kompletnym. Gdyby tak było Korriganie zasługiwali by na 8, w dziesięciostopniowej skali. Z uwagi jednak na wymienione wcześniej wady ocena musi być niższa.

Ważąc więc niedostatki głównych bohaterów, przewidywalność i prostotę scenariusza, oraz wspaniałą oprawę graficzną, zdecydowałem się ostatecznie na 6. Do Korriganów już nie powrócę, a tego o powieści bardzo dobrej, lub lepszej bym powiedzieć nie mógł.
Korriganie mnie nie porwali. Komiks bardziej mi się podobał przed lekturą niż po.

Stąd więc zakłopotanie, że tytuł z wielkim potencjałem sprawił ostatecznie niemałe rozczarowanie.

So, 28 Maj 2022, 23:50:30
8
Odp: Sergio Toppi Powiadają by żelazo kuć póki gorące, kuję więc. Czas na Opowieści Szecherezady.

Tytuł nie pozostawia miejsca na jakiekolwiek domysły.

Jeszcze przed odbiorem przesyłki, oczami wyobraźni ujrzałem klucze otwierające Księgę tysiąca i jednej nocy. - Perskie księżniczki, wezyrów, olśniewające pałace, tchnące świeżością ogrody, oazy, dżinny, ifryty, zakazane manuskrypty i zapomniane miasta zatopione w morzach rozżarzonych piasków. Jednym słowem wszystko to, czym od setek lat Bliski Wschód kusi i uwodzi europejczyków.

Nie zamierzałem wspominać więcej o Zaczarowanym świecie, ani porównywać go z Opowieściami Szecherezady. Okazało się to jednak czymś tak naturalnym, że aż nieodzownym.

Będzie więc o Opowieściach Szecherezady, przez pryzmat Zaczarowanego Świata.

Zaczarowany świat jest znacznie bardziej zróżnicowany, co daje mu olbrzymią przewagę. Dzień po zakończeniu lektury uzmysłowiłem sobie że nie pamiętam żadnej z opowiedzianych przez Szecherezadę historii i nie potrafię nic konkretnego na ich temat powiedzieć.

Nie znam literackiego pierwowzoru, nie porównam więc oryginału z graficzną adaptacją, ale fabularnie wypada ona bardzo blado. Teoretycznie przynajmniej wszystko jest na swoim miejscu - magiczne artefakty, dżinny, czarna magia, zbrodnia, zdrada, zemsta i triumfująca sprawiedliwość. Niemniej jednak nic z tego nie wynika, opowieści nie zapadają w pamięć, nie pozostaje po nich najlichsze nawet wspomnienie.

Obawiam się, że na taki właśnie los skazane są baśnie, legendy i podania ludowe w czystej, niezmodyfikowanej genem współczesnej rozrywki postaci. Słowo pisane pozostaje dla nich lepszym nośnikiem niż obraz. Sergio Toppi mimo perfekcyjnie wykonanych ilustracji nie zdołał atrakcyjnie oddać Księgi tysiąca i jednej nocy.

Zakończenie również pozostawia niedosyt. Ostatnie opowiadanie kończy się mniej więcej tymi samymi słowami co poprzednie historie. - "Dla Szecherezady wstający dzień miał być ostatnim... Ale król, chcąc usłyszeć więcej opowieści, nie chciał by kobieta umarła. Stało się zgodnie z jego wolą." O dalszych losach sułtana Szachrijara i Szecherezady można poczytać gdzie indziej. Być może w planach był kolejny tom, który nie powstał, być może takich planów wcale nie było. Ostatecznie jednak zakończenie jest mało satysfakcjonujące.

Graficznie poprzeczka zawieszona jest bardzo wysoko - precyzyjny, mistrzowski styl o którym pisałem w poprzednim poście. Szczególną uwagę warto zwrócić na "Czekałem tysiąc lat" i "Skarb Jazida" które jako jedyne są kolorowe. Dzięki dobranej kolorystyce nabierają onirycznego, surrealistycznego, miejscami nawet psychodelicznego wymiaru. Bardzo udany zabieg.
Sądzę że Zaczarowany świat w takiej formie zyskałby jeszcze więcej mocy.

Nie mam zbytnich wątpliwości wydając ostateczny werdykt. W dziesięciostopniowej skali, zapożyczonej z LC daję 6 - dobry. Pomimo walorów wizualnych do Opowieści Szecherezady już nie powrócę. Sześć jest więc maksymalną oceną, możliwą do uzyskania przy takim stanie rzeczy.

Na koniec luźna dygresja. Na forum, czytałem kiedyś że po premierze wydanych przez Egmont w 2009 roku Opowieści, Toppi nie przyjął się na polskim rynku. Myślę że powody mogły być dwa. Pierwszy z grubsza opisałem powyżej, jako drugi obstawiam cenę.
Cena okładkowa to 99 zł. Nie pamiętam cen komiksów wydawanych w 2009 roku, bo ich wtedy nie kupowałem, chociaż pewnie chciałem, ale sądzę że trzynaście lat temu była to znaczna kwota. Zaczarowany świat został niedawno wydany z ceną wydrukowaną - 100 złotych. Cieńszy co prawda o czterdzieści kilka stron, ale w większym formacie i bez kolorowych stron.

Odczuwam chwilowy przesyt twórczością Sergia Toppiego, zakupione już Magia i Miecz będą musiały chwilę zaczekać na swoją kolej.

Nd, 05 Czerwiec 2022, 10:03:07
4
Odp: Studio Lain Relacja z Ameryki Południowej.

Araukanie, Mapucze czyli "Ludzie Ziemi" - Indianie Ameryki Południowej zamieszkujący południowo-centralne obszary Chile i południowo-zachodnią Argentynę.

Duam jest szamanką Mapuczów, a także główną bohaterką wydanego niedawno nakładem wydawnictwa Studio Laine komiksu o tym samym tytule.

Historia opowiedziana i narysowana przez Felixa Vegę została zainspirowana mitami i wierzeniami Mapuchów.

Tyle słowem wstępu. Słowem które zachęciło mnie do zakupu albumu.

Już na drugiej stronie Studio wylało mi na głowę kubeł zimnej wody. Podobnych doznań regularnie dostarczał Slaine. Buble stylistyczne, logiczne, tudzież inne koszmary, a poprawy żadnej. Zirytowało mnie mocno:

"Epoka, w której groza i ciemność prześladowały mężczyzn i kobiety. Polowali na nich Bogowie, aby zmienić ich duchy w jedzenie." Nie można było np. -"aby pożreć ich dusze"? "Zmienić duchy w jedzenie" brzmi trywialnie i głupio.
Inny okaz: "Trup zatrzymał się. Jego twarz była wykrzywiona od strachu. Potem jego usta wydały dziwny dźwięk, podobny do wycia zwierzęcia".  - Rozumiem zatem, że wspomniany trup zawył.
"Słyszała tylko huk wypełzający spod elektrycznych wyładowań." - Huk może pełzać?
"Niebo wydawało się pękać z ogłuszającym łoskotem. Czas, światło i dźwięki wiły się i rozciągały." - Bez komentarza.
Za sprawą takich i podobnych kwiatów, czytałem Duam z zażenowaniem. Za przekład i redakcję należy się ocena dopuszczająca, znana kiedyś jako mierny. Lepiej bo bardziej dosadnie.

Sama historia również nie pomogła - błaha i banalna. Bez specjalnego zainteresowania przerzucałem kolejne strony. Mity, legendy, czy też podania ludowe wymagają szczególnie starannej i przemyślanej reinterpretacji. Pisałem o tym dzieląc się refleksjami z lektury "Opowieści Szecherezady", Toppiego - cierpią one na podobną bolączkę. Naiwna opowiastka o dziewczynce która posiadła moc wskrzeszania, zaklinając dusze przyjaciół w kukiełkach. Nie zabrakło także tragicznej, bo nieodwzajemnionej miłości. Rolę czarnego charakteru objął wzgardzony kochanek, który ostatecznie uczuciami obdarzył arkana czarnoksięstwa i czarnej magii. Bóstwa mniejsze i większe rzecz jasna obecne, wszak opowieść oparto na kanwie indiańskich mitów.

W rolach głównych obsadzono wydmuszki, kartonowe postacie bez charakterów. Po zakończeniu lektury nie mam nic konkretnego do powiedzenia o Duam, Kamanie i Kalku.

Świat przedstawiony jest najjaśniejszą gwiazdą w konstelacji Duam, przyćmioną jednak przez średniej jakości ilustracje. Magiczny realizm to pojęcie najlepiej chyba oddające charakter stylistyki w której osadzono historię. Latające statki, strzeliste wieże świątyń, mackowata miejscami architektura, pełne przestrzeni kadry, a nawet maski szamanek. Potencjał jak widać był, ale nie został przez Vegę wykorzystany. Gdyby ilustrował np. Jean-Claude Gal, ocena skoczyłaby co najmniej oczko w górę.

Szczególnie podobał mi się Pillan w swojej pierwszej formie, przypominającej skrzyżowanie Tyranozaura z Rekinem białym. Oprócz Pillana na pochwałę zasługuje także okładka - wersja limitowana A. Uwielbiam jednak wszystko co związane z podwodnym życiem i światami skrytymi pod powierzchnią ocenów. Wybór był więc oczywisty.

Trzy plusy uzbierałem, więcej nie znalazłem.

Nie wiem do kogo właściwie adresowana jest Duam. Dla dorosłych powierzchowna i nijaka. Dla dzieci zbyt niezrozumiała i krwawa. Nie widzę innej możliwości niż miejsce w środku skali - 5/10. Szczególnie żal przekładu, który mógł być zdecydowanie lepszy. Wydawca pokpił sprawę. Toporna narracja i drewniane, koślawe opisy skutecznie psują odbiór, tej i tak nie wyszukanej opowieści. Szkoda. To mógł być doskonały komiks. Musiałby jednak zostać napisany i narysowany przez kogoś innego.

Fabuła - 4/10
Ilustracje - 6/10
Ocena końcowa - 5/10

Nd, 12 Czerwiec 2022, 23:52:40
15
Odp: Studio Lain
bo czas moze sie wic czy zwijac, wedlug naukowych teorii traktowany jest jako wymiar, a wymiary moga to robic - np czas moze zwijac sie w spirale - taki tam komentarz od kolegi naukowca ;)

Kolega naukowiec podpowiedział mi, że istnieje pojęcie "brzytwy Ockhama", zwane także zasadą ekonomii myślenia, które sprowadza się do tego aby nie mnożyć bytów ponad potrzebę i przyjmować najprostsze rozwiązania i wyjaśnienia.

Nie widzę podstaw, by w kontekście:

"Niebo wydawało się pękać z ogłuszającym łoskotem. Czas, światło i dźwięki wiły się i rozciągały."
sięgać do fizyki, teorii strun, czasoprzestrzeni, promieniowania elektromagnetycznego czy akustyki, po to tylko by odpowiedzieć na pytanie czy czas, światło i dźwięk wiją się i rozciągają. Jeżeli tak to dlaczego, kiedy i gdzie?

Duam to powieść fantasy czy hard science fiction? Ilustracja tych dwóch zdań przedstawia głowę kamiennego boga z błyskawicą w tle. Nic wcześniej, ani później nie wskazuje aby czasoprzestrzeń się zakrzywiła/ zakrzywiała, czas zwinął/ zwijał w spiralę i ponownie rozwinął/ rozwijał itd.

Wymiary i spirala czasu to w tym przypadku przerost formy nad treścią.

Jak nie przekład, to grafomania o której wspomniano wyżej.  Nie wpadłem na pomysł, że to zasługa autora, automatycznie zwaliłem na tłumacza, redaktora itd.

Niemniej jednak przekłady dzielę na wierne i dobre. Zdecydowanie preferuję te drugie.

Dlatego nie wytykam Barańczakowi, że napisał takie coś, tłumacząc Lewisa Carrola: Brzdęśniało już; ślimonne prztowie / Wyrło i warło się w gulbieży; / Zmimszałe ćwiły borogowie / I rcie grdypały z mrzerzy.

I tak jak pokia, cieszę się, że poruszone przez HoryzontSnu kwestie mi błogo uciekają...

Przytaczasz przekład wiersza. Ten wiersz zawiera jakieś nowe słowa wymyślone przez autora i tak też został przetłumaczony. Duam to proza. Ja tam bardzo się cieszę że nie lubię nowych porównań, kolokacji i sformułowań. W przeciwnym wypadku zachwycałbym się swoją własną twórczością, przykłady niżej.

"Potem jego usta zaczęły wykrzywiać i wić się w twarzy niczym mięsiste larwy rozdygotane paralitycznym paroksyzmem szału wydając przy tym dźwięki podobne do szelestu wiatru muskającego pałki tataraku."

"Słyszała tylko huk wypełzający spod elektrycznych wyładowań. Huk kicający rezonującymi echami grzmotów wzniósł się wysoko i poszybował niczym kret ryjący bezmiary przestworzy próchnicy gleb.

PS
Niezwracanie uwagi na błędy językowe ma swoje zalety. Czy chciałbyś rozmawiać z człowiekiem, który co drugie słowo Ci przerywa i sugeruje użycie innej kolokacji lub dobór bardziej adekwatnego sformułowania?

Przykład jest nieadekwatny. Na co dzień większość, lub prawie wszyscy posługują się mową potoczną. Charakteryzującą się ograniczonym zasobem słów, skrótami i przerywnikami. Raczej nikt nie używa języka literackiego w rozmowach.
Gdybym musiał czytać książkę napisaną mową potoczną to krew by mnie zalała.  :)

To się zastanawiam, o który realizm magiczny chodzi i skąd to zakwalifikowanie...

Inna rzecz (to moja prywatna opinia), że literacki magiczny realizm to fantasy - specyficzne dla pisarzy latynoskich (i naśladujących ich twórców z innych kręgów), ale fantasy.

Nie ma się nad czym zastanawiać. O Realizmie magicznym pisałem w akapicie poświęconym ilustracjom. Historii sztuki nie studiowałem, nie wydaje mi się jednak, aby warto ją było dla Duam przywoływać. Tak mi się wybrane klisze z twórczością Siudmaka skojarzyły, stąd to zakwalifikowanie. Być może na wyrost, najlepiej obejrzeć sobie Duam i samemu ocenić.

A kto redagował i korygował "Duam"?

Tłumaczenie: Krikon Konopacki
Opracowanie tekstu: Mała Kasia
Korekata: Łukasz Sosiński
Skład: Piotr Margol
Redakcja: Arkadiusz Dzierżawski

W kolejce czeka Saria.

Wt, 14 Czerwiec 2022, 02:15:22
1
Odp: Sergio Toppi

Ameryka Północna. Dziki zachód.

W taką tym razem podróż zaprasza Sergio Toppi. Przyznam że po opisanych wcześniej Opowieściach Szecherezady mój entuzjazm dla twórczości Włocha znacznie osłabł. Będąc w stanie szczytowego wzburzenia, stwierdziłem nawet że kończę znajomość z Toppim. Z czasem zdanie zmieniłem, postanowiłem wraz z mistrzem przebyć Atlantyk, by przeżyć kolejną przygodę.

Zachodziłem w głowę jaki będzie ten Dziki Zachód? Westernowy? Z grzmotem dymiących rewolwerów przewijający znane klisze brawurowych pojedynków, szalonych pościgów i napadów? Może mistyczny i tajemniczy, zgłębiający arkana szamańskich rytuałów rdzennych mieszkańców Ameryki? Jak się okazało nie jest ani taki, ani taki, a przynajmniej nie tylko.

Dziki Zachód  to znój, trud i wyzysk. Świat ludzi podłych, niegodziwych, okrutnych, a nade wszystko chciwych. Krew, pot, łzy obficie zraszają ziemię, a nieposkromiona żądza złota, kładzie się złowróżbnym cieniem na opowiadanych przez Toppiego historiach.

Po kolei jednak, i od początku. Album otwiera "Admirał w stanie spoczynku". Historia starszego pana - admirała. Łebskiego gościa, który z rozbrajającą łatwością poradził sobie z niebezpiecznym obwiesiem i łotrem. Czapki z głów przed panem admirałem. Opowiadanie proste i pozytywnie nastrajające, przez co nietypowe w tym zbiorze.

"W odwiedzinach u Johna Coltera", tutaj autor sięga po klasyczny motyw triumfującej sprawiedliwości. Tytułowy Colter to handlarz, chociaż w jego przypadku bardziej adekwatne określenia to oszust i naciągacz. Chciwość zawiedzie go prosto przed oblicze Waatopenota. Kim jest Waatopenot, i jak ukarał nędznego Coltera, przekonajcie się sami.

"Katana" jedyny utwór w kolorze. Wrażenia jednak na mnie nie zrobił, nawet kolor nie pomógł. Pomysł alternatywnego wykorzystania katany całkiem sprytny, niemniej jednak całość niezbyt interesująca.

"Odpowiedzcie mi na pytanie" Dla odmiany jedna z lepszych historii Ameryki Północnej. Wspominałem wcześniej o żądzy złota. Gorączce złota, która tym razem jednak przegrywa z sumieniem prawego człowieka. "Odpowiedzcie mi na pytanie", poza fundamentalnym pytaniem które stawia, pokazuje także drogę zaradnego trapera, rozdartego między manią gromadzenia coraz większej ilości drogocennego kruszcu, a przyjaźnią Indian. Nie zabrakło także, tak upragnionej i wyczekiwanej szamańskiej magii.

"Raz jeden w życiu" oraz "Pasja życia". Doskonałe opowieści. Toppi fenomenalnie oddał bezmiar nieskończonych przestrzeni Ameryki Północnej i pustkę nieustępliwie pochłaniającą zagubionych wędrowców. Szczególnie "Pasja życia", robi niesamowite wrażenie. Samotność wręcz krzyczy z poszczególnych kadrów historii.  Na osobne słowa uznania zasługuje pojawiający się w "Pasji" upiorny wilk, sprawiający bardziej wrażenie zjawy, niż istoty z krwi i kości.

"Póki żyć będziesz", to pierwszy utwór poświęcony tylko i wyłącznie Indianom, a zarazem kwintesencja ducha dzikiej Ameryki. Pozbawiony ojca chłopiec składa niezwykłą przysięgę  tajemniczemu nieznajomemu. Pod jego okiem zgłębia techniki łowiectwa, tropienia i zabijania. Wspólnie przemierzają wielkie równiny, nieprzebyte puszcze i górskie szczyty. Na tych kilkunastu stronach Toppi kreśli historię prawdziwie spełnionego życia, życia które z pewnością warto było przeżyć. "Póki żyć będziesz" to historia smutna, pełna nostalgii za prawdziwymi władcami równin, ich wartościami i sposobem życia, zniszczonymi przez chciwość europejskich osadników.

"Naugatuck 1757" tym razem mistrz splata wątki, przywołuje traumatyczne dla wielu szkotów wspomnienie bitwy pod Culloden. A skoro są Szkoci, to muszą być i dudy. Dudy są, i grają główną rolę. Dudy i zemsta. Zemsta wywarta pod deszczowym, ołowianym niebem. Zemsta zaskakująca, krwawa i ostateczna, można nawet rzec, że obosieczna.

"Little Big Horn 1875", utwór opowiedziany w całości z indiańskiej perspektywy. Poświęcony wydarzeniom poprzedzającym bitwę nad Little Bighorn, zwaną także Bitwą na Greasy Grass. Źródła podają że Szalonemu Koniowi w dzieciństwie objawił się wysłannik Wielkiego Ducha i przepowiedział że „nie zginie on od kuli”. Nie on jest jednak bohaterem Toppiego, a interwencja Wielkiego Ducha ma innych charakter.

"Dziedzic" odsłania trzecie, ostatnie już oblicze Ameryki Północnej. Oblicze mroczne i przerażające. Oblicze sług diabła, czcicieli voodoo. Wśród dusznych, pełnych kajmanów bagien i mokradeł rozbrzmiewają bluesowe basy. Monotonnym dudnieniem wzywają na spotkanie. Władca piekieł, Baron Samedi odpowiada na zew. Przepełniony wściekłością wyrusza na poszukiwania nieznanego gitarzysty. Afroamerykańskie "Dziedzic" i "Blues" wieńczą roztaczaną przez Toppiego wizję Ameryki Północnej dźwiękami muzyki. Budzącymi grozę w "Dziedzicu", i magicznymi w "Bluesie". "Blues" to chyba najlepszy utwór w albumie. Pełna magii i radości, niepozbawiona jednak trzymających w napięciu momentów opowieść genialnego saksofonisty Honeylipsa. Kim jest Honeylips? Duchem? Wspomnieniem? Pewnie jednym i drugim.

Ilustracyjnie wszystkie prace stoją na najwyższym poziomie. Klasa Zaczarowanego świata. Z czystym sumieniem mogę więc powtórzyć: fabularnie intrygująca, wizualnie oszałamiająca Ameryka Północna.

Zaczarowany świat zasłużył sobie na 9/10, Amerykę Północną oceniam jednak niżej, sądzę że najbardziej odpowiednią oceną dla niej będzie 8/10. Sergio Toppi jak stopniowo odkrywam scenariusze pisał nierówne.  Takie np. "Admirał w stanie spoczynku", "W odwiedzinach u Johna Coltera"czy "Katana" to od początku do końca przeciętne historyjki, pozbawione błysku który zaprezentował w "Blues", Dziedzicu", "Póki żyć będziesz" czy "Pasji życia". Więcej takich i byłoby idealnie.

Skoro jednak Opowieści Szecherezady kwalifikują się do szóstki, a Zaczarowany świat zaliczył dziewiątkę, to Ameryka Północna nie powinna czuć się pokrzywdzona ósemką.

Czekam zatem na Amerykę Południową.

So, 15 Październik 2022, 02:38:56
15
Odp: Studio Lain Wiem że to niegrzecznie tak się wtrącać do rozmowy, ale chciałbym podzielić się wrażeniami z lektury jednej z publikacji Studia Lain. Mowa o:


Na liście zakupów komiksów cyberpunkowych Yiu nie znajdowała się u mnie zbyt wysoko, właściwie wcale się na niej nie znajdowała. Ot, jakiś tam tytuł wydany przez Studio Lain. Tak się jednak złożyło że okazyjnie zakupiłem tom pierwszy z alternatywną okładką, a jak wiadomo posiadanie tomu pierwszego, bez drugiego nie jest sytuacją zbyt komfortową. Przed przystąpieniem do lektury, zaopatrzyłem się więc w dwójkę.

Po okładkowym blurbie spodziewałem się historyjki sterylnej, raczej nudnej i w najlepszym razie przeciętnej. Przeczytać tam można o epickim cyklu science fiction, dyskursie religijnym i kondycji ludzkości. Są także porównania z Incalem, Trylogią Nikopola i twórczością Juana Gimeneza. Kilka zdań poświęcono także autorom i na samym końcu fabule.

Już po pierwszych kilkudziesięciu stronach padłem na twarz. Takiego mrocznego cyberpunku, podlanego cuchnącą religijną smołą się nie spodziewałem!

Pierwsze karty stopniowo odkrywają przed czytelnikiem realia ponurego, zrujnowanego świata w którym osadzona jest akcja Yiu. Z dużych, podwójnych plansz dowiadujemy się więc o retrowirusie RHX -11, zwanym "Ponurym żniwiarzem" który w 2021 r. zdziesiątkował ludzkość, doprowadzając do zniszczenia ładu ekonomicznego, i rozpoczynając wielką recesję. W ciągu kolejnych stu czterdziestu pięciu lat Ziemię spustoszyły katastrofy klimatyczne, klęski żywiołowe i wojny atomowe. Na skutek niekontrolowanej ekspansji narkotyku N.E.D (Near Death Experience) i tak już zdruzgotane społeczeństwa przeszły kolejny regres. Katastrofa chińskiego reaktora termonuklearnego zmniejszyła o 30% promieniowanie słoneczne, rozpoczynając okres wielkiej zimy.

W roku 2166 centrum pogrążonego w chaosie świata stanowi Nowe Jeruzalem. W tym gigantycznym megalopolis władzę absolutną żelazną ręką sprawują kościelni hierarchowie. Religie nie tylko przetrwały, ale także umocniły się w ziemskim piekle. Karty rozdają więc: kościół biczowania - bracia prawdziwej wiary chrześcijańskiej, zakon sióstr Syjonu, odwieczny minaret, taoiści i wielka synagoga. Obecni są także przedstawiciele setek pomniejszych kultów, sekt i grup wyznaniowych koegzystujący w tzw. sojuszu ekumenii.

W takich realiach płatna morderczyni Yiu prowadzi swoją krucjatę. Cel uświęca środki, a jest nim zgromadzenie olbrzymich funduszy, mających pokryć koszt niezwykle skomplikowanej operacji chłopca imieniem Ji-a - młodszego brata Yiu. Dotkniętego rzadką wadą genetyczną, której usunięcie możliwe jest tylko na drodze pełnej rekonstrukcji organizmu pacjenta. 

Świat przedstawiony jest całkiem rzetelnie i wyczerpująco. Historia składa się z siedmiu ksiąg. Przed każdą z nich, w formie encyklopedycznych haseł zaprezentowano najważniejsze postacie, miejsca, wydarzenia i technologie. Dowiadujemy się zatem jakie frakcje sprawują w Jeruzalem władzę, poznajemy religie zrzeszające najwięcej wyznawców, a także pierwszo i drugoplanowych bohaterów. 

Ponure, zasnute toksycznymi oparami uniwersum Yiu, pełne jest cybernetycznie, neurochemicznie i biotechnologicznie zmodyfikowanych ludzi, inteligentnych maszyn i sztucznych istot zwanych andropomorfami. Twórcy zaserwowali cyberpunk, w klasycznym retrofuturystycznym wydaniu. Nie jest to może przesadnie oryginalne wyobrażenie przyszłości, nie można jednak odmówić uroku wizji wielkiego, przeludnionego miasta, zalewanego strugami kwaśnych deszczy, rozmywającymi jaskrawe światła neonów.
   
Fenomenalne wrażenie robi gotycka cytadela ekumeniczna, wystrzeliwująca w niebo na ponad sto sześćdziesiąt kondygnacji. Wszystkie te fasady, krużganki, kolumny, witrażowe okna, płaskorzeźby, gargulce, statuy, wieże i wieżyczki wyglądają obłędnie. Wnętrza również cieszą oko staranną pracą ilustratorów. Przerzucając karty pełne mrocznych, rozświetlonych blaskiem świec komnat, majestatycznych figur i porzuconych ołtarzy nietrudno wyobrazić sobie, a nawet usłyszeć posępnie zawodzące chóry i wybijający się na pierwszy plan, żarliwy, fanatyczny głos z namaszczeniem recytujący słowa Apokalipsy św. Jana.

Panowie Guenet i Reneaume świetnie odnajdują się w zarówno w futurystycznej stylistyce jak i średniowiecznych, sakralnych klimatach.

Na osobne wyrazy uznania zasługuje prowadzona niejako dwutorowo narracja. Poszczególne sceny opatrzone są bowiem biblijnymi cytatami.

Yiu to właściwie cyberpunkowy horror. Moim zdaniem to najlepsza rekomendacja cyberpunkowy horror. Cyberpunk dominuje nad grozą, horrorem aspirującym do miana teologicznego lub "religijnego". Punktem kulminacyjnym opowieści jest nadejście Antychrysta, Mrocznego Boga Apokalipsy. Bestia faktycznie się pojawia. Bestia nazywająca samą siebie Synem Człowieczym. Krwawa dominacja Syna Człowieczego będzie zaledwie preludium nadciągającego Armageddonu.

Trzeba jednak dodać kilka łyżek dziegciu do tej beczki miodu. Największym zarzutem jaki stawiam Yiu, jest długość. Opowieść jest momentami zbyt rozwleczona. Pomimo teologicznej, profetycznej podbudowy, Yiu pozostaje komiksem akcji, akcji czystej i nieprzerwanej. Akcji pędzącej z prędkością światła. Przykładowo scena pościgu na autostradzie wydaje się zbędna, a nawet pozbawiona sensu - biorąc pod uwagę nadrzędny cel Śiwa-Tek, nie rozumiem po co tak przyczepiły się do głównej bohaterki. Być może twórcy pozazdrościli Matrixowi widowiskowego pościgu autostradowego i za wszelką cenę postanowili włączyć taki do swojego dzieła.

Pierwotnie skłaniałem się ku ocenie 8/10. Ostatecznie jednak stawiam 9/10. W skali szkolnej 5/6. Przede wszystkim za kunszt z jakim autorzy splatają futurystyczną wizję przyszłości i ascetyczne gotyckie obrazy, w jeden fascynujący ornament. Ilustracje to małe arcydzieła, w przypadku ujęć panoramicznych, wcale nie takie małe. Pierwsze skrzypce gra architektura, przez wielkie A. Albumy będę przeglądał jeszcze wiele razy, tylko dla katedry i tego wspaniałego, a zarazem przerażającego Jeruzalem. Konwencja proroctwa - religijnej zagłady, jak najbardziej mi odpowiada. Lubię mroczne historie ze złowróżbnym mamrotaniem w tle. Pomimo prostoty scenariusza, zakończenie jest całkiem zaskakujące i nieoczywiste. Autor ustąpił pola wyobraźni czytelnikowi, który sam może sobie dopowiedzieć ostateczne losy Yiu i Ji-a.

Jeszcze słów kilka o samym wydaniu. Ostatnim tytułem Studia który czytałem była Duam. Spodziewałem się więc podobnych bubli i bełkotu. O dziwo, niczego takiego nie doświadczyłem. Błędy są, ale drobne, np. na stronie 23 pierwszego tomu - "Religia, ostania nadzieja". W kilku miejscach zapomniano o przekładzie i teksty w dymkach pozostały po angielsku. Są to jednak błahostki, które w najmniejszym nawet stopniu nie przeszkadzały mi cieszyć się lekturą.

Mam wrażenie że Yiu wydana w ostatnim kwartale 2020 r. nie była zbyt dobrze wypromowana i przedstawiona w sieci. Z tego tematu dowiedziałem że jedynka wyprzedała się we wrześniu bieżącego roku. Dwójka jest dalej dostępna. Zdecydowanie zbyt dobry komiks żeby wegetować przez dwa lata w sklepach. Yiu powinna zejść na przysłowiowym pniu.

Z posiadanych wydań Studia Lain planowałem sięgnąć po Sarię (Yiu powinna się sprzedać równie dobrze jak Saria!), nieoczekiwanie zaliczyłem jednak Yiu. Saria dalej czeka na swoją kolej. Cóż, piekło manifestuje swą wolę, w jednej i drugiej historii.

Cz, 10 Listopad 2022, 04:28:22
13
Odp: Studio Lain
Podejrzewam, że tak jest w oryginale. Nie jest to pierwszy europejski komiks (np. w Ghost Money też tak jest), kiedy tekst pozostaje angielski, bo tak jest w oryginale, więc to nie jest żaden błąd.

Żeby daleko nie szukać w Potworach Barry'ego Windsor Smitha są sceny w języku angielskim, niemieckim i francuskim. Jest to jak najbardziej uzasadnione i zrozumiałe. W Yiu natomiast ktoś tam sobie od czasu, do czasu krzyknie "Go! Full blast!!!", "Full-blast coming up!", "Spiders!" "Join team 5" itp. nie wiem co miał wnieść taki zabieg, ale mniejsza z tym. Jak pisałem, to błahostki, nie wpływające na odbiór całości.

ps2 Horyzont jak gdzies umieszczasz te recki w sieci to daj linka wrzucimy do nas na fejsa

Tylko tutaj i na Lubimy Czytać. Może kiedyś rozszerzę strefę wpływów.

Pn, 14 Listopad 2022, 01:33:49
2
H.P. Lovecraft - Samotnik z Providence i Lovecraftiana w komiksie

Przeglądając forum nie znalazłem podobnego tematu, nie widziałem przynajmniej by w jednym miejscu zebrano wskazówki i drogowskazy dla badaczy tropów Samotnika z Providence.

W temacie znane mi i posiadane komiksowe adaptacje i inspiracje mitologią Cthulhu, stworzoną przez Cienia z Providence. Przyjąłem kolejność od bezpośrednich adaptacji po prace w większym lub mniejszym stopniu zainspirowane mitami Cthulhu, kosmiczną grozą i samym Lovecraftem. Wpisałem tylko polskie wydania, bo tylko takie mnie interesują.

Część komiksów czytałem dawno, niektóre wciąż czekają na swoją kolej. Będą więc krótkie, ogólnikowe opisy bez ocen. Myślę że pożyję na tyle długo, że jeszcze zdążę się rozpisać.

Adaptacje

W górach szaleństwa, Nawiedziciel mroku, Kolor z innego wszechświata, Ogar i inne opowiadania - Tanabe Gou


Manga na pierwszym miejscu, raczej przypadek niż wyraz uwielbienia dla mangowych horrorów. Cenię je na równi z innymi stylami, o ile są dla mnie satysfakcjonujące. Wymienione prace Tanabe Gou jak najbardziej są. W Ogarze, oprócz tytułowego utworu znajduje się jeszcze Świątynia i Zapomniane miasto.

Mity Cthulhu - Alberto Breccia, Norberto Buscaglia


Szalenie charakterystyczny styl Brecci, bardzo szczegółowy a zarazem chaotyczny, pełen bieli i niezagospodarowanych przestrzeni potęgujących uczucie pustki i osamotnienia.  W Nawiedzicielu mroku i Szepczącym w ciemności autor pokazał zupełnie inne oblicze, używając plam i karykaturalnych, groteskowych kształtów. Styl Brecci przypomina mi trochę Toppiego, szkoda że ten drugi nie popełnił nic osadzonego w mitologii Cthulhu.
Album zawiera: Zgroza w Dunwich, Zew Cthulhu, Święto, Kolor z innego wszechświata, Coś na progu, Widmo nad Innsmouth, Szepczący w ciemności, Nawiedziciel mroku, Bezimienne miasto.

Góry szaleństwa - Adam Fyda


Fyda przegrał z Gou. 64 stronicowy zeszycik nie daje odpowiedniej przestrzeni dla budowania nastroju grozy, stopniowego sączenia klimatu. Autor napisał że chciał przedstawić tę historię inaczej. Stąd też więcej kolorów, pomimo ciemności zalegających w trzewiach Arktycznych lodowców. Zamysł zapewne dobry, ale gdyby opowieść liczyła przynajmniej 128 stron, byłoby lepiej. Na dniach premiera Wielkiego Boga Pana, tym razem więc Arthur Machen na tapecie. 164 strony brzmi i wygląda zachęcająco. 

Inspiracje

Lovecraft - Hans Rodionoff, Enrique Breccia, Keith Giffen


Moja ulubiona opowieść Lovecraftiańska. Motywem przewodnim i nośnikiem akcji jest tu starożytna, zakazana księga Necronomicon. Mały chłopiec Howard Phillips Lovecraft, samotnie stanie na straży budzącego grozę grymuaru. Graficzne arcydzieło, pełne onirycznych scen. Brown Jenkins w formie wyższej nawet niż u Moore'a.

Neonomicon/ Providence - Alan Moore, Jacen Burrows


Ogrom działa Moore'a wymaga skupienia. Czytałem po premierze i nie podejmuję się teraz analizować poszczególnych epizodów zawartych w Neonomiconie i Providence. Ścisła czołówka, zaraz po "Lovecrafcie". Pod względem odniesień i interepretacji Lovecraftiańskich zdecydowany numer jeden. Nie podejrzewam, aby ktoś zdołał przebić w tym zakresie Moore'a. H.P.L prekursorem weird - fiction jest, takie też są Neonomicon i Providence - dziwne i wynaturzone.

Koszmary - Michele Penco


Pozwolę sobie zacytować słowa Patricio Valladaresa ze wstępu albumu, "Podsumowując: dzieło, które trzymacie w rękach, jest tak bliskie twórczości Lovecrafta, jak tylko można sobie wyobrazić. Ten wspaniały zbiór krótkich komiksów, zatytułowany Koszmary, można zdefiniować jako wolną interpretację wszechświata Lovecrafta: niepokojących elementów nadnaturalnych, zdeformowanych stworzeń i ogromnej tęsknoty." Valladares powiedział wszystko. Dziękuję.

Malarz - Łukasz Godlewski


Nie czytałem  :-\, ze względów oczywistych zakupiłem. Kreska Godlewskiego jakoś mnie zniechęca do lektury. Kiedyś na pewno przeczytam, teraz się jednak nie wypowiadam.

Sherlock Holmes i Necronomicon - Sylvain Cordurié, Vladimir Krstić - Laci


Lubię epokę wiktoriańską, Sherlocka Holmesa już mniej, ale kiedy mierzy się on z wampirami, Rozpruwaczem, lub podąża tropem Necronomiconu, - zdecydowanie bardziej przypada mi do gustu. Dobry horror, z niezbędnymi dla epoki rekwizytami, starożytną magią, przeklętą księgą i Przedwiecznymi w tle.

Liga Niezwykłych Dżentelmenów/ Nemo - Alan Moore, Kevin O' Neill


Zbyt monumentalny cykl, by go streścić w kilku zdaniach. Nie to jest istotą wątku. O Allanie Quatermainie, Kapitanie Nemo, Hawley Griffin,  Jekyllu i Hajdzie oraz Minie Murray chyba każdy słyszał. Tropy Lovecraftiańskie jak najbardziej obecne. Alan Moore w formie.

Cromwell Stone - Andreas Martens


Świetna rzecz. Nieoczywista. Klimat tak gęsty że można nożem ciąć. Piekielne szczegółowa kreska Andreasa robi wielkie wrażenie.

Sankturarium - Xavier Dorison, Christophe Bec


Groza w głębinach. Podwodny świat mimo że bliski niemal na wyciągnięcie ręki, wciąż skrywa wiele tajemnic. Cień z Providence chętnie sięgał ku kryjącej się w podwodnych otchłaniach grozie. Dorison poszedł jego śladami i dobrze zrobił.

Fatale - Ed Brubaker, Sean Phillips


Stylistyka noir z intrygującą femme fatale w roli głównej. Poza tym okultyści, szaleni akolici, krwawe rytuały, macki i gangsterzy. Miło wspominam czas spędzony z Fatale.

Bloodborne - Ales Kot, Piotr Kowalski


W grze można znaleźć więcej odniesień do prozy H.P.L niż w komiksach, uniwersum jest jedno, więc wpisuję Bloodborne na listę.

Toń - Joe Hill, Stuart Immonen


Znowu morze... Statek badawczo-wiertniczy (Derleth - żeby nie było wątpliwości) znika w pobliżu kręgu polarnego. Hill czerpie ze spuścizny H.P.L i the Thing.

Locke and Key - Joe Hill, Gabriel Rodriguez


Lubię twórczość Hilla, z ojcem się wprawdzie mierzyć nie może, ale jak na pisarza ery kierunków kreatywnego, zgodnego z instrukcją pisania, wypada całkiem przekonująco. Sądzę że gdyby cykl  Locke and Key został wydany w formie książkowej, miałby szansę podbić świat, tak jak niegdyś uczynił to Harry Potter. Komiks takiej siły przebicia nie ma, a serial to typowe Netflixowe bylejactwo.
Do wątku seria trafia za sprawą wielkiego starego domu i sekretnych czarnych drzwi do demonicznego świata, pełnego przerażających, wrogich ludziom istot. Bardzo to Lovecraftiańskie, prawda?

Mignolaversum - Mike Mignola


Hellboy i Abe Sapien i spółka. Komentarz jest zbędny, a stron tysiące.

Batman Zagłada Gotham - Mike Mignola, Troy Nixei


Wpływy Cienia z Providence sięgają nawet mrocznego Gotham. Historia osadzona została w 1928r. Atrybuty standardowe, czyli Necronomicon, demoniczna magia, rytuały i Przedwieczni.

Stickleback - Ian Edginton, D'Israeli


Blurb okładkowy wielkimi literami głosi: "Steampunk wymieszany z Lovecraftem". Jest w tym trochę prawdy, ale tylko trochę. To steampunk w bardzo uproszczonym wydaniu, a Lovecraft zdecydowanie mocniej manifestuje wpływy w "Chwale Anglii". Pojawia się w niej bowiem tajemniczy emisariusz - wysłannik przedwiecznego boga. Śniącego, snem objawiającego swą wolę, wszystkim zdolnym dosłyszeć dobiegający z nieskończonej pustki głos.
Poza głównym wątkiem, z Lovecraftiańskim pozdrowieniem oko do czytelnika puszczają Abdul Alhazred i Shoggoth.

Rodzina z domku dla lalek - M.R. Carey, Vince Locke


Kolejny ukłon w wiadomym kierunku. Kosmiczne, wszechpotężne, wszechobecne. Trzy słowa, więcej nie trzeba.

Remina Gwiazda Piekieł - Junji Ito


Jeszcze jedna manga, tym razem od mistrza mangowych weird fiction i horrorów. Groza i szaleństwo spadają na ludzkość, prosto z kosmosu. W twórczości Junji Ito Lovecraft bardzo silnie manifestuje swoje wpływy. Warto zapoznać się całą twórczością tego mangaki, i samemu wybrać.

Srebrny Księżyc nad Providence - Éric Hérenguel


Nawiązania Lovecraftiańskie (nie tylko w tytule) pojawiają się także w tej dylogii.

Absalom - Gordon Rennie, Tiernen Trevallion


Im bliżej końca, tym słabszy zasięg. Potencjał przedwiecznych nie jest nieskończony. Myslę że warto Absaloma wpisać. Ubolewam nad faktem porzucenia serii przez Studio Lain. Stickleback podobno ma być kontynuowany, Absalom zaś nie. Ten drugi podobał mi się znacznie bardziej.


Na sam koniec zostawiam najprawdziwszą wisienkę na torcie. Twórczość François Barangera.


Nie wiem jaki to format 27 cm szerokości i 36 długości, ale komiksów dorównujących wielkością olbrzymom Vespera chyba nie widziałem.

"Zew Cthulhu" i "W górach szaleństwa" to książki z ilustracjami, ale prace francuza są tak fenomenalne, że albumy Vespera zajmują honorowe miejsce na moich półkach. Na przyszły rok zaplanowane zostało wydanie Zgrozy w Dunwich. Zacieram łapska ze szczęścia.


Nie posiadam serii Green Class - Jérôme Hamon, David Tako. Nie brakuje tam podobno nawiązań kwalifikujących do wpisu w wątku, ale młodzieżowa konwencja zniechęca mnie do zakupu i lektury.

Literatura i muzyka to dopiero jest temat rzeka i kopalnia do samego wnętrza ziemi. Nie czas jednak i miejsce na to. To chyba tyle, wszelkie Lovecraftiańskie komiksowe propozycje mile widziane (oczywiście polskie wydania). Dopiszę do listy zakupów.

Iä! Iä! Cthulhu fhtagn!

So, 19 Listopad 2022, 06:09:31
17
Odp: H.P. Lovecraft - Samotnik z Providence i Lovecraftiana w komiksie
Kto szepcze w ciemności 2, Roch Urbaniak, Łukasz Kuciński, Sebastian Moń, Adam Kmiołek, Piotr Burzyński, Gośka Lewandowska, Fabryka Komiksów 2021

Zapomniałem że to mam. Pierwszego tomu nie mogę nigdzie trafić. Może kiedyś się uda.


Przebudzenie. The Wake, Scott Snyder, Sean Murphy, Mucha 2015

Wpisuję na listę zakupów z wysokim priorytetem.

"Rork: Fragmenty" i "Rork: Przejścia" Andreasa

Zastanawiałem się czy wpisać Rorka na listę. Zdecydowałem się tego nie robić z jednego powodu, mianowicie Arkadiusz Królak w "Labiryncie znaczeń" opublikowanym w formie przedmowy w wydaniu Kurca napisał że Andreas "być może zainspirowany twórczością H.P. Lovecrafta i E.A. Poego (mówił potem, że Lovecraft był dla niego inspiracją, ale nie przy tworzeniu Rorka)"
Rork faktycznie przesiąknięty jest atmosferą opowieści niesamowitych, opowieści antykwarycznych i opowieści o duchach, w kontekście samego Lovecrafta, założyłem że autor wie najlepiej.

Z tego co wiem odniesienia do Lovecrafta są w "Niewidzialnych" Granta Morrisona. Jednak te tomy dopiero się u nas ukarzą. Jakieś echa już są w pierwszym ale właściwe dopiero nadejdzie.

Mam na liście już od premiery. Nie za sprawą H.P.L-a wprawdzie, ale jest zapisane.

Studium w szmaragdzie. Adaptacja bardzo cenionego opowiadania autorstwa Gaimana.
https://www.gildia.pl/komiksy/479850-historie-prawdopodobne

Gaimana kompletuję na bieżąco, więc pewnie niebawem się u mnie pojawi.

Lovecraft jako postać był też w mandze Bungou Stray Dogs – Bezpańscy literaci

Muszę się zastanowić. Seria liczy na razie 21 tomików. "Agencja detektywistyczna, zrzeszająca Uzdolnionych, czyli ludzi o nadnaturalnych umiejętnościach..." Wydaje się ciekawe, zobaczę, priorytet ustawiam niski.

Również w Dylan Dog - Cagliostro! było bezpośrednie nawiązanie do Lovecrafta. Innym tomikom też zdarza się trzymać jego klimat, ale w tym jednym było na wprost.

Nigdy mnie do Dylana nie ciągnęło, raczej się za niego brał nie będę. Dzięki za info, czas pokaże.

Black Monday Murders!

Może się tak wydawać, ale w Bogu konsumpcji Mammonie bym się Samotnika z Providence nie doszukiwał. Pierwsza i druga część bardzo mi się podobały, ale świadomie je pominąłem.


Nd, 20 Listopad 2022, 01:10:48
1