Przejrzyj stronę ulubionych postów oraz otrzymanych polubień za posty użytkownika.
| Wiadomości | Liczba polubień |
|---|---|
Odp: Studio Lain
Hej ![]() Wiesz co w ramach prezentu swiatecznego podziele sie informacja, ze w przyszlym roku, jak tylko uda mi sie przekonac kolegow z 2000ad do ceny, chcialbym wydac w 2 integralach Brutania Chronicles Nie obeznanym z uniwersum czytelnikom zdradzmy, ze jest to restart serii Slaine i wyglada tak ![]() ![]() ![]() Lawless tom 2 - tempo zawsze zalezy od sprzedazy, jak bedzie schodzic szybko to szybko bedzie tom 2, ale najpozniej postaramy sie do konca 2020. dzieki za zyczenia i przy okazji ![]() Kochani Forumowicze, nasi czytelnicy - zdrowia i miejsca na półkach na komiksy ![]()
Pn, 23 Grudzień 2019, 20:15:10 |
1 |
Odp: Studio Lain
na zaostrzenie apetytów - pocztówki z Zaya![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]()
Cz, 09 Kwiecień 2020, 17:25:11 |
1 |
Odp: Studio Lain
od zajaczka ![]() Zaya ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() So, 11 Kwiecień 2020, 13:51:57 |
1 |
|
Odp: Studio Lain
Mam dla was niedobra informacje Zaya - premiera przesunieta na 22 kwietnia ![]() przedsprzedaz limitki na gildia.pl piatek godz 12 Śr, 15 Kwiecień 2020, 22:39:06 |
1 |
|
Odp: Studio Lain
Moge wam pokazac kolejna pozycje ktora sciagamy do Polski Komiks absolutnie niezwykly, fanastycznie narysowany i z totalnie odjechana fabula prosto z czysca ![]() Jeden z moich ulubionych ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Śr, 27 Lipiec 2022, 20:39:52 |
1 |
Odp: Jakie komiksy właśnie czytacie?
Przy okazji przypomniało mi się, że kiedyś odłożyłem na później zakup Long John Silver Dorisona. Niestety szybko się wyprzedał i teraz mogę tylko mieć nadzieję, że kiedyś będzie dodruk, albo wznowienie (najlepiej w formie integrala Nie żałuj. Fajny graficznie, przez 2 pierwsze tomy fajnie budowany klimat, tajemnica, ale potem zaczynają się dziać takie głupoty, a końcówka to już jedno wielkie meh. Sprzedałem od razu po przeczytaniu bez żadnego żalu. Cz, 03 Listopad 2022, 21:32:30 |
1 |
|
Odp: Jakie komiksy właśnie czytacie?
Kowboj z Szaolin - 2 - Szwedzki Bufet. - hehe uśmiałem się przy tym komiksie, przeglądając strony z tą "masakrą" umarlaków. Śmiałem się z tej ilości stron bliźniaczo podobnych i zastanawiałem się co w głowie Geof Darrow miał tworząc to dzieło. Ten Kowboj jest czymś nie tuzinkowym i ten tom jest tez tego dowodem. Na pewno nie dla wszystkich - albo to bierzesz i akceptujesz nie zadając pytań co jak i dlaczego (wliczając tu tez pytania o cenę komiksu i za co ja tu płace) albo omijaj ten komiks z daleka. Ps. Moja Żona tego nie zrozumiała :-) Pt, 16 Grudzień 2022, 09:13:04 |
1 |
|
Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Podsumowanie lutego, w tym miesiącu skupiłem się na dwóch seriach plus dwóch klasycznych "opowieściach graficznych" z konkurujących ze sobą "stajni". UWAGA jak zwykle mogą pojawić się pewne SPOILERY!!! "Czarny Młot - tomy 1-4" - Jeff Lemire, Dean Ormston. Podobno jedno z opus magnum, znanego Kanadyjczyka. Chyba rychło w porę dobrałem to jako lekturę, bo o ile kilka pierwszych jego komiksów, które przeczytałem w sumie mi się podobało chociaż napewno dalekie były od geniuszu o który część czytelników je oskarża, to kilka ostatnich wpadło w serię "następny jeszcze słabszy niż poprzednik", więc z pewną dozą niepewności spojrzałem na półkę na której znalazło się wszystko w tym temacie, kupione jeszcze pod wpływem przesadzonego w mojej opinii fejmu autora. W każdym bądź razie, to co dostajemy to cztery tomy czyli jedna zamknięta historia. W tomie pierwszym "Tajna Geneza", zapoznamy dziwaczną patchworkową rodzinkę mieszkającą na farmie gdzieś na zadupiu Ameryki. Nie da się nie zauważyć, że nie wszyscy z nich są ludźmi, zresztą dosyć szybko poznamy zagadkę jaka będzie nas dręczyć praktycznie do samego końca serii. Rodzinka jest tak naprawdę grupą superbohaterów z miasta Spiral City, która 10 lat wcześniej w walce pokonała największe zagrożenie jakie kiedykolwiek groziło światu czyli Antyboga i podczas tej bitwy nieznanym sposobem znalazła się w miasteczku w którym nikt nigdy nie słyszał o superbohaterach i z którego nie mogą oni się wydostać, chociaż pozostali mieszkańcy, ani przybysze z zewnątrz w drugą stronę, nie mają z tym problemu. Na dodatek nie żyje najpotężniejszy bohater wśród nich zwący się Czarnym Młotem, tyle wstępu, szczegółów, co, gdzie i kiedy póki co nie znamy. Tom drugi "Wydarzenie", będzie kontynuował ton tomu pierwszego, czyli dalej będziemy poznawać bohaterów przy jednoczesnym zagęszczeniu intrygi, po to by w dwóch kolejnych tomach zwących się "Era Zagłady" poznać rozwiązanie wszystkich zagadek, wrócić w pewien sposób do punktu wyjścia i zakończyć całą historię. Rysunki Ormstona, to coś co dobrze trafia w moją wrażliwość na estetykę, jeżeli miałbym je porównać z czymkolwiek na naszym rynku to byłby to Kevin O'Neill z "Ligi...", ze swoim dosyć prostym i lekko karykaturalnym stylem, chociaż z użyciem mocno przygaszonej w stosunku do bardziej znanego produktu popkultury palety kolorów. No, ale przyszedł czas odpowiedź na pytanie czy kolejny komiks Jeffa Lemire, okazał się dla mnie kolejnym rozczarowaniem. No i wychodzi mi, że i tak i nie. Założenie jest bardzo fajne, mamy tutaj do czynienia z dramatem obyczajowym połączonym z thrillerem s-f w komiksie będącym jednocześnie pastiszem i hołdem dla komiksu superbohaterskiego (Kanadyjczyk wyraźnie lubi konwencję a i chyba wiedzę ma sporą w tej dziedzinie) a to wszystko skąpane w klimatach Twin Peaks, więc tak na zdrowy rozsądek teoretycznie wszystko jest świetnie. I tutaj uwaga, bo jak dla mnie to było absolutne novuum, w komiksie znajdziemy nieco humoru. Dotychczas byłem przekonany, że Jeff Lemire jest facetem kompletnie pozbawionym jego poczucia, bo właściwie w żadnym komiksie żartów nie pisał czy nie rysował, a tu może nie tyle jakoś niewiarygodnie zabawnie, ale kilka razy idzie się lekko uśmiechnąć. Autor ma talent do pisania dialogów niewiele gorszy od Bendisa a w kreowaniu postaci jest chyba nawet lepszy. Całkowicie sztampowi bohaterowie tej powieści, poskładani z kilku (czasami nawet nie kilku) najzupełniej banalnych aspektów osobowościowych (każde z bohaterów jest nieco wykrzywioną wersją jakiejś znanej mniej lub bardziej postaci ze świata Marvela lub DC) wydają się naprawdę żywymi postaciami, a taka zdolność do animacji to wielki talent. Jedynym wyjątkiem od reguły jest tutaj córka Czarnego Młota, źle napisana jako postać, która dostaje ni stąd ni zowąd jedną z głównych ról, podczas gdy mamy (przynajmniej ja) ją kompletnie gdzieś. Natomiast jest Lemire niestety bardzo przeciętnym opowiadaczem historii, a napewno powinien odpuścić sobie pisanie serii on-goingów. Pierwsze dwa tomy są świetne, akcja toczy się raz w teraźniejszości, raz wraca do przeszłości przedstawiając naprzykład "originy" postaci, dokładając kolejne cegiełki do podbudowy psychologicznej dla każdego bohatera i relacji między nimi. Akcja i atmosfera się zagęszczają, zamiast odpowiedzi dostajemy kolejne zagadki, z mroków przeszłości zaczynają wychodzić na światło dzienne, zadawnione urazy które stają się znowu aktualne, miasteczko robi się coraz dziwniejsze a niektórzy zdają się wiedzieć więcej niż inni. Tyle, że świetna passa kończy się właśnie w połowie. Tom trzeci, rozpoczyna się w momencie gdy mamy otrzymać jakieś wyjaśnienia na co nadzieja znika zaraz na drugiej stronie i ja w tym momencie się zorientowałem, że scenarzysta nie ma mi już nic do powiedzenia. Większość "Ery Zagłady części pierwszej", to próba przetrzymania czytelnika przy serii w postaci nonsensownej nie wnoszącej kompletnie nic ani dla postaci ani dla fabuły, za to wypełnionej easter-eggami wędrówki przez piekło córki Czarnego Młota. Na koniec, tajemnica zostanie odsłonięta...i no cóż, mogło być gorzej, mogło być naprawdę gorzej bo Lemire już to udowadniał. A odkładając to co mogłoby być a nie było, to nie chodzi o to, że to jest jakieś kiepskie, tyle że to kompletna sztampa. Przez ostatnie dwie dekady obejrzałem pewnie ze 100 filmów opartym na tym patencie od box-office-owych gigantów po taniutkie telewizyjne produkcyjniaki. W tomie ostatnim na początku dostaniemy dwa zeszyty od czapy, połączone w tak wątły sposób z fabułą reszty, że równie dobrze można te strony wyrwać i wyrzucić do śmietnika a będące chyba jakimś meta-komentarzem na temat tworzenia scenariuszy. Tam zdaje się Dean Ormston miał kłopoty zdrowotne a Lemire lojalnie nie chciał kończyć bez niego, to dobrał sobie innego rysownika Richa Tommasso (kiepsko to wygląda) i stworzył przerywnik, którego nie udało mu się jakoś lepiej wymyślić. Żeby jednak jeszcze czymś dopełnić kilka zeszytów do końca, Lemire użył (też nie nazbyt oryginalnego) patentu, aby jeszcze raz przedstawić bohaterów, których już znamy (na szczęście akurat całkiem fajnie się to czyta) no i wielkie zakończenie, które bardziej kojarzy się z pstryknięciem palcami Thanosa niż z czymś przemyślanym. Ponarzekałem, ponarzekałem ale to w gruncie rzeczy kawał porządnej lektury, zobrazowanej naprawdę fajnymi grafikami, po prostu to co dostaliśmy przez długi czas zapowiadało się jeszcze lepiej, a Jeff Lemire po raz kolejny udowodnił, że jak jest zmuszony wymyślać fabułę na bieżąco to średnio mu to idzie. Żebym nie zapomniał o niemalże obowiązkowej obecności "lemiryzmów", czyli dajmy na to Marsjanina prześladowanego na Ziemi za homoseksualizm, który na Marsie również był prześladowany za homoseksualizm (alienseksualizm?), albo murzyńskiej Walhalli. Jeżeli z jego strony to raczej trolling prawej strony to ok, jeżeli rzeczywista zawartość puszki mózgowej, to...no cóż. W każdym razie jest dobrze, ale przeczytam jeszcze te spin-offy które kupiłem i nową serię zaczętą niedawno przez Egmont już raczej odpuszczę, nie mam już chyba ochoty na więcej Czarnego Młota, historia jest kompletna, zamknięta i nie wydaje mi się aby autorowi udało się napisać coś ciekawszego w tym temacie. Ocena 7/10. "Green Lantern tomy 1-4" - Grant Morrison, Liam Sharpe. Dosyć zabawna sprawa, tytuł kupiony raczej ze względu na nazwisko autora co do którego jakby nie patrzeć mam mocno mieszane uczucia. No i chociaż bardzo lubię postacie Zielonych Latarni same w sobie to jakoś fanem ich komiksów i ogólnie wszelakich kosmicznych tytułów z jednego bądź drugiego wydawnictwa, celując raczej w bardziej intymne street-levelowe klimaty to ja nie jestem. No w każdym bądź razie, kupione z ciekawości raczej i z zamiarem późniejszej odsprzedaży, ale skoro kupione to sprawdzić trzeba. Cała seria zaczyna się bardzo klasycznie, Hal znowu na Ziemi, Hal znowu bez pracy, Hal obraca kolejną ślicznotkę, Hal zaczyna się "dusić" i daje drapaka aby włóczyć się wzdłuż autostrad. Sielanka szybko się skończy, jak nasz bohater spotka rozbity statek więzienny z umierającym Green Lanternem, który przekaże mu pierścień aby schwytał kosmicznych zbiegów. Brzmi znajomo? No raczej. Po tym jedno-zeszytowym wstępie, Jordan zostanie wezwany na OA, gdzie dowie się, że jego (kolejny) bezterminowy "urlop" właśnie się skończył i zostaje przywrócony do służby a będzie potrzebny, bo ktoś majstrował przy Księdze OA, więc trzeba będzie się dowiedzieć kto jest zdrajcą w szeregach Korpusu. Zostanie przydzielony do sprawy handlarzy planetami, która zajmie większość pierwszego ("Galaktyczny Stróż Prawa") tomu, na którego koniec dowiemy się o co mniej więcej chodzi w całości. Zdrajcą jest Hal Jordan, ale Strażnicy o tym wiedzą i jest to ich plan, bo jako podwójny agent ma się dostać do organizacji Blackstars (która stanowi swego rodzaju odbicie Korpusu GL chociaż nie na zasadzie czarny-biały) i zbadać ich program egzotycznej broni. Tom 2 "Dzień w którym spadły gwiazdy" rozpocznie się od kilku nie powiązanych ze sobą (nie do końca to prawda) nowelek. Hal w dziwnym szmaragdowym świecie będzie musiał ocalić pewną elfią pannę przed złym czarnoksiężnikiem, razem z Ollie Queenem powstrzymać kosmicznych handlarzy narkotyków pozyskiwanych z ludzkich dusz, pohula na planecie przypominającej świat fantasy, wraz z Green Lanternami z alternatywnych wymiarów poskacze po różnych wersjach Ziem, aby znaleźć Kosmicznego Graala, zmierzy się z morderczymi cyborgami pochodzącymi z Wszechświata Antymaterii i na sam koniec powrócimy do jego roli jako Blackstara gdzie zobaczymy jak wpada w pułapkę wodza tej organizacji zbuntowanego Kontrolera Mu, który od samego początku wiedział, że Hal działa na rzecz swoich starych przełożonych i tak naprawdę to on jest jednym z elementów starożytnej broni, która nazywa się Pudełkiem Genezy vel Maszyną Cudów. Całość zakończy kompletnie oderwany od reszty serii annual z dosyć zabawną i zaskakującą pointą w którym ludziki zbudowane z fal radiowych zaatakują dom rodziny Jordanów. W tomie trzecim "Blackstars" zobaczymy skutki użycia Maszyny, czyli dotychczas znany wszechświat został wymazany a na jego miejsce nadpisany został taki w którym Zielone Latarnie nigdy nie istniały a ich miejsce zajęły właśnie Czarne Gwiazdy. Tym razem niezniszczalnej woli Kontrolera Mu ma poddać się planeta Ziemia a zająć się tym mają oczywiście protagonista opowieści oraz jego przełożona, prawa ręka Kontrolera kosmiczna wampirzyca Hrabina Belzebeth, z wyglądu równie kusząca co przerażająca, która na dodatek wyraźnie zagięła parol na lubianego przez wszystkich czarusia. Wiadomo, sprawa nie będzie łatwa, Ziemia ma swoich obrońców chociażby w postaci Ligi Sprawiedliwości. Historia ta zakończy się mniej więcej w połowie tomu i zakończy ostatecznie wątek Blackstars oraz jednocześnie "sezon pierwszy" serii Green Lantern. Druga część albumu to po raz kolejny autonomiczne (i po raz kolejny w niektórych przypadkach tylko iluzorycznie) opowiadanka. Strażnicy opuszczą Korpus, aby walczyć w czymś co zwą Multikryzysem lub Ultrawojną i wyślą Hala do jakiejś grubej baby, która hoduje nową generację Strażników (połączenie starych z Zamoriankami, już nie karzełki, oraz kobiety i mężczyźni) na drzewach (?). Dostanie nowego partnera będącego myślącą solą, powalczy na Ziemi z jakąś zaginioną rasą sępo-ludzi, rozwiąże sprawę supermano-podobnego osobnika, ocali żyjącą chmurę, wraz z Flashem zmierzy się z dziwnymi złotymi olbrzymami gadającym jakby pochodzili z "Alicji w Krainie Czarów" i na koniec zmierzy się po raz kolejny z Qwa-Manem i jego kompanami z Wszechświata Antymaterii będącymi mrocznym odbiciem Korpusu. Tom czwarty "Ultrawojna" to kontynuacja bitwy z morderczymi cyborgami oraz kolejna batalia z tzw. Nomadycznym Imperium czyli tytułowa Ultrawojna i tyle. Z wizualnej strony cała seria wygląda rewelacyjnie, szacun dla Liama Sharpe'a za to czego tutaj dokonał. Piękne, cyzelowane w najdrobniejszych szczegółach rysunki, zapomnijcie o plamie koloru robiącej jako tło, w tym przypadku praktycznie się tego nie uświadczy. Świetne pełne szczegółów projekty wszelkich obcych budowli/miast/urządzeń, kreatywnie i surrealistycznie sportretowane obce rasy a wszystko to przybrane w psychodeliczne kolory. Jeżeli tytuł był miesięcznikiem a artycha się wyrabiał to jestem w szoku. A najlepsze z tego wszystkiego jest to, że Sharpe to istny kameleon zmieniający swój styl zależnie od potrzeb i nastroju danego zeszytu. Podstawowym jest taki dosyć klasyczny w komiksie superbohaterskim "jim lee style", w zeszytach nawiązujących do klasycznych komiksów przeskakuje na coś kojarzącego się z Nealem Adamsem albo i jeszcze wcześniej gdy z wyglądem zejdziemy do lat 50-tych, w klimatach fantasy sięga po Simona Bisleya, gdzie indziej odnajdziemy Billa Sienkiewicza albo Nicka Pope a jest tego sporo więcej, doliczając tu i ówdzie poukrywane easter-eggi (spotkamy i samego Granta) to naprawdę pod tym względem nie ma się tutaj czego czepić. Co o samym komiksie? Zacznę od pozytywów. Przede wszystkim rozmach na iście kosmiczną skalę, inne wszechświaty, inne galaktyki, inne planety wypełnione po brzegi dziwnymi rasami i jeszcze dziwniejszymi cudami bądź koszmarami. Morrisonowa wersja wszechświata w swojej dziwności to strzał w dziesiątkę (ktoś wątpił?). Na dodatek dostajemy cztery tomy wypełnione świetnymi pomysłami, na początku dziwaczny zeszyt i męczący z zieloną panną i czarownikiem Mywhyddenem po odkryciu plot-twistu zachwyca prostotą swojego pomysłu, a ostatni kadr jest wprost przeuroczy. "Superman" będący seryjnym zabójcą kobiet robi wrażenie, Green Lantern-hipis z innego wymiaru, który wszystkich nazywa "kolesiem" lub "kosmicznym kolesiem", który najwyraźniej uważa, że wszystko co się wokół niego dzieje to wielki haj jest świetny, Green Lanterni jako zwykli gliniarze działający w duetach i narzekający na jedzenie w stołówce są fajni itd, itp. jest tego naprawdę wiele. Problem jest z samą historią. Morrison ani przez moment nie ułatwia lektury, przeskakuje co chwilę z tematu na temat, z jednego wymiaru do drugiego, skacze w czasie to do tyłu to do przodu. Mamy tutaj do czynienia z olbrzymią ilością wątków, z których jedne znajdą rozwiązanie, inne kompletnie nie. Niektóre wydawałoby się ważne nie mają kompletnie żadnego znaczenia, podczas gdy inne takie które w sumie ledwie zauważamy pięć zeszytów dalej pokazują, że miały swój głębszy sens. Opowieść Morrisona wymaga skupienia i naprawdę łatwo się tutaj pogubić a pewne niezrozumiałe momenty, czasami po prostu lepiej odpuścić bo one wcale nie muszą mieć żadnego znaczenia. Ciężko jest wyczuć procesy myślowe, które skłaniają autora do uznania, że to co on pisze ma ręce i nogi, trudno nawet wyczuć czy on wogóle sam tak uważa a napewno średnio się przejmuje czy czytelnik załapie związki przyczynowo-skutkowe (o ile wogóle takie są). Trudno też nie zauważyć, że pierwsza część serii ta z Blackstars, jest o wiele składniejsza i szczerze mówiąc po prostu lepsza, druga ta z Nomadycznym Imperium jest bardziej "niechlujna" i prowadzi czytelnika w sumie donikąd, nie wnikam czy to Morrison już się znudził serią, czy może wydawca stwierdził, że już wystarczy i skasował. No i 100% satysfakcji z lektury tego tytułu osiągną chyba tylko osoby, które ukończyły wydział greenlanternologii stosowanej w Boston, Massachusetts (głosem Maxa Kolonko). Green Lantern Morrison to strasznie hermetyczny tytuł a w jego zrozumieniu z pewnością nie pomaga to, że o ile Latarnie pojawiały się w naszym kraju dosyć często, to sama ich mitologia jest tutaj raczej nieznana a ta seria wyraźnie czerpie koncepty z całych osiemdziesięciu z okładem lat jej obecności na rynku. Mimo wszystko polecam tytuł, jasne jest trudny (czasami za bardzo), ale to mimo wszystko wielka, pełna polotu i niepozbawiona humoru podróż po pięknie zilustrowanej krainie fantazji. A Hal Jordan, to najlepszy Green Lantern i każdy głupi o tym wie (miecz przeznaczenia ma dwa ostrza). Ocena 7/10. "Rękawica Nieskończoności" - Jim Starlin, George Perez, Ron Lim. Żelazny klasyk z biblioteki Marvela i jakoby podstawa do stworzenia jednego z najbardziej znanych i zdaje się przez wielu uważanego za najlepszy film superbohaterski (nie w/g mnie, aczkolwiek faktycznie jeden z lepszych z całej tej serii) "Avengers - Wojna bez Granic" (tłumaczenie doskona...le idiotyczne) oraz jego kontynuacji "Avengers - Koniec Gry" (kompletnie rozczarowujące). Tak czy inaczej z jednego bądź drugiego powodu każdy fan Marvela (za którego powiedzmy w bardzo luźny sposób się uważam) powinien się zapoznać z tym komiksem, do czego zresztą zachęca już sama okładka, która raz wygląda naprawdę fajnie, dwa nie obiecuje że znajdziemy w środku cokolwiek mądrego, co w pewnych warunkach może być zachętą. Tom zaczyna się od dwu-zeszytowego (takie wydaje się większe zeszyty niż standardowe) "Thanos Quest" i jest to naprawdę mocne otwarcie. Szalony Tytan, aby zadowolić swoją wybrankę Śmierć (w końcu ten Szalony do czegoś zobowiązuje), musi zdobyć sześć Klejnotów Duszy (które w tym komiksie zmieniły nazwę na obowiązującą do dzisiaj Kamienie Nieskończoności), i aby to zrobić musi spotkać się z sześcioma ich posiadaczami. Oczywiście, żaden z nich nie chce się pozbyć dobrowolnie takiego skarbu, toteż nasz wiecznie wkurzony Thanos wzorem bohaterów nawet nie tylko jakiegoś utworu fantasy tudzież mitu, ale i nawet dziecięcej bajki z racji tego, że każdy kamień włada innym aspektem rzeczywistości będzie poddany sześciu próbom, wymagającym od niego wykazania się na różne sposoby. Naprawdę fajny pomysł i w miarę porządnie wykonany, chociaż trzeba przyznać, że oponenci szalonego tytana z nomen omen Tytana nie błyszczeli jakoś szczególnie inteligencją. Ten dosyć długi prolog nastroił mnie naprawdę pozytywnie do reszty, Thanosowi wiadomo uda się zdobyć wszystkie kamienie więc możemy przejść do momentu w którym zostaje on nowym bogiem czyli do właściwego "Infinity Gauntlet". Nikogo raczej nie zdziwi, że Pani Śmierć nie jest zachwycona nową postacią swojego wannabe kochanka czemu daje wyraz "odwracając głowę z pogardliwym milczeniem" (z kilkanaście razy lekko licząc) co podrywacza od siedmiu boleści doprowadza do takiej wściekłości, że przypomina sobie w końcu po co była mu rękawica i pstryknięciem palców zabija połowę wszechświata. To dosyć zabawne, ale zaskoczyła mnie ta scena, wszyscy się tak wzniecali tym ficzerem, że jakoś mi się wbiło do głowy że to autorski pomysł reżysera i scenarzysty filmu a tu się okazało, że to żywcem wyjęto z komiksu. Oprócz tego, że zniknęła połowa ziemskiej populacji to na dodatek podczas kolejnego ataku białej gorączki, wznieci falę uderzeniową, która mimo, że ledwie co dotrze do Ziemi to i tak zamieni to co się tu jeszcze ostało w perzynę. Na naszą planetę trafią również Silver Surfer oraz Adam Warlock i to oni stworzą grupę uderzeniową spośród ziemskich superherosów, oczywiście tych którzy przeżyli poprzednie perturbacje. Rooster wydaje się trochę niewielki (w końcu powinna ich przeżyć mniej niż połowa, ale to i tak ciągle bardzo dużo) i raczej wybrany za pomocą rzutów lotkami do tarczy, z drugiej strony w "Tajnych Wojnach" był jeszcze mniejszy i jeszcze głupszy więc tradycja zostaje w pewien sposób zachowana. W ten sposób dotrzemy do mniej więcej 2/3 tomu a pozostałe 1/3 to będzie jeden wielki młyn z udziałem wcześniej wspomnianych postaci oraz person pokroju Ładu, Chaosu, Wieczności, Celestian czy Galactusa. Rysunki Perez czyli wiadomo wysoka rzemieślnicza klasa, prosto aczkolwiek realistycznie. Rysunki klasyczne do bólu, ale jednocześnie potrafią od czasu do czasu rozbłysnąć jakimś fantazyjnym kadrem dosyć pomysłowo ilustrującym efektowność zjawisk wstrząsających całym kosmosem. Z powodu tej pstrokacizny czy tam czasami śmiesznie poważnych póz jakie przybierają napinający się superherosi zalatuje tu mocno kiczem, ale jest to kicz powiązany do pewnego stopnia z całym gatunkiem więc dla czytelnika do przyjęcia. Nie będę nikogo przekonywał, że to jakieś wiekopomne dzieło obrazkowego medium, które jest konieczną pozycją w biblioteczce każdego komiksiarza, ale każdy fan Marvela powienien się chyba z tym conajmniej zapoznać. No i szczerze, może i prosty jak cep, może i kiczowaty, ale to naprawdę fajny komiks jest. Fajnie przedstawiono postać Thanosa, który od egocentrycznego manipulanta przechodzi drogę do szaleńca wypalanego przez moc na którą nie był przygotowany a później do pogodzonego z wszechświatem gościa, który przyswoił sobie udzieloną mu lekcję. Wrażenie napewno robi, ostatnia rozpaczliwa szarża superbohaterów nawet biorąc pod uwagę, że zdajemy sobie sprawę że wszyscy zostaną ożywieni za mniej więcej pięć minut (tradycja olbrzymich eventów po których wszystko zostaje dokładnie takie same jak było jak widać jest dłuższa, niż się niektórym wydaje), a całość po prostu fajnie się czyta i nie przynudza. Nie przedłużając, dla fanów Marvela, dla fanów retro-superbohaterów, aczkolwiek jak ktoś się spodziewa komiksowej wersji filmu, to napewno nie to. Ocena 7/10. "Batman - Sekta" - Jim Starlin, Bernie Wrightson. Kolejny bardzo znany klasyk z dziedziny kalesoniarzy i ponownie przygotowany przez zawodników wagi superciężkiej. Przypadek o tyle ciekawy, że kiedyś sprawdzałem opinie na jego temat i były ku mojemu zaskoczeniu mocno mieszane. No w każdym razie na samym starcie zastaniemy Batmana w dosyć niewygodnej sytuacji, skrępowanego w kanałach i dręczonego przez różne wizje. Poprzez krótkie retrospekcje dowiemy się, że Batman wraz z Gordonem rozpoczęli nową sprawę zabójstw różnej maści oprychów na ulicach w trakcie której niezwyciężony zdawałoby się heros, da się podejść i schwytać. Okaże się, że człowiekiem który dokona zdawałoby się niemożliwego jest ktoś nazywający się diakonem Josephem Blackfire, kto twierdzi że jest ponad tysiącletnim indiańskim szamanem Czarnym Ogniem a jego celem jest oczyszczenie Gotham z wszelkiej zbrodni, za pomocą sekty którą utworzył z bezdomnych i skruszonych przestępców. Diakon dosyć kompleksowo podejdzie do sprawy swojej bezcennej zdobyczy i zacznie za pomocą głodówki, tortur i halucynogenów pranie mózgu Batmana i co najciekawsze...uda mu się. Otumaniony Batman dołączy do sekty (niepodoba mi się te tłumaczenie, trzeba było zostawić ten kult), ale na szczęście bohaterowi uda się w końcu przełamać warunkowanie i zwiać gdzie pieprz rośnie z drobną pomocą Robina. Po jakimś czasie, Blackfire pokaże swoją prawdziwą twarz (oczywiście o żadną walkę ze zbrodnią nie chodziło) więc Nietoperzowi nie pozostanie nic innego, jak powrócić do odciętego miasta i zrobić w nim porządek. Kilka razy już w naszym kraju mieliśmy okazją podziwiać rysunki Wrightsona i album ten mocno zaskoczył mnie swoim wyglądem. Postacie z rzadka tylko przypominają to co widziałem wcześniej w wykonaniu mistrza Berniego. Są zdecydowanie uproszczone, ale absolutnie nie odbiera im to miana "będących na wysokim poziomie". Wrightson stara się naśladować nieco manierę i sztuczki (np. narracja z TV) Franka Millera. Spora zasługa w świetnym wyglądzie mini-serii należy do kolorysty Billa Wray, który za pomocą psychodelicznych różów, żółci, błękitów czy fioletów znakomicie oddaje wizję świata oglądanego z perspektywy naćpanego Batmana. Jednocześnie pomimo sporej ilości kolorów rodem z odjazdu po PCP ani na chwilę, komiks nie traci tego swojego mrocznego, niepokojącego sznytu. Przerzucając strony bardzo ciężko jest nie zauważyć jak wiele z elementów tego komiksu zaczerpnął Norm Breyfogle do swojej wizji wyglądu Gotham i jego mieszkańców. Wrażenia po lekturze? Szczerze mówiąc nie jestem zachwycony, komiks powstał już po olbrzymim sukcesie "Powrotu Mrocznego Rycerza" oraz "Roku Pierwszego" Millera a także "Zabójczego Żartu" Moore'a i w wyraźny sposób Starlin starał się naśladować to co przyniosło chwałę jego poprzednikom starając się napisać psychologiczny sensacjo-dreszczowiec, jednocześnie hardcore-owy i uczłowieczający Batmana i chyba trochę w tych swoich dążeniach przesadził. Jasne, fajnie jest zobaczyć Nietoperza, pod którego maską jest zwykły człowiek, który potrafi przyjąć po gębie od bandy jakichś uliczników a nie jest niezwyciężoną maszyną do rozpierd...ania już nawet nie przestępców a jakichś kosmicznych bóstw. Natomiast wydaje mi się, że przesadzono tutaj trochę w drugą stronę. Batman (fakt, faktem pod wpływem narkotyków, ale przecież bez przesady), zabija człowieka, później nie tylko unika walki (w końcu Robin musi mu wypalić liścia, takie drobne odwrócenie ról w stosunku do pewnego memicznego kadru), postanawia uciec z Gotham bo twierdzi że zostało opanowane przez przestępców ostatecznie, po powrocie do miasta twierdzi, że nie będzie zabijał no chyba że będzie musiał (!) co zresztą robi strzelając rakietami z batmobilu, pozostawia kobietę na śmierć bo lepiej pozwolić zginąć jednej niewinnej osobie niż całemu miastu (!!!), torturuje swojego przeciwnika i w końcu gdy nawet Robin przez cały komiks zdecydowanie bardziej bojowo nastawiony (to Jason Todd) niż jego pryncypał zauważa, że chyba coś tu jest nie tak i chce ratować w czasie ostatecznej konfrontacji Blackfire'a, to Batman kwituje to szybkim "nie da się już nic zrobić" i wychodzi. Nie wiem w/g mnie nawet te ponad trzydzieści lat temu było to out-of-character. Jedno trzeba przyznać Starlinowi, to porządny scenarzysta, sama historia jest wciągająca na swój sposób i potrafi trzymać w napięciu, natomiast i zapominając o tym dziwnym na pół wystraszonym na pół krwiożerczym Batmanie ma kilka średnio udanych momentów. Pomysł, że gang meneli z kanałów jest w stanie pokonać amerykańską armię jest strasznie niedorzeczny. Autor kompletnie nie wykorzystał ani fabularnie ani w postaci społecznego komentarza faktu starcia idei prawa i porządku przedstawianych przez superbohatera i władze miasta z ideą błyskawicznej "sprawiedliwości" i rządów twardej ręki w postaciach Szamana i jego bandy, których z początku popiera bardzo dużo mieszkańców miasta, sprowadzając antagonistę do roli zwykłego czubka. Coś tam w tym śmieszno-smutnym wstępie scenarzysta wspomina, że miał ambicje podgryźć instytucje sekt a i ogólnie religii, ale jak na moje to średnio mu to wyszło, ciężko tam znaleźć zarówno sektę jak i religię. Podsumowując, scenariusz mimo że niezbyt mądry to napisany tak aby nie przynudzać, klimat jest, bardzo dobre rysunki też są. ale jak dla mnie zarżnięte jest to to dosyć głupimi pomysłami autora który miał ochotę naśladować jednak lepszych od siebie i popłynął trochę za daleko. Fani Batmana powinni chyba się zapoznać, nie da się ukryć tego, jak wielki wpływ miał ten komiks na późniejsze komiksy z Batmanem (Knightfall, No Man's Land). A co najsmutniejsze w tym wszystkim, ten nie do końca udany komiks sprzed ponad trzech dekad i tak jest lepsze niż to co wydaje się teraz. Ocena 6+/10. So, 11 Marzec 2023, 16:16:57 |
1 |
Odp: Studio Lain
Dlatego trudno jest mi zrozumieć jak można sugerować, że pandemii nie było, a to wszystko to jakiś spisek firm farmaceutycznych, kilku milionów lekarzy i pielęgniarek oraz kilku milionów zmarłych na całym świecie.Jeszcze tylko jedno zdanie w tym offtopie: ostatni film z DiCaprio "Nie patrz w górę" doskonale pokazuje w jakim świecie żyjemy. Gdyby rzeczywiście któregoś dnia okazało się, że w kierunku Ziemi zmierza meteoryt to nie wyglądało by to wcale jak w "Armageddonie" tylko jak w "Nie patrz w górę". W tym filmie jest lekko podane całe mnóstwo obserwacji odnośnie, przykrej niestety, kondycji mentalnej ludzkości. PS. Oczywiście to, że propagandę antyszczepionkową rozpowszechniały w Polsce rosyjskie do media to tylko z miłości do Polaków. Tylko Putinowi zależy na zdrowiu Polaków i na tym aby byli rzetelnie poinformowani. Śr, 15 Marzec 2023, 15:56:43 |
1 |
|
Odp: Egmont 2023
nostalgia i kolekcjonerstwo to inna bajka. mam 3 x omni knightfall ale z wyjątkiem początku i kilku zeszytów nie da się tego czytać. trzymam bo jest nowa okładka jonesa do każdego tomu i lubię sobie to przeglądać. daredevil millera a potem bendisa i maleeva tez jest świetny, ale te komiksy mają swoje momenty ciekawsze ale tez skrajnie infantylne. odnośnie corto to można sobie kupić jeden tom zobaczyć czy i zdecydować, to samo z fables. lepiej nie ładować się od razu w serie. edit odnośnie rosy - tak trzeba dojrzeć bo z 30 lat nie czytałem komiksów z kaczkami. i tak teraz co innego widzę w tych komiksach. So, 18 Marzec 2023, 18:03:01 |
1 |