Słyszałem, że ten film to nie o nim jest tylko bardziej o jego siostrze.
Nie, film jest zdecydowanie o Shangu, ale to ona jest tutaj o wiele ciekawszą, intrygującą postacią, z dużo większą charyzmą i przyćmiewa Shanga w każdej scenie razem. Sam Shang charyzmy za wiele nie ma (zyskuje jej nieco dopiero pod koniec, ale i tak na krótko), ale wybrania się sympatycznością. Potencjał w nim był, ale widać twórcy postawili na coś innego. Może kolejne występy coś zmienią w tej materii.
Sam film to dla mnie taki mocny średniak - w porządku, ale bez jakichś rewelacji. Raczej dolna połówka MCU (taki poziom pierwszego Thora, Iron-Mana 2 czy Doktora Strange). Dużo bardziej podobała mi się jednak Black Widow, tutaj w pewnym momencie złapałem się na tym, że tak naprawdę średnio mnie obchodzą losy postaci (poza siostrą). Fabularnie też mogłoby być nieco lepiej, ale ogólnie wpasowywało się to w standard Marvela, więc chyba nie ma co narzekać.
Ale na pewno krzywdą dla tego filmu jest nazywanie go azjatycką Czarną Panterą (czyli jak dla mnie drugim najgorszym, tuż po Ragnaroku, filmie MCU), bo to są dwa kompletnie inne filmy i chyba po raz pierwszy MCU faktycznie wywiązało się z obietnic, że nie dostaniemy typowego originu. Czarna Pantera miała tonę kulturowego nadęcia, tutaj nie ma tego w ogóle - azjatyckie korzenie są oczywiście widoczne, ale podawane są w bardzo wyważony, nienachalny sposób.
O głównym bohaterze napisałem wyżej, natomiast kompletnym nieporozumieniem jest tutaj jego side-kickowa przyjaciółka, grana przez Awkwafinę, która jak dla mnie jest chyba obecnie najbardziej irytującą aktorką i w każdym filmie, w jakim się pojawi, gra w ten sam zmanierowany sposób. Może już ramoleję, ale nie bardzo potrafię zrozumieć jej popularność. Robi tutaj za element komiczny i chociaż, przyznaję, kilka jej żartów jest niezłych, a pod koniec ta jej "manieryczność" nieco zostaje wytłumiona, to jednak ogólnie bardziej męczy niż bawi.
Zaznaczyć też warto, że film mocno stoi na własnych nogach - chyba od dawna MCU nie wypuściło filmu tak mało nawiązującego do reszty uniwersum (poza sceną po napisach rzecz jasna - bardzo intrygująca, z cameo kilku znanych postaci, która daje podłoże na kontynuowanie wątku pierścieni w przyszłości) i to się liczy na plus. Widać, że jest to próba budowania czegoś nowego i to podejście bardzo mi się podoba. Jest co prawda jeden wątek nawiązujący do Iron-Mana 3, ale wszystko co trzeba wiedzieć, aby się w nim odnaleźć jest tutaj powtórzone.
Ten wątek to oczywiście sławny/niesławny Mandaryn w wykonaniu Trevora Slattery'ego. Twórcy powracają tu do tej postaci, chyba niejako zmuszeni okolicznościami i dają nam jeden z najgłupszych wątków w MCU. Pomijam kuriozalność tej postaci, już odstająca od klimatu w Iron-Manie 3, ale sposób wprowadzenia jej tutaj dla mnie jest kompletnie niestrawny - jedna z najgroźniejszych organizacji terrorystycznych na świecie wyrwała go z więzienia by go stracić za podszywanie się pod ich szefa, ale nie pozbawiła go życia, bo spodobał się im sposób monologu Makbeta i chcieli go więcej oglądać? Serio? Takie to trochę... żenujące wyszło. I przy okazji zrobiło dziurę w fabule, bo zwierzątko, które ten trzymał w swojej celi, pochodzi z wioski, którą od wielu lat próbuje znaleźć sam Wenwu i ono zna do niej drogę, na co nikt inny nie wpadł. Można było to chyba lepiej rozegrać...
Sam Mandaryn zaś... no cóż, moim zdaniem raczej nie wejdzie do grona dobrze wykorzystanych złoczyńców MCU. Charyzmę ma potężną, ale zawdzięcza to jedynie odgrywającemu go aktorowi, nie zaś scenariuszowi. Ten każe jedynie uwierzyć na słowo w to, jak bardzo potężny i złowrogi on jest, nigdy tak naprawdę tego nie pokazując. Poza sceną otwierającą, gdzie tłucze wrogą armię przy pomocy pierścieni, co zrobiłby każdy mając taki artefakt, tak naprawdę nie widać ani jego własnej potęgi, ani potęgi jego armii. Ma co prawda rzeszę wyszkolonych wojowników, którzy mogą siać postrach, ale jak dla mnie, ten postrach był jakiś taki... lokalny. Trochę za mało na ogólnoświatową, wszechpotężną organizację. Zdecydowanie tu czegoś mi zabrakło. Plusik natomiast za napędzającą go motywację, inną niż wyświechtane "podbijanie świata" (a przynajmniej w fabule filmu, bo świat rzekomo ma wcześniej już podbity

). Czy został naprawiony, to trudno jednoznacznie stwierdzić. Moim zdaniem nie do końca, można było z niego wyciągnąć dużo więcej.
Natomiast absolutnym majstersztykiem są walki - szybkie, dynamiczne, z wykorzystaniem otoczenia, w najlepszym stylu mistrzów Jackie Chana i Jeta Li. Momentami przypominało to nawet "Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka". Czegoś takiego w MCU rzeczywiście dotąd nie było; dynamika walk, sposób ich pokazania - bez szybkich, szarpanych cięć, ale na długich ujęciach - to zdecydowanie klasa sama w sobie. Winter Soldier miał kapitalną, uliczną choreografię walk. Tutaj jest wycyzelowana do maksa, bajecznie precyzyjna choreografia azjatyckiej sztuki walki, w którą włożono ogrom wysiłku. Temu aspektowi nic nie można zarzucić i można tylko marzyć, jak wyglądałaby ekranizacja Iron Fista w takiej estetyce. Ale tej raczej nie doczekamy...
Finał to już standardowe, marvelowskie CGI, napakowane efektami z najwyższej półki. Jeżeli ktoś to lubi, będzie zachwycony, ale to prawda, że nieco odstaje od reszty estetyki filmu i pewnie dlatego wydaje się dziwne. Mi się podobało - gdyby tego nie było, chyba znowu czegoś by mi zabrakło. Więc jak dla mnie finał był w porządku.
Reasumując - film ogólnie w porządku, ale z szeregiem mniejszych bądź większych wad ciągnących go w dół. Ogólnie oglądało mi się przyjemnie i nie żałuję straconego czasu. Na pewno z czasem obejrzę go ponownie, jak już zasili półkę z Blu-Ray. Zamykając się w cyferkach, powiedziałbym 6/10.