"Mecenas She-Hulk" radzi sobie świetnie. Ale ,,świetnie" rozumiem, jako przypadek produkcji sprawdzającej się w kategoriach serialu rozrywkowego, czegoś na miarę odmóżdżacza z elementami - w tym przypadku - komiksowego fandomu, plus całych tych odwołań i multum easter-eggów odnośnie komiksowego pierwowzoru. I już wyjaśniam dlaczego ten serial ,,zwycięża tak wiele", mordeczki. Po pierwsze, jest to dość luźno poprowadzona produkcja: aktorzy bawią się rolami, mają w tym swego rodzaju młodzieńczą swobodę, frywolność, i chyba nikt się nie przejmuje treścią wychodzącą za konserwatywną klasykę superbohaterską. Przecież to nie musi być ciągle ten sam ,,odgrzewany kotlet". Efekty wizualne, specjalne (akurat w przypadku specjalnych jest dość zwyczajnie jak na rodzaj i gatunek produkcji) może i czasami idą w zgrzyt, ale w przypadku tego serialu MCU, puszczam na to wszystko oko, rozluźniam poślady i wrzucam na luz. Jaram się tą awangardą, abstrakcyjnością w przełamywaniu schematu czwartej ściany, tą zadziornością, kreacjami drugoplanowymi. No cholibka, to wszystko jest takie ,,edgy" i ,,guilty pleasure", że ja chcę tego w "Mecenas She-Hulk" więcej! W ogóle w całym MCU! Finał sezonu przede mną... I jeszcze jedno: chemia
między Mattem/Daredevilem a Jennifer/She-Hulk jest pełna ,,bezwstydliwego uroku i młodzieńczej niewinności". To również kupuję.
Po prostu, wszystko jest tu bez napinki! Da się? Da!