Niektórzy umieją uzasadnić dlaczego im się nie podobało, np Gieferg wyżej. Ja nic nie mam do czyjejś opini, ale widzę po większości osób że nawet nie umieją uzasadnić dlaczego DP to taki zły film. Disneydrony zrobiły swoją robotę. Kolejny sukces. :)
Neofita, nigdy nie chciałem tworzyć śmiesznych podziałów my kontra oni, a rywalizacja między Marvelem i DC wśród fanboyów jest dla mnie tak samo jałowa i bezzasadna co bitki pod stadionem po meczu. Schemat jest identyczny, to nie są fani futbolu ani filmów, to frustraci którzy muszą mieć ujście swoich negatywnych emocji. Ci bardziej frontalni i uzależnieni od adrenaliny idą na ulicę się bić, inni robią to przed ekranem komputera.
Nigdy nie nazwałbym fana czegokolwiek dronem, ale jest dla mnie różnica między fanami wyrażającymi swoje negatywne lub pozytywne emocje, a zwykłymi nagabywaczami którzy stają w internecie na rzęsach byleby zdeklasować konkretny projekt. Nie użyłem nigdzie słowa "opłaceni" tu na forum. Za to nieźle mnie wyniuchałeś bo czasem go używam w prywatnych rozmowach :D ma to dla mnie jedynie zabarwienie ironiczne i humorystyczne. Nie będę się zagłębiał czy wynajmowanie trolli jest realne czy możliwe, zostawmy teorie spiskowe ich pasjonatom.
Nie lubię również tej popularnej insynuacji która tworzy wokół różnych dzieł mit miernoty. Polecam wejść na którąś z grup Facebookowych o komiksach lub filmach i napisać że jest się fanem Zacka Snydera, to przyjdzie 50 osób bez merytorycznych uwag o jego pracy, a z toną żartów niskich lotów, memów, i linkami do filmów ich opiniotwórczych guru z YouTube, których słowa spijają bezkrytycznie jak śmietankę. I tak stworzył się trend w internecie, że by lubić filmy Snydera czy nawet samo Batman v Superman trzeba być nastoletnim idiotą i edge lordem w okresie buntu i trądzikiem. Nie podyskutujesz o tym, bo "rozmówcy" będą ciągle manifestować swoją wyższość nad Twoją niepopularną opinią. Zostaniesz zakrzyczany, bo Ci którzy powtarzają po innych są zawsze najgłośniejsi. Nic tak im dobrze nie smakuje, jak wykrzykiwanie cudzej ideologii. Podejrzewam że to przez ich potrzebę przynależności. Nie tyczy się to wszystkich, tym razem to zaznaczam od razu.
Ludzie spijali latami wszystko co powiedziało się w telewizji, teraz robią to samo z internetem. Przypomniało mi się jak pewien youtuber ze 100 tysiącami subskrypcji wpadł na grupę pod dyskusję o filmie Snydera i napisał "Oho, jeszcze widzę ostali się ludzie którym można wysrać historyjke na poziomie Batman & Robin, ubrać w mroczne churki i myślą że dostalo mroczny i poważny film". Ten pan to był Łukasz Stelmach, facet którego osobiście sobie cenię wysoko. Ale to że go lubię i jestem widzem, nie znaczy że każdemu szlamowi który ktoś wyrzuci będę przyklaskiwać. Dobrze by były żeby ludzie mieli więcej krytycyzmu wobec swoich idoli.
Gdybym nie cenił sobie dyskusji i odmiennej opini, nie byłoby mnie na tym forum. Potrafię zrozumieć każdy pogląd nawet jeśli w głębi serca uważam go za wynikający z ignorancji lub niezrozumienia materiału omawianego, ale robienie celowo czarnego PR i nagabywanie, wyśmiewanie, bez argumentów, ślepe zapatrzenie... Tego nie lubię. Nie lubię kółek wzajemnej adoracji. W internecie konstruktywna krytyka to 20% całości, reszta to zwyczajne powtarzanie cudzych banałów, spam, i dziecinna rywalizacja, jakby było o co rywalizować. Schemat igrzyskowej mentalności jest obecny również w naszym fandomie.
(...)
MCU wprowadziło pewien, w moim przekonaniu bardzo zły model, opowiadania historii superbohaterskich. Jest to jednak na tyle silne, że wszystko to, co nie podpada pod ten schemat a dotyczy superbohaterów z góry jest złe, słabe i nic nie warte. Przekaz ma być jasny - tylko MCU potrafi kręcić tego typu filmy.
(...)
John pisał o radości i postulatach recenzentów, którzy cieszą się, że X-Men zostali wchłonięci przez filmowe Uniwersum Marvela, ale dokładnie takie same opinie wyrażane były (i są) po kasacji marvelowskich seriali na Netflixie. Słyszałem już opinie, że serial Loki będzie prawdziwą bombą, o wiele lepszą niż wszystkie seriale z Netflixa razem wzięte a przecież serial nawet jeszcze nie został nakręcony.
Ciekaw jestem natomiast jaka jest rzeczywista skala pozytywnego odbioru MCU przez widzów. Pamiętam jak przy okazji "Infinity War" mówiono jaki to genialny i emocjonalny film, ktoś nawet rzucił tekstem, powtarzanym potem w różnych recenzjach i na forach, że po pstryknięciu na sali zrobiła się "atmosfera jak na pogrzebie", że zapadła cisza a przy okazji "Końca gry", słyszałem o kilkakrotnym biciu braw na seansie. Zastanowiło mi, gdzie Ci podcasterzy chodzą do kina? Serio, ludzie w taki sposób reagują?
To o czym piszesz John, to niestety znak naszych czasów - 20 albo 30 lat temu wystarczyło nakręcić film, puszczać trailery w TV, kilka wywiadów z twórcami i tyle.Oraz ekskluzywne zaproszenia na pokazy przed premierą dla czołowych "krytyków" połączone z rozdawaniem im prezentów. Przypominam, jaki był smród, gdy przy produkcji MoS nie dopuszczono żadnych dziennikarzy na plan, żadnych spotkań mediów z twórcami, żadnego pokazu przed premierą. To Nolan nalegał, by zachować taką semi-tajemnicę, już nie pamiętam, jakie miał motywy, ale opowiadał o nich. Przypominam, że Nolan miał bardzo duży wpływ na początek DCEU, właściwie to on "kickstartnął" go i nadał poważniejszy klimat (można było liczyć na sukces, bo dosłownie 2 lata przez MoS zakończyła się b. dobrze odebrana "Trylogia Mrocznego Rycerza"). Ale "krytycy" tego nie wybaczyli. Przy BvS było podobnie.
przy okazji "Końca gry", słyszałem o kilkakrotnym biciu braw na seansie. Zastanowiło mi, gdzie Ci podcasterzy chodzą do kina? Serio, ludzie w taki sposób reagują?W Ameryce. U mnie na seansie było kilku amerykańskich żołnierzy i tak właśnie reagowali (dominowali też swoją obecnością salę kinową, przez co reszta sali też zamiast siedzieć cicho, przyłączyła się do żywego reagowania).
Pytanie 1 - Opisz prosze wiecej w kwestii tego "modelu". Na czym polega i czy kazdy film MCU bez wyjatku jest wedlug niego robiony? (Wiem, ze jest co najmniej kilka gotowych definicji 'Marvel Formula', ale chcialbym znac Twoje spojrzenie na temat).
Pytanie 2 - Kto/kiedy/gdzie/jak ustalil ten schemat i jak jest on egzekwowany (rozumiem ze chodzi o recenzje/opinie)? (Jak wyzej - sa rozne teorie, ale zakladam, ze masz swoje spojrzenie na temat).
Jesli ogolny konsensus wsrod widzow odwiedzajacych kina (nie lubie tego argumentu, ale matematyka jest bezlitosna), jest taki, ze MCU > FOX, to naturalne jest, ze wiekszosc ludzi (czytaj: widzow superbohaterskich historii, fanow i causal goers) cieszy sie z faktu, ze X-Men beda/sa w MCU.
Przylozmy tez wlasciwa miare - oklaski/porownania do jakichs wielkich dziel? Nie robmy sobie jaj. To jest blockbusterowa rozrywka, niektore filmy przemycaja to i owo, ale to jest Marvel, nie robmy ludziom wody z mozgu, ze to jakis Obywatel Kane kina rozrywkowego.
W skrócie: tworzenie filmów na jednym i tym samym "silniku", czyli połączenie akcji z komedią. Ostatnio dostajemy filmy tego typu: "Strażnicy Galaktyki" 1 i 2, "Thor: Ragnarok", "Kapitan Marvel", nawet "Infinity War" i "Endgame" nie uniknęły tego, choć tematyka filmów miała być poważniejsza. Żeby było jasne: nie mam nic przeciwko takiej koncepcji, ale nie na każdy film. Taka formuła w sumie pasowała najlepiej do "Strażników Galaktyki". Takie podejście powoduje, że każdy kolejny film nie jest wyjątkowy sam w sobie, ale ma schemat pozwalający wstawić jakiegokolwiek bohatera np. zamiast Kapitan Marvel równie dobrze można by wsadzić tam Thora i nie będzie żadnej różnicy.
Wystarczy poczytać recenzje, obejrzeć podcasty.
Powoduje to pewną autocenzurę twórców kolejnych filmów MCU - obraz ma przedstawiać klasyczną, baśniową walkę dobra ze złem, wszystko jest czarno-białe. Brakuje mi w postaciach odcieni szarości, niejednoznacznych moralnych wyborów czy osądów.
Ciekaw jestem natomiast jaka jest rzeczywista skala pozytywnego odbioru MCU przez widzów. Pamiętam jak przy okazji "Infinity War" mówiono jaki to genialny i emocjonalny film, ktoś nawet rzucił tekstem, powtarzanym potem w różnych recenzjach i na forach, że po pstryknięciu na sali zrobiła się "atmosfera jak na pogrzebie", że zapadła cisza a przy okazji "Końca gry", słyszałem o kilkakrotnym biciu braw na seansie. Zastanowiło mi, gdzie Ci podcasterzy chodzą do kina? Serio, ludzie w taki sposób reagują?
(To moze byc dlugi post...)
Straznicy Galaktyki 1 i 2 to filmy, ktore ciezko mi wpasowac w formule MCU. W ilu ich filmach mlody protagonista trzyma za reke umiejaca na raka mame, albo jako dorosly jest swiadkiem smierci swojego zastepczego ojca? Sposob w jaki Gunn zongluje motywami komediowymi i tragicznymi jest naprawde imponujaca. Jednoczesnie wprowadza tak juz znienawidzone (przez to, ze kazdy chce to skopiowac, ale jakos tylko jemu sie to udaje) utwory z dawnych lat wkomponowane w konkretne momenty fabuly.
Thor 3 jest w jakims sensie bliskim krewnym Straznikow, bo dzieje sie z dala od Ziemi, no i przedklada humor ponad patos z poprzednich napompowanych czesci, ale to jest po prostu wariacja na temat buddy comedy, tylko zamiast czarny+bialy (swoja droga czy mozna jeszcze pisac "czarny"? ;) ) mamy Thor+Hulk+Loki+Valkiria.
Scena gdy Stark w IM2 robi nowy pierwiastek i wpada Coulson z wizytą (wyznawca Capa) i podczas gadki znajduje projekt, niedokończoną tarcze Capa - Stark bierze od niego tę tarczę i mówi, że właśnie tego potrzebował, tego właśnie szukał, po czym bierze tarczę podkłada pod rurę i sprawdza poziomicą, czy jest równo. Ironiczna i humorystyczna scena wydaje się tutaj być całkiem dobrze przemyślana.To prawda i to pokazuje, jak solidne były IM1 i 2.
Jedyny żart w MCU na którym szczerze się uśmiałem to scena po napisach z Grandmasterem w Thor: Ragnarok. Nie pamiętam innego momentu, zwykle żarty w filmach MCU to poziom humoru komedii z Adamem Sandlerem. Nie wiem też o co Ci chodzi z Venomem RQ, to chyba Twój wysublimowany sarkazm którego nie rozumiem, bo w tym filmie jest pełno humoru. Cała relacja Brocka i Venoma ma zabarwienie humorystyczne. I swoją drogą lubię ten film, dał mi więcej rozrywki niż Spider-Man z MCU. Trochę padł ofiarą cięć montażowych, sam Hardy stwierdził że to co mu się bardzo podobało wycieli. Liczę że drugi film będzie lepszy, bo aktora na Carnage'a wybrali dobrego.
Czyli... juz nie wszystkie 22 filmy MCU, to poziom kloacznych zartow, teraz ostaly sie tylko 2?
Swoja droga podziwiam Twoje poswiecenie i wytrzymalosc wzgledem ogladania filmow MCU mimo tego, ze budza tak negatywne emocje. Gdybym obejrzal jakis film Sandlera i mial ogladac kolejne, to nie wiem co musialoby sie zdarzyc, abym obejrzal choc jeden kolejny, nie mowiac o 5 czy 10 kolejnych. Bo obejrzales wszystkie filmy MCU, prawda? Kategorycznosc sadow na to wskazuje.
Moze tez prawdą jest obiegowa opinia, ze dyskusja o humorze to zawsze bedzie troche jalowa rozmowa
Dla mnie to nic nadzwyczajnego.
Ja bym powiedział, że ten humor w Marvelu, to bardzo często ten typ:
- wsadzenie komuś twarzy w tort/ciasto znienacka
- zabranie krzesła zanim siądzie, zaliczy upadek
- ściągnięcie spodni, najlepiej przy publice
- nadepnięcie na grabie
- głośne bekanie
chwaliłem tutaj jeden film z MCU - Endgame. Cóż to było za widowisko. Ekstaza dla miłośników trykociarskich historii obrazkowych, godne domknięcie wątków wielu postaci. Gdyby tylko nie ten klozetowy humor. Gdyby tylko nie pokazanie depresji i kryzysu Thora w formie klozetowego żartu - czyli - przedstawienie go jako pajaca, przeciąganie tego Lebowskiego żartu tak, że dramatyzm i współczucie które Thorowi się należało nagle we mnie zanikało. Quill przeżył traume tracąc ukochaną Gamorę, by ta teraz ofiarowała mu kopniaka w krocze. Choć sama scena jest logiczna z perspektywy fabuły - to inna Gamora, która nigdy Quilla nie znała, która kiedyś taka była, to dla mnie cała sekwencja była bezczelna z perspektywy postaci Star Lorda.
Pisałem wcześniej, że ten "silnik", na którym bazują filmy MCU sprawia, że twórcy stosują wobec siebie autocenzurę przez co spłaszczają naprawdę ciekawe wątki. Jako przykład można podać wątek relacji Gamory i Thanosa - według mnie był to najbardziej intrygujący wątek "Infinity War". Przede wszystkim rodził on wiele ciekawych pytań: dlaczego Thanos ocalił Gamorę? Dlaczego pokochał ją aż tak mocno? Jak ta relacja wyglądała od strony Gamory i przede wszystkim dlaczego Gamora postanawia zdradzić Thanosa, który (co widzimy w filmie) nawet po tej zdradzie wciąż ją bardzo kocha. Twórcy niestety uprościli wszystko w najgorszy możliwy sposób: Gamora odeszła, bo dotarło do niej, że Thanos jest zły. No i ok - tylko, że to automatycznie oznacza przejście od miłości do bezkompromisowej nienawiści? Aż się prosiło tutaj o pewną emocjonalną bombę. Było nie było Thanos wychowywał Gamorę od dziecka i jak można wnioskować jego zachowania w filmie obdarzył ją miłością. Dla przeciwwagi: zwróćcie uwagę na przeplatający się przez MCU relacje Thora i Lokiego - według mnie jest on zrealizowany bardzo dobrze - Thor kocha Lokiego, mimo zła, które wyrządził, wzajemnie im na sobie zależy.
Chyba trochę źle to zapamiętałeś. W rozmowie na statku Gamora mówi, że(ale to już pada tylko w wyciętej bliźniaczej scenie, która znajduje się w dodatkach do filmu).