MCU ma już prawie 20 lat, nic dziwnego, że kolejne produkcje nie ekscytują już widzów na tym samym poziomie, co w peaku popularności. Ludzie są znużeni tą estetyką i setny superbohater nikogo nie przyciągnie do kin. Powoli dochodzimy też do momentu, gdy widz jest w podobnym wieku lub młodszy niż sama franczyza - trzeba konkretnego zapaleńca, żeby nadrabiał tyle kontentu i napalał się na kolejne produkcje. A poza filmami jest jeszcze pięćset seriali.
Plus dochodzi kwestia taka, że te produkcje coraz bardziej się infantylizuje. Dzisiaj idąc na film superhero najczęściej spodziewam się, że dostanę bezpieczną pseudo-komedię dla całej rodziny, bardzo często kręconą jeszcze zanim skończony był scenariusz. Słabe historie, słabe efekty, brak skonkretyzowanego kierunku dla uniwersum, dopinanie na szybko fabuły i strony technicznej, powtarzalność (multiwersum już chyba każdy rzyga), jechanie na nostalgii... W ostatnich latach również wyciąganie największego kiczu, jaki trafia się w komiksach i wynoszenie go nie piedestał - na ekran trafiają coraz głupsze postacie, których w najlepszych czasach nie wypuszczono by z odmętów starych zeszytówek. Oczywiście nadal pojawiają się udane rzeczy (np. bardzo podobało mi się ostatnie F4), jednak to za mało, żeby powtórzyć tamten hype.
Czytałem ostatnio dwa omnibusy X-Men z lat 80. - tam jest wiele dobrze napisanych historii, rozwój relacji między postaciami, ciekawe wątki, zahaczające o różną, nieraz poważną tematykę. Są jakieś dramaty, rozterki, stawka. Filmowe superhero mi tego nie daje. Pobiją się, poprzerzucają czerstwymi żarcikami, na koniec ktoś strzeli promieniem w niebo i cyk, scena po napisach i jedziemy dalej, ciąg dalszy na Disney+.