,,Cześć, czołem... kluski z rosołem...!" - to swego rodzaju ironiczna podśpiewka w stosunku do jednego z najgorszych filmów superbohaterskich w historii, jakie widziałem - co miało miejsce wczoraj - i to takich robionych przez duże Studio, i to takich, które miały w swojej obsadzie aktorskiej same hollywoodzkie gwiazdy znane przeważnie z dobrych ról. Uciekajcie od "Superman IV (1987)" daleko, oj bardzo daleko, ba!, w srocz daleko i jeszcze dalej. Nie da się ująć żadnym zbitkiem słów, czy jakkolwiek by człowiek to mógł wykombinować, jeśli nawet była by na to sposobność, tego okropieństwa i totalnej żenady, która płynęła z czwartej części słynnego Supermana od WB. Wolałbym obejrzeć pełnometrażowy film o teletubisach albo o Psim Patrolu, i to w kinie, niż oglądać tego maszkarona ponownie. Tego ,,czegoś" nie da się doświadczać nawet pod wpływem wyskokowych napojów owocowych, i innych wysokoprocentowych trunków z dodatkiem energetyków i kilku buchów zielska. Z tego filmu nie da się nawet śmiać, nie da się płakać. Łopatologicznie dodam, bo szkoda nawet bardziej analizować tej produkcji: tak, dałem "Superman IV' ocenę: 3/10, głównie z sentymentu, a także za ciekawą rolę Reeve'a jako człowieka ze stali. Reszta do kosza i spalenia. To coś miało potencjał, ale jedynie na jednosezonowy serial o przygodach Supka, rozgrywający się po wydarzeniach z części III. I Warner Bros mógł to zrobić, ale wyszło to co wyszło.

Obciął by sobie chłop ,,pazurki" - główny złol filmu, stworzony przez Luthora z materiału genetycznego Supka. Totalne WTF i ,,xD". A, i ten akcent ,,Zimnej Wojny" - familiada!
"The Flash (2023)"; film inny niż wszystko, co superbohaterskie, co powstało w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Inny niż wszystko, co powstało w konwencji podróży w czasie, podróży po Multiświecie i paradoksów z takimi aberracjami związanymi. Veni, vidi, vici - byłem, widziałem, a z seansu w IMAX 2D z napisami polskimi wyszedłem z pełnym rogalem uśmiechu i satysfakcji na twarzy. Do perfekcji ,,troszku" temu obrazowi brakowało; pewne akcenty wizualne tu istotne
, jak rozciągnięte, pozbawione wyrazu, realności, rozmemłane, w wersji setek jak nie tysięcy ludzkie twarze, liczne sylwetki, nawet bobasy, czy grupy postaci, plus niektóre sekwencje graficzne w ,,slow-mo" przy zaginaniu przez Flasha czasoprzestrzeni - one dogorywały, czyli były po prostu kiepskie; kiepskie w tym sensie, że technicy, którzy to realizowali w programach komputerowych, ci którzy to projektowali i łączyli z taśmą cyfrową, nie zrobili błędu - nie dało się przedstawić takiej koncepcji reżysera, a chodzi mi o przebywanie Flasha w ,,chronokuli", inaczej zwłaszcza jeśli nasz bohater/bohaterowie miałi/mieli widzieć w Speedforce kopie sylwetek ludzi, jakichś wydarzeń, interakcji z dżyliona Światów jednocześnie. Andres Muschietti tutaj lekko przedobrzył; a może o to mu chodziło, o to zniekształcenie... wynikające z mechanizmów podróży przez czas i Multiversum? Cały film w pozostałych aspektach i akcentach (wszystkie easter eggi, ścieżka dźwiękowa, cameo postaci, Panowie Batmanowie, gra aktorska Ezry!) grał perfekcyjne. Zasłużona ocena: 9/10 dla "The Flash".
... W planach jeszcze dwa seanse tego filmu przede mną - oczywiście jak dopisze szczęście i okoliczności.
