Patrząc się na te kilka stron powyższych postów
w niniejszym dziale tematycznym forum, o samym filmie "Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera" mało się tu pisze; wszystko, jak widać, idzie kosztem większej ilości jakiegoś moralizowania, wynikającego... a sam nie wiem z czego. O moralności pisał Joseph Conrad w powieści pt. "Jądro Ciemności", także podkreślał jej znaczenie w kształtowaniu się Cywilizacji cholernie kontrowersyjny eksperyment Milgrama, przeprowadzany w latach 1961-62. Wiecie, z filmami Zacka Snydera, co widać na przykładzie fenomenalnie zrealizowanej, genialnie się prezentującej w formacie/współczynniku proporcji 4:3 produkcji "Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera" (Boże... w życiu nie widziałem tyle piękna i głębi filmu w takim formacie. Snyder Cut mi to dopiero pokazał... piękne kuriozum, które wyszło poza skalę sztuki!), na której doświadczaniu stanąłem na dwóch godzinach i jednej minucie (ach, nastawiony budzik na połówkę filmu, plus OLED 65 cali zrobił swoje), jest ten problem, że mają one bardzo odważną wymowę społeczną. Zack Snyder bardzo dobrze wręcz wprowadza w nich jak najbliższe naszej rzeczywistości sytuacje w fikcyjnym kinie superbohaterskim. Po prostu Zack intuicyjnie wręcz prowadzi dialog na lini superbohater-społeczeństwo, czego w żadnym filmie, który tworzyły i tworzą obecnie: franczyza Marvela, czy całokształt dotychczasowych adaptacji Kinowego Uniwersum DC, także inne obrazy kinowe z motywem herosów z rozmaitych światów komiksowych, do ukazania się co najmniej "Man of Steel", tym bardziej "The Snyder Cut" nie było... I chyba długo nie będzie. Bo prędko kogoś takiego jak Zack - tak odważnego, trzeźwo myślącego, traktującego kino jako medium, które może pewne idee, wizje, emocje przekazywać, a nie jako bank do zarabiania przez korporacje filmodolarów, nie znajdziecie.
Zack Snyder w swym najnowszym dziele udowadnia, ba!, sądzę raczej: wykłada kawę na ławę w jednej dość istotnej kwestii. Film superbohaterski podnosi on do rangi prawdziwego, pięknego mitu. Do czegoś niesłychanie potężnego, co można by nazwać wzorem, archetypem, symbolem, tym szczerym, odpowiedzialnym i prawdziwym filmem z motywem ,,superheroe". Może i są to dwa różne obrazy, ale w obrębie tego gatunku, patrząc się na "Ligę Sprawiedliwości Zacka Snydera", reżyser tego dzieła w stosunku do "Avengers: Infinity War & Endgame" dał światu taki film, że wyrasta on w moich oczach na popkulturowy kwiat o ukrytym niewypowiedzianym pięknie, które trzeba chcieć dostrzec. Nie chcę nikogo obrażać, jakkolwiek znieważać i krzywdzić czyjąś opinię i gusta, ale dwa ostatnie filmy MCU z Infinity Saga pozostają za "The Snyder Cut" daleko w tyle. Natomiast "Liga Sprawiedliwości" Josha Whedona w stosunku do całkiem innej odsłony tego obrazu Snydera, jawi się jako jednostajna, bezkształtna szara masa, taka ,,świnia żrąca gówno we własnym korycie". To było przeznaczenie; ten czterogodzinny majstersztyk, ta sztuka dla sztuki Snydera po prostu musiała powstać. To obraz bardzo rewolucyjny, i oby to przesłanie się wypełniło i kino superbohaterskie się zmieniło, idąc za przykładem "The Snyder Cut".
P.S. Przede mną druga część "Ligi Sprawiedliwości Zacka Snydera". Pozostałe dwie godziny filmu w 4K, Dolby Atmos, na TV OLED 65 cali, wypełnią mnie równie pięknymi i pełnymi emocjami, jak pierwszy seans. Jestem absolutnie dogłębnie poruszony; naprawdę nie wiem co mam powiedzieć; czy to dźwięk, czy warstwa wizualna tej produkcji, czy bardzo płynny, odpowiednio stonowany jej montaż, a może wszystko to razem zaimplementowane do formatu obrazu 4:3, razem elementy te zostały perfekcyjnie dostrojone, wtłoczone do struktury filmu idealnie. Jedynie dodam, że ,,opadanie kopary" w wydźwięku pierwszej części "JLSC" (tak już zostanie do końca filmu), zaczęło się u mnie ostatecznie od scen Wonder Woman w londyńskim banku; emocjonalnie natomiast zupełnie pękłem (coś we mnie po prostu puściło) od momentu ujęć w Norwegii filmu, gdy jakaś tutejsza kobieta żegnała pięknym śpiewem odchodzącego Aquamana.
I jeszcze jedno:
"Broda" czy "Brody z Kosmosu", mniejsza z tym... Kto to jest? Jakiś kolejny Youtuber, komiksowy influencer narzekający na każdy kolejny wychodzący film z motywem superheroe, nieważne z jakiego Studia, Uniwersum, i jaka by to była adaptacja? Z całym szacunkiem do twórczości takowych entuzjastów; wystarczą mi w tym względzie: liczne popkulturowe recenzje zagraniczne, felietony na portalach popkulturowych i wideo-recenzje od "Napisy Końcowe" (to co z Łukaszem Stelmachem się aktualnie dzieje prywatnie, to jak namnożyły się wokół niego, mówiąc delikatnie, ,,problemy", za bardzo mnie nie obchodzi; w sferę życia osobistego, intymnego nie wchodzę, w tym na jego kanał. "Napisy Końcowe" i tyle mnie wokół pana Łukasza obchodzi)