Pod wzgledem efektów Flash mocno niedomaga, ale Guardiansi - jak większość Marvela ostatnimi czasy - też dupy nie urywali (poza tym przynudzali i nie wiedzieli kiedy przyhamować, pod koniec naprawde męczyłem się w kinie). A Spider-Verse wizualnie to dla mnie rzygowina maksymalna, nie jestem w stanie na to patrzeć dłużej niż przez minutę i nie zamierzam sięgać po żadną animację zrobioną w tym stylu (a niestety ostatnio robi się modny).
Ogólnie kino komiksowe ostatnio potyka się i zalicza glebę co chwilę. Aż patrzeć przykro i nie ukrywam, że większość filmów superhero wykreślam z listy "do obejrzenia" już po pierwszych zwiastunach. Jak przed pandemią przeważnie na półce stawiałem wszystko albo przynajmniej dużą większość wydań Blu-ray nowości z tego gatunku, tak w tym roku widziałem tylko GOTG3 i Flasha i na razie tylko tego ostatniego mam na półce (GOTG3 dołączy ale poczekam, może na gwiazdkę mi ktoś sprezentuje). I poza Deadpoolem 3 nawet na nic nie czekam..
Ten ma ode mnie obecnie jakieś 7-8/10. Lepszy niż 3/4 filmów MCU.
Nope. Gotg 3 to najlepszy marvel od czasu endgame. To jest bardzo emocjonalne zakończenie trylogii, można sobie cynicznie pitolić, że to jechanie na prostym mechanizmie bo zwierzątka, ale to jest naprawdę mocny zabieg jak na "tylko" filmowego Marvela, dwa jest też emocjonalnie pod innym kątami choćby zakończenie wątku Gamora- Star Lord, który nie popada w słodkie pierdzenie. Wizualnie jest bardzo smacznie, a sceny akcji są świetne. Przecież cały finał wyciera podłogę wszystkim co Flash ma do zaoferowania. Do tego to jest list miłosny Gunna do tej ekipy, jego pożegnanie z całą ta serią i czuć w tych serducho. Jedyne co mnie naprawdę boli w tym filmie to zrobienie z Adama Warlocka kretyna. Chociaż w sumie mcu robiło sobie jaja już z tylu postaci, które w komiksach są zupełnie inne, że to w sumie chyba aż tak wiele nie zmienia.
Nie ma co, wystarczy sobie zestawić ten film z love and thunder i wszystko widac jak na dłoni. Gunn też robi kino pełne żartów i komedii, ale w przeciwieństwie od klauna Waititiego nie zrobił autoparodii, ma szacunek do swoich postaci i nie boi się pokazać poważniejszych momentów bez uciekania się ciągle do żartów, które rozbroją podniosłe i smutniejsze momenty, tak jak robi to do porzygu Taika, który po prostu jest mistrzem cringu. Do tego każda dobra space opera jest na wagę złota w czasach kiedy kinowe star wars okazało się kupą gówna.
Spiderverse no sorry tu się totalnie nie dogadamy. Jedynka nie bez powodu zgarnęła oscara za najlepsza animację. Styl jest świetny, bo ma przedstawiać żonglowanie konwencjami, które wynika z motywu multiwersum. Do tego bardzo ważny tam jest temat osobistej odpowiedzialności tak istotny tematycznie przy pajęczaku. Muzyka jest świetna i postaci naprawdę fajnie rozpisane a dylemat morlany z dwójeczki aż ciekawi jak to zostanie zakończone.
Flash jest przy tych dwóch obrazach niezbyt angażujący, bo co my w tym filmie mamy? Batmana Keatona i Supergirl i tyle? Kogokolwiek obchodzi ta żenująca kreacja Millera? No chyba nie. Sceny akcji są ujowe, przez cgi, a tu praktycznie wszystko zbudowano na cgi, bo to superhero a nie John Wick. Ten film jest przesadnie hypowany, bo tak jak już pisałem w przeciwieństwie od większości filmów z ery Snyderverse czy wysrywu WW84 ma jakaś spójną historię do opowiedzenia i jest filmem a nie produktem filmopodobnym. Do tego masy rzeczy trzeba się domyślić, albo wręcz wymyślić sobie samemu. Skąd BatKeaton wie o multiwersum? No i główny złoczyńca jest rozczarowujący jak cholera.
Batman v Superman był jest i pozostanie cringowym gównem, niezdarnym i głupawnym małpowaniem Franka Millera, motywów z jego twórczości dookoła Batmana najmocniej z Dark knight returns. Snyder to nie Miller i to co on buduje nawet nie ma wewnętrznej logiki w porównaniu z komiksem Millera, jest głupsze, gorsze dialogami i wywołujące zażenowanie naburmuszeniem. Poważny to był Joker, Logan czy Mroczny Rycerz tak naturalnie z tematyki tych filmów, a tu jest na siłę pchany konflikt i wysranie się na jedna z najbardziej pozytywnych postaci w popkulturze w postaci Supermana. Dobrze, że w mcu Cap nie był taką karykaturą i nikt nie wstydził się pokazać, ze to taka a nie inna postać. Do tego film choruje na bardzo poważny syndrom wczesnych filmów dceu, czyli teasownie 20 rzeczy na raz. Czego tam nie ma. Wizje z Darkseidem, złym Supermanem, Wonder Woman, JL, Flashpoint. Naprędce zrobiona śmierć Supermana, też nie jest dobra, przecież to w porównaniu ze śmiercią Starka spływa po widzu.