Dajcie znać czy dobre, jak już ktoś przeczyta. Bo się zastanawiam.
Właśnie skończyłem.
Po pierwsze - komiks ten jest gigantyczny, robi to wrażenie. Grzbiet jest ok, trochę trzeszczy, ale nie jest to poziom Spectacular Spider-Man od Muchy. Znacznie niżej oceniam brak folii, bo oczywiście okładka jest styrana od pierwszej styczności.
Po drugie - komiks ten ma naprawdę interesujące rysunki, utrzymane w dość mangowym stylu. Styl rysunków jest spójny przez cały komiks, ale niektóre rozdziały kolorowane są inaczej i to robi świetną robotę wizualnie. Ogólnie mamy tu dość szczegółową kreskę jeśli chodzi o tło, zwykle jest na co patrzeć. Postaci są dość charakterystyczne, głowni bohaterowie to już w ogóle

kadry z końcowych części komiksu oglądało mi się już niemal z zachwytem. Natomiast rysunki nie boją się krwi, flaków, sponiewieranych ciał. Ewidentnie nie dla młodych.
Fabularnie jest ciekawie, intryga rozkręca się w raczej powolnym tempie, ale o dużej skali. Trudno mi coś powiedzieć o tym więcej, żeby nie zdradzać elementów fabuły. Powiedziałbym, że ten komiks jest mało subtelną krytyką imperializmu (z naciskiem na ten amerykański).
Podsumowując Mutafukaz mnie nie zawiodło, spędziłem trzy fajne (choć pewnie nie "przyjemne"

) wieczory w Dead Meat City. Rysunki na bardzo interesującym poziomie, fabuła ciekawa.