Ale lokalizacja to dość często używana strategia tłumaczeniowa, która nie jest niczym szczególnie oryginalnym. Przezroczyste tłumaczenie na współczesną polszczyznę również nie jest dobrym podejściem, jeśli autor oryginału archaizuje język, bo wtedy tłumacz faktycznie dokonuje daleko posuniętej ingerencji, istotnie zmieniając wydźwięk tekstu. Stylizacja na język sienkiewiczowski wydaje mi się dość standardowym posunięciem, bo jest to łatwy do odkodowania, znajomy większości czytelników punkt odniesienia, choć rzeczywiście o tyle kłopotliwy, że już Sienkiewicz stylizował swe teksty na staropolszczyznę przez użycie gwary podhalańskiej, więc tutaj mamy stylizację stylizacji.
Z drugiej strony jasne, że takie strategie niosą zagrożenie, że tłumaczenie będzie trudniejsze w lekturze niż oryginał, jak w przypadku Masona i Dixona Pynchona, gdzie polski tekst jest stylizowany do granic możliwości, a przez angielski oryginał przy całym jego skomplikowaniu się ponoć płynie (ale nie wiem, nie porwałem się jeszcze na to wyzwanie). Przykładem skutecznego wykorzystania takiej strategii byłoby tłumaczenie Krzysztofa Bartnickiego Portu hwjezdnego Topjo, gdzie tłumacz przełożył orkadzki, szkocki i angielski na gwary pomorskie (w przypisie umieszczając przekład na bardziej klasyczną polszczyznę).
Nie mam jednak pomysłu, jak lepiej oddać realia językowe feudalnej Japonii przy zachowaniu stopnia archaizacji tekstu. Ja kupię na pewno pierwszy tom, bo jestem ciekaw, jak to wypada całościowo, a poza tym Mandioce jednak ufam i byłoby mi żal, gdyby wtopili na tych mangach.
Wolę przezroczyste tłumaczenia. Są tysiące, dziesiątki tysięcy książek, których fabuły osadzone zostały w rozmaitych okresach historycznych, w których mówiono inaczej niż w czasach, w których powstawały, a napisane zostały mową współczesną autorów i tak też je przetłumaczono.
Czy Umberto Eco pisząc Imię róży, stosował archaizmy? Nie, nie stosował. Nie tylko on ich nie stosował. Czy jest to problem? Nie, to żaden problem. Bowiem czytając Imię róży wiem, że bohaterowie rozmawiają ze sobą tak, jak powinni rozmawiać ludzie w XIV w. Tak samo, nie oczekuję, że opisany będzie dokładnie każdy liść, źdźbło trawy, kamień na drodze, cegła w murze, dźwięk i głos w tłumie, czy zapach w powietrzu, by wiedzieć, że tam są, rozbrzmiewają i się roznoszą.
Wolę zatem przekład przezroczysty, niż siłowo inkorporowaną gwarę kaszubską, śląską lub góralską, ponieważ z nich wiele nie zrozumiem, a poza tym towarzyszy mi tu wrażenie bezsensowności zabiegu, który i tak nie odda realiów średniowiecznej feudalnej Japonii, ponieważ tego się zrobić nie da. Z przekładu współczesnego zrozumiem wszystko, i to jego największy atut.
Chyba że mówimy, o takim potocznym, uproszczonym archaizowaniu, z waćpanami, bieżaj, onegdaj itd. Takie przekłady mogą być stosowane, jakiś tam efekt odniosą, będą zrozumiałe i nie będą męczyć. Mam tu na myśli dialogi. Zupełnie inną kwestią jest, gdy cała powieść jest tak napisana, np. "Riddley Walker" Russela Hobana.

o ile dobrze zrozumiałem, tak wygląda całość, bez względu na osobę narratora. Tutaj przekład mowy przyszłości, na dzisiejszą byłby kontrowersyjny, i najlepszym wg. mnie rozwiązanien byłyby dwa przekłady, wierny i współczesny. Generalnie jednak, przed tak napisanym postapo, pierzcham jak najdalej, czym prędzej umykam. :-)