Tu zapewne chodzi też o poczucie dysproporcji w sprawiedliwości. Czytelnik musi harować by mieć na komiksy. Recenzent dostaje komiksy za darmo, odwala recenzję na odpieprz, potem sprzedaje te komiksy, więc ma de facto hajs, który nie wydaje na komiksy, no bo je ma za darmo. Coś jak przewalanie 500+ na własne potrzeby, nie dzieci 
A więc gdyby tak zwracać recenzenckie egzemplarze? 
Za darmo to co najwyżej można dostać guza na oko. Za darmo dostaje się komiksy w prezencie. Recenzent, jaki by nie był - piszący lepiej lub gorzej, musi poświęcić czas, zrobić research, napisać tekst. To nie jest 5 minut (choć znam takich, co podchodzą olewająco do sprawy i wygląda to właśnie tak). Wrzucasz wszystkich do jednego wora. Wydawnictwo komiksowe niegdyś stemplowało komiksy, na wewnętrznej okładce był stempel, że to egzemplarz recenzencki. Podobnie robiła Fabryka Słów - wysyłała książki jeszcze nie po ostatecznym składzie i zazwyczaj z roboczą okładką. I to jest bardzo zdrowe i właściwe podejście do tematu. Nie ma czegoś takiego jak dysproporcja w sprawiedliwości. Tu już płyniesz w kierunku bzdur. Nikt ci nie broni założyć bloga/portal i go wypromować, aby ubiegać się o egzemplarze do recenzji czy nawet przesłać swoje CV do Onetu czy WP z prośbą o angaż i chęć pisania recenzji za egzemplarze. Nie wiem, jak jest teraz, ale kiedyś ci najwięksi gracze na rynku, czyli Onet, WP, a pewnie i ktoś jeszcze (kiedyś Stopklatka, ale to przy filmach) płacili za napisanie recenzji. Typowe zlecenia. Podejmujesz się jakiejś pracy - w tym przypadku napisania recenzji, gdy zostanie ona zatwierdzona, dostajesz wynagrodzenie. Także nie pisz o dysproporcjach tylko aplikuj i próbuj swoich sił w recenzowaniu.