Jaki był dziki zachód, każdy wie. Piach w oczach, smród potu, odór z zębów, tony alkoholu, świst kul i saloony pełne kobiet lekkich obyczajów. Kogoś okradli, innego zabili, a jeszcze ktoś inny obrabował bank i musi uciekać przed szeryfem. Normalny dzień w biurze. Aż tu nagle, ktoś tę męską idyllę postanowił zepsuć, dając kobietom broń...
"Ladies with guns" to kino Tarantino w komiksie. Dostajemy brutalny taniec przy akompaniamencie lecących kul i lasek dynamitu. Całość doprawiona feministycznym wokalem pięciu protagonistek, gdzie każda zaznała brutalności świata zbudowanego przez testosteron. Uspokajam jednak gorączkowo reagujących na kolejny manifest jajników. Ten komiks to downhill akcji bez hamulców i pomimo opowieści o piekle kobiet w tle, akcja nie zwalnia ani na sekundę. Rzeczywistość naszego świata zastanego jest niezwykle brutalna, jednak to nie może dziwić. Mówimy o czasach, kiedy rządziły pełne magazynki, a porachunki załatwiało się na śmierć i życie. Ten świat nie został zbudowany na miękkich zasadach. Rządzi prawo pięści i dość szybko każda z bohaterek się o tym przekonuje.
Jestem zachwycony rysunkami w tym komiksie. Kreska Anlor (właściwie Anne-Laure Bizot) zrobiła znakomitą robotę, serwując plansze świetnie komponujące się z tonacją scenariusza. Dynamizm kadrów jest rewelacyjny, emocje na twarzach niezwykle wyraziste. Dizajn postaci wypada równie dobrze. Każda ma charakterystyczny wygląd i bez problemu rozpoznamy je wśród rozwałki i tony krwi. Kolory uderzają nas po oczach, niczym pełne słońce nad Teksasem.
Scenarzysta, Oliwier Bocquet, dał nam kawał porządnego akcyjniaka. Pomieszanie płci na klasycznej westernowej szachownicy sprawiło, że historia nabrała kolorytu i poza akcją daje nam uczucie obcowania z historią, która ma coś więcej do przekazania. Pierwszy tom jest wypełniony akcją, przez co jedynie liznęliśmy głębi postaci. Bardzo liczę na to, że kolejne tomy pozwolą nam uderzyć mocniej w te poważne tony historii.
MOJA OCENA 7️⃣/🔟