W sumie rozumiem osoby, które podejrzliwie podchodzą do "Achtung Zelig!". Gdy się temu przyjrzeć bliżej, to komiks ten składa się z ciągu żartów i dekonstrukcji. Nie ma tam scenariusza, ale jest pomysł, klimat i warsztat. No właśnie: to jest przede wszystkim majstersztyk Gawronkiewicza. Pamiętam jak oglądałem pierwsze plansze w AQQ w 1993 i to był efekt WOW (w małym formacie i w średniej jakości).
Jest tam jedna warstwa która – mam wrażenie – zrozumiała jest dla osób ukształtowanych za PRL. Ktoś, kto nie wychował się na Czterech pancernych, historiach o bohaterskich partyzantach AL i innych produktach propagandowych tego nie wyłapie. Ale to tylko jedna warstwa. Mimo, że komiks ten powstał w określonym miejscu i czasie, to w swojej takiej oniryczności wyrasta poza ten kontekst.
Przy okazji to jest apogeum podejścia z lat ’90. To był czas wielkich i ambitnych planów na cykle komiksowe liczące wiele tomów (vide „Miasto trędowatych” Birka), z czego nic właściwie nie wyszło. Że posłużę się cytatem z recenzji sprzed dwudziestu lat: „Przy tych wszystkich zachwytach, pamiętajmy jednak, że „Achtung Zelig! Druga wojna” to zaledwie część opowieści, początek odysei, dopiero zarysowanie głównych postaci. Aby ocenić całość trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Miejmy nadzieję, że nie zbyt długo.”
No właśnie, to jest dokument z czasów, gdy pojawiło się kilku bardzo utalentowanych twórców, którzy już-za-chwilę-już-za-moment mieli zastąpić uznanych komiksiarzy z czasów PRL zasypując nas arcydziełami. A proza życia spowodowała, że wylądowali w agencjach reklamowych (gdzie mam nadzieję zarobili godne pieniądze).
Jak dla mnie arcydzieło. Mam francuską wersję w kolorze, ale oczywiście to wydanie również biorę. Gdyby się pojawiło czarno-białe, powiększone wydanie na offsecie, też bym wziął. To jest komiks, który zasługuje na jakiś rodzaj Artist’s Edition.