Conor Stechschulte – "Ultradźwięki"Wydane pod koniec zeszłego roku "Ultradźwięki" intrygowały mnie już jakiś czas. Mimo, że nazwisko autora nie mówiło mi zupełnie nic, uwagę przykuwała intrygująca okładka i przykładowe plansze, a całkiem niezłe opinie jedynie wzmagały ciekawość. Chociaż jednak nosiłem się z zakupem, mało brakowało, a dalej bym zwlekał, bo miałem w planach zabrać się najpierw za inną pozycję od Mandioki, czyli drugiego "Alacka Sinnera", i właściwie tylko przesunięcie jego premiery sprawiło, że pierwszy do koszyka wpadł komiks Conora Stechschulte. Nie mogę natomiast powiedzieć, żebym żałował, bo tytuł okazał się bardzo interesujący.
Fabuła rozpoczyna się jak dziwna obyczajówka, by zgodnie z zapowiedzią na okładce szybko zamienić się w historię psychologiczną, która ciążyć będzie w kierunku thrillera i SF. Aczkolwiek o samej fabule nie chciałbym mówić za wiele, bo warto ją poznać samemu i indywidualnie odkrywać kolejne szczegóły. Na pewno nie jest to prosta komiksowa narracja, tylko tytuł wymagający koncentracji i trochę wysiłku intelektualnego. Autor długo odsłania karty i niczego nie podaje na tacy, przez co lekturze towarzyszy poczucie zagubienia, które potęguje niepokój i paranoidalny klimat. Po czasie okazuje się, że w tym pozornym chaosie jest pewien klucz, trzeba go jednak zdekodować samemu, a gdy tak już się stanie, wszystko zaczyna wskakiwać na właściwe miejsca. Mimo to jestem przekonany, że wszystkich niuansów nadal jeszcze nie wyłapałem i sądzę, że jest to pozycja, którą realnie warto za jakiś czas sobie powtórzyć. Co nie znaczy, że już jedna lektura nie będzie satysfakcjonująca, bo na pewnym etapie trzon opowieści staje się jasny, ale jestem przekonany, że powrót do tego tytułu będzie wartościowy i rozjaśni kolejną warstwę niedopowiedzeń. Ja kompletnie nie mogłem się odciągnąć i wchłonąłem całość w bardzo szybkim tempie, cały czas pozostając w zaciekawieniu i oczekiwaniu tego, co będzie dalej.
Co również warto odnotować, to że autor nawet na moment nie zapomina, jakim medium operuje i w pełni korzysta z tego, co może z niego wyciągnąć. Zawsze doceniam, jeśli rysunki w komiksie nie są tylko nośnikiem fabuły, która bez przeszkód mogłaby być przedstawiona w formie książki czy filmu. Lubię, gdy twórcy wykazują się kreatywnością, dzięki czemu dana historia faktycznie czerpie z tego, że jest opowiadana jako narracja graficzna i przeniesienie jej do innego medium by to zubożyło, a tak właśnie jest w przypadku "Ultradźwięków". Scenariusz koresponduje tutaj bezpośrednio z oprawą wizualną, która pełni integralną rolę w przebiegu historii. Stechschulte ma specyficzny styl rysunków – te raz są bardzo proste, raz pełne szczegółów – natomiast operuje nim naprawdę sprawnie i w żadnym momencie nie odniosłem wrażenia, żeby w kadrach czegoś brakowało. Przeciwnie, wszystko zdaje się tu mieć znaczenie, każda linia, spojrzenie czy zmiana wyrazu twarzy postaci. Autor pisze, że zaczął ten komiks tworzyć już w 2012 roku, a całość zajęła mu blisko 10 lat, i to widać w skali dopracowania, jaką może się ten tytuł pochwalić.
Brawa należą się także polskiemu wydawcy. O ile nie podobają mi się wszystkie działania czy też komunikacja Mandioki, tak jakość edycyjna stoi u nich na najwyższym poziomie. W trakcie lektury stwierdziłem absolutny brak literówek (no dobra, jest jedna, którą popełnia sama postać i zaraz się reflektuje

), pomylonych dymków czy śladów słabej korekty. Żadnych przebarwień, rozmazań, stron upapranych jakimś proszkiem czy wycierających się okładek. Da się? Widać, że na niczym tu nie przyoszczędzono – komiks ma niecałe 400 stron, a prezentuje się okazalej niż Epiki od Egmontu, które mają ich o 100-150 więcej. Wydanie pierwsza klasa, ale co najważniejsze koreluje to z jakością jego zawartości. Według mnie bardzo ciekawa pozycja i na pewno warta uwagi spośród niedawnych premier.
Mocne 8/10.