Garth Ennis, Darick Robertson – "Fury Max – tom 1"Punisher w wykonaniu Gartha Ennisa – zwłaszcza ten w wersji Max – należy do grona moich absolutnie ulubionych komiksów. Zanim jednak światu została przedstawiona nowa odsłona Franka Castle’a, w imprincie Max ukazał się inny tytuł spod ręki twórcy "Kaznodziei". W 2001 Marvel opublikował 6-zeszytową miniserię tego autora poświęconą Nickowi Fury’emu, której akcja rozgrywa się w tym samym świecie, co późniejszy Punisher. Do postaci Fury’ego scenarzysta powracał jeszcze kilkukrotnie, poza napisaniem kolejnych dwóch poświęconych mu historii, umieszczając go także gościnnie w przygodach Franka. Jak do tej pory w Polsce mieliśmy okazję do zapoznania się tylko z pierwszym solowym projektem Ennisa z Furym, który blisko 20 lat temu wydała u nas nieodżałowana Mandragora. Teraz dzięki Egmontowi dostaniemy dwa pełne tomy poświęcone temu bohaterowi, z których pierwszy pojawił się kilka dni temu.
Miniserię z 2001 roku czytałem już kilkukrotnie (najpierw jeszcze w czasach Mandragory, ostatni raz kilka lat temu, gdy Egmont zbliżał się do końca Punishera Max), ale dopiero teraz faktycznie ją doceniłem, bo zawsze uważałem, że prezentuje poziom najwyżej średni. Na pewno jednak jest specyficzna i nie każdemu podejdzie, a Ennis niewątpliwie miał tu okazję, aby poszaleć w swoim stylu, do tego stopnia, że skrytykował go nawet Stan Lee. I rzeczywiście komiks stoi wulgarnością i ekstremalnie brutalną akcją, natomiast za tą fasadą kryje się drugie dno, bo całość ma bardzo gorzki wydźwięk, a Fury jest kapitalnie nakreślony jako postać mocno niejednoznaczna. To człowiek wywodzący się z innych czasów, aktualnie spychany na margines w organizacji, której od zawsze był uosobieniem, borykający się z samym sobą i sam nie do końca pewny swoich motywów. Mimo kontrowersyjnej otoczki można tu znaleźć dużo dramatu, co scenarzyście udało się dobrze zbalansować, dodatkowo podlewając całość mnóstwem czarnego humoru. Dodajmy do tego naprawdę udaną oprawę wizualną spod ręki Daricka Robertsona i otrzymujemy w efekcie komiks bardzo solidny, który w mojej opinii sprawdza się w każdym aspekcie, który obiera. A nawet jeżeli styl nie każdemu podejdzie, to nie sposób odmówić tej pozycji charakteru.
Nieco inaczej ma się sprawa z powstałym kilka lat później "Fury: Peacemaker". Opublikowana oryginalnie w 2006 roku historia jest co prawda dziełem tych samych twórców, ale znacząco odbiega od poprzednika. Jest też powodem, dla którego do tytułu edycji zbiorczej należałoby dodać gwiazdkę, gdyż tak naprawdę pochodzi z linii Marvel Knights, co szybko się uwidacznia. Całość jest dużo bardziej konwencjonalna, a Ennis zdecydowanie utemperował swoje pióro, przez co brakuje tu czegoś, co mogłoby tę opowieść wyróżnić. Scenariusz sam w sobie też jest dosyć nijaki. Konstrukcja fabuły jest rwana, a dwa początkowe zeszyty są zbyt mocno oderwane od reszty, przez co zabrakło mi tutaj jednej, konkretnej historii, którą chciałoby się śledzić – nie pomaga też fakt, że z początku w kadrach sporo jest pustej przestrzeni, a akcja słabo angażuje, bo zbyt szybko leci do przodu, nie prezentując przy tym żadnej ciekawej fabuły. Szkoda, bo momentami faktycznie można poczuć ten klimat kina wojenno-przygodowego sprzed kilku dekad, no ale są to tylko momenty. Akcja "Peacemakera" rozgrywa się w czasach II wojny światowej, więc mamy tu do czynienia z dużo młodszym bohaterem, jednak do jego przedstawienia też mam trochę wątpliwości. Tak jak Fury z pierwszej miniserii był niejednoznaczny, ten tutaj wydał mi się nazbyt jednowymiarowy, a w pewnym momencie ukazany w zdecydowanie zbyt negatywnym świetle – i w gruncie rzeczy niepotrzebnie, bo do treści to nic nie wniosło, a sądzę, że lepiej by się to spinało, gdyby przedstawiono go jako postać, która z biegiem lat nabrała innego spojrzenia na świat, a tak prezentuje się dosyć kreskówkowo. Również warstwa graficzna jest rozczarowująca, a kreskę Robertsona odebrałem jako dużo mniej staranną i pozbawioną szczegółów, które zwracały na siebie uwagę w poprzedniej historii.
Całościowo więc tom wypada lekko przeciętnie, ale jak najbardziej warto się z nim zapoznać ze względu na pierwszą połowę oraz w roli podbudowy pod – jak wskazują wszelkie znaki na niebie i ziemi – dużo lepszy tom drugi. Wydanie samo w sobie jest porządne i zostało ładnie dopasowane do egmontowskiej serii Punishera, dzięki czemu całość ładnie komponuje się na półce. Jest natomiast pewna zmiana, którą zauważyłem w stosunku do wersji Mandragory, a która niezbyt mi się spodobała, czyli tłumaczenie ksywki jednego z antagonistów. Oryginalne FuckFace zmieniono na Morduchna, co w sumie nawet by mi nie przeszkadzało, bo pierwowzór zbyt lotny nie jest (uprzedzam też pytania – w komiksie nie ma żadnej cenzury i przekleństwa latają aż miło), niemniej w czasach Mandry niezapomniany Orkanaugorze wzbijał się na wyżyny kreatywności, co zaowocowało tym, że głównemu złemu towarzyszył dużo bardziej kwiecisty Jeboryjow. No ale to oczywiście głupota, która nijak nie przeszkodziła mi cieszyć się tą historią.
"Fury" 7/10, "Fury: Peacemaker" 5/10 – dla całości myślę, że 6/10.