Nalo Hopkinson, Dan Watters, Dominike "DOMO" Stanton – "Sandman Uniwersum: Dom szeptów – tom 1: Moc podzielona"
Nalo Hopkinson, Dan Watters, Dominike "DOMO" Stanton – "Sandman Uniwersum: Dom szeptów – tom 2: Ananse"
Nalo Hopkinson, Dan Watters, Dominike "DOMO" Stanton, Matthew Dow Smith – "Sandman Uniwersum: Dom szeptów – tom 3: Obserwatorzy"Nadrobiłem kolejną serię z "Sandman Uniwersum". "Dom szeptów" Nalo Hopkinson (od piątego zeszytu pisany wspólnie z Danem Wattersem) był komiksem, który wydawał mi się najmniej interesującym spośród czterech pierwotnie rozpoczynających ten projekt, choć paradoksalnie jako jedyny oferował coś faktycznie nowego i nie był tylko kolejną odsłoną ugruntowanego już tytułu. Cykl autorstwa pochodzącej z Jamajki autorki, która do tej pory zajmowała się generalnie prozą, a "Dom szeptów" jest jak na razie jej jedyną przygodą z narracją graficzną, wprowadza do Śnienia nowych bohaterów, którzy nieco odświeżają ten świat, bo eksplorują raczej nieobecny u Gaimana krąg afroamerykańskich wierzeń.
Na całość składają się 22 zeszyty zebrane w 3 tomach. Pierwszy jest ciekawy głównie pod względem tego, co wprowadza do mitologii Sandmana, czyli właśnie sięgnięcia po domenę voodoo. Centralną postacią serii jest posiadająca kilka oblicz bogini miłości Erzulie, która wraz z towarzyszami oraz podlegającemu jej Domowi Szeptów, zostaje na skutek pewnego wydarzenia uwięziona w Krainie Snów. O ile sama otoczka, jak i interakcje pomiędzy tymi postaciami a mieszkańcami Śnienia są ciekawe, o tyle samą historię napisano w niezbyt porywający sposób. Akcja toczy się dwutorowo – równolegle śledzimy przebieg rozwijającej się w realnym świecie epidemii, za którą odpowiada siostrzeniec Erzulie – co samo w sobie poprowadzone jest solidnie, jednak fabuła nie wybija się ponad poprawność, a lekturze brakuje emocji czy zaangażowania ze strony czytelnika. Niektóre momenty były dla mnie nieprzekonujące, główny przeciwnik wypada blado, dialogi kuleją, a scenariuszowi zabrakło polotu, żeby na dłużej mnie zainteresować. Aczkolwiek jako wstęp wypada to przyzwoicie i mimo wszystko daje nadzieje na ciekawsze rozwinięcie.
Które faktycznie następuje, bo drugi tom podobał mi się zdecydowanie bardziej i uważam, że jest najlepszą częścią tej serii. Tym razem osią historii jest spotkanie bohaterów z tytułowym Anansem, afrykańskim bogiem-pająkiem, panem opowieści, a także wielkim oszustem. Potyczka z nim jest dobrze poprowadzona, ma taki baśniowy charakter i mocno koresponduje z klimatem klasycznego "Sandmana", a jej rozwiązanie okazuje się całkiem pomysłowe. Dodatkowym urozmaiceniem jest wprowadzenie do fabuły pewnej postaci z oryginalnej serii, która dostaje tutaj trochę czasu dla siebie i staje się ważnym elementem scenariusza. Fragmenty dotyczące tego bohatera są tymi najbardziej godnymi uwagi poza samym konfliktem z Anansem, a kilka momentów w tym tomie było bardzo nieprzyjemnych i mocno oddziałujących na psychikę – chociażby niektóre sceny z otwierającego zeszytu, który zapadł mi w pamięć chyba najbardziej spośród całego "Domu szeptów".
Na tym etapie byłem już więc nastawiony całkiem pozytywnie, niestety później seria zalicza zjazd i wraca do niezbyt wygórowanego poziomu. Ostatni tom mnie wymęczył, moje zainteresowanie zaczynało stopniowo spadać, a lektura kolejnych zeszytów na tyle dłużyć, że całość doczytałem właściwie z obowiązku. Wątki poboczne niezbyt mnie interesowały, główna historia przestała angażować, za to zaczęła się robić naciągana, a postacie stały irytujące. Nie pomógł fakt, że niektóre motywy są odtwórcze w stosunku do tego, co już widzieliśmy zaledwie kilka numerów wcześniej, a w pewnych momentach logika wydarzeń zdaje się gdzieś umykać. Do tego autorzy cały czas wprowadzają nowe koncepty, co wydało mi się już trochę na siłę, ponownie sięgają też po znane tuzy z uniwersum Vertigo – jednak tym razem ich obecność w fabule nie była dla mnie tak interesująca. W ogólnym rozrachunku trzeci tom czytało mi się najsłabiej i kiedy już nadszedł upragniony finał, nie pozostała we mnie żadna chęć do dalszego śledzenia losów tych postaci.
Pod względem rysunków jest różnie. Czasem lepiej, czasem słabo (czasem bardzo słabo), a w przeważającej większości mocno średnio. Za większość grafiki odpowiada Dominike Stanton, którego nieco kreskówkowy styl niezbyt przypadł mi do gustu. Część plansz jest faktycznie udanych, ale zasadniczo nie podoba mi się jego kreska. Bohaterowie nieraz wyglądają karykaturalnie, a projekty tych bardziej fantastycznych postaci nie robią wrażenia – brakuje w nich finezji, są nieciekawe i zbyt dosłowne. W niektórych miejscach rysunki Stantona uzupełniają inni twórcy i prawdę powiedziawszy każdy taki występ podobał mi się bardziej niż to, co zrobił główny artysta. Z innych nazwisk największy udział ma Matthew Dow Smith, który samodzielnie nakreślił dwa zeszyty i kilka innych fragmentów, i to jego prace najbardziej podobały mi się w "Domie szeptów". Innym wartym uwagi elementem są okładki, które zwłaszcza w trzecim tomie są udane – ze szczególnym wskazaniem na tę autorstwa Davida Macka oraz kilku spod ręki Marcia Takary.
Także "Dom szeptów" to jednak komiks przeciętny. Miewa co prawda dobre momenty i sięga po interesujące motywy, ale nie wykorzystuje potencjału, który postacie i wierzenia przewijające się w tej historii niewątpliwie mają. Ich wprowadzenie do świata "Sandmana" wypada przyzwoicie, natomiast gdyby trochę to doszlifować zarówno pod kątem scenariusza, jak i rysunków, efekt mógłby być naprawdę satysfakcjonujący. A tak dostajemy tytuł w porywach niezły, prezentujący bardzo średni poziom pisarski, do którego jak się wydaje dostosowała się też oprawa graficzna. Na pewno jest to również pozycja mocno progresywna i widocznie ukierunkowana w jedną stronę, a więc osoby, dla których takie wątki są odrzucające, muszą być gotowe, że sporo ich tu będzie się przewijać. Jako całość stoi to przynajmniej poziom niżej niż "Śnienie" Spurriera – nadal można poczytać, choć jeśli ktoś nie jest fanem, to raczej niczego nie straci.
Tomy 1 i 3 – 5/10; tom 2 – 6/10; jako całość – 5/10.