Autor Wątek: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi  (Przeczytany 69820 razy)

0 użytkowników i 2 Gości przegląda ten wątek.

Offline LordDisneyland

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #45 dnia: Pt, 05 Kwiecień 2019, 11:57:51 »
Jeden? Gasconie2000, jak ci się to udało? Powinienem się do ciebie na kurs jakiś zapisać.... :D
Mam wrażenie, że znakomity Vision może się dla Kinga okazać takim tomem, z którego może być dumny, ale może go i znienawidzić. Wszystko będzie porównywane do tego świetnego tytułu- i facet może stawać na rzęsach, a my będziemy pisać "No więc...no dobry to jest komiks, ale wirzyn to to nie jest " ;)

Offline Gascon200

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #46 dnia: Pt, 05 Kwiecień 2019, 14:57:50 »
Jeden? Gasconie2000, jak ci się to udało? Powinienem się do ciebie na kurs jakiś zapisać.... :D
Mam wrażenie, że znakomity Vision może się dla Kinga okazać takim tomem, z którego może być dumny, ale może go i znienawidzić. Wszystko będzie porównywane do tego świetnego tytułu- i facet może stawać na rzęsach, a my będziemy pisać "No więc...no dobry to jest komiks, ale wirzyn to to nie jest " ;)


Ostatnio zamiast kupować tyle komiksów, więcej czytam w bibliotece :> no i też nadrabiam przez to sporo rzeczy, polecam dla tych, którzy mieszkają w większym mieście.
Co do porównania - możesz mieć rację, ale King to dla mnie trochę taki Loeb, zrobił mnóstwo dobrych komiksów, ale średniaki czy złe komiksy też mu się nierzadko zdarzają.

Offline laf

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #47 dnia: Śr, 10 Kwiecień 2019, 11:57:12 »
Marzec za pasem, a u mnie luty ciągle nie podsumowany. No to lecimy z lutowymi lekturami.

Lektury: Hercules (SBM), Wojów trzech (SBM, drugie czytanie), Cloak i Dagger (SBM), Zabij albo zgiń t. 1-4 (NSC), JLA: Rok pierwszy cz. 1 i 2 (WKKDC, drugie czytanie) oraz Thorgal t. 3-6 - łącznie 13. Wychodzi mi, że mam nowy rekord czytelniczy, bo wcześniej najwięcej przeczytanych tomów w miesiącu było 11.  8)

Najlepszy Zabij albo zgiń (cała seria). W moim skromnym zestawieniu najlepsza seria wydana w 2018 roku (Punisher, przepraszam Cię; mam nadzieję, że za bardzo Ci się nie narażę  ;)). Głównego bohatera opowieści, Dylana, poznajemy w sytuacji, w której zapewne większość z nas się znalazła – w momencie totalnego zagubienia i braku odnalezienia swojego miejsca w życiu, co prowadzi do próby samobójczej. Z opresji ratuje go tajemnicza postać, która okazuje się bliżej nieokreślonym demonem i w zamian za pomoc wymusza na Dylanie zabijanie co miesiąc jednej osoby. Oczywiście można psioczyć na takie nadnaturalne rozwiązanie (Phi, demon? Daj spokój, jakieś bzdury!), ale cała otoczka stworzona wokół demona i jego tajemniczość zostały przez Brubakera rozegrane naprawdę koncertowo. Poza tym jak dla mnie nie była to główna oś fabularna, autor skupia się przede wszystkim na rozterkach jakie trawią Dylana oraz metodycznym doborze ofiar i planowaniu przez niego kolejnych zabójstw. Oczywiście w trakcie trwania serii sprawy się komplikują, a na trop bohatera trafia ambitna policjantka. Z kolei w tle mamy zwyczajne życie młodego człowieka i jego przyjaciółki, które również nie jest statycznie i ewoluuje wraz z bohaterami i całą akcją. Muszę przyznać, że wszystko tutaj gra i jest na swoim miejscu: zawiła fabuła i odkrywanie kolejnych tropów dotyczących demona, interakcja głównego bohatera z czytelnikami, wciągająca fabuła (cały czas zastanawiałem się, jak Dylan wybrnie z kolejnej scenariuszowej pułapki) i kapitalne rysunki. 10/10.

Najgorszy Hercules. Kolejna naparzanka bez ładu i składu, a do tego jeszcze standardowy w tej kolekcji początek dłuższego runu. Tak naprawdę już nie pamiętam o co tam chodziło, bo męczyłem się z lekturą strasznie. Zdecydowanie lepszy (chociaż również głupiutki i naiwny) był numer archiwalny, w którym mamy debiut Herculesa w klasycznym wydaniu. Ogólnie szkoda słów.

Zaskoczenie na plusWojów trzech. Co do zasady nie oceniam wcześniej przeczytanych komiksów jako „zaskoczenie” (bo w końcu czym mogą mnie zaskoczyć), ale lektura tego komiksu okazała się tak przyjemnie spędzonym czasem, że nie mogło go zabraknąć w moim zestawieniu. W obu historiach zawartych w tomie mamy humor, przyjacielskie interakcje głównych bohaterów, humor, ciekawe przygody na styku realnego i mitologicznego świata, humor i epickie bitwy. A wszystko okraszone wyważoną dawką humoru. A do tego pierwsze spotkanie Wojów trzech. Uwielbiam tych trzech trzpiotów już od czasów kapitalnych Opowieści z Asgardu, a ten komiks tylko podsycił moją sympatię do nich.

Zaskoczenie na minus – brak.

Offline LordDisneyland

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #48 dnia: Pt, 12 Kwiecień 2019, 23:24:35 »
Ta-dammm!   MARZEC 2019 MIESIĄCEM  BEZ CULBARDA !


Ech, co za życie.  W marcu komiksów kupionych 51, przeczytanych 23. Ciut mniej , niż w miesiącu ubiegłym, ale to porównywalne liczby.  Połowa zakupów po angielsku,  chyba nie bez znaczenia była tu tzw."sprawa MVRSM" ;)


1-  Najlepszy komiks zakupiony

"Hellblazer":  dwa  pierwsze tomy ze scenariuszami Delano oraz polska edycja z pierwszą częścią runu Azzarello.  Jestem w trakcie czytania pierwszego tomu i jest to lektura znakomita. Do tej pory Hellblazer był jednym z tych tytułów z najlepszych czasów Vertigo, które znałem słabo. Z jednej strony żałuję, że przez przeszło 20 lat nie sięgnąłem po te tomy, z drugiej strony- fajnie mieć coś klasycznego w zanadrzu  :) Styl pisania Delano uważam za znakomity, bardzo mi odpowiada. Daruję mu nawet niesprawiedliwą krytykę pani Thatcher ;) - sprawnie buduje atmosferę, tworzy naprawdę dobre dialogi. Choć ze wstydem przyznaję, że parę razy musiałem sięgać po słownik, niektórych gwarowych zwrotów nie sposób dziś zrozumieć [swoją drogą, to musi być jeden z tych cięższych scenariuszy do tłumaczenia].  A i  Ridgwaya też już polubiłem.....z tego co pamiętam, to w latach 90-tych zachwycony poznanymi dopiero co McKeeverem i Mignolą czy Fegredo, odstawiłem Hellblazera na boczny tor, bo właśnie rysunki uznałem za zbyt słabe :)
 Oj, dobrze jest czasem urządzić sobie podróż w przeszłość  i  nasycić pomysłami, które zmieniły świat komiksów na lepsze. Dla mnie Vertigo było i jest ważnym, jeśli nie najważniejszym wydawnictwem na rynku komiksów.  Rewelacyjny imprint, choć pamiętam im też te smętne "Vamps" :D
          Bardzo zadowolony jestem także z zakupu ,,Krzesła w Piekle", wygrzebanego gdzieś w outlecie. Egzemplarz okazał się być w lepszym stanie niż się spodziewałem, lubię takie miłe zaskoczenia. A zwlekałem z tym zakupem i zwlekałem- a to za drogo, a to inne komiksy wyszły i musiałem je mieć na już i na teraz...co się będę rozpisywał, wiecie jak jest.



2-  Najlepszy komiks przeczytany

"Zbyt cool, by dało się zapomnieć" Robinsona i ,,Stój..." Jasona przeczytałem niemal po sobie. Uderzyło mnie , jak prawdziwa jest ich diagnoza: dorosłość, która spada na nas w zasadzie nieoczekiwanie, jest jak wyrok, od którego nie sposób się odwołać. Smutne i depresyjne, ale zarazem doskonałe komiksy, po których długo pozostawałem w refleksyjnym nastroju...

3-  Najgorszy komiks zakupiony

Prawdopodobnie ,,Demoniczny detektyw". Błaha i byle jaka opowiastka. Najlepiej z tego komiksu prezentuje się okładka, a przecież i ona niepozbawiona jest rażących oczy błędów - wystarczy spojrzeć na litery w nazwiskach autorów...źle rozstawione, nie wygląda to dobrze, prawda? I już to powinno mi dać do myślenia. Niestety, kupiłem :)

4-  Najgorszy komiks przeczytany
W zeszłym miesiącu kandydatów niestety paru się zebrało. "Patsy Walker"- setka stron bzdur, "Demoniczny Detektyw", "Tetrastych",  "Prison Pit", ''Deadpool Kills Marvel Universe/ Killustrated"... po wszytkich tych lekturach miałem nieznośne wrażenie, że oto przez złe wybory straciłem czas i piniądz.  Chyba jednak Patsy był najcięższa do zniesienia.

5- Największe zaskoczenia - pozytywne i negatywne

Pozytywne- bardzo podobał mi się dwuzeszytowy  kryminał Rzecznika i Wicherka. ''Żona dyplomaty" i "Strzały na Służewcu" kupione przypadkiem w Dedalusie [ zakup z cyklu- "o, uciekł mi autobus, wejdę do środka tylko rzucić okiem" :) ] okazały się niezłym, pełnym humoru komiksem. Podobnie sprawa ma się ze  "Zbirem", którego 3 tomiki nabyłem w Centrum Komiksu- niewykluczone, że sięgnę po zbiorcze kobyły.

Najgorsza komiksowo chwila w kwietniu...naczekałem się na "Lovecrafta" Culbarda, ustawiłem sobie weekend, żeby nic nie przeszkadzało mi w lekturze, odbieram w empiku i...



i okazuje się , że wspaniale wydany przez SelfMadeHero tom ma rozdartą okładkę. Musiałem zrezygnować. Efekt ch...słabego pakowania, handełesy z empikowskiego molocha uznały, że grubaśne tomiszcze w twardej oprawie da sobie radę, jeśli zapakują je w najtańszą, ubożuchną kopertę bąbelkową. Zdarzyło mi się u nich kupić buty w zeszłym roku- te dla odmiany były opakowane pancernie , w 3 kartony, folie powietrzne itp, itd ;)
Ale byłem wściekły i rozczarowany  :/  . No nic, co prawda weekend był stracony, ale się nie poddaję, tym razem zamówiłem  ten tom w ŚwiecieKsiążki :)  Obaczym, co będzie.


No i to by było na tyle, jeśli chodzi o  moje pasjonujące :)  przygody  komiksiarza w marcu.  Cieszę się, że udało mi się zrobić podsumowanie jeszcze przed upływem kwietnia :D


PS - no nie, jednak nie koniec.

Jest jeszcze kwestia związana z bardzo dobrym swoją drogą  komiksem Delisle'a, "Zakładnik" .
U tego autora czasem - no, często- zaskakuje mnie głupota ludzi, tym razem nie mogłem uwierzyć, gdy przeczytałem, że pracownik  chyba "Lekarzy bez granic" po kilku miesiącach pobytu na Kaukazie nie jest w stanie rozróżnić  języka rosyjskiego od czeczeńskiego. Oznacza to najprawdpodobniej, że A- jest tępy, B- organizacja dobroczynna wysyła ludzi z łapanki, którzy nie znają języka i nie wiedzą nic o miejscu, do którego się udają, nie urządzając im jakichkolwiek szkoleń czy pogadanek o kraju przeznaczenia, C - nic z tych rzeczy, facet jest Francuzem, a dla nich to bez znaczenia, gdzie jadą i w jakim języku się tam mówi, chodzi przecież o pomoc tym tępym tubylcom.
O myślach drążących mózg bohatera w chwili, w której ma szansę dopaść AK-47, już nie chce mi się pisać.
Nie wiem,  jakoś wyjątkowo często mnie postaci u Delisle'a wkurzają, ale jego komiksy polecam  mimo to każdemu :)  I nie mogę się doczekać, by na półce wylądowała polska edycja jego poradników  dotyczących ojcostwa, które z dużą przyjemnością czytałem w zeszłym roku. Pan z wydawnictwa zapewniał, że komiks już za chwileczkę, już za momencik się ukaże.

Czego sobie i państwu życzę.

« Ostatnia zmiana: Pt, 12 Kwiecień 2019, 23:52:26 wysłana przez LordDisneyland »

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #49 dnia: So, 13 Kwiecień 2019, 16:07:39 »
Podsumowanie marca. W tym miesiącu dalej kontynuowałem nadrabianie Superbohaterów Marvela. Uwaga jak (prawie) zawsze pojawią się pewne SPOILERY:


1. Najlepszy:

   "SM Moon Knight" - Warren Ellis, Declan Shalvey.Na dobrą sprawę, ten komiks powinien wylądować w punkcie zaskoczenie na plus, niby czytałem na forum sporo pozytywnych opinii o nim a i Ellis z tego co go znam to fajny scenarzysta, natomiast miałem jakoś zupełnie inne wyobrażenia na temat tej pozycji. Sama postać nie jest specjalnie znana w naszym kraju, gdzieś tam się pojawił na drugim planie w kolekcji, gdzieś tam dawno temu w tm-semicu się przewinął na jednej planszy. Dowiadując się, że gość ma wieloraką osobowość, byłem przekonany że zobaczę coś w stylu oglądanego ostatnio serialu "Legion" w którym bohater co chwila przenosi się w inną scenerię w coraz to nowej postaci, scenarzysta głośno się drze "Hej ludzie patrzcie jaki on jest poj...y" a całość dosyć szybko robi się raczej męcząca. Natomiast Marc Spector alias Moon Knight stanowi do pewnego momentu jego całkowite przeciwieństwo zorganizowany, zdecydowany, skoncentrowany jest swego rodzaju kolażem Batmana, Punishera i Pogromcy Duchów, który za opłatą, albo i za darmo jak uzna że powinien potrafi zająć  się i ulicznymi opryszkami i duchami w nawiedzonym domu. Tyle, że do pewnego momentu właśnie, sam Marc ożywiony został przez egipskie księżycowe bóstwo Chonsu, został jego żywym wcieleniem na ziemi i dysponuje jego mocami. Cóż przynajmniej sam tak twierdzi, przez cały komiks ani razu nie widzimy śladu jakiegokolwiek działania tych mocy, z wyjątkiem momentu kiedy wdziewa boską zbroję aby ujrzeć dusze martwych, jednakowoż zbroja ta wygląda tak niedorzecznie (jakieś bandaże, które bohater pozrywał z mumii, coś w stylu łuskowego tonletu, , bransolety zapewne też pościągane z trupów i do tego coś co przypomina skamieniały dziób pterodaktyla założony na twarz), że bez trudu da się uwierzyć że Marc kompletnie ześwirował i biega po pustym domu gadając sam ze sobą. Rysunki Shelveya to coś fantastycznego, nie można powiedzieć żeby gość był fanem jakiegoś szokującego hiperrealizmu a twarze rysowane są w stylu kojarzącym się z animacjami, jednocześnie artysta jest na tyle utalentowany że bez trudu udaje mu się odwzorować emocje towarzyszące bohaterom, a jego zabawy kadrami i opisywanie za pomocą samego ich rozmieszenia historii są niezwykle udane. Moon Knight momentami nie jestem pewien czy zgodnie z intencjami autora,  ale raczej tak i z  powodu powodu jakiej techniki użytej (czy to sprawa kolorowania czy umieszczania w różnych warstwach), ale sprawia wrażenie jakby wyciętego z papieru i wklejonego w ilustrację przybysza z innego świata co znakomicie podkręca sugestywność schizofrenicznego klimatu i "inność" bohatera. Tak samo zresztą jak i kolory nałożone zależnie od opowieści w większości ciemne i depresyjne poprzez pastelowo jasne, aż po jadowicie jaskrawe. No i właśnie tutaj przechodzimy do clu programu. W zeszłym miesiącu przy okazji Elektry skarżyłem się nieco na to, że sztuka pisania pojedynczych zeszytów w których byłyby zawarte początek-rozwinięcie-zakończenie praktycznie w Marvelu i DC zdechła, w modzie teraz są rozdęte historie pisane na kilkanaście/dziesiąt zeszytów historie najlepiej krzyżujące się z innymi tytułami, tylko problem jest w tym że przy takiej ilości materiału bez problemu da się ukryć, że sama opowieść jest "o niczym", przyzwyczajając czytelnika na zasadzie oglądania serialu i patentu "a nawet jak dalej jest już lipton to i tak oglądnę do końca". Myślałem, że jestem odosobniony w tym, że brakuje mi krótkich komiksów które da się przeczytać w 5 minut, ale przyuważyłem na forum kilka osób, które ostatnio zwróciły na to uwagę, także cieszę się, że nie jestem sam. A tutaj otrzymujemy zestaw króciutkich jednozeszytowych, niejednoznacznych historyjek, które można bez problemu przeczytać w losowej kolejności w którym nasz bohater do którego szybko zaczynamy odczuwać zarówno sympatię jak i litość a i pewną dozę respektu będzie mierzył się z różnorakimi problemami, gdzie rysownik dostosowuje się stylem do tego co pisze scenarzysta a obydwaj zasługują na słowa szczerego uznania. Dwa kolejne tomy zakupiłem wcześniej od Egmontu, teraz czekam na wydanie serii Lemire. "Moon Knight" kolejnym komiksem, które przywracają mi wiarę w "nowożytne" superhero. 8+/10.


  "SM Cloak i Dagger" - Bill Mantlo, Rick Leonardi, ten komiks także powinien się znaleźć w punkcie poniżej ale ogólnie prawie wszystkie komiksy jakie przeczytałem w tym miesiącu były dla mnie pewnym zaskoczeniem a nie będę upychał wszystkiego w jednym miejscu. A więc kolejne dwójka, która jest raczej mało znana w naszym kraju, aczkolwiek nieco lepiej niż Moon Knight, kiedyś wystąpili już u nas w ramach Megamarvela "New Warriors" (raczej odmóżdżająca bijatyka) w bodajże Maximum Carnage, obejrzeć ich można w serialu (bohaterowie sympatyczni, ale na dobrą sprawę cały sezon był raczej usypiający), ja dodatkowo miałem ich spotkać na początku lat 90-tych w niemieckojęzycznym komiksie w którym jak pamiętam występowało kilkoro członków X-men. W każdym razie mamy do czynienia z pierwszą mini-serią z udziałem naszej parki jeszcze z początku lat 80-tych i ku mojemu zdziwieniu mamy do czynienia z dosyć mało typowym dla Marvela komiksem, a mianowicie czymś na kształt horroru. Tandy i Tyrone biegają po ulicach Nowego Jorku i mordują przestępców, muszę przyznać że w pierwszym momencie aż się zachłysnąłem szklanką wody "że co?" zapytałem, ano ścigają gangsterów odpowiedzialnych za ich stan oraz za mordercze eksperymenty na innych dzieciakach z zamiarem ich fizycznej eliminacji. Dagger zabija swoimi promieniami światła, Cloak wchłania ich swoim płaszczem karmiąc wewnętrzną ciemność, w pierwszym zeszycie będzie się starał ich powstrzymać z raczej marnym skutkiem Spider-man. W kolejnych będących właściwą serią, po dokonaniu zemsty, rozszerzą swoją "działalność" na wszelką inną uliczną szumowinę, czym zwrócą na siebie uwagę rudowłosej pani detektyw, która zostanie jednym z narratorów opowieści. Niebagatelną rolę w historii odegra też ksiądz w kościele którego będzie się chronić dwójka bezdomnych bohaterów. Skojarzenia z detektywistycznymi horrorami w stylu "Harry Angel", "The Believers", "Dark Angel" czy bliższego naszym czasom "I stanie się koniec" będą całkiem na miejscu. Mantlo w sumie niewielkim objętościowo komiksie (5 zeszytów) porusza całkiem sporo zagadnień, przygnębiająca nędza w centrach wielkich-bogatych metropolii, narkomania, ludzkie sępy żerujące na najsłabszych, granica przebaczenia, różnice w pojmowaniu moralności i etyki oraz dysonans pomiędzy prawem a sprawiedliwością (to mi wyszło). Fakt,że sporo też dzięki wspomnianej niewielkiej liczbie stron ale połknąłem ten tom w błyskawicznym tempie historia jest naprawdę wciągająca i porządnie napisana, chociaż lekko zawodzi ostatni zeszyt, którego większą część zajmuje rozszerzony origin postaci, przez co zakończenie traci na dramatyźmie. Co do grafiki, odpowiada za nią wedle wstępniaka początkujący rysownik i momentami widać te grzechy wieku młodzieńczego, natomiast ja całość oceniam bardzo pozytywnie, zwłaszcza naprawdę przyjemnie dla oka rysowaną Tandy Bowden i towarzyszące jej efekty świetlne. Co dosyć zabawne w niektórych momentach widać, że Leonardi musiał się spieszyć (o ile nie rysował tego ktoś zupełnie inny) i rysunki są tam nieco bardziej niechlujne i uproszczone i te kadry wyglądają fajniej niż te rysowane z większą pieczołowitością. Czyli, wciągający, niegłupi i przynajmniej mnie zaskakujący komiks w którym słychać echa millerowskiego Daredevila. Zdecydowane zaskoczenie, bo spodziewałem się właściwie nie wiem czego, chyba na dobrą sprawę niczego. Ocena 8/10.



2. Zaskoczenie na plus:

   "SM She-Hulk" - John Byrne. W sumie kolejne zaskoczenie, niby przy okazji slottowskiej She-Hulk w WKKMie było powiedziane, że większość komiksów z tą postacią zawiera sporą dawkę humoru, ale na coś takiego nie byłem raczej przygotowany.Byrne wygląda na prekursora (a przynajmniej na taką skalę) przełamywania czwartej ścianie w komiksach Marvela i robi to wcześniej niż znany z tego Deadpool i w o wiele większym zakresie. Jennifer Walters nie tylko dyskutuje z czytelnikiem, ale również i z autorem oraz wydawcami, ci również zwracają się prosto do czytającego a także rozmawiają między sobą za pomocą poumieszczanych na kadrach fiszek (najczęściej złośliwych przytyków). Daje to sporo możliwości do rysunkowych żartów w stylu, zielonowłosa pani prawnik przedziera się bezpośrednio przez kadry, prosi Byrne'a aby zamiast przedstawiania scen podróży przerysował ją bezpośrednio na inną scenerię aby nie spowalniać akcji, albo w samym środku bijatyki akcja przeskakując do innego wątku, gdy powraca zaskakuje bohaterkę i jej przeciwników w trakcie robienia sobie przerwy, a ci gdy zdają sobie sprawę że znowu są obserwowani wracają z powrotem do bijatyki. Motywów takich jest dosyć sporo i stanowią dobrą okazję do obśmiania gatunku superhero i samego komiksu wogóle z czego autor skrzętnie korzysta. W odróżnieniu od Deadpoola, nie tylko główna bohaterka jest świadoma że jest postacią wymyśloną, ale i kilka innych postaci (nie wszyscy, prym wiedzie sympatyczna nieco pulchna starsza pani, była gwiazda jednego z tytułów Timely Comics z lat 50-tych) również posiada taką wiedzę. Komiks składa się z krótkich osobnych historyjek, ale wyraźnie posiadających ciągłość w czasie. Jen będzie walczyć z kompletnie absurdalnymi przeciwnikami w większości sprawiających wrażenie pół-kretynów, zdaje się powyciąganymi z przepastnych archiwów Marvela (sama ostrzega, że wszystkie czarne charaktery w komiksie będą z 3 ligi i nie należy oczekiwać jakiegoś poważnego wyzwania). Spotka także na swojej drodze Spider-Mana (wielki plus dla Byrne'a za przerysowanie kreska w kreskę jednej z najbardziej ikonicznych ilustracji Todda McFarlane), Flintstonów, Robocopa, Misia Jogi, zwiedzi okolice Posępnego Czerepu znanego z He-Mana czy wyrwanej prosto z lat 50-tych kosmicznej przydrożnej knajpy drive-thru prowadzonej przez Tatuśka Kółko, co mniej więcej powinno dobrze zobrazować klimat całości. Rysunków Byrna komentować nie będę, bo oczywiste jest co można w komiksie zobaczyć, kto nie lubi jego stylu ten gapa (z jednym wyjątkiem, tak jak przepadam za klimatem lat 80-tych tak nie cierpię fryzur zwłaszcza kobiecych z tamtego okresu). Ergo, tak jak powoli słysząc "luźny marvelowski klimat z typowymi żartami" zaczynam odczuwać pewne dolegliwości żołądkowe, tak czytając ten komiks bawiłem się naprawdę dobrze. Nie da się raczej ryczeć przy nim ze śmiechu, ale klimat jest faktycznie luźny, a sporo żartów całkiem udanych. Kolejna historia o kuzynce Hulka, którą mogę z czystym sumieniem polecić. Ocena 7+/10.


    Drugie zaskoczenie:

   "SM Star-Lord" - Steve Englehart, Steve Gan, Chris Claremont, John Byrne/Keith Giffen, Timothy Green II, wiem że powtarzam się za każdym razem, ale nie mogę się powstrzymać a na dodatek ktoś może jeszcze nie wie. Toteż NIE PRZEPADAM ZA KOSMOSEM MARVELA (z wyjątkiem Jima Starlina, którego kocham jak Irlandię). To znaczy, nie jestem też jakimś anty-fanem i jestem w stanie przyznać, że kilka niezłych komiksów z tego zakątka uniwersum przeczytałem, natomiast sam temat jest dla mnie średnio interesujący i większości przypadków z wyjątkiem tego co było wydane w kolekcjach omijałem raczej te komiksy. Na dodatek w przeciwieństwie do sporej części kinomaniaków mam spore wątpliwości co do geniuszu "Strażników Galaktyki" Jamesa Gunna, uważając go za film całkiem fajny, ale ani wyraźnie lepszy, ani wyraźnie gorszy niż większość marvelowskich produkcji, także wyciągajac z paczki ten tom pomyślałem tylko "...eee...Star-Lord...eeee" i j*b go do szafy. W każdym razie przyszła pora go z tej szafy wyciągnąć i otwierając muszę przyznać, że poczułem się nieco dziwnie...otóż komiks okazał się czarno-biały. On wyróżnia się nie tylko brakiem kolorów, ale nietrudno też zauważyć, że postać jest mocno odmienna co znamy z filmu i aktualnych komiksów. O ile rozpoczynamy od originu postaci, który w sumie w ważniejszych szczegółach nie różni się od aktualnie obowiązującego, to sam Peter Quill jest o wiele poważniejszą postacią w zdecydowany sposób mocniej naznaczoną osobistą tragedią ze skłonnościami do agresji i napadów wściekłości oraz użalania się nad sobą, którą o ile jesteśmy w stanie zrozumieć to trudno ją polubić. Na dodatek Quill zostaje obdarzony przez jakiegoś kosmicznego czarodzieja kosmiczną mocą i wyposażonym w "żywą SI" statkiem kosmicznym co już zdecydowanie go odróżnia go od jego teraźniejszego wcielenia. W dalszych zeszytach historii stery po Engleharcie przejmuje Claremont i klimat się nieco poluźnia, natomiast dalej nie ma mowy o jakimkolwiek dowcipkowaniu, za to dwa czy trzy razy dojrzymy na twarzy Star-Lorda uśmiech. Z racji tego, że ciąg dalszy jest pisany nieco czasu później zdaje się mocno jest już inspirowany Star Wars oraz Star Trekiem. Kosmiczne bitwy, dziwaczni obcy, awanturnicze przygody, walka o wolność i demokrację w kosmosie - wiadomo o co chodzi. Historia kończy się w momencie, gdy Peter spotyka króla Sparty (jeszcze nie Spartaxu), dowiaduje się że jest jego synem, odrzuca perspektywę objęcia tronu i rusza w kosmos poszukiwać przygód. Rysunki zarówna Gana jaki Byrne'a w czerni i bieli prezentują się obłędnie dobrze, przeglądanie tego komiksu to czysta przyjemność. Jak ktoś ma ochotę na coś w stylu Flasha Gordona czy Out of this World to powinien zajrzeć do tego numeru. Drugą prezentowaną historią jest znacznie nowsza miniseria "Annihilation:Conquest - Star Lord", po raz kolejny naszło mnie "meh" ale jak przeczytałem, że za scenariusz odpowiada Giffen to morale zdecydowanie mi się podniosło. Gość ma u mnie do końca życia przyznane +2 do Charyzmy za Lobo a i Defenders w jego wykonaniu było bardzo dobre, zdecydowanie jeden z bardziej znanych i utalentowanych członków brytyjskiej "nowej fali" w Marvelu. I tym razem nie zawodzi znowu, te 4 zeszyty przedstawiają historię powołania pierwszej wersji drugiego składu grupy. Motyw zaczerpnięto z "Parszywej Dwunastki" czyli uwięziony przez Kree, Peter Quill dostaje propozycję ze zbioru tych nie do odrzucenia całkowitej amnestii w zamian za wykonanie samobójczej misji infiltracji tajnej placówki badawczej borgopodobnych Phalanxów. Odział swój rekrutuje spośród innych więźniów i w skład jego wejdą Racoon z Grootem (ku memu zdziwieniu posługującego się o wiele bardziej wyszukanym słownictwem niż I'm Groot), Mantis, insektopodobny Bug, beznogi weteran Afganistanu Kapitan Wszechświat oraz wojowniczka Shi'ar Deathcry. Muszę przyznać, że ta wersja drużyny podoba mi się bardziej niż ta znana z kina, postacie są przesympatyczne, różniące się charakterami o dialogi pomiędzy nimi napisane są znakomicie. Sam Star-Lord też się nieco różni od tego co widziałem w innych komiksach. To nieco mniej awanturnik a bardziej niechętny przygodom oraz swojej funkcji, który potrafi jednak wymusić posłuszeństwo na swoich podkomendnych cynik. Drażni nieco zbyt szybka końcówka, która sprawia wrażenie jakby scenarzysta pod koniec zorientował się, że ma tylko 4 zeszyty i dawno już powinien kończyć. Mi bardzo spodobał się ten brytyjski flegmatyczny humor Giffena, postacie w większości sprawiają wrażenie dosyć beznamiętnych a mistrzynią tego jest urocza Mantis, która pokazuje pełnię swoich umiejętności bojowych wyłącznie wtedy kiedy jest do tego zmuszona i na twarzy której niezależnie od sytuacji nie malują się praktycznie żadne emocje, a tylko raz czy dwa nagradza Star-Lorda ledwie widocznym uśmiechem za jego postępy. Rysunki Greena również niezmiernie przypadły mi do gustu, rysownik doskonale dopasowuje się do stylu narracji Giffena, kreślone w raczej nietypowym dla amerykańskiego superhero i bardziej europejskim momentami nader przypominającym momentami Moebiusa (w sumie jak zżynać to od najlepszych) stylu na których postacie z rzadka jedynie pokazują się jakiekolwiek emocje cieszą oko. Na minus zapisuję to, że na sporej ilości kadrów zamiast choćby pobieżnie naszkicowanego tła widnieje jedynie plama jakiegoś koloru czego bardzo nie lubię oraz Rocket po raz kolejny przypominający cierpiącego na obstrukcję pekińczyka. Całość natomiast oceniam na wielki plus i choć to moje wydaje się pierwsze, to mam wielką nadzieję że nie ostatnie spotkanie z tym artystą. Dla każdego lubiącego delikatnie zawoalowany nienachalny humor, rzecz godna polecenia. Podsumowując dwie świetnie narysowane, różniące się od siebie ciężarem gatunkowym historie, które potrafią zaciekawić i co ważniejsze zabawić. Ocena 7+/10



3. Najgorszy przeczytany:

   "SM Kapitan Brytania" - Paul Cornell, Leonard Kirk. Tym razem, żadnego zaskoczenia. Miesiąc temu na minusie wylądował "Czarny Rycerz" tym razem "Kapitan Brytania'. Co ma jedno z drugim wspólnego ktoś zapyta? No cóż to może być prawdziwa pożywka dla antyfanów kolekcji. Komiks ten jest częścią tej samej serii, której częścią był wydany kilka numerów wcześniej Black Knight, co śmieszniejsze jest to początek tej serii więc powody, dla których nie zamieniono tych tomów miejscami są dla mnie mocno niejasne, w ten sposób historia Vampire State byłaby znacznie bardziej przejrzysta. Sam komiks nie jest zły szczerze mówiąc, czyta się to całkiem całkiem ale chyba najsłabszy z przeczytanych przeze mnie w marcu więc wylądował gdzie wylądował. Pokrótce akcja rozgrywa się podczas Tajnej Inwazji i nasi bohaterowie w tym samym składzie co i w Czarnym Rycerzu próbują odeprzeć desant Skrulli na Wielką Brytanię, którzy planują wedrzeć się do magicznego Avalonu, skraść całą magię i dzięki temu podbić wyspę. Znaczy się będzie sporo walki (momentami dosyć brutalnej), kilka postaci z arturiańskich legend, kilka zwrotów akcji, sporo brytyjskich flag a ostatnim bossem do pokonania będzie tuningowany magią Super-Hiper-Skrull. Dowiedzieć się można też nieco więcej o arabskiej Paladynce Faizzie, która okazuje się całkiem sympatyczną postacią a historia nabycia przez nią mocy jest taka, że dostaje je po trafieniu przez laserowe działko Skrulli (mogliby popracować nad pułapkami które zabijają a nie produkują im kolejnych wrogów tak na marginesie) a także w jaki sposób okazała się "godna" dzierżenia Excalibura. Nie to może żebym się nie spodziewał, ale scenarzysta nawet nie próbował maskowania jakimiś bzdetami. Otóż arabska uchodźczyni jest godna władać magicznym symbolem Anglii "BO TAK". I to wszystko. Rysunki Kirka identycznie jak w poprzedniku/następcy są plusem, przyjemna dla oka chociaż mało oryginalna kreska, fajne wizualnie sceny akcji, soczyste kolory nałożone przez Briana jest ok. plusik dodatkowy za Skrulla maskującego się postacią Johna Lennona. Podsumowując, nie bardzo chce mi się wierzyć, aby Kapitan Brytania nie miał lepszych historii do wydania w ramach kolekcji, ale jest nieco lepiej niż w przypadku BK. Jakkolwiek trudno jest mi ten komiks polecić, można przeczytać, można nie przeczytać zwłaszcza że klasyczne historie z tego tomu były już w innych komiksowych kolekcjach a są o wiele lepsze tytuły na rynku. Ocena 5+/10.




4. Zaskoczenie na minus:

   "SM Ant-Man Scott Lang" - Matt Fraction ,Michael Allred. Jakoś nie mogę powiedzieć, abym był największym fanem Fractiona pod słońcem. Facet jest mocno nierówny, przydarzają mu się zarówno bardzo dobre komiksy jak i totalne knoty. Miałem nadzieję, że tym razem trafię na to pierwsze zważywszy na fakt, że po Silver Surferze fanem Allreda zostałem wielkim, ale (zawsze musi być jakieś ale) tym razem nie trafiłem ani w ten punkt ani w ten. Kanwą głównej historii nie jest komiks z Ant-Manem a seria Future Foundation czyli zmutowana Fantastyczna Czwórka. Reed Richards wraz z resztą rodziny postanawia udać się w długą podróż do innej rzeczywistości, która dla nich będzie trwała rok a dla całej Ziemi ledwie 4 minuty. Ale aby nawet nie zostawiać na te 4 minuty planety bez opieki powołuje na chwilę do życia rezerwowy skład do którego zaliczają się She-Hulk, Medusa, niejaka Darla Deering (różowowłosa pop-gwiazdka aktualna kochanka Johnnego Storma zdaje się bez żadnych mocy) a dowództwo nad nimi wszystkimi obejmuje właśnie Ant-Man. Oczywistą rzeczą jest, że F4 wcale po tych 4 minutach nie wraca i nasz bohater zostaje na głowie nie tylko z 3 dziewczynami, ale i gromadą dzieciaków (różnych do wyboru do koloru, cthuhopodobne rybo-ludki, jakieś rodzeństwo od Mole Mana, kilka najzupełniej nieznanego pochodzenia wyglądających na różnego rodzaju mutranty lub obcych oraz trochę zupełnie ludzkich). Scott jest właśnie w trakcie żałoby po śmierci swojej córki, którą zabił Dr Doom i sprawia wrażenie, jakby miał się za chwilę rozpaść stąd nieco dziwne wydaje się powierzenie mu tak poważnej funkcji, ale później się dowiadujemy, że Reed zrobił to także z myślą o swego rodzaju terapii dla kolegi. W międzyczasie z portalu czaso-przestrzennego wypadnie starszy o jakieś 30 lat mocno zdekompletowany Human Torch, który będzie twierdził, że reszta Czwórki zginęła w walce ze swoimi najgroźniejszymi wrogami. Do pewnego momentu czyta się ten komiks bardzo dobrze, jest nieco bijatyki ale gwoździem programu są relacje pomiędzy postaciami, a że postaci jest dużo to i jest co czytać a i naprawdę wdzięcznie zostało to napisane. Rezerwowa Czwórka zmierzy się z Mole-Manem oraz Torchem który zwariował, Darla będzie prześladowana przez grupę hejterów zwącą się Gangiem z Yancy Street na dodatek okaże się że dosyć szybko zapomniała o Johnnym i w oko wpadnie jej Scott, dzieciaki jak to dzieciaki będą rozrabiać (jedno z nich chce zniszczyć świat) i nie będzie potrafił nad nimi zapanować nawet Dragonman pracujący w funkcji kamerdynero-nauczyciela, Scott wpadnie na pomysł, że aby zacieśnić więzi całej tej wesołej gromadki powinni wspólnie zabić Dooma a Jennifer wybierze się na randkę z Wyattem Wingfootem. Wątków jest sporo, wszystkie rozpisane są naprawdę fajnie, jest sporo humoru ale też i dramat się znajdzie, całość przypomina mocno zwariowany sit-com. Natomiast od pewnego momentu (mniej więcej 3/4) fabuła zaczyna zbaczać na dosyć dziwne tory, najpierw Meduza zacznie się zakradać nocą do sypialni tego małego wanna-be-czarnego charakteru, później jeden z molemanowych braci stwierdzi ni stąd ni zowąd ubierze sukienkę i stwierdzi że w środku jest dziewczynką i od dzisiaj będzie dla reszty nie bratem a siostrą (reakcja na te wieści będzie jedyna i słuszna rzecz jasna). Dalej zniknie wraz z małym Medusa a całe Baxter Building (ten budynek dalej się tak nazywa?), zostanie porwany do innego wymiaru, gdzie wyjaśni się cała intryga. Otóż za zachowaniem Medusy stoi Wizard (ten z garnkiem na głowie), który opanował jej świadomość a mały złośnik jest jego klonem. A teraz uwaga, Wizard dokonał porwania tej dwójki bo chciałby stworzyć jak sam to stwierdza "normalną homonormatywną rodzinę". Rozpoczyna się nawalanka w której antagonistę wspomoże Blaastar (miał robić za wujka zapewne) a wesołą ekipę Inhumans, w czasie której to bijatyki Ant-Man stwierdza, że model rodziny proponowany przez Wizarda jest nudny (to wogóle może być kwestia nudy?). Wizard dostanie oczywiście oklep a końcówka sugeruje, że Black Bolt wykona na nim wyrok śmierci (WTF?). No w każdym razie dzięki lekturze poznałem całkowicie dla mnie nowe pojęcie "cisgender". Muszę przyznać, że czytając tę dosyć jeżącą włosy końcówkę sprawdziłem z ciekawości na internecie stan cywilny Matta Fractiona i okazało się, że ma on żonę i ku mojemu zdziwieniu jest nią Kelly Sue DeConnick jedna z głównych twarzy marvelowskiego SJW (zerknąłem też na jej zdjęcie i tu już nie byłem zdziwiony absolutnie) co jeszcze ciekawsze posiadają oni dwójkę dzieci syna i córkę. Jakoś tak podświadomie oczekiwałem pokręconego patchworku z dwoma murzynkami, tajskim transwestytą, lamą, wielbłądem i adoptowaną tybetańską sierotą a tu proszę na zewnątrz propagowanie jednego a prywatnie w domu tradycyjna atomowa rodzina, śmierdzi to zachowaniem jednego z naszych byłych premierów. Mam dziwne wrażenie, że DeConnick mocno maczała palce w dwóch ostatnich zeszytach, bo wcześniej absolutnie nic nie wskazywało na rewelacje, których doświadczymy pod koniec. Rysunki Allreda to po raz kolejny istna rewelka, ta kreska, te żarówiaste kolory, ta ekspresja na twarzach, istne cudo. W plansze wplecione jest całe mnóstwo żarcików i co widać Fraction często nawiązuje do nich w dymkach. Widać, że obydwaj panowie razem pracowali nad wyglądem albumu a nie tylko wysyłali jeden drugiemu gotowe elementy i to zdecydowanie działa (aczkolwiek odnoszę wrażenie że Surfer wyglądał jednak nieco lepiej, bardziej szczegółowo). W podsumowaniu, gdyby cały album wyglądał tak jak jego większość byłaby zdecydowana ósemka, ale ja po prostu nie przyjmuję tej końcówki do wiadomości. To chamowaty na dodatek niedorzeczny atak na koncepcję rodziny jako podstawowej komórki społecznej oraz prostacka reklamówka jakichś teorii queer, nie akceptuję tego szajsu. Ocena końcowa 6/10.

Offline Mateusz

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #50 dnia: Śr, 17 Kwiecień 2019, 18:00:42 »
Kilka ostatnich postów znajdziecie w temacie: https://forum.komikspec.pl/na-luzie/dyskusje-swiatopogladowe/105/
Zapraszamy na https://Filmozercy.com - serwis z najnowszymi newsami ze świata kina oraz ciekawymi filmowymi i komiksowymi artykułami

Offline laf

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #51 dnia: Wt, 07 Maj 2019, 10:05:05 »
No to żeby nie być zbyt daleko za szanownym koleżeństwem również i ja podsumowuję marzec, który upłynął mi głównie pod znakiem JLA.

Lektury: Nowa granica (Egmont, drugie czytanie), JLA. Amerykańska Liga Sprawiedliwości t. 1-4 (Egmont), JLA: Wieża Babel (WKKDC, drugie czytanie), Carol Danvers (SBM), Spider Woman (SBM), Ghost Rider (SBM) oraz Thorgal t. 7 - łącznie 10.

Najlepszy Nowa granica. Czytałem ten komiks ponad 2 lata temu i muszę przyznać, że był to szmat czasu. Obecnie opus magnum Cooke’a zachwyciło mnie jeszcze bardziej, a to dlatego, że od dłuższego czasu wsiąkłem w świat DC i wiem o nim znacznie więcej niż te 2 lata temu, co, nie ukrywam, przydaje się w lepszym zrozumieniu tego dzieła. Razem z Cookem wyruszamy we wspaniałą podróż do początków formowania całego uniwersum zarówno w ramach Złotej, jak i Srebrnej Ery Komiksu. Autor czerpie garściami z całego dorobku DC i serwuje nam na pozór oddzielone od siebie historie o początkach wymyślonych postaci i drużyn i umiejscawia ich przygody w jednym spójnym uniwersum. A wszystko to z chronologiczną pieczołowitością od momentu działalności Straceńców w czasie drugiej wojny światowej po uformowanie się JLA w Srebrnej Erze Komiksu. Całość zostaje zwieńczona w przepięknej kulminacyjnej bitwie, w której uczestniczą wszyscy bohaterowie, którzy wcześniej pojawili się na kartach komiksu (oczywiście Ci żyjący). Wprawdzie w trakcie opowieści Cooke przeskakuje od postaci do postaci, co może być trochę męczące, jednak jest niezbędne, aby ukazać wydarzenia zgodnie z chronologią. I to mi się w tym komiksie podoba najbardziej (oczywiście poza rysunkami) – pomimo pozornej odrębności poszczególnych historii wszystko ostatecznie łączy się ze sobą, a autor podkreśla, że mamy do czynienia z jednym wielkim uniwersum.
Wydanie Egmontu (komiks ukazał się w serii DC Deluxe) to również prawdziwa perełka – idealnie pasujący offsetowy papier, całe mnóstwo dodatków (w tym najważniejsze autorskie wyjaśnienie dużej ilości kadrów odnoszące się do historii komiksów DC czy preferencji autora), szkice, galerie okładek itd., itp. Ja chcę więcej tego typu wydań.

Najgorszy Carol Danvers. Jeden z tych komiksu po lekturze którego zadaję sobie pytanie „Co ja właściwie czytałem?”. I nadal nie wiem czy wizja autora była tak bezdennie głupia, czy ja jej po prostu nie zakumałem (Przeniesienie do realiów II wojny światowej? Walka z żołnierzami posiadającymi dostęp do technologii Kree? Żeński oddział Rambo? WTF?). Koniec końców lektura tej historii była czasem totalnie zmarnowanym. Na szczęście w jakimś tam stopniu cały tom ratują zeszyty archiwalne, które przydały mi się przed kinową wersją Kapitan Marvel.

Zaskoczenie na plusSpider Woman. Bendis nie raz, nie dwa, nie dziesięć udowodnił, że pisanie przygód solowych bohaterów wychodzi mu najlepiej i w tej kameralnej historii tylko udowadnia tę tezę. Całość stanowi pewnego rodzaju tie-in (tudzież raczej aftermath) do Tajnej Inwazji i pokazuje dalsze losy największej przegranej osoby tego eventu. Po powrocie do świata żywych Jessica musi odnaleźć się w aktualnej rzeczywistości i tak naprawdę poukładać sobie życie od nowa. Nie jest to łatwe, bo w obecnej sytuacji nikt jej nie ufa (a przynajmniej tak to sobie wyobraża nasza bohaterka). Z nieoczekiwaną „pomocą” przychodzi jej niejaka Abigail Brand, przywódczyni agencji SWORD, znana polskiemu czytelnikowi przede wszystkich z występów w Astonishing X-Men czy Erze Ultrona i proponuje odegranie się na Skrullach, a konkretnie zapolowanie na pozostałości po kosmicznej armii. Bendis z wielką maestrią pokazuje to, do czego nas już przyzwyczaił w seriach Daredevil czy Alias – wyszukane dialogi, realistycznie ukazana kwestia wyobcowania i klasyczne sceny akcji, które nie dominują nad komiksem. Całość utrzymana jest w klimatach zbliżonych do Daredevila, ponieważ mamy ten sam duet autorów, Bendis/Maleev, ale jednak sama historia nie stanowi odcinania kuponów od tej znakomitej serii, gdyż ukazuje inną osobę w odrębnej sytuacji. Nie miałem żadnych oczekiwań do tego komiksu, a ostatecznie otrzymałem naprawdę niebanalną, nader realistyczną opowieść, choć utrzymaną w konwencji superhero.

Zaskoczenie na minusGhost Rider. Nie ukrywam, że lektura komiksu była nawet przyjemna. Główny motyw,
Spoiler: PokażUkryj
tj. odrodzenie się Zarathosa w ciałach zwykłych ludzi i jego umacnianie się ze śmiercią każdego kolejnego wcielenia
jest wprawdzie oklepany, ale ogólnie fajnie zostało to przedstawione. Na plus należy również zaliczyć retrospekcje i powrót do przeszłości Johnny’ego. I po takim zachwalaniu doszedłem do końca historii i stwierdziłem … że tak naprawdę końca nie widać, a cała historia dopiero zaczyna się rozkręcać, a ja pozostałem z ręką w nocniku. Fajnie, co nie? Otóż nie. Wkurzyłem się niepomiernie i ten tom stanowił dla mnie gwóźdź do trumny tej kolekcji. Już wcześniej zrezygnowałem z prenumeraty i teraz tylko utwierdziłem się w słuszności tej decyzji. Urywanym w połowie seriom mówimy zdecydowane nie!

Jeszcze słów kilka odnośnie JLA Morrisona. Wcześniej nie miałem zamiaru kupować tej serii, ale udało mi się dorwać poszczególne tomy w nawet fajnej cenie i ogólnie nie żałuję zakupu. Całość jest wprawdzie bez jakiegoś błysku i polotu, a wyobraźnia Morrisona jest dla mnie często nieodgadniona, ale z przyjemnością ujrzałem współpracujących ze sobą największych superherosów świata DC. Morrisona albo się lubi, albo nie. Ja skłaniam się raczej na nie, a jedyna naprawdę dobra rzecz od tego autora, którą czytałem  to początek jego runu w Batmanie (choć nie czytałem jeszcze Arkham Asylum). JLA to seria tylko dla zatwardziałych fanów DC, osoby nieobeznane z tym uniwersum bez żalu powinny ją sobie odpuścić.

Offline laf

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #52 dnia: Pn, 13 Maj 2019, 13:29:07 »
Koledzy nie obudzili się chyba jeszcze ze snu zimowego, a więc żeby rozruszać trochę wątek podsumuję kwiecień. Niestety nie miałem zbyt wielu premier, bo zdecydowana większość lektur to powtórki, tak więc w tym miesiącu zrezygnowałem z kategorii zaskoczeń.

Lektury: Shazam (Nowe DC Comics, drugie czytanie), Green Arrow: Kołczan cz. 1 i 2 (WKKDC, drugie czytanie), JLA: Sprawiedliwość cz. 1 i 2 (WKKDC, drugie czytanie), JLA/JSA: Cnota i występek (WKKDC), Blade (SBM) oraz Thorgal t. 8-12 - łącznie 12.

Najlepszy Thorgal: Cykl Qa (t. 10-13, tom 13 awansem za maj). Miałem nie oceniać Thorgala, bo swego czasu pisałem coś takiego:
Jednocześnie małe wyjaśnienie do Thorgala: serię odświeżam sobie regularnie co jakiś czas, więc znam już ją naprawdę dobrze i uważam za najlepszą serię komiksową ever (tak scenariuszowo, jak i graficznie). Dlatego też nie biorę jej pod uwagę przy wydawaniu ocen.
Niestety kwiecień upłynął pod znakiem przeciętniaków, a że w tej kategorii raczej coś wybrać trzeba więc mój wybór padł na genialny wycinek z historii Thorgala. Raczej większość forumowiczów zna przygodę dzielnego wikinga i jego przyjaciół w Ameryce Południowej i zgodzi się ze mną, że ten cykl to jedna z najlepszych historii stworzonych przez Van Hamme’a. Dostajemy tutaj wszystko, co tak lubimy w opowieściach przygodowych: pełnokrwistych bohaterów, namacalne zagrożenie, epickie walki, spodziewane i niespodziewane zdrady, a wszystko okraszone nutką fantastyki i odkrywaniem przeszłości na temat głównego bohatera. No i wspaniała Kriss de Valnor, która wśród kobiecych vilianów nie ma sobie równych. Uwielbiam całą serię, ale te tomy to prawdziwa petarda.

Najgorszy Blade. Podobnie jak zeszłomiesięczny Ghost Rider – niedokończona historia i cliffhanger na końcu. Nie chce mi się pisać nic więcej, bo najważniejszy komentarz napisałem już przy Ghost Riderze. Trzymajcie się z dala od tego komiksu!


Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #53 dnia: Pn, 13 Maj 2019, 23:26:53 »
Trochę szkoda, że porzuciłeś prenumeratę. Od końca 30-ki do końca 40-ki jest sporo dobra. Ciekawe jak powyżej pięćdziesięciu będzie?

Offline laf

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #54 dnia: Pn, 13 Maj 2019, 23:54:38 »
Prenumeratę zakończyłem na 51. tomie, a więc wszystkie wymienione przez Ciebie numery mam. Czy poza Elektrą, Moon Knightem, Iron Fistem i Spider Woman jest tam coś ciekawego?

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #55 dnia: Pn, 13 Maj 2019, 23:56:49 »
A cztery to mało? Silver Surfer, Rocket, Star Lord, She-Hulk.

ps.  oraz Cloak & Dagger ofkors.
« Ostatnia zmiana: Wt, 14 Maj 2019, 00:10:43 wysłana przez SkandalistaLarryFlynt »

Offline laf

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #56 dnia: Wt, 14 Maj 2019, 07:44:25 »
Zielona kuzynka Bannera w wykonaniu Byrne'a to jedna z głównych przyczyn, dla których zainteresowałem się tą kolekcją. Ale jak zwykle to u mnie bywa z lekturą jeszcze sobie poczekam.
W tym momencie jestem na etapie ogarniania całego DC i właśnie zakończyłem czytanie przygód JLA i JSA. Teraz pora na ostatni etap, czyli Batmana (i wszystkie Kryzysy), a tu jest spooooro do czytania.

Offline LordDisneyland

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #57 dnia: Wt, 14 Maj 2019, 16:59:49 »
laf, nie rezygnuj z  esbeemów 57 oraz 61. Wybitne może nie są, ale to dobre tytuły.

Offline laf

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #58 dnia: Śr, 15 Maj 2019, 07:49:49 »
No tak, o Sentrym czytałem na tym forum wiele dobrego i może jak będzie jakaś promocja na Empiku to się zaopatrzę w ten komiks. Z najbliższych numerów w kręgu moich zainteresowań są jeszcze Stwór, Namor, Profesor X i Nowi Mutanci.
Ale Generation X to zupełnie sobie odpuszczam.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #59 dnia: So, 18 Maj 2019, 12:21:33 »
Podsumowanie kwietnia. W zeszłym miesiącu rajtuzowcy na bok i do czytania Europa oraz offowa Ameryka, uwaga jak zawsze mogą chociaż nie muszą pojawić się SPOILERY:



1. Najlepszy:

    "Cyann" - François Bourgeon, Claude Lacroix. Kolejny komiks francuskiej legendy, tym razem z klimatów historycznych odlecimy w prawdziwe science-fiction. Dostaniemy rozpisaną na 6 tomów przygodę niejakiej Cyann Olsimar pochodzącej z arystokratycznej rodziny zarozumiałej dziewuchy na której barkach spocznie ciężar wyprawy na planetę Ilo po lekarstwo na zarazę, która trzebi męską populację jej rodzimej planety Olh. W połowie pierwszego tomu zapoznamy się z naszą bohaterką oraz stosunkami społecznymi panującymi na jej planecie, w drugiej dostaniemy historię samej wyprawy. I od razu w pierwszym tomie dostałem chyba największą (i chyba jedyną) wadę tego komiksu. Burgeonowi w kreacji świata pomagał Lacroix i tak jak w poprzednich komiksach historycznych autor korzystał ze świata, który wszyscy mniej lub lepiej znają, tak na potrzeby tego dzieła wykreował swój własny. I wychodzi to z różnym skutkiem, skala pracy obydwu panów jest doprawdy gigantyczna i trudno jej nie docenić, każda z przedstawionych planet ma swoje własne zasady, które są spójne i logiczne a mechaniki społeczeństw nie mają w sobie jakichś logicznych dziur, natomiast autorzy tak bardzo starali się pokazać ludzi różniących się od tego co znamy z rzeczywistości, że momentami wypada to nieco sztucznie i sprawia wrażenie pokomplikowanego na siłę. Na dodatek zwłaszcza w pierwszej części pierwszego tomu przy czytaniu poczułem się znowu jak uczeń w szkolnej ławce, niemalże na pamięć wkuwając zasady tytułowania odpowiednich postaci oraz budowę piramidy kastowej planety Olh, bez tego po prostu ani rusz z połapaniem się kto jest kim, co się właściwie dzieje na czytanych stronach i o czym ci ludzie rozmawiają, szczerze mówiąc momentami było to nieco drażniące. Druga połowa jest nieco bardziej przygodowa i łatwiejsza w odbiorze, kolejne tomy ku mojemu zaskoczeniu prowadzą w stronę dosyć klasycznego sf, w którym główna bohaterka przejdzie diametralną metamorfozę. Co do rysunków Burgeona, jaki jest koń każdy widzi, ja jestem talentu rysowniczego Francuza wielkim fanem, chociaż przy pierwszym z nim kontakcie nie byłem zachwycony. Pejzaże są śliczne i szczegółowe, wizje planet monumentalne i wystarczająco obce a budowle i maszyny odpowiednio futurystyczne, zgodnie z tym z czego znamy autora dostaniemy również nieco golizny i trochę erotyki, ale nie dominuje to albumów (no może trochę w pierwszej części). Całość szczerze mówiąc jest dosyć nieprzystępna dla świeżego czytelnika, komiks jest dosyć trudny w odbiorze i wymagający stałej uwagi, część czytelników może czuć się nieco przytłoczona. Ilość wątków pobocznych i postaci, które potrafią się pojawić po kilkudziesięciu lub więcej stronach jest bardzo duża a prawie wszystko jest ważne dla fabuły co zresztą wydaje się zauważyli sami autorzy w zakończeniu wciskając w usta jednej z postaci wytłumaczenie wszystkiego co się działo wcześniej. Komiks owszem ma i swoje wady, część może jest nie do końca potrzebna, nie zawsze jest ciekawie a zakończenie wydaje się napisane jakby na szybko i na siłę. Tym niemniej oceniam całość bardzo wysoko, Pasażerowie Wiatru w mojej ocenie są lepsi, ale jak kto ma ochotę na s-f w oparach retro to nie powinien się chyba zastanawiać. Jakość wydania przez Egmont świetna, seria Mistrzowie Komiksu czyli spory format i brak problemów technicznych, dodatków niestety brak. Ocena 8/10.




2. Zaskoczenie na plus:

   "Tyler Cross - Black Rock"  Fabien Nury, Bruno Thielleux. Komiks wydawał się idealnie skrojony pod mój gust. Uwielbiam klimaty małomiasteczkowej Ameryki oraz lat 50-tych a także gangsterskie opowieści, na dodatek zebrał sporo pozytywnych opinii na forum więc oczekiwania miałem dosyć wysokie. W każdym razie zamówiłem go kilka miesięcy temu i wyciągając go z paczki przeżyłem raczej niemiłe rozczarowanie. Otóż komiks kosztował dosyć niemało a okazał się co prawda sporego formatu, ale z miękką okładką, klejony na dodatek z raczej niewielką ilością stron (niecałych 100). Na dodatek zajrzałem do środka i rysunki nie bardzo mi przypadły do gustu, także rzuciłem go na półkę na inne komiksy i tak sobie te kilka miesięcy tam dojrzewał. Ostatnio z nawarstwiającego się co miesiąc braku miejsca sprzedałem na allegro nieco książek z moich zbiorów i w którymś momencie mój wzrok ślizgający się po półkach w poszukiwaniu ofiar padł właśnie na Tylera. Na swoje nieszczęście na w/w półce wylądował on akurat na Potworze z Bagien i Kaznodziei i tak wpatrując się w ten obrazek w myślach cały czas mi skakało porównanie Moore'a i Ennisa do jakiegoś nieznanego mi Francuza oraz jakość wydania co prawda w kwestii formatu na plus dla Crossa, ale jednak kilkusetstronicowe wydania w twardych oprawach w stosunku do tej miękkiej okładki i raczej niewielkiej grubości przy w sumie niewielkiej różnicy cenowej łącznie z perspektywą kupowania następnych tomów sprawiały, że coraz bardziej niechętnym okiem zerkałem w stronę tego pierwszego, aż do chwili kiedy podjąłem decyzję "sprzedaję". No, ale głupio byłoby sprzedać najpierw go nie przeczytawszy w końcu, toteż zabrałem się do lektury. I przyznam się szczerze wsiąkłem w klimat już od pierwszej strony. Tyler Cross to cyngiel do wynajęcia, który w wyniku dosyć szczęśliwego zbiegu okoliczności wchodzi w posiadanie kilkunastu kilogramów heroiny z którą ląduje w najbardziej zadupiastym miasteczku na samym środku pustyni. Ciężko powiedzieć o naszym bohaterze, aby był jakoś szczególnie charakterologicznie rozbudowany, to najzupełniej stereotypowy małomówno-cyniczny twardziel, który żyje z brudzenia sobie rąk za innych za to nie jest pozbawiony swoistego rodzaju kodeksu honorowego oraz tendencji do brania na siebie roli "ostatniego sprawiedliwego". Ogólnie niemalże wszystkie postaci stanowią swoisty konglomerat schematów, które możemy zaobserwować w historiach tego typu na czele z miejscową ślicznotką (no ok, ta akurat postać okaże się nieco bardziej nowoczesna niż dosyć klasyczna reszta), najbogatszym mieszkańcem i jednocześnie burmistrzem Black Rock trzęsącym w towarzystwie swoich zepsutych synalków całym miasteczkiem oraz zapamiętałym w nienawiści dziadygą, który jest jedyną osobą w okolicy, która ma odwagę sprzeciwić się bossowi. Całość sprawia wrażenie skleconej z lejtmotywów najzupełniej typowych dla właściwych gatunkowo filmów i literatury, natomiast jest to napisane z takim biglem że miałem wrażenie obcowania z naśladowcą Raymonda Chandlera i Sama Peckinpaha który nie jest wcale mniej utalentowany niż jego idole. Przeczytałem całość, jednym tchem a to nie często mi się zdarza. Rysunki Bruno tak jak mówiłem nie przypadły mi początkowo do gustu, są wyjątkowo uproszczone momentami do tego stopnia, że Tyler nie posiada ani ust, ani oczu, ani uszu a jedynie sam owal (to za dużo powiedziane, gość ma twarz prostokątną jakby dostał łopatą), ale w miarę czytania przypadały mi coraz bardziej do gustu na zasadzie kontrastu z brutalnym realizmem scenariusza, chociaż nie każdemu muszą się spodobać ostatecznie oceniam je na plus. Tak jak i w komiksie wyżej znajdzie się miejsce dla golizny i sceny seksu, ale z racji sporej umowności grafiki ciężko tu mówić o jakimkolwiek erotyźmie (natomiast całość absolutnie nie nadaje się dla dzieci). W podsumowaniu jak ktoś ma ochotę na brutalną sensację połączoną z anty-westernem, kinem spod znaku noir, Ojcem Chrzestnym i dramatem społecznym (tak to też się znajdzie i to całkiem sporo), z niby schematycznymi a jednak sprawiającymi wrażenie wyjątkowo żywych postaci, to jest to absolutne musisz-mieć, ja byłem zachwycony od początku do dosyć melancholijnego końca. Ponarzekałem nieco z początku na jakość wydania OMG! Wytwórni Słowobrazu, ale poza tą nieszczęsną okładką, klejeniem i raczej sporą ceną nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń, językowo jest świetnie a jakość druku powalająca (tak czernie są czarne) do tego kilka stron dodatków z grafikami innych rysowników, wywiadu z Bruno oraz okładkami, jednym słowem miodzio. Także, kto wie czy wbrew punktowi to jednak nie najlepszy komiks jaki przeczytałem w kwietniu, który z pozycji "do sprzedania" zamienił się w "kupiłem w kwietniu tom drugi, a trzeci przyjdzie w paczką za maj", którego nie zamierzam już sprzedawać. No chyba, żeby wydawca po wydaniu czwartego tomu zdecydował się na piękny integral, który należy się temu komiksowi jak psu buda. Ocena 8+/10.



    Drugie zaskoczenie:

  "Ghost World" David Clowes. Dotychczas miałem do czynienia z jednym tylko komiksem tego artysty mianowicie "David Boring", który zraził mnie do tego komiksiarza wydawało się na wieki wieków już. No ale, biorąc pod uwagę bardzo wysoką pozycję wśród komiksowego undergroundu, pamiętając dawno temu oglądany film oraz przyjmując postawę filozoficzną zgodną z duchem reklamy pewnej firmy handlującej obuwiem (CCC) postanowiłem dać Clowesowi jeszcze jedną szansę. No i dobrze zrobiłem, początek komiksu jest dosyć do Davida podobny. Mamy dwie małomiasteczkowe wkurzające pindy trzymające się razem od czasów piaskownicy, które zostały przyjaciółkami  chyba tylko i wyłącznie na zasadzie przyciągających się przeciwieństw. Enid to przemądrzała średnio atrakcyjna anarchistka, Rebecca to miejscowa ślicznotka (wbrew stereotypowi całkiem niegłupia), co ciekawe przyjaźń ta wygląda na mocno podszytą zazdrością. Enid zazdrości przyjaciółce fizyczności a ta dla odmiany zazdrości tej pierwszej osobowości i inteligencji dzięki którym to ona koniec końców mocniej przyciąga uwagę. Faktem jest natomiast, że obydwie przez większość stron są po prostu drażniące. Obydwie zblazowane, przemądrzałe i wszystkowiedzące. Wszystko ssie, wszystko jest głupie, tandetne i nudne. Nienawidzą swoich znajomych, swojego otoczenia i tego co widzą w tv. Muzyka jest do dupy, kino jest do dupy, a reszta ludzkości to frajernia. Natomiast po pewnym czasie czytelnik orientuje się, że to tylko maski na twarzach przerażonych dziewczynek. Dziewczynek, które właśnie skończyły liceum i zorientowały się, że muszą w końcu przemienić się w kobiety, na dodatek ich drogi wyraźnie zaczynają się rozchodzić i które zaczynają zdawać sobie sprawę, iż mają ze sobą coraz mniej wspólnego. Ergo Ghost World to opowieść o dorastaniu i końcu beztroskiego dzieciństwa jakich można przeczytać lub obejrzeć tysiące, ale napisana z wielką wprawą i subtelnością. W samym komiksie wiele się nie dzieje, fabuła raczej nie biegnie niczym wzburzona rzeka, a całość jest raczej oparta na często wulgarnych dialogach niczym filmy Smitha czy Tarrantino. Kreska Clowesa jest strasznie ciekawa, na poły realistyczna na poły karykaturalna, komiks jest utrzymany w barwach czerni, bieli oraz jakiegoś takiego niebiesko-zielono-burego, co poprzez swój jakby wyblakły wygląd być może wskazywać hipotezę, że historia jest już tylko wspomnieniem jednej z bohaterek (Enid). Na okładce, oraz na końcu komiksu umieszczone są plansze na których Clowes urealnia nieco i jednocześnie uatrakcyjnia wygląd bohaterek i mi się one wydają jeszcze fajniejsze niż te w reszcie albumu i zastanawiam się czy nie byłoby lepiej gdyby wszystko tak wyglądało. Jakość wydania przez Kulturę Gniewu jest po prostu fajna, nie starali się wymyślić koła na nowo, niespecjalnie wielka ilość stron objęta miękką okładką w standardowych wymiarach pozwala na naprawdę niewielką cenę, w której grzech tej książki nie kupić, tłumaczenie zdaje się świetne, dialogi są żywa i brzmią bardzo naturalnie, z pewnością komiks ten zostanie na mojej półce. W podsumowaniu, "Ghost World" to rewelacyjna historia, która w pełni zasługuje na wszystkie nagrody i komplementy jakimi została obsypana, to nie tylko historia dorastania, ale i w pewnej mierze krytyka nowoczesnej Ameryki, w której stawia się na sukces lub iluzję sukcesu, którego miarą jest życie na poziomie tego ze świata seriali telewizyjnych a które nie będzie nigdy dostępne dla znaczącej większości społeczeństwa czego Enid i Rebbeca wydają się świadome. Idzie się uśmiechnąć, idzie się posmucić, idzie się zastanowić nad swoim własnym życiem. Ogólnie rzecz biorąc wydaje mi się, że większą przyjemność będzie miał z lektury nieco starszy czytelnik taki z bagażem doświadczeń, który zdaje sobie sprawę, że podróż po własnych wspomnieniach z dzieciństwa jest często podróżą po świecie duchów. Świetny komiks i tak się zastanawiając jednak podobnie jak Tyler zostawił we mnie po sobie więcej Cyann. Ocena 8+/10.



    Trzecie zakoczenie:

  "Koniec zjebanego świata" Charles Forsman. Na dobrą sprawę nie mogę sobie teraz przypomnieć z jego powodu ten komiks kupiłem. Czy to dlatego, że gdzieś usłyszałem że na jego podstawie nakręcono serial, który zupełnie mnie nie interesuje? Czy dlatego, że wydało go NSC? Czy wpadł mi w oko wulgarny (chociaż na okładce "wyiksowany") tytuł? Czy może sama okładka kojarząca się z tanimi punkowymi kasetami? Tak czy inaczej nabyłem tę pozycję, dla której wyraźną inspirację stanowią niebezpiecznie kręcące się wokół pojęcia arcydzieła "Bonnie i Clyde" Arthura Penna, "Urodzeni Mordercy" Olivera Stone'a czy "Badlands" Terrence'a Malicka. Znaczy się mamy tutaj historię pary nastolatków Jamesa i Alyssy, którzy wyruszają w pełną przemocy podróż przez Amerykę, jednocześnie obydwoje są pozbawieni wszelkiego czaru i wdzięku swoich pierwowzorów. Chłopak to odrażający dziwak - morderca zwierząt (ludzi również), który sam sobie wymiksował palce w młynku do odpadków, dziewczyna przypomina pustą nihilistyczną kukłę, bez praktycznie żadnych marzeń czy wyższych uczuć, która bierze udział we wszystkich ekscesach swojego chłopaka z właściwie nie wiadomo jakich przyczyn. Jedynym wyraźnym punktem wspólnym z resztą społeczeństwa stanowi miłość (raczej z gatunku tych chorych) jaką żywią do siebie. Nie da się tej pary po prostu polubić, za to należy jej współczuć (o co akurat nietrudno). Przez całą lekturę zastanawiałem się co właściwie spowodowało, że ta dwójka wyrosła na takich a nie innych ludzi i w sumie dostaniemy na to pytanie kilka różnych odpowiedzi a żadna nie będzie przyjemna. Komiks ma konstrukcję wyraźnie segmentową, niektóre strony wydają się całkowicie oderwane od reszty stanowiąc jakby osobno wyartykułowaną myśl czy pomysł, natomiast całość posiada jednak sensowną (w pewnym stopniu) i spójną fabułę, która się odkryje przed czytelnikiem dopiero pod sam koniec. Oprawa stworzona przez autora jest bardzo minimalistyczna i przypomina raczej bazgraninę kogoś kto zna podstawy rysunku, na jakiejś wyjątkowo nudnej lekcji lub wyjątkowo bezproduktywnym dniu w pracy, ale w tym akurat przypadku jak dla mnie to zaleta w końcu jak off to off.Wydanie Non Stop Comics bardzo ładne, przyjemna w dotyku gumowana okładka, przyciągający oko format, offsetowy papier. Mi komiks mocno przypadł do gustu, ale ciężko polecić go chyba z czystym sumieniem, czytałem go oglądając mecz i skończyłem tuż po rozpoczęciu przerwy a dosyć często spoglądałem na ekran więc musiało to zająć jakieś 15-20 minut co w przeliczeniu na bazylowe ceno-roboczo-godziny nie jest jakimś imponującym wynikiem. Może więc kupcie go jak chcecie mieć kwadratowy komiks? Nic z tego "Doman" jest bardziej kwadratowy. No nic kupcie go jak macie ochotę  na opowieść o dwójce młodocianych ludzkich wraków i macie ochotę się zdołować nieco? A zresztą kupcie go i tak, ten tom to czysty komiksowy punk, undergroundowa bibuła pierwszej klasy zadająca o wiele więcej pytań niż dająca satysfakcjonujących odpowiedzi. Ocena 7+/10.



4. Zakoczenie na minus:

   "Albert i Alina" Guy Delisle. W tym miesiącu punktu najgorszy nie będzie, oprócz komiksów powyżej przeczytałem tylko dwa tomy Corto Maltese (którym jestem niezmiennie zachwycony) oraz trzy tomy z kolekcji Conan (to samo co w przypadku Corto), a ten nie jest jakoś strasznie zły toteż na miano najgorszego nie zasłużył mimo, że faktycznie tak jest. Kolejny komiks zdaje się poważanego w środowisku autora z którym nie miałem jeszcze do czynienia i co do którego miałem chyba jednak dosyć wysokie oczekiwania. Jest zbiór, krótkich niemych "anegdotek" zatytułowanych imionami na przemian żeńskimi i męskimi zaczynającymi się na wszystkie litery alfabetu (umieszczonych po kolei) dla których tematem są głównie związki damsko-męskie (skandal i wstecznictwo zapewne w mniemaniu kilku pomylonych). Niektóre są zabawne, niektóre sporo mniej, większość dużo mówi o człowieku i mało przyjemnych rzeczach które mogą gnieździć się w jego głowie. Problem leży w tym, że nic nowego się z tego komiksu nie dowiedziałem, większości rzeczy jestem całkowicie świadomy z obserwacji innych lub sam ich doznałem, kilku historyjek nie zrozumiałem, jestem jednak sporo młodszy niż autor więc zapewne mniej dojrzały, albo to i różnica w doświadczeniach, nie wiem może dla kogoś będzie to zaletą, dla mnie to raczej wada, ale całość znałem już właściwie przed otwarciem albumu. Rysunki dosyć proste, ale jednocześnie przyjemne dla oka, utrzymane w szarościach czasami są nieco makabryczne, a z racji tego, że większość historyjek kręci się wokół łóżka dosyć pikantna. Nie jest to wyuzdana pornografia, ale dla młodszego czytelnika komiks się raczej nie nadaje bo chyba będzie dosyć ciężki w zrozumieniu, całość raczej utrzymana w klimatach pewnego surrealizmu. Wydanie przez Kulturę Gniewu podobne do tego co w przypadku "Ghost World", zwykły papier, miękka okładka ze skrzydełkami, niewielki format co pozwala na utrzymanie stosunkowo niewielkiej ceny (z drugiej strony niewielka cena zakupu - niewielka cena sprzedaży na allegro na którym ten komiks natychmiast wylądował). Fajnie, że ktoś widzi, że nie każdy komiks musi być wydrukowany na papierze o gęstości atomowej przypominającej ołów z okładką grubą na 3/4 centymetra. W podsumowaniu, rzecz która może się spodobać, ale dla mnie to raczej coś co w formie pasków powinno lądować w jakiejś gazecie albo za darmo w internecie a nie coś co koniecznie musi zostać wydane, kupione i stać na półce. Na dodatek zawiera to wszystko w sobie jedną i tę samą myśl mężczyźni to podłe chu...e a kobiety to pazerne pi...y. W podobnej formie bardziej mi jednak do gustu podszedł bardziej odjechany "Zonzo" Joana Cornelli. Można kupić, można nie kupić jak kto woli. Ocena 5+/10.