Autor Wątek: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi  (Przeczytany 54950 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #330 dnia: Cz, 08 Kwiecień 2021, 22:13:51 »
  "Faktycznie ma swoją specyfikę", to dosyć spore niedomówienie. Przeczytałem "Wrogie przejęcie" raz w tym zbiorczym wydaniu i kompletnie nie mam pojęcia o czym on był, powinni go z jakimś streszczeniem odrazu drukować tłumaczącym o co autorowi chodziło.
  "Czarne nenufary" - rewelacja przeczytałem w święta i jestem urzeczony.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #331 dnia: Pt, 09 Kwiecień 2021, 12:19:05 »
Mniej więcej na początku 2013 r. szykowała się perspektywa wywiadu z Maciejem Parowskim poświęconego tylko i wyłącznie omówieniu czwartego tomu "FK". Właśnie wówczas miały zostać wyjaśnione wszelkie niuanse fabularne tej opowieści, a mogę zapewnić, że było ich całkiem sporo (np. drobna szydera z ówczesnego szaleństwa w kontekście sagi "Zmierzch" Stephenie Meyer i ogólnie motywu wampiryzmu). Inną sprawą jest, że rzeczony doskonale zdawał sobie sprawę iż utwór, który wymaga dogłębnego wyjaśniania przez jego pomysłodawcę siłą rzeczy nie może być uznany za udany.  Był świadom, że nieco się z Polchem zagalopowali. Niestety z powodu opieszałości osoby, która miała Macieja Parowskiego wypytywać do wywiadu w końcu nie doszło.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #332 dnia: Pt, 09 Kwiecień 2021, 16:42:22 »
 Podsumowanie marca. Uwaga jak zwykle pojawia się pewne SPOILERY!!!


1. Najlepszy:

  Niestety jakoś nic nadzwyczajnie znakomitego w tym miesiącu, ale technicznie rzecz ujmując najlepszy to ten zaraz poniżej.


2. Zaskoczenie na plus:

   "Pewnego Lata" - Mariko Tamaki, Jillian Tamaki. Dwie przyjaciółki zaczynające wychodzić właśnie z wieku dziecięcego spotykają się jak co roku w czasie wakacji w pewnej miejscowości nad jeziorem. Główna bohaterka Rose przybywająca z oschłą matką i próbującym zachować klimat rodzinnych wakacji ojcem jest o rok starsza od drugiej Windy i mimo że obydwie ciągle zachowują swoje dziecięce rytuały wypracowane w minionych latach, zaczyna jej momentami ciążyć, że koleżanka jest jednak odrobinę mniej dojrzała. Rose jest już gotowa do dołączenia do społeczności miejscowych nastolatków, chociaż jeszcze nie bardzo wie jak, Windy pomimo zainteresowania pewnymi tematami i pomimo infantylnych zachowań posiadająca całkiem sporą ilość zdrowego rozsądku jeszcze nie. W pewnym momencie relacje pomiędzy rodzicami staną na krawędzi a Rose poczuje pierwsze porywy uczuć do miejscowego sprzedawcy Dunca nazwanego przez Windy Dupkiem, co oznacza iż wakacje nie będą takie jak zwykle. Przy pobieżnym przewertowaniu, stwierdziłem że komiks wygląda raczej paskudnie, ale podczas lektury zdanie zmieniłem. Do wpadających w mangową stylistykę raczej nieatrakcyjnych twarzy wszystkich postaci przyzwyczaiłem się bardzo szybko, a szczegółowe czasami letnio wyluzowane czasami o dosyć mrocznej nucie kadry w jeszcze większym tempie zaczęły robić spore wrażenie. Dobrze wychodzą jedno-dwustronicowe rysunki na większości powierzchni puste stanowiące swoiste przerwy między "rozdziałami". Grafika więc zdecydowanie na plus z wyjątkiem tego, że w oryginale komiks ma kolor taki jak okładka czyli jakiś-takiś niebiesko-fioletowy, nasze wydanie jest czarno-białe. Fabuła może być uznana przez niektórych za dosyć banalną, ale przecież "zwykłe życie" w większości też jest takie, dobrze, że nie tyczy się tylko jednego wątku dorastających dzieci, ale również będzie co nieco o depresji, czy życiu młodych ludzi pozbawionych większych perspektyw na przyszłość. Najbardziej przypadł mi do gustu doskonale oddany klimat powoli upływających wakacji oraz pewna "zwykłość" tego komiksu. Nie ma jakichś wielki fabularnych zwrotów, ani przerażających tajemnic wydobywanych na światło dzienne (pewne jednak będą i co nieco się wyjaśni). Wielkiego finału po którym wszystkie elementy układanki wskoczą na swoje miejsce a życie uczestników spektaklu zmieni się nie do poznania też nie będzie. Ale w końcu za rok też będzie lato. Ocena 7+/10.


3. Najgorszy przeczytany:

  "Umbrella Academy" - 3 tomy. Gerard Way, Gabriel Ba. 43 kobiety w różnych miejscach świata, wcześniej nie dając żadnych oznak ciąży w jednym momencie rodzą dzieci obdarzone dziwnymi zdolnościami. Siedmioro z nich udaje się odnaleźć ekscentrycznemu miliarderowi i naukowcowi Reginaldowi Hargreeves, który złoży dla nich szkołę w której stworzy z nich grupę nadludzi mających chronić w przyszłości miasto w którym mieszkają znane pod nazwą Miasto oraz całą planetę przed różnymi zagrożeniami. Brzmi znajomo? X-Men czy Doom Patrol jak się patrzy. W tomie pierwszym "Suita Apokaliptyczna" obejrzymy jedną z wcześniejszych akcji grupy znanej jako Umbrella Academy jeszcze jako dzieci aby później przeskoczyć 20 lat dalej do pogrzebu sir Reginalda, w czasie którego dowiemy się, że super-grupa już od dawna nie istnieje, znaczy się nie wszystko poszło zgodnie z planem. Nic zresztą dziwnego skoro dalej dowiadujemy się, że Hargreaves zwany Monoklem był tak marnym ojcem, że ponazywał swoje adoptowane dzieci cyframi od 1 do 7 (później one same się ponazywały nieco normalniej), więc nic dziwnego, że rodzinka w której za prawdziwego ojca robił inteligentny gadający szympans Pan Pogo nie potrafiła się dogadać w żadnej kwestii. Tak czy inaczej familia dziwolągów (spokojnie można użyć tego określenia) z racji tego, że Piątka (ten akurat "imienia" nie zmienił) ciągle wyglądający jak dziecko twierdzi że przybywa z przyszłości i za 3 dni cały świat zostanie zniszczony, będzie się musiała jeszcze raz zabrać do roboty i zrobić to do czego została stworzona. A niebezpieczeństwo jest jak najbardziej realne ponieważ w Mieście pojawiło się coś takiego jak Orkiestra Verdammten czyli quasi-sekta, której dyrygent napisał suitę, która właściwie odegrana sprowadzi zagładę na całą Ziemię. Obecnie brakuje im tylko odpowiedniej skrzypaczki a kandydatkę na to stanowisko znajdą w osobie Vanyi czyli Siódemki, jedynej członkini Umbrelli, która nie posiada żadnych nadnaturalnych zdolności. Tom drugi "Dallas" skupi się głównie na osobie oraz przeszłości Piątki, który skacząc w czasie trafi do Wietnamu w czasie wojny, oraz do Dallas w roku 63 z czym wiadomo co się wiąże, tak czy inaczej cała spaczona rodzinka będzie musiała mu pomóc w walce z dwoma psychopatycznymi mordercami oraz byłym mocodawcą. W tomie trzecim "Hotel Niepamięć" czytelnik będzie miał okazję zwiedzić tytułowy hotel, który okaże się miniaturowym wymiarem stanowiącym więzienie dla byłych wrogów Umbrelli, oraz obejrzeć potyczkę teamu z szefem pewnej korporacji. Mieszane uczucia mam co do prac Gabriela Ba. Teoretycznie jego styl jest bardzo w moim guście, praktycznie momentami jego rysunki są aż za bardzo umowne. Świetne, urzekające kadry potrafią sąsiadować z kompletnie nieciekawymi albo po prostu z paskudnymi. Pochwalić można artystę za bardzo fajne projekty wielu dziwnych rzeczy i postaci tyle że większość jego pracy tak naprawdę ginie w tłoku. Widzę, chwalona jest raczej praca kolorysty Dave'a Stewarta, ja mam na ten temat mocno odmienne zdanie, o ile barwy są faktycznie ładne o tyle w wielu miejscach one po prostu czynią rysunki mniej wyraźnymi, w dodatkach jest umieszczonych kilka plansz przed nałożeniem kolorów i w/g mnie one o wiele lepiej wyglądają. Jakie zastrzeżenia do komiksu jako całości? Całe mnóstwo, Way chciał napisać naraz dramat rodzinny, superbohaterszczyznę z jednoczesną jej dekonstrukcją oraz parodią, klasyczne s-f, pulpowy horror, komiks akcji łączony z czarnym humorem i Bóg wie co jeszcze i nie udało mu się to na żadnym etapie. Te trzy tomy to jeden wielki śmietnik na różnego kalibru pomysły, które jeżeli oglądamy je każde z osobna to czasami bywają rewelacyjne, ale razem połączone nie trzymają się wogóle kupy. Tutaj prawie nic nie działa, niektórzy z członków Umbrelli przez trzy tomy nie dostali najmniejszego śladu jakiegokolwiek własnego charakteru. Jak można pisać komiks o toksycznych relacjach w rodzinie w której większość członków da się określić jednym przymiotnikiem a niektórych wogóle żadnym? No Way uważa, że się da. Nie wiemy kompletnie nic o tym co się stało pomiędzy braćmi i siostrami wcześniej, ale mimo to te zaszłości mają wyraźny wpływ na fabułę tylko nie bardzo wiadomo jaki, bo autor uznał za kompletnie niepotrzebne żeby cokolwiek tłumaczyć, co powoduje, że połowa uczestników tego teatru sprawia wrażenie (nie sprawia wrażenie tylko tak jest faktycznie) jakby była pozbawiona jakichkolwiek motywacji, chodzą, mówią i wykonują czynności które dla czytelnika nie mają kompletnie żadnego sensu i powodowane są absolutnie niczym. Fabularnie mamy do czynienia z kompletnym chaosem (najgorzej w tomie środkowym), postaci występuje jakichś tysiąc z czego dziewięćset osiemdziesiąt jest kompletnie niepotrzebnych i nie pełni żadnych wyraźnych funkcji oprócz tego, że istnieją zajmują miejsce na kadrach, zabierają dialogi których tak bardzo brakuje aby rozwinąć jakkolwiek główne postacie i nie wiem, robią klimat? Identycznie jest z wątkami fabularnymi, jest tego całe mnóstwo z czego większość prowadzi absolutnie do niczego. Zamiast na początek dać jakąkolwiek solidną podbudowę swoim bohaterom (albo chociaż wyjaśnić jakie mają moce bo nawet co do tego nie możemy być pewni) autor zasypuje nas jakimś cienkimi wątkami pobocznymi jak kompletnie płaskie i niepotrzebne love story, albo totalnie nic nie wnoszącymi szczegółami, które na domiar złego czasem sprawiają wrażenie kompletnie nieprzemyślanych w stylu Hargreaves był kosmitą. I co z tego? Ano nic. Jego "żona" robiąca w Umbrelli za matkę i gosposię jednocześnie to robot (?) wyglądający jak skrzyżowanie sklepowego manekina z modelem anatomicznym bez rąk. Jaką funkcję pełni w komiksie? Absolutnie żadną, ale czasami się pojawia. Orkiestra Verdammten na początku składa się z największych żyjących przestępców i szaleńców, a na końcu okazuje się, że od kilku lat porywano muzyków grających na klasycznych instrumentach. To jak w końcu jest i czy to ma sens? Nie wiadomo. I tak w kółko. A co jeszcze tak naprawdę w tym wszystkim razi? Kompletny brak oryginalności. Ta seria to kompletna zżyna łącząca wszystko co widzieliśmy w Doom Patrolu, Lidze Niezwykłych Dżentelmenów i Hellboyu zarówno od strony fabularnej jak i graficznej i pod każdym względem słabsza od wyżej wspomnianych, spójrzmy prawdzie w oczy jak na komiks bazujący na oryginalności to jest bardzo słabe. Póki co Kboom wydał całość i do jakości wydania nie mam najmniejszych zastrzeżeń. Way coś tam kombinuje podobno z kontynuacją, która może być prequelem (w końcu ktoś mu podpowiedział, że ciężko jest napisać strawną dramę o postaciach które wszyscy mają głęboko gdzieś bo niewiele o nich wiadomo?), ale to już z jakąś współautorką. Patrząc się na to jak szybko jego druga największa seria czyli Doom Patrol została skasowana oraz to, że zdaje się reaktywował My Chemical Romance (wiadomo pieniądze i emocje gwiazdy rocka to chyba nie to samo co w przypadku gwiazdy sceny komiksowej), to chyba jego kariera scenarzysty nie przebiega tak jak sobie wymarzył. Ja już jego komiksami zainteresowany nie jestem. A trochę szkoda jednak, Umbrella Academy ma swój potencjał który mógłby być wykorzystany gdyby Waya wspierał jakiś bardziej doświadczony scenarzysta. Jest potencjał w postaciach, jest potencjał przede wszystkim w wykreowanym świecie w którym nikogo nie dziwi szympans w marynarce zamawiający kawę, jest kilka rewelacyjnych motywów (spotkanie z Bogiem, kapela punkowa Krakena i Vanyi, Vanya zamieniona w żyjące skrzypce i kilka innych) i o ile pierwszy tom jest w miarę obiecujący to autor kompletnie nie wyciąga wniosków ze swoich błędów i bezustannie brnie tą samą drogą, która prowadzi czytelnika absolutnie donikąd. Szkoda serii, która tak bardzo chce być kolejnym Doom Patrolem i tak bardzo jej to nie wychodzi. Ocena 5/10.


4. Zaskoczenie na minus:

  "Indyjska Włóczęga" - Alain Ayroles, Juanjo Guarnido. Chyba trochę padłem ofiarą zachwytów nad tą pozycją. Jakoby kontynuacja jakiejś hiszpańskiej barokowej powieści pikarejskiej, czyli historyczno-przygodowy komiks o perypetiach pewnego łotrzyka w Ameryce Południowej. Umierający na łożu tortur Pablos z Segowii złodziej, oszust i alfons opowiada Alguacialowi urzędnikowi hiszpańskiego króla zajmującego się poborem podatków w Panamie swoje przygody które doprowadziły go do legendarnego Eldorado. Cóż napewno pierwsze czym zwraca uwagę ten tom to rysunki w środku. Piękne, bajecznie szczegółowe, w pewnych składowych realistyczne w innych kojarzące się z animowanym filmem Disneya, przerysowane, a jednocześnie nie stroniące od brutalności. Zwraca uwagę bardzo duży wachlarz scenerii, ale momentami zastanawiałem się czy w niektórych (dżungla dajmy na to) nie przydałoby się nieco bardziej intensywnych kolorów nałożyć. Mimo wszystko to jeden najładniejszych komiksów jakie widziałem w dosyć sporym przedziale czasu. Fabuła podróżniczo-przygodowo-awanturnicza nawiązująca równocześnie do gatunku "heist" łącznie z całym bagażem z jakim ten gatunek zazwyczaj kojarzymy (humor dajmy na to). Bardzo fajnie wygląda podzielenie historii na trzy fragmenty, pierwszej czyli opowiadania Pablosa, drugiej w której dowiadujemy się w których miejscach Pablos mijał się z prawdą (a kilka razy mu się to zdarzyło) i trzeciej jakie były konsekwencje całej tej historii. Co mi nie do końca zagrało? Sama postać głównego bohatera "budząca nieodpartą sympatię" podług tekstu na tylnej okładce, która jakiejkolwiek sympatii we mnie nie wzbudziła. Podobno zaskakująca fabuła, która jeżeli pamiętamy cały czas o gatunku jakoś strasznie zaskakująca nie jest. Ograne do przesady ostatnimi czasy samobiczowanie się autorów w/g których wszyscy Europejczycy to ku...y i złodzieje a wszyscy Murzyni i Indianie są szlachetni, oraz dosyć absurdalne zakończenie. Uwagę zwraca świetne wydanie przez Egmont, bardzo duży format (na oko jakieś 1,5 cm mniej niż Batman Noir) oraz wytłaczana i pozłacana obwoluta (nawet z boku, kto to widział takie dziwactwa zamiast ekskluzywnej płóciennej tasiemki bez żadnego napisu). Żebym nie został źle zrozumiany komiks naprawdę fajny, błyskotliwy, zabawny, wciągający i urzekający wizualnie tyle, że po tych wszystkich zachwytach spodziewałem się jakichś niemalże ezoterycznych doznań a dostałem po prostu komiks dobry. Komiks roku? U mnie nawet nie miesiąca. Ocena 7/10.


  "Royal City" 3 tomy - Jeff Lemire. Tytuł cenionego u nas autora, którego tak patrząc po półkach dosyć sporo tytułów kupiłem a póki co niewiele przeczytałem. Zamieszczone w trzech tomach Royal City to dosyć kameralna powieść obyczajowa o rodzinie Pike mieszkającej w większości w tytułowym robotniczym miasteczku. Mamy więc rodziców, Tarę bizneswoman która chce zrównać fabrykę w której pracuje pół miasteczka aby zamienić je w wypoczynkowy kurort, Patricka jedynego, który wyjechał z miasta - pisarza z dwiema książkami na koncie, z których ta jedna która wyniosła go na szczyt pisarskiego Olimpu jest kradziona, Richiego staczającego się w przepaść alkoholika, narkomana i hazardzistę oraz Tommy'ego który jest martwy. Do tego kilkoro drugoplanowych, ale ważnych bohaterów oraz tego jednego pierwszoplanowego bohatera czyli same Royal City. Fabuła skacze od teraźniejszości do różnych momentów w przeszłości, tłumacząc dokładnie co się stało najmłodszemu członkowi rodziny i co powoduje że postaci zachowują się tak a nie inaczej a wydarzenia będziemy obserwowali z perspektywy wszystkich bohaterów. Rysunki Lemire jakie są każdy widzi, wiem że sporo ludzi za nimi nie przepada i ja też nie jestem fanem, ale muszę przyznać że po pokolorowaniu wyglądają o wiele znośniej niż w czerni i bieli i w sumie pasują do tego snującego się jak dym z komina klimatu więc daję tutaj delikatny plusik.  Cóż więc mam do tego komiksu? Jest całkiem przyzwoity, ale w/g mnie to tak naprawdę kopia Podwodnego Spawacza, to jakby ten sam komiks z zmienionym bohaterem solowym na bohatera kolektywnego czyli Pike'ów. Ten sam melancholijnie senny klimat, te same psychologiczne problemy, te same chrzanienie o tym jak to małe miasteczka przytłaczają ludzi, te same tajemnice z przeszłości determinujące teraźniejszość itd. itp. a to wszystko uatrakcyjniane zwrotami fabularnymi godnymi Ilony Łepkowskiej. Cały czas zachodzę w głowę, dlaczego autor uparł się aby zaskakiwać czytelnika fabularnymi twistami równie niespodziewanymi jak obecność Beaty Kozidrak na którymś tam koncercie Sylwestrowym, na dodatek w kilku przypadkach tak durnymi, że aż śmiesznymi? Cóż nie jest to napewno zły komiks, bo pomimo a może właśnie dzięki swojej telenowelowatości jest całkiem wciągający, a bohaterowie są w całkiem wyraziści  w swej niewyraźności. Dobrze się to czyta i fajnie że autor skopiował również pozytywny wydźwięk zakończenia, ale ja oczekuję od twórców z tak uznaną marką po prostu czegoś więcej. Aha plusik dla Lemire za całkiem spoko gust muzyczny. Ocena 6+/10.


5. Suplement

Można czytać:

  "Predator - Betonowa Dżungla i inne historie" - Mark Verheiden, Ron Randall, Chris Warner. Podobnie jak wcześniejszy screamowy Terminator, bezpośrednia kontynuacja filmu wydana jeszcze przed wejściem na ekrany drugiej części filmu. Głównym bohaterem "Betonowej Dżungli" jest bezimienny detektyw Schaefer (brat Arniego), który wraz z partnerem detektywem Rasche rozwiązując sprawę dziwnych morderstw dosyć szybko wplącze się w międzygwiezdną aferę. W drugim opowiadaniu "Zimna Wojna" obydwaj detektywi trafią na Syberię gdzie wspólnie z rosyjskimi żołnierzami będą musieli odeprzeć atak napastników z gwiazd, w trzeciej "Mroczna Rzeka" Schaef wyruszy do Kolumbii aby odkryć jaki los spotkał jego brata Dutcha. Rysunkowo jest naprawdę nieźle dwa pierwsze albumy dają nam dosyć dokładny wgląd w styl rysowania z lat 80-90 czyli czasów kiedy artyści mieli jednak trochę więcej czasu na narysowanie zeszytu. Trzeci komiks wygląda już nowocześniej, bardziej jak coś z czym mieliśmy do czynienia na początku XXI wieku, za to kolorowiej i nie sądzę żeby to był krok w dobrą stronę. Cóż komiks ma wady i zalety typowe dla produkcji z tego czasu, Schaefer wygląda jak bohater dowolnego akcyjniaka B klasy z obowiązkową fryzurą na "jeża" rzucającym co chwilę czerstwymi one-linerami, z początku jest to nawet fajne, ale z biegiem czasu autor zaczyna z tymi tekścikami przesadzać i to trochę wkurza. Większość postaci jest wiecznie wkurzona i nie wszystkie ich zachowania mają sens. Mimo wszystko komiksowy Predator naprawdę dobra lektura, spodziewałem się prawdę mówiąc czegoś gorszego. Verheidenowi udało się dobrze dobrać proporcje akcji oraz scen gadanych popychających o dziwo sensowną fabułę do przodu. Z minusów dałbym dwie rzeczy, raz Predatorzy fizycznie wydają się zbyt słabi, można iść tutaj z nimi z powodzeniem na wymianę ciosów pięściami (i robi to nie tylko główny bohater), dwa nie uznają tutaj jeszcze zasad fair-play. Komiks może i nie tak dobry jak pierwsze dwie części filmu, ale napewno lepszy niż ich kontynuacje. Nie pamiętam już dokładnie bo czytałem to kiedy wychodziły u nas po raz pierwszy, ale chyba nie ma się czego wstydzić na tle Batman vs Predator i Alien vs Predator, znaczy się dla fanów uniwersum "musisz mieć". Ocena 7/10.

  "Edelweiss" - Yann, Romain Hugault. Pierwszy z przeczytanych przez mnie "lotniczych" komiksów Screamu. Za dzieciaka wielki fan lotnictwa był ze mnie (może nie taki jak mój znajomek co to lata paralotniami i pogina na Microsoft Flight Simulatorze używając joyticka za 2 tysiące) i w sumie do dzisiaj zdarza mi się pograć w War Thunder toteż sporo sobie obiecywałem po tytule. I szczerze mówiąc trochę się zaskoczyłem, w opisach zapowiadany był ultrarealizm, autorzy podobno fanatycy lotnictwa zadbali nawet o właściwe oznaczenia odpowiednich dywizjonów, naszywki na kurtkach i tym podobne sprawy. Nie wiem, być może i tak faktycznie jest, ale fabularnie ten komiks jest bardzo daleki od realizmu. Jakoś tak podświadomie założyłem, że akcja będzie się opierać na rzeczywistych operacjach wojennych z rzeczywistymi postaciami chociażby drugoplanowymi. A tu raczej nic z tych rzeczy, historia przypomina jakąś włoską operę, główny przeciwnik to wariacja Czerwonego Barona a bohater to z pięć razy rozbija się za liniami wroga bez żadnego szwanku. Nieco mieszane odczucia mam co do rysunków, owszem samoloty (ogólnie wszystkie maszyny) wyglądają świetnie oddane z tak wielką pieczołowitością, ale z twarzami (niespecjalnie realistycznie rysowanymi, ale to żaden zarzut) już bywa różnie, raz bardzo dobrze raz raczej średnio, zależnie od kadru. Na dodatek komputerowo nakładane kolory, zwłaszcza w przypadku efektów jak dymy, wystrzały czy ogień wyglądają sztucznie, coś takiego po prostu nie przystoi w komiksie historycznym. Trochę rysowanej erotyki w środku się znajdzie. Na koniec, sama historia jest w sumie naprawdę wciągająca ale raczej z gatunku tych, które jak odkryją swoje wszystkie karty sprawiają, że orzekamy "jasne ku...a napewno", rysunkowo naprawdę ok, ale i tutaj spodziewałem się czegoś więcej. Nic to lotnictwo IWŚ nigdy nie było moim szczególnym konikiem. Czekam na teatr Pacyfiku i pojedynki Warhawk vs Reisen, tym razem na jakiś zadziwiający realizm nastawiać się nie będę. Ocena 7/10.
 
  "Star Wars - Doktor Aphra - Ścigana przez Wszystkich" - Kieron Gillen. Kev Walker. Przygody starwarsowego odpowiednika Indiany Jonesa, czyli doktor Chelli Aphry pani archeolog, oszustki, naciągaczki i złodziejki w jednym. Aphra zmuszona do spłacenia długów, poszukuje pozostałości po Ordu Aspectu czyli sekcie starożytnych Jedi-renegatów którzy szukali nieśmiertelności. Świetny pomysł osadzenia jak comic-relief dwóch droidów 0-0-0 oraz B1T będących klonami C3-PO oraz R2-D2 tylko, że z morderczymi skłonnościami i co więcej możliwościami oraz dodatkowym komicznym efektem z racji tego, że w tym duecie to odpowiednik C3 wydaje się tym bardziej rozsądnym. Rysunki Walkera bardzo w porządku z tą uwagą, że Aphra podobno typu azjatyckiego wygląda tu bardziej jako południowo-amerykańska Indianka. Dobry komiks, może to nie poziom Dark Empire czy serii Ostrandera, ale jest naprawdę, naprawdę przyzwoicie. Ocena 7/10.

  "Star Wars - Cytadela Grozy" - Kieron Gillen, Jason Aaron, Salvador Larocca, Marco Chechetto. Cross-over dwóch serii czyli Star Wars oraz Doktor Aphra. Luke początkujący Jedi poszukuje nauczyciela a Aphra jest w stanie mu takiego znaleźć zabierając go na planetę królowej Ktath'atn, która raz do roku spełnia jedno życzenie. Oczywiście zgodnie ze swoim ufnym charakterem młody Skywalker nie przypuszcza nawet, że Aphra ma co do jego osoby swoje własne plany, lecz nawet ona nie podejrzewa że tajemnica Wrzeszczącej Cytadeli jest o wiele bardziej ponura nawet niż wskazywałaby nazwa. Kolejny dobry komiks ze świata Star Wars tym razem w klimatach horroru, choć oczywiście nie zabraknie i sporej dawki humoru serwowanej przez dwa szalejące droidy. Wadą, to że autorzy chyba przesadzili z ilością atrakcji, wygląda na to że wpakowali w opowiadanie elementy z kilku horrorów naraz. Rysunki nieco lepsze niż wcześniej a przecież tam były już dobre, Doktor tym razem wygląda zgodnie z przynależnością etniczną. Ocena 7/10.

  "Człowiek z Ciguri" - Moebius. Kontynuacja "Garażu Hermetycznego", major Grubert ścigany przez swych wrogów Spera Gossiego i Batmagoo, zagubiony w innym wymiarze poszukuje swojego statku a tropy prowadzą do tajemniczej książki napisanej przez kogoś o pseudonimie Łucznik i wydanej przez wydawnictwo Garaż. W tym samym czasie załoga Ciguri poszukuje swojego kapitana. Jednak mniej mi się spodobało niż poprzednik, fabuła jest bardziej zwięzła oraz o wiele logiczniejsza przez co komiks traci sporo swego zaskakującego czaru. Rysunki to arcymistrzostwo i warto chyba tylko dla nich. Ocena 6+/10.


Można ominąć:

  "Corto Maltese - Młodość" - Hugo Pratt. Najsłabszy póki co album z serii który przeczytałem i właściwie jedyny niezbyt dobry. Historia pierwszego spotkania Corto i Rasputina. Corto praktycznie nie występuje, zastępuje go autentyczna postać Jack London który w dosyć podobny sposób z pogiętym kiepem w ustach wikła się ze stoickim spokojem w kolejne tarapaty i którego przygody są chyba jedynym ciekawym elementem komiksu. Rasputin robi to co zwykle i nic nowego o nim się nie dowiemy, spotkanie dwóch przyjaciół/wrogów raczej blade i niezbyt epickie. Średnio potrzebna część, odradzałbym ale spokojnie daje się to czytać no i w końcu to "Corto Maltese" tym niemniej spory opad poziomu. Ocena 6/10.
« Ostatnia zmiana: Pt, 09 Kwiecień 2021, 16:43:59 wysłana przez SkandalistaLarryFlynt »

Online ukaszm84

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #333 dnia: Pt, 09 Kwiecień 2021, 18:09:32 »
Mam to samo z Indyjską włóczęgą, zacząłem już myśleć, że jestem jedyny, chyba nawet jeszcze punkcik mniej bym dał.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #334 dnia: Pt, 09 Kwiecień 2021, 20:33:08 »
  Sam widzisz, ta siódemka to za rysunki właściwie rzecz biorąc. Komiks zrobił furorę, nawet na tym forum wygrał tytuł albumu roku. Większości propozycji nie czytałem, z racji tego że jestem ze wszystkim ze trzy lata do tyłu, ale ten komiks ma być lepszy niż Daredevil Millera, The Goon, Doom Patrol czy Szninkiel? Nie żartujmy.

Offline PJP

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #335 dnia: Pt, 09 Kwiecień 2021, 22:20:48 »
Pomijając kwestię gustu liczy się także czytalność i tutaj - moim zdaniem oczywiście - tytuły, które wymieniłeś nie mają nawet startu do Indyjskiej włóczęgi, Szninkiel to w zasadzie miks wszystkiego a Doom Patrol? Proszę, nie żartuj tak okrutnie :> Gwoli wyjaśnienia, czytałem wszystko.
Ale jak już jesteśmy w temacie komiksów roku, byłem nieco rozczarowany Płaszczem i szponami - dłużyzny i momentami nuda. Żeby było śmieszniej ostatnio od pewnego czasu dużą frajdę daje mi Hitman, właśnie wyszła 4. Polecam, nawet jeśli nie lubicie specyficznej maniery lat 90.
« Ostatnia zmiana: Pt, 09 Kwiecień 2021, 22:23:49 wysłana przez PJP »

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #336 dnia: Pt, 09 Kwiecień 2021, 22:48:46 »
  No co mam Tobie powiedzieć? Nie znasz się :)

Offline PJP

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #337 dnia: Pt, 09 Kwiecień 2021, 22:54:25 »
Każdy ma inny próg wrażliwości i gust 8) Musi być też odpowiedni czas. Czytane po latach hity okazują się kitami i na odwrót, doceniamy wcześniej rzucone czy te, które oceniliśmy kiepsko.

Offline Death

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #338 dnia: So, 10 Kwiecień 2021, 09:37:52 »
Indyjska włóczęga to rzadki przykład przemyślanej w każdym szczególe historii, gdzie wszystko do siebie pasuje jak puzzle, gdzie każdy wątek, przedmiot i postać nie są pozostawione w niebycie i w pewnym momencie nabierają znaczenia. A wszystko to cudownie namalowane przez Guarnido. I jeszcze wydano to jako jeden długi frankofoński album w bardzo dużym formacie i nie trzeba się męczyć latami czekając na 3 części po 48 stron. Dzieło. Ja tam w ogóle nie widzę minusów, same plusy i absolutne 10 na 10. To mi się już prawie nigdy nie zdarza żeby komiks tak bardzo mną zawładnął. Najczęściej zdarzało się to ostatnimi laty Bourgeonowi i Corto.

Online ukaszm84

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #339 dnia: So, 10 Kwiecień 2021, 10:20:49 »
Indyjska włóczęga to rzadki przykład przemyślanej w każdym szczególe historii, gdzie wszystko do siebie pasuje jak puzzle, gdzie każdy wątek, przedmiot i postać nie są pozostawione w niebycie i w pewnym momencie nabierają znaczenia. A wszystko to cudownie namalowane przez Guarnido. I jeszcze wydano to jako jeden długi frankofoński album w bardzo dużym formacie i nie trzeba się męczyć latami czekając na 3 części po 48 stron. Dzieło. Ja tam w ogóle nie widzę minusów, same plusy i absolutne 10 na 10. To mi się już prawie nigdy nie zdarza żeby komiks tak bardzo mną zawładnął. Najczęściej zdarzało się to ostatnimi laty Bourgeonowi i Corto.

Obiektywnie mógłbym się nawet zgodzić, tylko co z tego skoro sama historia mnie zupełnie nie zaangażowała, nawet znudziła a postacie i ich motywacje były dla mnie niewiarygodne. To oczywiście kwestia gustu i tego, czego się szuka w historiach jako takich :)

Offline Negaido

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #340 dnia: Wt, 13 Kwiecień 2021, 08:31:24 »
Obiektywnie mógłbym się nawet zgodzić, tylko co z tego skoro sama historia mnie zupełnie nie zaangażowała, nawet znudziła a postacie i ich motywacje były dla mnie niewiarygodne. To oczywiście kwestia gustu i tego, czego się szuka w historiach jako takich :)
O to to. Mam podobne zdanie. Niby rewelacyjnie wydane, świetnie narysowane, scenariusz dobrze skonstruowany, ale sam bohater nie wzbudził we mnie sympatii. Jego losy były mi całkowicie obojętne. Po lekturze nic nie czułem ;)