Forum KOMIKSpec.pl

Komiksy => Dział ogólny => Wątek zaczęty przez: SkandalistaLarryFlynt w So, 09 Luty 2019, 19:24:58

Tytuł: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w So, 09 Luty 2019, 19:24:58
   Mam nadzieję, że Lord Disneyland nie będzie mnie po sądach ciągał za łamanie praw autorskich bo pomysł jego. Ogólnie zabawa polega na podsumowaniu lektur komiksowych z każdego miesiąca i włożenia ja w kategorie:
1-Najlepszy komiks zakupiony
2-najlepszy komiks przeczytany
3-najgorszy komiks zakupiony
4-najgorszy komiks przeczytany
5-najwieksze zaskoczenie - tak na plus, jak na minus.

   Podział oczywiście sztywny nie jest, ja sam nieco inaczej układałem kategorię, przy okazji warto by skrobnąć kilka zdań na temat danego komiksu co nam się podobało/nie podobało. Sam dawno się nie udzielałem, ale obiecuję że coś skrobnę do końca przyszłego tygodnia.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Gascon200 w So, 09 Luty 2019, 19:57:37
Dobra, więc to są moje zestawienia ze stycznia:


1. Karnak z WKKM (dopiero na początku stycznia odebrałem przesyłkę). Już wtedy od paru tomów WKkM miało swoją dobrą passę, i tym razem nie jest inaczej - jedyna większa wada to ta, że komiks miał liczne opóźnienia, i seria która miała trwać 6 miesięcy, trwała prawie 2 lata.
2. Gotham Central Tom 1. Poki co jest całkiem nieźle, mam nadzieje, że poziom bedzie wzrastał. Postacie są nawet interesujące, podobnie jak intrygi. W sumie nie wiem do czego sie tutaj przyczepić :P
3. JLA Tom 3. Sama seria nie jest moim zdaniem jakoś dobra, to typowa ramotka z lat 90, gdzie większość historii jest po prostu kiepska, bądź do bólu przeciętna. I nie kupilbym tego tomu, gdyby nie było promocji na stronie Egmontu.
A, i czy wspominalem o tym jak ta panorama na grzbietach wygląda źle?

Mam pytanie: czy w tomie 4 pojawia sie druzyna Young Justice? Bo to jedyny powód, z którego bym kupił Tom 4.
4. W sumie tu chyba to samo co w miejscu 3
5. Zaskoczenie na plus: Forever Evil: Rouges Rebelation. Spodziewałem się marnego tie-enu jak WZ: Wojna w Arkham, a sam komiks był całkiem niezły. Polecam dla fanów Rouges i Flasha.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w So, 09 Luty 2019, 20:09:39

Wzruszenie odbiera mi głos - czyli pomysł jednak warto ciągnąć :) Właśnie tworzę listę [ciężka sprawa, nadmiar zakupów] i miałem zamiar rozpocząć na tym forum od zestawienia styczniowego.

Na dawnym miejscu zamieściłęm  odsyłacz, tak na wszelki wypadek :)
I mam nadzieję, że pociągniemy przez kolejne 18 stron, a może i dłużej, czego sobie i państwu życzę!

(https://s3-media3.fl.yelpcdn.com/bphoto/6riXRNUQ8lMYVsDTTR9U8Q/o.jpg)

 
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Murazor w So, 09 Luty 2019, 21:11:11
Bardzo lubię czytać ten wątek :) i mam małą uwagę, jeżeli dodajecie post to proszę dajcie nagłówki zamiast samych cyfr, bo po iluś tam postach nie pamiętam co było 3, a co 4 ;)

1. Najlepszy komiks przeczytany, zamiast samego 1.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w So, 09 Luty 2019, 21:13:32
Ja robię tak chyba zawsze, ale dodatkowo się przypilnuję ;)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: sad_drone w So, 09 Luty 2019, 21:27:25
edit : nie doczytałem pierwszego posta, sry :P


Moje styczniowe podsumowanie


Najlepszy komiks przeczytany :
Zdecydowanie lone wolf and cub. Jestem aktualnie na 6 tomie (z 28) i z każdą kolejną historią jestem coraz bardziej pod wrażeniem monumentalnego wysiłku jaki włożył autor w research obyczajów i kultury feudalnej japonii.  Każda opowieść to pretekst do przybliżenia innego skrawka życia ludzi z tego okresu, i mimo że walor edukacyjny jest w komiksie bardzo silny idealnie komponuje się on z częścią "rozrywkową" zostawiając miejsce na skomplikowane motywacje bohaterów i pięknie odwzorowane sceny walki. Polecam szczególnie fanom usagiego, jako że cały komiks z długouchym jest właściwie jednym wielki hołdem dla samotnego wilka.


Najgorszy komiks przeczytany :
Fear agent final edition vol 4 - Wydanie z nowej edycji fear agenta od image, pierwsze 3 tomy zbierały główną historię remendera, i czytało mi się je bardzo dobrze, niestety vol 4 to jest abominacja która nigdy nie powinna zostać wydana na światło dzienne. Jest to zbiór krótkich historyjek ze uniwersum (naprawdę krótkich, okolice 5-10 stron) pisanych praktycznie w całości przez scenarzystów niezwiązanych z serią. W teorii brzmi to ciekawie, mam wrażenie jednak że do tego tomu celowo ściągnięto wszystkich najgorszych pisarzy image, bo każda kolejna historyjka jest gorsza od poprzedniej. Prostackie, żerujące na odpychającym charakterze głównego bohatera całkowicie odbierając mu jakąkolwiek głębie, scenariuszowo pasujące bardziej do kiepskiego webcomicsu niż renomowanego wydawnictwa. Historia która najbardziej zapadła mi w pamięć to majaki głównego bohatera, w którym zostaje wciągnięty do kanalizacji przez rekina kanałowego (?) siedząc na toalecie w kosmicznym barze. Jeżeli non stop comics zdecyduje się to wydać to radze unikać jak ognia


Największe zaskoczenie na plus : dredd akta 14/upadek mrocznego świata
Pierwsze dreddowe komiksy z którymi miałem do czynienia, z czystego przypadku oba z sędzią śmierć który bardzo przypadł mi do gustu jako antagonista. Bałem się czy akta 14 nie okażą się zbyt ramotkowe na mój gust, ale główna historia "necropolis" broni się całkiem dobrze we współczesnych realiach, również bez znajomości wcześniejszych akt i mitologii dredda. Upadek mrocznego świata kupił mnie wszechobecnym rozkładem i poczuciem beznadziei doskonale oddanymi na pięknych i szczegółowych rysunkach kendalla. Żałuję trochę że komiks jest taki krótki i urwany w połowie, ale z tego co czytałem drugi cykl jest w trakcie tworzenia więc na pewno wpada na moją listę rzeczy wyczekiwanych.



Największe zaskoczenie na minus :
Polar/ crossed vol 2,3 (lapham)
Polar był niestety nieprzemyślanym zakupem na fali popularności filmu (podobno kiepski, nie oglądałem). Zachęcony pozytywną recenzją komiksu na grupie facebookowej, w której autor polecał go jako znacznie lepszy niż film netflixowy, dołożyłem pierwszy tom do koszyka przy ostatnich zakupach w azylu. Niestety nic w tym komiksie nie wybija się na tyle żebym mógł go uznać za wartego trzymania na półce. Rysunki chociaż przyjemne dla oka stanowią w moim odczuciu oczywistą i mniej interesująca wersję rysowania Millera, a o fabule nie jestem w stanie za dużo powiedzieć, bo na 160 stronach komiksu nie dzieje się praktycznie nic. Historia to praktycznie szkielet, ktoś próbuje zabić emerytowanego zabójcę na zlecenie, ten się broni a potem mści się za próbę ataku i właściwie tyle. Może w następnych tomach coś się rozkręca ale ja tego nie sprawdzę ;) .
Crossed kupiłem z rozpędu pierwsze 3 tomy zachęcony generalnie pozytywnymi opiniami o tej serii i całkiem niezłym webcomicsem którego czytałem dobre parę lat temu (wish u were here, teraz można go kupić w tpb) i o ile pierwszy tom pisany przez ennisa jest naprawdę sprawnym i kreatywnym komiksem (bardzo oryginalna koncepcja zombie), tak następne dwa tomy pisane przez laphama to tanie exploitation w którym jedynym celem autora jest upchanie jak największej ilości chorych i zdeprawowanych rzeczy. Mamy tu ojca rodziny gwałcącego swoje dzieci, kazirodczy seks zainfekowanej matki z synem, czy szaleńca rozmawiającego z odciętą kobiecą piersią, ale czego tu brakuje to spójnej fabuły która pozwalałaby te ekscesy śledzić z zainteresowaniem. Czytałem tego autora dobre stray bullets, i liczyłem na podobny poziom, ale niestety to zupełnie inna liga.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w So, 09 Luty 2019, 22:01:06
  To ja mniej więcej takiego używałem, dla mnie ma trochę więcej sensu, bo skąd mam niby wiedzieć jaki najlepszy kupiłem póki go nie przeczytam? Ale chciałem temat zostawić w oryginale.
  Murazor skoro tak lubisz czytać ten wątek, to polub jeszcze bardziej fizyczne udzielanie się w nim :D Tak naprawdę na poprzednim forum to regularnie udzielały się w nim 4 osoby bodajże i ktoś tam czasami z doskoku. A sam temat faktycznie jest ciekawy, mam czasami wrażenie że trochę za dużo tu dyskusji o liczbie stron, wielkości formatu czy ilości okładek a niewiele osób pisze o samej treści komiksu. A dobrze jest czasami wysłuchać polecenia lub ostrzeżenia z nieco większą ilości informacji niż "kupuj zajebiste". No i można zawsze porównać czyjeś spostrzeżenia na temat danej pozycji z własnymi jeżeli też się ją czytało. Także zachęcam do aktywnego udziału.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Darth_Simon w So, 09 Luty 2019, 22:09:55
1-Najlepszy komiks zakupiony
2-najlepszy komiks przeczytany
3-najgorszy komiks zakupiony
4-najgorszy komiks przeczytany
5-najwieksze zaskoczenie - tak na plus, jak na minus.


Syczeń 2019

1. Aquaman Antologia
2. WKKDC 63 Superman: Co się stało z Człowiekiem Jutra?
3. WKKDC 64 JLA/JSA: Cnota i występek
4. WKKDC 62 JLA: Siła wyższa
5. WKKDC 63 Superman: Co się stało z Człowiekiem Jutra? oraz Aquaman in plus
natomiast Spider-Man Odnowić Śluby trochę in minus (liczyłem na więcej)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: sad_drone w So, 09 Luty 2019, 22:21:09
@Skandalista Dla mnie ten wątek to jest esencja głównej funkcji forum komiksowego, czyli wymienianie się opiniami o komiksach i wzajemne polecajki. Nie grzeją mnie zupełnie wojny hc/sc i który rodzaj papieru jest najlepszy, za to takie mikro recenzje zawsze chętnie przeczytam. W starym temacie się nie udzielałem, ale tu zobowiązuje się dawać regularne aktualizacje, przy okazji odkurzę trochę umiejętności formowania myśli w pismo ;). W ramach dobrego początku wrzuciłem w edicie pierwszą partię post wyżej :).
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Murazor w So, 09 Luty 2019, 22:22:34
Murazor skoro tak lubisz czytać ten wątek, to polub jeszcze bardziej fizyczne udzielanie się w nim :D
Okej :P chociaż jakiegoś lekkiego pióra nie mam :( . Podział ten drugi wydał mi się lepszy, a więc styczeń 2019

1 najlepszy komiks
Saga o Potworze z Bagien 2, chyba jestem za mały  ;) , żeby recenzować, ale bardzo podobał mi się klimat horroru. Autentycznie straszny, ciarki na rękach jak widzi się te robale itp. Rzadko komiksowy horror na mnie oddziałuję. Świetne rysunki, kadrowanie, coś czego na prawdę w tamtych latach musiało być objawieniem. Nawet teraz mało kto korzysta z takich płynnych kadrów, które odchodzą od zwykłego komiksu. Dodatkowo pojawienie się Johna, cały wątek, który ładnie się buduję przez 2 tomy, żeby na końcu wybuchnąć ogromnym rozmachem wojną. No i świetny rozmów Potwora, zarówna uczuciowy jak i fizycznych zdolności.

2 najgorszy komiks
Rasputin: The Voice of the Dragon - liczyłem jakąś mityczną, tajemniczą i magiczną historię o Rasputinie, a była to powieść o Bruttenholmie i jego początkach walki z okultyzmem nazistów. Rasputina jak na lekarstwo, historią i dialogi drętwe. Rysunki poprawne do bólu.

3 zaskoczenie na plus
Doktor Star, liczyłem na kolejny spin-off jak Sherlock, a Lemire prawie wycisnął łzy. Świetna, wzruszająca historia.

4 zaskoczenie na minus
Karnak - wiele pochlebnych opinii, a poza rysunkami nie widzę plusów. Sama postać odrzucająca, ot taki bufon. Historia raczej standardowa, plus twist na końcu na 2 stronach. Może i zaskakujący, ale taki trochę na siłę mi się wydawał.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Bender w So, 09 Luty 2019, 22:29:40
@ p.2 Ostatnio to niestety syndrom większości Mignoloaverse. Nie kończące się gadające głowy. A ta seria wyjątkowo mnie wkurzyła. Nie wiem czy czytałeś  Koshchei The Deathless,  to jest przeciwległy biegun. Niestety takich ostatnio zdecydowanie mniej.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w So, 09 Luty 2019, 22:31:16
  I to się nazywa obywatelska postawa towarzysze. Obiecuję, że każdego aktywnego uczestnika tego wątku osobiście przedstawię do odznaczenia Orderem Lenina.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w So, 09 Luty 2019, 23:21:21
Panowie...pierwszy wpis tych pseudorankingów nosił datę 2.2.2017. Dziwne , że to już taki kawał czasu ;)



@  Murazor- podłamałeś mnie, czekam na lekturę tego Rasputina z dużymi nadziejami a tu proszszsz...

@ sad drone"Dla mnie ten wątek to jest esencja głównej funkcji forum komiksowego, czyli wymienianie się opiniami o komiksach i wzajemne polecajki. Nie grzeją mnie zupełnie wojny hc/sc i który rodzaj papieru jest najlepszy, za to takie mikro recenzje zawsze chętnie przeczytam."- trafiłeś w sedno, tak włąśnie myślałem proponując te podsumowania :)


No ale do rzeczy- moje styczniowe zmagania z komiksową materią:


1-  Najlepszy komiks zakupiony
Kupiłem w styczniu ponad 50 komiksów, większość jest co najmniej dobra. Udany pod tym względem miesiąc.
Udało mi się kupić X-Statix oraz X-Statix Presents: Deadgirl Milligana i Allreda, co przy mojej nieukrywanej sympatii do obu autorów jest chyba właściwym ulokowaniem piniądza. Prawie cały komplet zeszytówek, niestety brak numeru 25. Gdyby ktoś widział/miał- chętnie ten zeszyt przygarnę ;)

W dodatku parę dni wcześniej dotarł do mnie SilverSurfer-Omnibus Slotta i Allreda :)  Za dużo szczęścia naraz :)

2-  Najlepszy komiks przeczytany
,,She-Hulk" Byrne'a- jeden z lepszych tytułów WKKM. Jak na tamte czasy rewelacja, a komiks dziś czytany jest równie dobrą rozrywką. I muszę się przyznać do wstydliwej przeszłości- ja już to w dużej części czytałem, w okolicach 1997 roku. W porównaniu z DoomPatrolem czy Hellboyem Shulkie wydała mi się wtedy tytułem mocno przeciętnym i nawet nie miałem zamiaru jej kończyć. No wstyd po prostu :) Minęły lata, DPatrol i Hellboya nadal wielbię, ale SheHulk stała się jedną z moich ulubionych bohaterek, głównie dzięki Slottowi. To jest niemal idealna bohaterka komiksu rozrywkowo-superbohaterskiego. Zbyt często w zalewie dzisiejszych "epokowych" tytułów zapominamy, że komiksy mogą także bawić  8) Chwała Johnowi Byrne za jego pomysły i sposób potraktowania postaci.

3-  Najgorszy komiks zakupiony
Nie było złych zakupów, były co najmniej przyzwoite.

4-  Najgorszy komiks przeczytany
Amazing World of Gumball-,, Przepis na katastrofę"
To była ostatnia szansa, jaką dałem serii Gumballa. W porównaniu ze świetną kreskówką lektura komiksu potwornie przygnębia- tyle zmarnowanego potencjału...ech. No nic, nie będę więcej kupował. Nawet dla Richarda ;)

5- Największe zaskoczenie - tak na plus, jak na minus.
Zaskoczeniem ze wszech miar pozytywnym był dla mnie odcinek Żbika pod tytułem ''Strzał przed północą".   To naprawdę kryminał milicyjny w pigułce. Sielankowa wieś [ach, ta cepeliada na weselu!], zaskakujące użycie broni palnej- prawdziwe SF, biorąc pod uwagę, że znacznie więcej morderstw popełnianych było przy użyciu pospolitego majchra czy siekiery. Czapki milicyjne z głów, konwencja dotrzymana na sto procent. Nie czytałem tego zeszytu w dzieciństwie, ale przypuszczam, że spodobałby mi się bardzo- przypomina pożerane kilogramami  przez dziesięcioletniego mnie lektury z cyklu "Ewa wzywa 07" :D 
Dla wielbicieli konwencji- uczta co się zowie.
Rozczarował mnie pierwszy tom "Trzech duchów Tesli"- to nie jest zła rzecz, tylko skierowana do zdecydowanie młodszego czytelnika. Aha- pierwszym dokończonym w tym roku komiksem byli "Towarzysze zmierzchu", o których sporo dyskutowaliśmy w poprzedniej odsłonie "Plusów i minusów". Niestety, nadal nie widzę w tym komiksie wychwalanej przez innych wielkości :/

Niestety, przeczytałem tylko 16 komiksów, i nie jestem z tego zadowolony, bo na stosach wstydu leżą naprawdę świetne rzeczy. Właśnie przekroczyłem setkę zakupionych książek i komiksów, choć obiecywałem sobie rozwagę i ograniczenie zakupów- i chyba ten szał jest głównym rozczarowaniem początku roku.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: asx76 w Nd, 10 Luty 2019, 00:07:35

Niestety, przeczytałem tylko 16 komiksów, i nie jestem z tego zadowolony, bo na stosach wstydu leżą naprawdę świetne rzeczy.

Właśnie przekroczyłem setkę zakupionych książek i komiksów, choć obiecywałem sobie rozwagę i ograniczenie zakupów- i chyba ten szał jest głównym rozczarowaniem początku roku.

1. Wbrew pozorom lepiej mieć przyjemności przed sobą, niż za sobą. Czyż to nie miła perspektywa, że ma się zapas świetnych rzeczy w przeciwieństwie do przeczytania "wszystkiego" i "bycia na głodzie"? ;)  Komiksy nie miłość, nie uciekną :P

2. Rozwaga i ograniczenie zakupów nie idą w parze u czytelnika-kolekcjonera. Tym bardziej, że:
- bardzo atrakcyjnych promocji nie brakuje
- pewne tytuły i tak trzeba wziąć, więc nie ma co się szczypać, bo później może wyniknąć problem z dostępnością, np. w ulubionej księgarni internetowej typu Bonito
- wydawca widząc zadowalającą sprzedaż danego tytułu/serii może zwiększyć częstotliwość publikacji

Poza tym 25-lecie Vertigo jest tylko raz ;)
-
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: perek82 w Nd, 10 Luty 2019, 09:43:52
Jestem jednym z tych, co są na bieżąco, więc kategorie zakupione i przeczytane są u mnie tymi samymi zbiorami (co znaczy, że chyba powinienem kupować więcej).


1-2 najlepszy komiks
Doktor Star - wszystkie komiksy z tego uniwersum bardzo mi się podobają, najbardziej główna seria, ale spin-offy rozwijają bardzo fajnie wątki poboczne, albo wręcz wprowadzają zupełnie nowe. Pomimo takiego klimatu superhero jest koncentracja na samych bohaterach, ich motywacjach i wzajemnych relacjach. Czekam na kolejne odcinki.


3-4 najgorszy komiks
Ghost world i to bardzo zdecydowanie. Nawet nie chodzi o tematykę, rysunki czy scenariusz. Chodzi o głównych bohaterów, którzy w każdym dymku mówią, że wszystko jest do dupy oprócz pasty do zębów. Gdybym spotkał kiedyś tak toksyczne osoby, to bym zwiał jak najdalej. Rozumiem bunt młodzieży, problemy wchodzenia w świat dorosłych itd., ale z takich młodych gniewnych za chwilę będą starzy wk#$wieni. Od razu po przeczytaniu włożyłem na półkę "do sprzedania". Jeszcze jeden klasyk, na którym się nie poznałem.


Zaskoczenie na plus
Wilson - czytałem zaraz po ghost world i stąd byłem trochę sceptyczny, ale kilka razy się roześmiałem i kilka razy pokiwałem głową z uznaniem za pomysł i trafną obserwację rzeczywistości i ludzkiej kondycji.


Zaskoczenie na minus
Ghost world - ani słowa więcej o tym komiksie nie napiszę. Brzydzę się.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Murazor w Nd, 10 Luty 2019, 10:14:43
@ p.2 Ostatnio to niestety syndrom większości Mignoloaverse. Nie kończące się gadające głowy. A ta seria wyjątkowo mnie wkurzyła. Nie wiem czy czytałeś  Koshchei The Deathless,  to jest przeciwległy biegun. Niestety takich ostatnio zdecydowanie mniej.
Odp w wątku Hellboya.

I innych też zachęcam do pisania w odpowiednich wątkach, bo potem ciężko coś znaleźć w wątkach ogólnych, czy tematach wydawnictw.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Nd, 10 Luty 2019, 17:40:00
Chwila, Murazor - w tym akurat wątku takie informacje są jak najbardziej cenne i pożądane, w końcu polecamy i odradzamy lektury. Każda taka dyskusja coś wnosi. No, prawie każda ;)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Murazor w Nd, 10 Luty 2019, 17:44:41
Nie no jasne, ale jak widzisz post Bendera zniknął w zalewie innych osób dzielących się swoją topką i wydaję mi się, że tutaj można wrzucać listy danego miesiąca - fajnie jeżeli z opisem, a jeżeli ktoś chce podyskutować to ciąć cytat i do odpowiedniego wątku. Oczywiście jeżeli ktoś ma nie odpisać, bo trzeba szukać wątku itp to neich pisze tutaj. Mi się chciało - niedziela jest, słońce świeci - więc przerzuciłem tam :)

Za 2-3 miesiące będziesz pamiętał, że akurat tutaj ktoś pisał o Kościeju, czy pierwsze sprawdzisz wątek Hellboya? ;)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Leyek w Nd, 10 Luty 2019, 20:15:29
3 zaskoczenie na plus
Doktor Star, liczyłem na kolejny spin-off jak Sherlock, a Lemire prawie wycisnął łzy. Świetna, wzruszająca historia.


Mam podobne odczucia. I to wszystko zawarte w raptem 4 zeszytach. Do tego bardzo dobra warstwa graficzna, lepsza chyba nawet niż rysunki Ormstona z głównej serii.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w So, 16 Luty 2019, 12:21:26
  Tym razem w podsumowaniu sięgnę nie do zeszłego miesiąca a trochę wcześniej. Styczeń był dla mnie czasem nadrabiania kolekcji Conan i Star Wars o których zdaje się już pisałem wcześniej, a w grudniu i listopadzie nie udzielałem się, także niech będzie to podsumowanie tych dwóch miesięcy plus początku stycznia w których głównie nadganiałem WKKDC.UWAGA UWAGA JAK ZAWSZE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ SPOILERY. Z reguły staram się ich unikać, ale wiadomo czasami po prostu się nie da.


1. Najlepszy przeczytany:

   "Batgirl - Rok Pierwszy" Chuck Dixon , Steve Beatty, Marcos Martin. Kontynuacja "Robina - Roku Pierwszego" napisana i narysowana przez ten sam zespół autorski, toteż trudno się dziwić, że komiksy są do siebie raczej podobne. W skrócie mamy tutaj z originem Batgirl w przeciwieństwie jednak do Robina, Barbara zajmuje tutaj jak 90% czasu antenowego w przeciwieństwie do poprzednika w którym dosyć dużo mieliśmy Batmana, tutaj Nietoperza uświadczymy raczej niewiele. Ogólnie klimat jest ogólnie lżejszy niż w Robinie, bardziej odpowiadający historii o młodej, zabawnej i inteligentnej dziewczynie za której chęcią obijania twarzy przestępcom nie stoi żadna tragedia w stylu zamordowania rodziców przez Two-Facea czy zjedzenia pieska przez Killer Croca, która wyraźnie w przyszłości otworzy okno i wpuści trochę światła i świeżego powietrza do jaskini Batmana. Na początek nasza heroina dostanie jako przeciwników duet Moth-Man & Firefly. Człowiek Ćma jest tutaj wyraźnym motywem komediowym przedstawionym w bardzo krzywym zwierciadle Człowiekiem-Nietoperzem "pracującym" dla drugiej strony mającym ten problem, że jest kompletny nieudacznikiem (z drugiej strony ciężko nie odczuć niewielkiej dozy niechętnego podziwu na widok jego determinacji), na dodatek chyba nie aż tak strasznie złym jakby chciał być. Co do Garfielda Lynnsa to mimo, że z drugiej ligi to zawsze był jednym z moich ulubionych gothamskich czarnych charakterów idealnie wpasowującym się w krajobraz tego miasta, zresztą otrzymuje tutaj bardzo mocną scenę. Babs nie zostanie sama w obliczu dwóch bandziorów i wspomoże ją Czarny Kanarek, do tego pojedynek z niejakim Blockbusterem w towarzystwie Robina, egzamin na superbohaterkę przeprowadzony przez Batmana, trochę rozmów z młodym podkomendnym Gordona któremu rudowłosa wyraźnie przypadła do gustu (Robinowi zresztą też) no i ukazanie relacji z ojcem i na zakończenie złożenie przysięgi nad grobami Marty i Thomasa. Wielki plus za scenę treningu z kukłami i figurę Jokera z rewolwerem stanowiącą zapowiedź losu Barbary. Kto czytał wcześniejszy komiks to wie czego po rysunkach się spodziewać, jest bardzo podobnie czyli mocno "animkowo" z wyjątkiem palety barw zmienionej z czarno-żółtej na różowo-czerwono-fioletową bardziej pasującą do komiksu o nastolatce, jak się komuś podobało wcześniej to teraz też będzie, jak nie to też wiadomo.Podsumowując dla mnie trochę słabszy tytuł niż "Robin", który był jednym z najlepszych Batmanów (może Egmont sięgnie po resztę batków Dixona?) jakie czytałem od bardzo dawna, ale jako autonomiczna historia o bohaterce, której doprawdy nie da się nie polubić jest lepiej niż bardzo dobrze i taką ocenę wystawiam 8/10.


   Drugi najlepszy: Nie wydawało mi się, abym miał czytać coś lepszego w tamtym czasie niż Batgirl, ale zapomniałem że na kupce leży:

   "Nowa Granica" Darwyn Cooke, Dave Stewart. Nie bardzo nawet wiem od czego zacząć, ten komiks to jeden wielki list miłosny do komiksów złotej i srebrnej ery oraz do Stanów Zjednoczonych Ameryki (jak ktoś ogląda obecnie tv i kibicuje ajatollahom to może niech lepiej nie czyta). Na dodatek należy do tak zwanych "elseworldów" za którymi szczerze mówiąc wprost przepadam i które DC wychodzą o wiele lepiej niż Marvelowi. Także punktem wyjścia dla głównych wątków jest końcówka lat 50-tych w których panuje sytuacja jaką znamy z "Watchmen" czyli na fali antykomunistycznych nastrojów i pod wpływem komisji McCarthyego społeczność superbohaterska zostaje zmuszona do rejestracji i zakończenia działalności. Większość odmawia i po cichu się wycofuje, część zostaje zabita, kilkoro się zgadza i dostaje oficjalne "koncesje" (Superman i Wonder Woman, którzy zostaną wysłani do Wietnamu) a niektórzy odmawiają rejestracji jednocześnie twierdząc, że nie mają najmniejszego zamiaru kończyć walki z przestępczością (zgadnijcie kto). Jakby nie patrzeć nie są to najszczęśliwsze czasy dla superbohaterów, ale natura nie znosi próżni i powoli nadchodzą bohaterowie jutra. Gdzieś na pustyni młody lotnik, który jeszcze niedawno latał myśliwcem nad słynną Mig Alley natknie się na rozbite ufo, gdzie indziej piorun uderzy w szafkę wylewając chemikalia na technika policyjnego, gdzie indziej na ulicach zacznie się pojawiać facet z łukiem a w samym Gotham eksperymentalny sygnał radiowy nadany przez zwariowanego staruszka ściągnie na Ziemię dziwacznego przybysza z Marsa. Bohaterami, którzy dostaną najwięcej miejsca będą właśnie debiutanci Hal Jordan, John Johns i Barry Allen aczkolwiek nie jest też aby i inni bohaterowie nie dostali szansy błysnąć solo (tekst Batmana o "pudełku zapałek za kilka centów" to mistrzostwo, 100% Batmana w Batmanie, co za terrorysta). Ogólnie historia składa się z mnóstwa wątków i bywa lekko chaotyczna, co jest raczej jedyną wadą tej pozycji, oprócz wymienionych postaci pojawią się też naprzykład Suicide Squad (aczkolwiek w zupełnie innym składzie niż znane z filmu, czy [chyba] komiksu) i innych grup dla mnie jako czytelnika z Polski zupełnie niewiadomej proweniencji, żeby zagmatwać sprawę jeszcze bardziej włożone też tutaj postacię absolutnie rzeczywiste (Chuck Yeager, Edgar Hoover) czy pochodzących z amerykańskiego folkloru (John Henry). Tak czy inaczej ujawni się w końcu zły boss a okaże się nim potężny stwór rodem z mitologii Cthulhu. I będzie to zagrożenie tak potężne, że wszyscy bohaterowie (ba nie tylko bohaterowie - całe społeczeństwo) będą musieli stanąć po raz kolejny do walki ramię w ramię, ci którzy dotychczas się chowali będą musieli rajtuzy pewnie nie zawsze już pasujące wcisnąć na siebie jeszcze raz, ci którzy uciekli na inne planety czy do innych wymiarów będą musieli zarezerwować bilety na długą drogę powrotną, przyda się każdy od największego herosa do najcherlawszego szeregowego żołnierza. Starzy wrogowie będą musieli zostać przyjaciółmi a czarne charaktery zostać bohaterami pozytywnymi. I nie wszyscy to starcie przeżyją. Rysunki Cooke'a tak jak i wcześniej jakie są każdy widzi mi się bardzo, ale to bardzo podobają a w tym przypadku wyglądają jeszcze lepiej niż zwykle, gdyż doskonale pasuje do czasów w których dzieje się akcja, dziewczyny często rysowane w pozach pin-up, postacie uchwycone tak aby przypominać propagandowe plakaty, to wszystko pięknie ze sobą współgra. Niektórzy mogą treści komiksu uznać za lewoskrętne, ale raz nie zapominajmy, że w tamtych czasach były to faktycznie istniejące poważne problemy, dwa jeżeli nawet to komiks jest tak dobry, że polecam go nawet wielbicielom tortów z wafelkami (bardzo nieładnie).  Jak już wcześniej wspomniałem, całość to jeden wielki hołd, dla klasycznego komiksu superbohaterskiego i nie ma tu mowy o żadnych dekonstrukcjach czy innych urealnianiach postaci, aczkolwiek też nie jest tak, że postacie są płaskie i jednowymiarowe, nie mają swoje problemy, racje i przemyślenia ale w zupełnie niedzisiejszy sposób nikt nie bije żony, żaden bohater nie pali cracku a żadna heroina nie budzi się po suto zakrapianej orgii z siedemnastoma lesbijkami. Tutaj superbohaterowie są takimi superbohaterami jakimi byli faktycznie w latach 40-tych i 50-tych, to widać, słychać i czuć. Cały komiks przepełnia ta optymistyczna energia, która zwielokrotniona w prologu w którym widzimy pojawiających się kolejnych superbohaterów i możemy przeczytać fragmenty słynnego przemówienia Johna Kennedy wygłoszone w LA, mające stanowić o kierunku rozwoju USA i całej ludzkości, niezwykle klimatyczna rzecz. Nie jest to najlepszy komiks jaki czytałem w zeszłym roku, aczkolwiek nigdy nie pamiętam co kiedy czytałem to na bank w zeszłym roku było to Torpedo 1936, ale najlepsza zeszłoroczna superbohaterszczyzna to już chyba tak. Wspaniały komiks, wielkie dzieło tego gatunku które naprawdę ma prawo do noszenia nazwy "klasyk" a nie jakieś tam fiu-bździu. Ocena 9/10.



2. Zaskoczenie na plus: Miał być "Kontrakt Judasza", ale coś tam już o nim wcześniej napisałem, a nie lubię się powtarzać także będzie nim:

   "Flash - Powrót Barry'ego Allena" Mark Waid, Greg LaRocque. Nie bardzo wiem, czy powinienem ten komiks nazywać zaskoczeniem na plus bo ogólnie lubię Waida jako scenarzystę, nie jest to może geniusz na miarę Alana Moore, ale też nie schodzi poniżej pewnego poziomu a te jego komiksu które czytałem z reguły oceniałem sporo powyżej średniej, z drugiej strony był już jeden starszy Flash w kolekcji autorstwa Waida i to był najsłabszy komiks jaki czytałem od tego autora, a i ja nie jestem jakimś wielkim fanem tej postaci, także do tego podchodziłem z pewną nieufnością. W każdym razie komiks napisany pod koniec lat 90-tych i punktem wyjścia jest pojawienie się w drzwiach Wally'ego Westa obecnego Flasha jego dawno zabitego (w czasie Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach wydanego u nas) wujka. Wujek niezbyt dokładnie pamięta co się z nim stało, ale dosyć szybko pragnie wrócić do akcji. Toteż po Central City zaczyna biegać dwóch Flashów, na początku współpraca układa im się bardzo dobrze, ale z czasem wujek zaczyna się zachowywać "zdziwniej i zdziwniej" jakby to powiedziała Alicja. Wuja robi się "zdziwniejszy" do tego stopnia, że w końcu próbuje zamordować Wallyego a próbującym go zatrzymać trzem innym superbiegaczom Jayowi Garrickowi, Quicksilverowi i Merkuremu sprawia solidne manto pokazując kto jest najszybszym sprinterem świata. Tak czy owak, wariata trzeba powstrzymać, także do ekipy na prośbę Wallyego dołącza Green Lantern i...i tak wszyscy wiedzą jak to się skończy. Rysunki, kompletnie mi się nie podobają, to taki typowy dla lat 90-tych styl rysowania napompowanych bohaterów, ale niezbyt sprawnych technicznie. Barry na pierwszej planszy na której się pojawia wygląda jak rozjechany Kermit Żaba i tak jest często z resztą, niektóre twarze narysowane są całkiem ok a niektóre makabrycznie koślawo. Niektóre sceny akcji są z dobrą dynamiką uchwycone, niektóre strasznie statyczne, poziom jest strasznie nierówny i ja bym go nawet średnim nie nazwał. Minus za grafikę. Na koniec, sam komiks jest całkiem fajny, zagadka ożywienia Allena wciąga (aczkolwiek jak ktoś obraca się we flashowych klimatach, to raczej szybko połapie się o co chodzi), dialogi napisane są porządnie, interakcje zachodzące pomiędzy postaciami mają sens a całość naprawdę nie nudzi. Kolejny nie mający wielkich artystycznych pretensji, ale udany jako przedstawiciel gatunku komiks Waida, gdyby nie te rysunki jeszcze. Ocena 7/10



3. Najgorszy przeczytany:

  "Kolejny Gwóźdź" - Alan Davies. Cóż jest wielkim fanem pierwszego "Gwoździa" i uważam go za jeden z najlepszych tytułów w kolekcji. Słyszałem co prawda, że jego kontynuacja jest sporo słabsza ale "nic co widziałeś nie przygotowało cię na to co zobaczysz" przytaczając pewną reklamę. Standardowo zacznę od fabuły, której...nie ma. Tak, Davies nie chciał najwidoczniej aby go posądzić o odcinanie kuponów od pierwszej części i postanowił napisać sequel w całkowicie innym klimacie i odpuścić sobie scenariusz dla odmiany. Komiks zaczyna się od wielkiej wojny Green Lanternów z Apokalips w którą wmieszani są oczywiście Nowi Bogowi. Darkseid zostaje zdaje się zabity, a czytelnik przenosi się na Ziemię gdzie Liga Sprawiedliwości zaznaje właśnie zasłużonego odpoczynku i bonusów wynikających ze sławy. Sielanka nie trwa długo bo zostają zaatakowani przez jakichś ultra-oprychów. Dalej ci drudzy zostają zaatakowani przez tych trzecich a czwarci przez piątych gdzie w międzyczasie szóści biją się z siódmymi a Batman odwiedza Deadmana który mu oznajmia że zbliża się straszliwe zagrożenie. Na dodatek zaczynają się przenikać wymiary, pojawiają się armie i stworzenia z różnych epok więc wszyscy zaczynają się bić ze wszystkimi. Na jaw wychodzi w końcu, że za cale to zamieszanie odpowiada olbrzymia kosmiczna bakteria (?), ostateczna broń Darkseida. Przerażającego jednokomórkowca pokonuje Oliver Queen (jak wiadomo w poprzedniej części zawzięty wróg superbohaterów a tutaj przeniesiony do wnętrza tego androida co wsysa moce) poświęcając własne życie a Batman leczy się nareszcie ze swojej traumy i wraca do Ligi. Happy End. Rysunki jak to u Daviesa, wysoki poziom - sporo szczegółów, ładne typowe dla superbohaterszczyzny kolorowanie. Nie wiem co mam powiedzieć, aż takiego zakalca się nie spodziewałem po tytule myślałem że autor przedstawi kolejny patent, który różni świat alternatywny od "naszego" a to jednak chyba tylko chodziło o nawiązanie tytułem bo nic takiego nie zauważyłem, ten komiks ze swoim znakomitym poprzednikiem tak naprawdę nie ma nic wspólnego, nie wiem może jakby kolory zamiast Johna Kalisza nakładał Ryszard to byłoby to artystycznie ciekawsze? +1 za rysunki i +1 za bijatyki. Razem ocena i to naciągnięta 3/10.



4. Zaskoczenie na minus:

   "Człowiek który się śmieje/Azyl Arkham" Ed Brubaker, Doug Mahnke/ Grant Morrison, Dave McKean. Dwa komiksy w jednym, obydwa dwóch bardzo cenionych twórców (chociaż jeden z nich równie często jak ceniony to bywa znienawidzony) i obydwu których ja jakoś "nie czuję" (jednego nie cierpię, drugiego lubię ale jakoś jego komiksy tchu mi nie zapierają). Zacznając od "Człowieka..." mamy tutaj kolejną wersję pierwszego spotkania Batmana z Jokerem. Sam komiks jest dobrze napisany, ma fajny ciężki klimat, jest jakiś element zagadki kryminalnej (w sumie zagadki to chyba złe słowo bo tu się niczego nie rozwiąże, powiedzmy element śledztwa prowadzonego przez Batmana), trochę akcji a na dodatek obłędnie dobre rysunki Mahnke który potrafi połączyć pewną dozę realizmu ze swego rodzaju surrealistycznym pokręceniem, natomiast wszystko to jest jakieś takie letnie. Brubaker w moim odczuciu tak bardzo starał się zrobić dobry komiks o Jokerze, że się chyba zagalopował w planowaniu. To wszystko wygląda na tak bardzo solidnie przemyślane, że aż czuć tu brak swego rodzaju szczypty artystycznego szaleństwa a wszystko jest aż do bólu poprawne a komiks był zadje się całkowicie osobnym one-shotem więc autor mógł chyba pozwolić sobie na więcej. Na dodatek nie mam pojęcia skąd (z wyjątkiem wiadomo jasnego nawiązania do burtonowskiego Batmana), ale sam scenariusz wydaje mi się dziwnie znajomy. Druga część "Azyl Arkham", z określeń którymi obdarzono ten komiks to "kultowy" i "genialny" to jedne z najczęściej używanych. W każdym razie, akcja dzieje się dwóch liniach czasowych. W pierwszej w teraźniejszości Batman wkracza do Arkham opanowanego przez szaleńców w drugiej w przeszłości poznajemy historię Amadeusza Arkhama. Dosyć ciekawie jest przedstawiony Batman, jako facet wystraszony możliwością zobaczenia swojego prawdziwego odbicia w krzywym zwierciadle szpitala psychiatrycznego, z jednej strony trudno kupić pomysł tego akurat bohatera, który dostaje załamania akurat w takim momencie z drugiej nie jest raczej żaden kanon a kolejna wariacja na temat postaci więc pomysł wydaje się okej. Na temat tego komiksu można się naczytać o wiele, wiele więcej opracowań niż samego komiksu a to nawiązania do tego a to do tamtego, a to symbolika taka a to śmaka, tutaj Jung a tutaj Crowley, tyle że obydwaj są wymienieni z nazwiska i o ile w fabule opowiadającej o chorobach psychicznych i rozpadach osobowości trudno nie nawiązać do Junga i jego koncepcji strukturalnej to kto by powiązał oko Horusa, lub arkana z crowleyowskiego tarota z nim samym? To taki właściwie mój chyba najpoważniejszy zarzut do tego komiksu, on jest jakiś taki...pretensjonalny jakby. Obliczony na efekt, gęsto w nim od symboliki, nieprzesadnie dla mnie często rozpoznawalnej czy zrozumiałej, ale mam wrażenie że niekoniecznie też zawsze potrzebnej. Identycznie z rysunkami McKeana, którego również nie lubię. Ciężko ukryć, że pasują klimatem do tej opowieści a niektóre ilustracje wprost zachwycają, ale dla mnie to też wszystko trochę takie wyraźnie zaplanowane od początku do końca aby zrobić efekt łał. W niektórych momentach te jego dziwaczne kolaże malowideł, zdjęć i szkiców zaczynają męczyć. Zdaje się, że mógł się McKean momentami dać sobie na wstrzymanie, bo na niektórych stronach to ciężko rozpoznać co przedstawiają. Zastanawiam się, czy gdyby ten komiks narysował Jim Aparo to też by się cieszył taką estymą? Na bank nie, ale czy w przypadku komiksu można mówić o rozłączeniu formy z treścią? W tym akurat przypadku chyba nie. Za to na wielki plus napewno kreacje czarnych charakterów, Joker jako prowadzący ten obłąkany tv show posiadający aparycję rockmana (mi osobiście lekko się kojarzył z Davidem Bowie), Dwie Twarze, Kapelusznik i cała reszta to wszystko strzały w dziesiątkę. W każdym razie przy kreśleniu tych kilku powyższych zdań musiałem Azyl przeczytać drugi raz bo nie wiedziałem od czego zacząć i spodobał mi się bardziej niż za pierwszym razem, ale bez tak wielkiego zachwytu jak w przypadku dajmy na to "Nowej Granicy". No jakby nie patrzeć, jeden z tytułów który każdy fan Batmana nie tylko mógłby, ale chyba powinien znać i przy okazji najlepszy komiks jaki dotąd czytałem nielubianego przeze mnie scenarzysty. MImo wszystko spodziewałem się chyba czegoś bardziej wstrząsającego. Ocena 8/10.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w So, 16 Luty 2019, 14:52:39
Miałem po lekturze "Another Nail"- a kupiłem w pakiecie z pierwszym "Gwoździem"- podobne wrażenia. Szkoda, bo Elseword zawsze jawi mi się jako szansa na stworzenie czegoś nowego i ciekawego...
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Gazza w Wt, 19 Luty 2019, 12:46:05
(...)
3-4 najgorszy komiks
Ghost world i to bardzo zdecydowanie.
(...)
Zaskoczenie na minus
Ghost world - ani słowa więcej o tym komiksie nie napiszę. Brzydzę się.

Ale w ocenach w Twojej stopce otrzymał średnią. Więc albo nie ma czym się brzydzić i nie jest to jednak najgorszy tytuł (nie znam więc się nie odnoszę), albo ocena i opis wrażeń nie korelują ze sobą. No chyba, że najgorszy z przeczytanych w styczniu (?), ale 2,5/5 to wciąż środek stawki więc czym się tu brzydzić, dlaczego sprzedawać skoro jest tylko o punkt niżej oceniony niż Daredevil Millera, albo Blacksad #5?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: perek82 w Wt, 19 Luty 2019, 16:14:21
W mojej prywatnej skali 3.5 to zwykłe czytadlo (jakieś pierwsze z brzegu superhero) wszystko poniżej to automatycznie do sprzedania. 2.5 ma tylko to i infinity war
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Gazza w Cz, 21 Luty 2019, 10:39:49
W mojej prywatnej skali 3.5 to zwykłe czytadlo (jakieś pierwsze z brzegu superhero)
(...)
No tak - Blacksad, Daredevil Millera....

Sorry za offtop.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: perek82 w Cz, 21 Luty 2019, 14:32:14
Wcześniejsze blacksady bardziej mi podeszły pierwszy tom Millera też średnio. Nic nie poradzę.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Gascon200 w So, 02 Marzec 2019, 22:23:54
Dobra, skoro luty się już skończył, chyba pora zrobić swoje zestawienie:

1. Najlepszy komiks zakupiony - w lutym zakupione przeze mnie komiksy głównie nie były dobre, dlatego przejdę do...

2. Najlepszy komiks przeczytany




3. Najgorszy komiks zakupiony:

Wieczni Batman i Robin Tom 1

Jestem wielkim fanem Bat-Rodziny. Lubię Red Hooda, Batgirl, Nightwinga, uwielbiam Red Robina, Cassandrę Cain i Damiana jako Robina, mógłbym tak wymieniać i adorować ich. Jednakże niezbyt lubię ich wspólne występy, kiedy widzimy ich wszystkich razem i w ogóle, a przynajmniej w New 52, gdzie Wieczny Batman jest tego przykładem. Więc czemu kupiłem ten komiks? Otóż zaintrygowała mnie postać Matki, a sama historia z tym jak Batrodzina radzi sobie z zaginięciem Batmana. Na plus można zaliczyć poszczególne interakcje pomiędzy członkami (np. Todda z Drake'iem), niektóre rysunki (choćby Tony'ego S. Daniela) i nawet ciekawe pierwsze zeszyty. Niestety minusy przeważają nad zaletami. Po kilku zeszytach mamy nudne walki z kilkoma niezłymi scenami, intryga ze złoczyńcą staje się męcząca, a rysownicy się co chwila zmieniają (tak, wiem że to standardy tygodiowych serii, i nie podoba mi się to), i większość z nich wypada w najlepszym wypadku przeciętnie. Generalnie 1 tom mi się raczej nie spodobał, na szczęście kupiłem go na wyprzedaży i nie płaciłem tyle ile wynosi cena okładkowa. Powiedzcie mi, czy w 2 tomie jest lepiej?

4. Najgorszy komiks przeczytany:


Batman/Flash: The Price

Strasznie nijakie były to zeszyty. Myślałem, że będzie to jakaś miła odmiana po HiC Kinga, a sama historia bardzo mnie znużyła. W skrócie: Batman i Flash czepiają się nawzajem o to co się stało w Heroes in Crisis
Spoiler: PokażUkryj
Gotham Girl wskrzesza Gothama, który umiera, a jej wątek do niczego nie prowadzi. Cały czas mówi się o tym, że umrze, jeśli będzie dalej używać swoich mocy i się z tym nic nie dzieje., jest sporo szokujących scen Iris daje z liścia Batmanowi, Bruce wspomina Barry'emu o tym, że zapomniał o Wally'ym, wszyscy się na siebie obrażają. Na plus całkiem niezły 1 zeszyt o ewentualne rysunki, jednakże sam komiks mnie mocno rozczarował.
5. Zaskoczenie na minus:









(wpis będzie edytowany, więcej napiszę wkrótce)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pt, 08 Marzec 2019, 14:22:40
   Podsumowanie lutego. Nieco się stęskniłem za Marvelem bo jakieś cztery miesiące nie miałem z nim do czynienia a kupiłem tego całkiem sporo, toteż w zeszłym miesiącu właściwie wyłącznie nadrabiałem kolekcję Superbohaterowie Marvela oraz dodatkowo trochę WKKM.Uwaga jak zawsze mogą pojawić się SPOILERY:



1. Najlepszy:

   "SM Elektra" - Frank Miller, Klaus Janson. Kolejny z tytułów owianych legendą, również i w naszym kraju, nie tylko z powodu tego że należy do legendarnego runu Millera, który nie tylko zdefiniował na nowo postać Daredevila ale i cały gatunek a również dlatego, że jego fragment ukazał się w Polsce jako pierwszy komiks Marela (byly jeszcze Blade Runner i Indiana Jones ale nie pamiętam już kolejności wydawania, posiadam zresztą wszystkie trzy do dzisiaj, chociaż w przypadku BR lekko oszukuję bo tamten oryginalny gdzieś się zapodział a egzemplarz który mam kupiłem na allegro, ale w razie czego będę szedł do końca w zaparte). Co ciekawe ten komiks wydany przez AS-Editor nie jest zwykłym przedrukiem oryginału a pierwszym zeszytem z tego wydania Hachette z przemieszanymi całymi fragmentami jakiegoś innego komiksu o Elektrze, tyle że ktoś to tak umiejętnie w wydawnictwie (lub tam skąd materiały do druku kupiono, przewertowałem stopkę i tam jest podane, że licencja kupiona jest w Niemczech) zrobił, że miało to sens a dodatkowe fragmenty robiły za retrospekcje z czasów przystąpienia bohaterki do Dłoni. Byłbym wdzięczny jakby ktoś się orientował czy, te fragmenty znajdą się w serii wydanej przez Egmont i dał znać. Aha odrazu dla tych którym średnio podszedł pierwszy tom wydania Egmontu (mi się podobał, ale ja ogólnie bardzo lubię takie starocie), niech śmiało kupują dalej, ten komiks to zupełnie inna waga niż ten początek zawarty w/w tomie. Czyli pokrótce w komiksie mamy przedstawioną postać Elektry - byłej zabójczyni klanu ninja oraz byłej kochanki Matta Murdocka, która powraca do Nowego Jorku po latach nieobecności ścigana przez swych byłych "braci" w zbrodni. Uwagę zwraca pierwszy zeszyt w którym aktualne wydarzenia przeplatają się z przeszłością obydwojga bohaterów, to niesamowite z jaką elegancją Miller na tych dwudziestu paru stronach zmieścił właściwie całą dynamikę relacji Elektra-Matt, po tych +-15 minutach jakie mu poświęcimy wiemy o tej parze wszystko co nam potrzebne a jednocześnie absolutnie nie odczujemy jakiegokolwiek przeładowania informacjami, sztuka takiego pisania zeszytów niestety mocno podupadła ostatnimi czasy (wspomnę o tym szerzej następnym razem, na podstawie komiksu który dzisiaj przeczytałem). Autorzy mimo dosyć sporej ilości wątków nie stworzyli jakiegoś skomplikowanego, trudnego do zrozumienia czy śledzenia dzieła, akcja zmierza od początku do końca w linii prostej niczym dobre kino sensacyjne z tamtych lat, klimatem mamy coś mocno przypominającego bendisowego Daredevila (a raczej to bendisowy przypomina tego), czyli mrok, brud, deszcz i ludzi brzydkich na zewnątrz jak i wewnątrz, aczkolwiek i kilka razy się uśmiechnąć da radę. Tekstu do czytania jest sporo wzorem mody jaka wtedy panowała w branży, ale i sporo akcji, wcale tego przegadania nie czułem a całość wciągnąłem bardzo szybko. Pod względem rysunków to tradycyjny Miller z tamtych czasów nie opanowany jeszcze późniejszą manią "ubrzydzania" swoich rysunków wspomagany poprawkami i kolorowaniem niezwykłego talentu Jansona. Momentami są drobne problemy z rysowaniem twarzy (czasami oczy są olbrzymie niczym z jakiejś mangi), czy zachowaniem proporcji, ale całość sprawia doskonałe wrażenie, zwłaszcza sceny akcji często rysowane z diametralnie różnych rzutów na kolejnych kadrach co przydaje sporej dynamiki, niestety jest to wersja z poprawionymi komputerowo kolorami, ja jestem fanem czytania komiksów wydanych 1:1 z oryginałem, także tutaj daję minus. Podsumowując lubisz Daredevila? Kupuj koniecznie. Lubisz komiksy superhero? Kupuj koniecznie. Lubisz run Bendisa? Kupuj koniecznie. Lubisz serial Netflix? Kupuj koniecznie. Lubisz Iron Fista i Luke Cage'a? Kupuj koniecznie. Lubisz...stop, nienawidzisz Bullseye'a (jego występ tutaj to czysta fantazja, która dokładnie przypomina mi dlaczego go nienawidzę a tekst zaczynający się od "całkiem niezłe ruchy mała..." to mistrz, wykorzystam go na bank)? Kupuj koniecznie.Ogólnie lubisz dobre komiksy? Kupuj koniecznie. Komiks-legenda, który w 100% na tę legendę zasługuje, czekam teraz na wydanie Egmontowe które będzie kompletne. A pomyśleć, że czytając nie tak dawno temu "Nową Granicę" myślałem że długo jeszcze tak dobrego superhero nie dane mi będzie czytać. Ocena 9/10



2. Zaskoczenie na plus:

   "SM Wasp" - Roger Stern, John Buscema. Wyciągnąłem tom z pudełka, ściągnąłem folię i pomyślałem "acha, jakiś staroć" po czym odłożyłem na stosik kolekcji "do przeczytania", całkiem niedawno właśnie wygrzebałem ten komiks ze wspomnianego stosiku...i okazało się ku mojemu zdziwieniu, że tomik jest znacznie nowszy niż mi się wydawało a za całość odpowiada dwóch bardzo lubianych przeze mnie autorów. Komiks jest wydany w mniej więcej tym samym okresie co w/w millerowski Daredevil i w pewien sposób stanowi jego całkowite przeciwieństwo, tzn. o ile tamten wyznaczał nowe kierunki na przyszłość, to ten bardzo mocno zagląda w przeszłość. Krótko, ta opowieść to jedno wielkie mielenie jednego z najbardziej klasycznych, najbardziej zajeżdżonych pomysłów epoki Stana Lee i Jacka Kirby. Czyli główny czarny charakter (syn Barona Zemo) zbiera grupę kretyńsko wyglądających pomocników o równie kretyńskich pseudonimach i wykorzystując podstęp atakuje siedzibę Avengers (pod przywództywem Janet Van Dyne i w raczej rezerwowym składzie), odcina ją od reszty świata i po początkowym sukcesie zamiast zabić swoich bezradnych przeciwników przechwala się i puszy czekając na swój smutny koniec. Nie ma tu żadnej dekonstrukcji, żadnych zaskakujących zwrotów akcji - cały scenariusz przebiega dokładnie tak jak sobie wyobrażamy od początku do końca, natomiast...natomiast jest tutaj po prostu świetnie napisana historia. Stern przypomina nam cały czas jak utalentowanym jest scenarzystą, interakcje między postaciami są rozpisane nadzwyczaj wdzięcznie, znajdzie się i miejsce na romantyczne perypetie wśród pozytywnych postaci oraz ich przemyślenia dotyczące pozycji w zespołu jak i samego zespołu wogóle również i wewnętrzne tarcia w czasie walki o przywództwo pośród zróżnicowanych tak fizycznie jak i mentalnie czarnych charakterów śa bardzo fajnie napisane, całość momentalnie mnie wciągnęła i pomimo sporych standardowo dla tego okresu sporych ilości tekstu przeczytałem go bardzo szybko. O rysunkach Buscemy, nie powinienem raczej nic pisać, w końcu to jeden z bardziej znanych rysowników wydawnictwa, czyli solidna, bardzo przyjemna kreska rodem z przełomu lat 70/80, raczej bez żadnych eksperymentów. W podsumowaniu nihil novi sub sole, ale niezwykle smaczne danie upichcone przez prawdziwych specjalistów w swoim fachu. Na koniec nie bardzo rozumiem dlaczego ten komiks ukazał się jako Wasp skoro jest częścią serii Avengers a nie otrzymuje ona specjalnie wyraźnie więcej czasu niż inni bohaterowie (scena z łzami na twarzy Kapitana jest wprost rozczulająca) a nawet niektórzy złoczyńcy. Nie wiem może chodzi o fakt pełnienia przez nią funkcji dowódcy? Nieważne, ważne że dostałem kolejny bardzo dobry komiks, którego szanse na wydanie przez innego wydawcę byłyby praktycznie zerowe. Ocena 7+/10.




3. Najgorszy przeczytany:

   "WKKM Defenders:Niszczyciel Światów" - Matt Fraction, Terry Dodson, Mitch Breitweiser. Na początek muszę powiedzieć, że jestem wielkim fanem Defenders. Tak właściwie to lekki żart, bo dotychczas przeczytałem wszystkie dwa komiksy o nich, które się ukazały w Polsce. Ale obydwa mi się bardzo podobały a na dodatek bardzo lubię postacie wchodzące w skład drużyny jako osobnych bohaterów, także pozostanę przy stwierdzeniu, że jestem wielkim fanem. W każdym razie moje oczekiwania co do tego tomu były dosyć spore, były do momentu gdy nie zacząłem czytać wstępniaka w którym okazało się, że ten komiks to jakiś dodatek do "Samego Strachu", który w zamierzeniu miał być epickim wydarzeniem a w rzeczywistości był jakimś pokrzywionym bękartem Morloków prosto z kanałów spod szkoły Profesora X. Pokrótce grupa naszych bohaterów w których miejsce Hulka zajęła She-Hulk oraz na dokładkę doszedł Iron Fist rusza powstrzymać Nula Niszczyciela czyli zły aspekt Zielonego (chyba, nie pamiętam już tych pierdół z "Samego Strachu" dokładnie), spotykają się z nim na górze Wundagore gdzie zostają schwytani przez zwierzoludzi znanego z innych komiksów kolekcyjnych Prestera Johna i znajdują tam jakąś dziwaczną rzeźbo-maszynę. Nul zostaje unicestwiony dotknięciem co oznajmia nam, że nie był jednak główną postacią wokół, której kręci się fabuła a przygodnym leszczem, a na pierwszy plan wysuwa się rycerz, który przy okazji sfiksował i jego urządzenie. Tutaj kończy się pierwszy rozdział a maszyna zwana silnikiem jakimśtam trafia do do siedziby Dr.Strange w NY i tu zaczynają się schody. Nie, wróć schody zaczęły na samym początku kiedy historyjka okazała się banalną bijatyką, w której jakiekolwiek relacje pomiędzy członkami grupy sprowadzone są do absolutnego minimum to druga część właściwie jest dla mnie mocno niejasna. Do Strange'a wraca martwa kochanka z przeszłości, grupa gdzieś tam się bije z jakimiś cthulhupodobnymi stworami na dnie oceanu pojawiają się znajomi Dannyego z Kunlun (czy jak to się tam pisze), coś tam jest o tym, że silnik to maszyna do spełniana życzeń, gdzieś tam się przenoszą w czasie czy przestrzeni, trudno powiedzieć, mam wrażenie że nie tylko ja się pogubiłem w tej historii ale i Fractiona spotkało to samo. Szczerze mówiąc nie jestem nawet pewien czy ta historia się skończyła czy nie, prawdopodobnie nie bo na końcu coś mówią o niszczeniu silników (widno jest ich więcej niż jeden), to wszystko jest takie niejasne. Pierwszą część rysuje Dodson tak jak lubię czasem dla odmiany "kreskówkowy" sznyt w komiksach, tak tego gościa szczerze nie cierpię. Nie wiem dlaczego, często nie potrafię opisać dlaczego jakieś rysunki mi się podobają a inne nie, ale jego mi się nigdy nie podobały. Drugą rysuje Breitweiser wraz z Ibanezem, tu już w/g mnie jest lepiej pierwszy rysuje w takim "ponuro-naturalistycznym" stylu wannabe artysta odpowiadający za Daredevila a drugiego dosyć podobnawa, ale bliższ "standardowi". Ergo, jeden z tych tak bardzo niepotrzebnych komiksów w kolekcji, że aż boli. Ani ładu, ani składu, ani sensu z odrobiną humoru w pierwszej połowie oraz nielogicznie zachowującymi się postaciami. Przyjemności z czytania też żadnej nie daje. Ocena 3/10




4. Zaskoczenie na minus:

   "SM Czarny Rycerz" - Paul Cornell, Leonard Kirk, Adrian Alphona. Kolejny po Wasp komiks z tej kolekcji, który właściwie nie wiadomo dlaczego uważany jest za komiks za komiks opowiadający o postaci z okładki i o ile Wasp dało się jeszcze jakoś wytłumaczyć, to tutaj Czarny Rycerz naprawdę nie pełni jakiejkolwiek ważnej funkcji a sam komiks to zbiorcze wydanie serii Captain Britain & MI13:Vampire State. Gdzieś tam czytałem już wcześniej kilka słów na temat tego komiksu i jak przeczytałem o tym, że w założeniach Dracula chce podbić Anglię i przemienić ją w państwo wampirów to pomyślałem "fantastyczny pomysł jakby tylko udało się zaprowadzić tam faszystowską dyktaturę to już bardziej brytyjskiego klimatu nie dałoby się chyba zrobić", ale to wszystko okazało się leżeć tylko w sferze mojego chciejstwa. Jak dla mnie sporym problemem tego komiksu było to, że cały czas miałem wrażenie, że zostałem wrzucony w historię gdzieś po środku, występuje sporo postaci które nie wiadomo kim są wraz z mnóstwem niejasnych powiązań pomiędzy nimi, całość jest wyraźnie wyrwana z jakiejś większej całości. Dialogi momentami są bardzo bełkotliwe i ciężko było uchwycić w nich jakikolwiek sens, zastanawiałem się czy to nie wina tłumaczenia, ale od długiego już czasu nie miałem poza okazjonalnymi literówkami jakichś większych zastrzeżeń do tekstów w kolekcji więc to raczej scenarzysta to taki nieobrobiony brylant tekściarstwa. Na dodatek w środek komiksu wrzucone są zeszyty, które w tej historii nie są potrzebne czyli historia podróży po piekle żony Kapitana Brytanii, która sądząc po imieniu nawiązującym do średniowiecznego poematu i wyglądu jest królową wróżek, oraz scenę gry w krykieta. O ile żona Braddocka odegra jakąś rolę w zakończeniu historii o tyle w przypadku meczu nie mam zielonego pojęcia w jakim celu on został wciśnięty do tego tomu, pomimo że występują w nim wszyscy główni bohaterowie to jak dla mnie nie ma on jakiegokolwiek przełożenia na historię główną i w żaden sposób nie rozwija ani bohaterów, ani ich relacji. Sama historia jest bardzo, bardzo średnia, akcja dzieje się zbyt szybko i zostaje rozwiązana zbyt szybko, albo jak już wcześniej wspomniałem zamulana jest jakimiś wtrętami od czapy. Sam Dracula okazuje się frajerem, który ani przez chwilę nie miał szans na zwycięstwo a amerykańscy autorzy wyraźnie nie czują wampirzych klimatów ani nie rozumieją europejskiej mitologii (grosteskowy przebieraniec, syn kobiety która w sumie była nie bardzo wiadomo kim to gruba przesada i to jedna z kilku). Na plus szef MI 13, nawiązanie do Jima Jaspersa i ewentualnie występy Kapitana Brytanii i Blade'a. Aha na deser dostajemy nową dziewczynę Czarnego Rycerza, Faizzę Hussain muzułmankę w chuście co została spadkobiercą mocy nijakiego Paladyna i stała się "godna" władania Excaliburem. Wicie, rozumicie. Zupełnie odmienne odczucia mam co do strony wizualnej, rysunki są naprawdę ładne i przyciągają wzrok, kadry z podziemnym laboratorium Draculi w stylu hellboyowskim czy steampunkowym okrętem atakującym z kosmosu otoczonym płonącymi wampirami robią spore wrażenie a kolory nałożone są zawodowo. Jeszcze lepiej jest w przypadku zeszytu przedstawiającym mecz, który jest wprost prześliczny, nie wiem kto go rysował, nie przypominam sobie abym widział wcześniej podobne rysunki a napewno bym zapamiętał, ale oglądanie każdej strony wprawiało mnie w niebywale dobry nastrój na dodatek tworząc fajny kontrast poprzez swoje żarówiaste, radosne kolory w stosunku do raczej ciemnawej tonacji całej reszty. Podsumowując nonsensowna, rozczarowująca historia która miała jakieś możliwości i grupę budzących sympatię bohaterów, ale lecąc tak bardzo "po łebkach" zupełnie nie skorzystała z własnej szansy. Ocena i to bardzo mocno naciągnięta ze względu na rysunki. 5/10.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: donT w Pt, 08 Marzec 2019, 22:19:24
Co ciekawe ten komiks wydany przez AS-Editor nie jest zwykłym przedrukiem oryginału a pierwszym zeszytem z tego wydania Hachette z przemieszanymi całymi fragmentami jakiegoś innego komiksu o Elektrze, tyle że ktoś to tak umiejętnie w wydawnictwie (lub tam skąd materiały do druku kupiono, przewertowałem stopkę i tam jest podane, że licencja kupiona jest w Niemczech) zrobił, że miało to sens a dodatkowe fragmenty robiły za retrospekcje z czasów przystąpienia bohaterki do Dłoni. Byłbym wdzięczny jakby ktoś się orientował czy, te fragmenty znajdą się w serii wydanej przez Egmont i dał znać.

Sam Marvel wypuscil takiego skladaka - Elektra Saga. W oryginale byly to 4 zeszyty i tak na prawde, byl to Daredevil, ale pociety i na nowo posklejany, gdzie opowiesc skupiala sie wylacznie na Elektrze. Dodatkowo, dodano kilka scenek, ktorych pierwotnie w DD nie bylo (wspomniane retrospekcje).
AS wydal pierszy z tych zeszytow, podkulil ogon i sie zwinal.

Mialem kiedys komplet tych zeszytow, ale bylem glupi i je sprzedalem. Zaluje do dzis.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pt, 08 Marzec 2019, 22:43:42
  Acha więc, zapewne tych momentów nie będzie w egmontowym wydaniu. Szkoda, myślałem że to wycięte było z jakiegoś osobnego zeszytu o przeszłości Elektry.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Wt, 19 Marzec 2019, 12:54:14
Już 19 marca?! Ależ spóźniony raport...
Podsumowanie lutego nie będzie się zbytnio różnić od styczniowego, jeśli chodzi o proporcje komiksów przeczytanych i zakupionych.  Kupiłem 59 komiksów, przeczytałem 21  [za wyjątkiem 4 tytułów spolszczone lub polskie] :(  .
Wstyd, silna wolna u mnie nie istnieje, no ale to już wiecie ...

1-  Najlepszy komiks zakupiony
Wreszcie kupiłem komplet polskich tomów Swamp-T, a także komplet Superior Spider-Mana - kiedyś  świadomie zrezygnowałem z zakupu kolejnych tomów, żeby ograniczyć ilość z zakupów. Nie wiedziałem wtedy, że SSM jest lepszy od większości komiksów Marvela, które nabyłem... A skoro wypożyczyłem cały cykl z biblioteki już dwa razy, stwierdziłem, że zakup całości jest po prostu koniecznością dziejową :)

2-  Najlepszy komiks przeczytany
"Bug! The Adventures of Forager" klanu Allredów. No, taki nepotyzm to ja rozumiem :)  Wyszło toto w YoungAnimal, nie wiem, czy sięgnąłem wcześniej po inne rzeczy z imprintu. Otóż Allredowie wzięli się za przypomnienie oraz  odświeżenie zapomnianego i dziwacznego  bohatera, stworzonego przez - jakżeby inaczej - Jacka Kirby'ego. Wychowany przez owadopodobne stwory bóg-człowiek wędruje przez czas i przestrzeń, absurd goni absurd, pomysł goni pomysł. Mamy wszystko, czego w uczciwem komiksie szukamy :D - przemoc sensowną i nie, duchy, gadające misie, NewGods i ich średnio dla mnie zrozumiały świat,  paradoksy międzywymiarowe i  czasowe, portale, jest też obowiązkowy szalony naukowiec...tak, zgadliście, mniemiec. Polecam wszystkim ludziom szukającym czegoś świeżego, chodź brzmi to dziwnie, zważywszy, że "Bug!" wyszedł dobrych parę lat temu.

(https://images-na.ssl-images-amazon.com/images/S/cmx-images-prod/Item/493406/493406._SX360_QL80_TTD_.jpg)

Muszę też napisać o jeszcze większym starociu- "Batman/Houdini- The Devil's Workshop". Cenię sobie elsewordy , zwłąszcza te z Batmanem- dzięki poluzowanemu nieco kagańcowi ograniczeń związanych z postacią  umożliwiają twórcom prezentację ich kunsztu,  popisanie się  czymś zaskakującym. Tomik jest niestety dość mizerny objętościowo, ale warto go kupić...Chaykin tym razem niespecjalnie drażni , natomiast jeśli chodzi o stronę plastyczną, Chiarello daje z siebie wszystko co najlepsze. Bardzo lubię ,,akwarelowy" styl tego artysty, tutaj miałem ucztę co się zowie. Piękny graficznie komiks.

(https://images-na.ssl-images-amazon.com/images/I/51VN42BGEGL._SX303_BO1,204,203,200_.jpg)

3-  Najgorszy komiks zakupiony
Soeken - ,,Przyjaciele".
Zaraz do tego tytułu wrócimy....

4-  Najgorszy komiks przeczytany
Zgodnie z zapowiedzią wracamy do komiksu ,,Przyjaciele". Nie wiem, po co ukazał się on w Polsce. Ogólnie rzecz biorąc, mniemce nie są uważani przez Polaków za nację wyjątkowo lotną...a i o samych policjantach zdanie mamy nienajlepsze.  I to, co być może szokowało  -choć wątpię- niemieckiego czytelnika  [,,Gott im Himmel, cóż to za porządki , patrz, Truda, pan policjant z kameradem  idzie na spotkanie nielegalnej organizacji! "], u nas budzi politowanie, bo glina to glina i do wszystkiego jest zdolny...nie takie rzeczy widzieliśmy.  Na dodatek nie dziwi nas także, że niemiecki policjant może się zachować podle w stosunku do innej istoty żywej. Nic a nic.  Ech.
Kolejny zakup bez sensu. I tak, rysunki Dema  bardziej mi się podobają.

5- Największe zaskoczenie - tak na plus, jak na minus.
Na plus- ,,Nokturno" Otóż kupiłem tom1 [wydanie Taurusa] i już po kilkunastu stronach zacząłem szukać w sieci wydania całości w jakiejś przyjaznej cenie. Rzadko mi się to ostatnio zdarza, co więcej- dotąd nie do końca przemawiał do mnie Sandoval, dlatego to tak wyjątkowe wydarzenie :)

Rozczarowaniem była "Złota kolekcja" mgr J. Kozy. Rzecz ładnie  i stylowo wydana, cóż jednak z tego, gdy część żartów budzi wręcz politowanie. Przedstawienie polityków jako świń przy korycie to była może nowość w zinach przełomu lat 80/90 ubiegłego stulecia. Stać magistra na więcej.


I to by było na tyle. Marzec chyli się ku końcowi i muszę przyznać , że także był interesujący , obym tym razem nie czekał tyle z podsumowaniem.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Murazor w Cz, 21 Marzec 2019, 18:01:49
2-  Najlepszy komiks przeczytany
"Bug! The Adventures of Forager" (...) Polecam wszystkim ludziom szukającym czegoś świeżego, chodź brzmi to dziwnie, zważywszy, że "Bug!" wyszedł dobrych parę lat temu.
No to leci na przód listy do czytania :)

"Batman/Houdini- The Devil's Workshop". (...) Piękny graficznie komiks.
Dla mnie jedynie grafika, bo fabuła jest baardzo słaba. Głupiutka, przewidywalna i ogólnie nie pasowała mi do Batmana i jego świata.

A co spóźnionego raportu to masz racje, zaraz kwiecień :O

NAJLEPSZY KOMIKS
Will Eisner The Spirit: Who Killed the Spirit?
(https://images.gr-assets.com/books/1477410430l/31170820.jpg)Matt Wagner, autor, którego znałem z 2 historii o Batmanie oraz Trójcy i... podchodziłem jak do jeża, bo tyłka mi nie urwały. Spirita czytałem 2 tomy z New52 i też były mocno średnie. Ot taka mini geneza plus standardowe historię.

Ten tomik wystarczyło przekartkować, żeby zdecydować się na zakup. Rysunki są cudowne, tak dobre, że miałem w głowie, nawet jak fabuła będzie do dupy to będę sobie go tylko oglądał, a rzadko tak robię :) Kreska w stylu Cooke czy Francavilli, taka cartoonowa, idealnie pasujące do klimatu przedstawionego w komiksie. A niesamowite okładki Powella są wisienką na torcie.

Na szczęście fabuła okazała się również dobra. Jest to taki hołd dla 75. rocznicy zamaskowanego bohatera pulpy Willa Eisnera. Tajemnicza zbrodnia pełna zwrotów akcji, w której pojawiają się ikoniczne postaci ze świata Spirita (przyjaciele, wrogowie i  femme-fatale) oraz nazistowskim (a jakże!) złoczyńcą ciągnącym za sznurki.

Kilka kadrów na zachętę:
(https://i.gr-assets.com/images/S/compressed.photo.goodreads.com/hostedimages/1487616339i/22032316._SY540_.jpg)  (https://i.gr-assets.com/images/S/compressed.photo.goodreads.com/hostedimages/1487616339i/22032318._SY540_.jpg)  (https://i.gr-assets.com/images/S/compressed.photo.goodreads.com/hostedimages/1487616339i/22032317._SY540_.jpg)

I parę okładek:
(https://static.comicvine.com/uploads/scale_small/6/67663/4802849-03a.jpg)  (https://static.comicvine.com/uploads/scale_small/6/67663/4924240-05a.jpg)  (https://static.comicvine.com/uploads/scale_small/6/67663/4726159-02a.jpg)

W innym wątku ktoś pisał o Black Beetlu, więc jeżeli chcecie czegoś w tym stylu to zachęcam. 12 zeszytów - sporo czytania za nie dużą kasę ;)

NAJGORSZY KOMIKS
The Goon tom 1
(https://images.gr-assets.com/books/1445791425l/25768986.jpg)Kompletnie nie chwycił, sam pomysł mafia, zombi, jeden osiłek ze śmiesznym pomocnikiem kontra świat wydawał się idealny, ale humor mi nie siadł (przypomina mi głupkowatego Deadpoola z NOW), akcja jakaś taka porwana, rysunki jak na kolanie (pewnie tak miały wyglądać). Ogólnie męczyłem się strasznie to czytając. Chyba wezmę tom 2, bo w wątku Goona piszą, żeby dać szanse.

ZASKOCZENIE NA PLUS
Batman - The Dark Knight Detective Vol. 1
(https://images.gr-assets.com/books/1535884634l/33252320.jpg)Pierwsze zeszyty Detective Comics po kryzysie. Kilka zestarzało się dość mocno, ale tego się spodziewałem. Zaskoczył mnie jednak fakt, że czyta się to całkiem płynnie. Nie ma jakiegoś przynudzania, a postawiono na akcję. Większość to historyjki jedno-zeszytowe, jakaś intryga, krótkie śledztwo, walka z łotrem (Joker, Two-Face, Pingwin, a nawet Catwoman, więc fajny zestaw. Taki schemat, który się sprawdza. Tom drugi w kolejce, więc zobaczymy, czy na dłuższą metę nie będzie to meczące.

Koshchei the Deathless
(https://images.gr-assets.com/books/1523418530l/39740838.jpg)Spodziewałem się kolejnego słabe spinoffu, a dostałem świetną i klimatyczną historię. Parę zdań więcej w wątku o Hellboyu.

ZASKOCZENIE NA MINUS
Batman - The Dark Prince Charming
(https://images.gr-assets.com/books/1527563349l/40231281.jpg)Piękne filmowe kadry Mariniego pokazują jak Batman wygląda po europejsku. I wygląda świetnie. Ma się chęć wyrywać strony z komiksu i wieszać na ścianę, ale... niestety Marini scenarzystą już tak dobry nie jest. Albo inaczej, mi jego scenariusze nie do końca podchodzą (Skorpion i Orły Rzymu też). Wydają mi się trochę naiwne. Pisane jak z jakiejś instrukcji. Coś w stylu X stron na wstęp, Y rozwinięcie i gwałtowne zakończenie na paru stronach z cliffhangerem albo jakimś twistem na końcu. I podobny schemat jest tutaj. Może tak ma być? Mnie nie do końca odpowiada. Nie jest to zły komiks, ale oczekiwałem czegoś więcej.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: parsom w Cz, 21 Marzec 2019, 18:44:24
Goon najgorszy???!!! Przypomina głupkowatego Deadpoola? Rysunki jak na kolanie? Chyba czytaliśmy inne komiksy.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Murazor w Cz, 21 Marzec 2019, 19:13:33
Chodziło mi o humor, a nie postać jako taką, który dla mnie jest raczej niskich lotów. Takie trochę suchary, trochę głupkowate gagi, kawały jak starszych wujków. Może raz się uśmiechnąłem, a chyba humor miał być mocną stroną serii. Może później jest lepiej?

O takie żarty:
(https://encrypted-tbn0.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcSQDYxto4sQPxAZfOLAGJeSqS40ULBGEqMf0Ocp2eYpL5vHubhh)

A rysunki, no cóż większość kojarzę w ten sposób:
(https://d2lzb5v10mb0lj.cloudfront.net/common/salestools/previews/goonbm/goonbmp2.jpg)

Postać Zbira, czy tego małego pomagiera dość dokładna, ale bardzo dużo kadrów bez żadnego tła, wydają się puste, jakby robione na szybko. W porównaniu do np: okładek w Spiricie to jest bieda. Zdaję sobie sprawę, że okładkę inaczej się tworzy, niż całą serię, ale jednak widać mega różnicę. Jak googlowałem dalsze tomy to jest tylko lepiej i widać postęp, ale po pierwszym tomie jestem mocno na nie :-\
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: parsom w Cz, 21 Marzec 2019, 19:21:44
Zbir w tomie 1 rozkręca się mniej więcej do historii z Mikołajem. Początki są dość toporne (zarówno rysunki, jak i dowcip). Ale potem jest to już zdecydowanie inny komiks. Tła może i czasem nie ma, ale niekoniecznie zawsze jest pożądane.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Murazor w Cz, 21 Marzec 2019, 19:35:10
Z tłami to jasne, po prostu tutaj sprawiło mi takie wrażenie pośpiechu, czy niedbałości.

Początki są dość toporne (zarówno rysunki, jak i dowcip).
Trzymam za słowo, zresztą nie tylko Ciebie ;) tak jak pisałem, będę sprawdzał drugi tom, bo czytałem dużo opinii, że dalej jest lepiej.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Cz, 21 Marzec 2019, 22:59:27
Murazorze, z tym Spiritem miałem bardzo podobnie po zakupie [przypadkowym i za niecałego funciaka :)] tego oto tomu:

(https://d1w7fb2mkkr3kw.cloudfront.net/assets/images/book/lrg/9781/4012/9781401222208.jpg)


Byłem jednocześnie zachwycony, jak można wykorzystać jeden i ten sam stary pomysł na wiele sposobów, i mocno wku...rzony, że nie mogłem kupić kolejnych :)  Zresztą pisałem chyba o tym komiksie w poprzedniej odsłonie naszych wypominek. Widzę, że i ten tomik by mi się podobał.

Zbira kupiłem w tym miesiący 3 tpb na wyprzedaży w centrum komiksu- i była to przyjemna rozrywka, w sumie nie jest to komiks, w którym akcja ma jakieś znaczenie ;) A w przedmowie Powell sam pisze, że rysować to on nie umi.

Podoba mi się obraz DKDetective, który wyłania się z twojego opisu, bo chronicznie cierpię z braku krótkich, dobrze opowiedzianych historii. Co wyciągam jakiś tom z półki, to okazuje się , że to wielowątkowa epopeja...dlatego zresztą zastanawiam się, czy w ogóle jeszcze wróci czas jedno-trzy odcinkowych historii.

No i do tego Bitla to już mnie chyba wszystko wokół namawia i przekonuje, trzeba będzie wpisać na listę zakupów...
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Wt, 26 Marzec 2019, 09:56:15
Witam wszystkich w nowym miejscu. Mam nadzieję, że ktoś mnie tam jeszcze kojarzy z forum Gildii. Przez jakiś czas się nie udzielałem, bo miałem kilkumiesięczny kocioł w pracy, ale już jestem z powrotem i będę Was zamęczał swoimi cyklicznymi podsumowaniami. Tak sobie wcześniej wykoncypowałem, że moja bytność na forum zacznie się właśnie w tym wątku, co niniejszym czynię.

Na początek zaległości ze stycznia, który upłynął mi w większości pod znakiem odkrywania originów kolejnych postaci z DC.

Lektury: Flash: Powrót Barry'ego Allena (WKKDC), Plastic Man: Ścigany (WKKDC), Green Lantern: Tajna geneza (WKKDC), Green Arrow: Rok pierwszy (WKKDC), Green Lantern/Green Arrow: Włóczęga Bohaterów (WKKDC), Nowi Nastoletni Tytani: Kontrakt Judasza (WKKDC), Thor (SBM) oraz Thorgal t. 1-2 - łącznie 9. Jednocześnie małe wyjaśnienie do Thorgala: serię odświeżam sobie regularnie co jakiś czas, więc znam już ją naprawdę dobrze i uważam za najlepszą serię komiksową ever (tak scenariuszowo, jak i graficznie). Dlatego też nie biorę jej pod uwagę przy wydawaniu ocen.

Najlepszy - Plastic Man: Ścigany. Miałem zagwozdkę, bo wszystko, co czytałem z DC, było na naprawdę świetnym, wyrównanym poziomie. Odświeżone originy przypadły mi do gustu (polecam ich lekturę osobom zagubionym w świecie DC), a starsze tomy to już klasyka. Dlatego też wybór najlepszego komiksu to jak wybór między lodami truskawkowymi a malinowymi. Ostatecznie wybrałem najbardziej oryginalny komiks w tym zestawieniu. Historia typowo rozrywkowa, która przywołuje banana na twarzy niemalże na każdej stronie. Zazwyczaj oglądając film czy czytając książkę/komiks nie zaśmiewam się na głos, ale tutaj niejednokrotnie nie mogłem się powstrzymać. Do tego naprawdę intrygująca historia kryminalna, oczywiście dostosowana do konceptu całości, a więc nad wyraz wyolbrzymiona i z banalnym rozwiązaniem, ale jednak wciągająca. Nie przeszkadzały mi nawet kreskówkowe rysunki, których co do zasady nie trawię. Baker również oddał hołd pierwszej opowieści z udziałem Plastic Mana i przedstawił swoją wizję originu tej postaci zgodnej z pierwowzorem, co także ma u mnie wielki plus. 5 nagród Eisnera dla tej serii to jak najbardziej zasłużony wynik.

Najgorszy – brak. To był naprawdę udany miesiąc!

Zaskoczenie na plus - Nowi Nastoletni Tytani: Kontrakt Judasza. To było naprawdę totalne pozytywne zaskoczenie, bo komiks zdystansował nawet chwaloną serię z udziałem Green Lanterna i Green Arrowa. A miałem go w ogóle sobie odpuścić, bo w przypadku komiksów sprzed Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach staram się robić totalny przesiew. Nemesis Tytanów, czyli Deathstroke, z powodzeniem infiltruje drużynę i z pomocą Terry, którą młodzi bohaterowie przyjęli niedawno do grupy, po kolei wyłącza każdego superbohatera z akcji. Sama fabuła może i nie brzmi jakoś odkrywczo, bo na takiej koncepcji opierają się setki komiksów superhero. Jednak Wolfman z Perezem byli w stanie wykrzesać z tej opowieści maksimum, dodając wciągające interakcje pomiędzy członkami drużyny oraz ich osobiste rozterki i przemyślenia, które uwiarygadniają postępowanie poszczególnych bohaterów, zarówno tych dobrych, jak i tych złych. Muszę przyznać, i to nie bez kozery, że to właśnie tego typu komiksy określa się jako „klasyka”.

Zaskoczenie na minus – brak.

I jeszcze pytanie techniczne: czy przy wysyłaniu każdej wiadomości trzeba wpisywać te durne literki i cyferki??? Strasznie to dobijające jest!!!
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Mateusz w Wt, 26 Marzec 2019, 10:48:17
Konieczność przepisania captchy dotyczy tylko pierwszego posta na forum.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Wt, 26 Marzec 2019, 10:52:35
Dzięki, uspokoiłeś mnie  :)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Wt, 26 Marzec 2019, 11:00:48
laf-witaj, cieszy mnie, że dołączyłeś do tematu :) Wreszcie :D

Sporo osób chwali ,,Kontrakt Judasza", tymczasem ja sobie darowałem zakup- i coraz częściej myślę, że to był błąd. Ale da się jeszcze nadrobić.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Wt, 26 Marzec 2019, 11:49:09
Ja też nie natknąłem się na żadną negatywną opinię na temat KJ. To jest naprawdę świetny kawał komiksu SH, choć nie ukrywam, że wolałbym przeczytać całą serię Młodych Tytanów (podobnie zresztą jak Green Lantern/Green Arrow). Na szczęście Kontrakt można czytać niezależnie od poprzednich wydarzeń, bo nie są one aż tak bardzo istotne dla całej historii.
Polecam, tym bardziej, że taka klasyka pełną gębą nie zdarza się na naszym rynku zbyt często.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: donT w Pn, 01 Kwiecień 2019, 23:12:32
Moonshadow...

Jeden z najoryginalniejszych, najwspanialszych i najdziwniejszych komiksow jakie udalo mi sie przeczytac. Polowalem na niego uparcie, ale cierpliwie, przez dlugie lata. Taki komiksowy Swiety Graal, o ktorym prawie wszyscy pisali piesni pochwalne, niedostepny w ludzkich cenach, do dostania tylko i wylacznie na rynku wtornym. Trafil w moje lapska, zapewne tylko dzieki zapowiedzianemu wznowieniu, ktore datowane jest na maj tego roku.

O czym to? No wlasnie. Dobre pytanie. Moonshadow to Maly Ksiaze na sterydach.  To opowiesc o poszukiwaniu. Poszukiwaniu sensu, szczescia, harmonii z samym soba. To opowiesc o malym chlopu. O dziecku hipiski, ktora uciekla z domu oraz kosmicznego bytu (przypominajacego usmiechniety ksiezyc). Ten ow, kosmiczny byt wymyka sie jakiejkolwiek logicznej klasyfikacji, a dla ktorego jedynym motorem napedowym jest kaprys. Bo cos chce. Bo czegos nie chce. Teraz, w tym wlasnie momencie.

Podczas 12 czesciowej epopeji, towarzyszymy dorastajacemu Moonshadow w jego kosmicznych oraz przede wszystkim kosmicznie dziwacznych perypetiach. Nasz Maly Ksiaze na vinstrolu doswiadcza baaardzo duzo i bardzo obficie. Doswiadcza wojny, okrucienstwa, smierci bliskich, pierwszego seksu, zauroczenia, kapitalizmu, zdrady, ale i takze nadzieji, szczescia, milosci. Podrozujac od planety do planety, doswiadcza powyzszych w nie do konca odpowiedniej kolejnosci, co dodaje lekturze pikantnosci. Czyta sie to wszystko jednym duszkiem, chociaz ja robilem sobie przerwy, bo lektura zmusza do refleksji. Przyznam sie, ze dawno nie czulem takiego mrowienia na plecach jak podczas czytania Moonshadow.

Komiks pisany jest proza, a tekstu jest w nim mnostwo. Dialogow natomiast oraz jakze typowych dla komiksu - balonikow z tekstem jest nieproporcjonalnie malo. Dominuja opisy i narracja pierwszosobowa, na zasadzie pamietnika. Jezykowo jest bardzo trudno. Nie chodzi tu o konstrukcje gramatyczne ale o niezwykle wyszukane, literackie slownictwo. Lojalnie uprzedzam - to tytul dla ludzi z bardzo zaawansowanym angielskim, ze slownikiem lezacym obok.

Graficznie jest przepieknie. Muth w genialny sposob laczy realistyczny malunek z groteska i karykatura. Najlepsze porownanie jakie przychodzi mi do glowy to Elektra Assasin i to co wyprawia w niej Sienkiewicz.

Czy polecam? Jak najbardziej. To niesamowity, oryginalny i przpiekny graficznie tytul. Taki z tych, ktore zostaja w glowie, na dluuugo po lekturze. 
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Gascon200 w Wt, 02 Kwiecień 2019, 11:52:59
Nadszedł początek kwietnia, 2 dni temu skończył się marzec. Łącznie w tamtym miesiącu przeczytałem z 25 tomów komiksów, jednak nie będę ich wszystkich wymieniał, więc wymienię tylko te 5 pozycji:

1. Najlepszy zakupiony

Kupiłem tylko 1 komiks, a był nim akurat Shazam! z DC Deluxe. O tym już trochę mówiłem w wątku o Shazamie, ale generalnie była to niezła pozycja. Choć to był komiks bardziej dla młodszych dzieci, sam się nieźle bawiłem, kreska Jeffa Smitha tutaj dobrze pasuje, bo taki Gary Frank czy Tony S. Daniel by się nie sprawdzili przez swoją bardziej realistyczną kreskę. Niby można narzekać na tę pozycję, ale hej, niech młodsi ludzie też mają coś do czytania w DC Deluxe, bo taki Azyl Arkham, Catwoman czy Planetary raczej nie są pozycjami dla nich.

2. Najlepszy komiks przeczytany

Vision to pozycja od Kinga, scenarzysty runu aktualnego runu Batmana, który jest dość... nierówny to chyba najlepsze określenie. A Vision jest tak dobrym komiksem, że ciężko mi uwierzyć że to pisał ten sam człowiek. Naprawdę wciągający dramat, z ładnymi rysunkami (nie są zbyt szczególne, ale dobrze oddają ekspresję twarzy, szczególnie u głównej rodziny), a do tego kilka zaskakujących zwrotów fabuły. Pozycja, którą powinien sprawdzić nawet ta osoba, która nie przepada za superbohaterami, a do tego dobry dowód na to, że superbohaterowie to nie tylko dobra/banalna rozrywka.

3. Najgorszy komiks zakupiony

(patrz punkt 1)

4. Najgorszy komiks przeczytany

Batman/Flash: The Price -  ciężko mi ten komiks ocenić, niewiele z niego pamiętam, jednak irytowało mnie w nim jego nijakość i kilka rozwiązań fabularnych dla postaci. Myślałem, że to będzie chociaż niezły tie-en do Heroes in Crisis, ale niestety nie. Na plus mogę dać kilka scen relacji Batmana z Flashem i ewentualnie rysunki. Pozycję można pominąć, chyba że naprawdę jesteście ciekawi tego, to możecie poczekać na polskie wydanie gdzieś tak za ponad rok, albo kupić na comixology, nie wiem. Jeśli lubicie Flasha z Rebirth i ten Kryzys, prawdopodobnie wam się spodoba.

5. Zaskoczenie na plus

Nie przepadam zbytnio post-apo, może przez to, że gdy byłem o kilka lat młodszy sporo czytałem i oglądałem pozycji z tego gatunku, przy czym mocno się zraziłem do niego, a może to przez to że czytałem te gorsze rzeczy przeznaczone dla nastolatków (Więzień Labiryntu itp)?
Mocno mnie jednak wciągnął 1 Tom Łasucha, trochę przez dziwną, troszkę niepokojącą stylistykę rysunków, trochę przez różne tajemnice, trochę przez relacje bohaterów i samą postać Jeparda. Na pewno przeczytam 2 Tom i nie mogę się doczekać 3 tomu.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: szulig w Wt, 02 Kwiecień 2019, 14:07:12
Nadszedł początek kwietnia, 2 dni temu skończył się marzec. Łącznie w tamtym miesiącu przeczytałem z 25 tomów komiksów, jednak nie będę ich wszystkich wymieniał, więc wymienię tylko te 5 pozycji:

1. Najlepszy zakupiony

Kupiłem tylko 1 komiks, a był nim akurat Shazam! z DC Deluxe. O tym już trochę mówiłem w wątku o Shazamie, ale generalnie była to niezła pozycja. Choć to był komiks bardziej dla młodszych dzieci, sam się nieźle bawiłem, kreska Jeffa Smitha tutaj dobrze pasuje, bo taki Gary Frank czy Tony S. Daniel by się nie sprawdzili przez swoją bardziej realistyczną kreskę. Niby można narzekać na tę pozycję, ale hej, niech młodsi ludzie też mają coś do czytania w DC Deluxe, bo taki Azyl Arkham, Catwoman czy Planetary raczej nie są pozycjami dla nich.


3. Najgorszy komiks zakupiony

(patrz punkt 1)



To najlepszy zakup czy najgorszy bo nie kumam
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Gascon200 w Wt, 02 Kwiecień 2019, 14:09:19
To najlepszy zakup czy najgorszy bo nie kumam

Chodziło mi o to, że kupiłem tylko 1 komiks, który raczej nie był jakiś "najgorszy"
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Pt, 05 Kwiecień 2019, 11:57:51
Jeden? Gasconie2000, jak ci się to udało? Powinienem się do ciebie na kurs jakiś zapisać.... :D
Mam wrażenie, że znakomity Vision może się dla Kinga okazać takim tomem, z którego może być dumny, ale może go i znienawidzić. Wszystko będzie porównywane do tego świetnego tytułu- i facet może stawać na rzęsach, a my będziemy pisać "No więc...no dobry to jest komiks, ale wirzyn to to nie jest " ;)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Gascon200 w Pt, 05 Kwiecień 2019, 14:57:50
Jeden? Gasconie2000, jak ci się to udało? Powinienem się do ciebie na kurs jakiś zapisać.... :D
Mam wrażenie, że znakomity Vision może się dla Kinga okazać takim tomem, z którego może być dumny, ale może go i znienawidzić. Wszystko będzie porównywane do tego świetnego tytułu- i facet może stawać na rzęsach, a my będziemy pisać "No więc...no dobry to jest komiks, ale wirzyn to to nie jest " ;)


Ostatnio zamiast kupować tyle komiksów, więcej czytam w bibliotece :> no i też nadrabiam przez to sporo rzeczy, polecam dla tych, którzy mieszkają w większym mieście.
Co do porównania - możesz mieć rację, ale King to dla mnie trochę taki Loeb, zrobił mnóstwo dobrych komiksów, ale średniaki czy złe komiksy też mu się nierzadko zdarzają.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Śr, 10 Kwiecień 2019, 11:57:12
Marzec za pasem, a u mnie luty ciągle nie podsumowany. No to lecimy z lutowymi lekturami.

Lektury: Hercules (SBM), Wojów trzech (SBM, drugie czytanie), Cloak i Dagger (SBM), Zabij albo zgiń t. 1-4 (NSC), JLA: Rok pierwszy cz. 1 i 2 (WKKDC, drugie czytanie) oraz Thorgal t. 3-6 - łącznie 13. Wychodzi mi, że mam nowy rekord czytelniczy, bo wcześniej najwięcej przeczytanych tomów w miesiącu było 11.  8)

Najlepszy Zabij albo zgiń (cała seria). W moim skromnym zestawieniu najlepsza seria wydana w 2018 roku (Punisher, przepraszam Cię; mam nadzieję, że za bardzo Ci się nie narażę  ;)). Głównego bohatera opowieści, Dylana, poznajemy w sytuacji, w której zapewne większość z nas się znalazła – w momencie totalnego zagubienia i braku odnalezienia swojego miejsca w życiu, co prowadzi do próby samobójczej. Z opresji ratuje go tajemnicza postać, która okazuje się bliżej nieokreślonym demonem i w zamian za pomoc wymusza na Dylanie zabijanie co miesiąc jednej osoby. Oczywiście można psioczyć na takie nadnaturalne rozwiązanie (Phi, demon? Daj spokój, jakieś bzdury!), ale cała otoczka stworzona wokół demona i jego tajemniczość zostały przez Brubakera rozegrane naprawdę koncertowo. Poza tym jak dla mnie nie była to główna oś fabularna, autor skupia się przede wszystkim na rozterkach jakie trawią Dylana oraz metodycznym doborze ofiar i planowaniu przez niego kolejnych zabójstw. Oczywiście w trakcie trwania serii sprawy się komplikują, a na trop bohatera trafia ambitna policjantka. Z kolei w tle mamy zwyczajne życie młodego człowieka i jego przyjaciółki, które również nie jest statycznie i ewoluuje wraz z bohaterami i całą akcją. Muszę przyznać, że wszystko tutaj gra i jest na swoim miejscu: zawiła fabuła i odkrywanie kolejnych tropów dotyczących demona, interakcja głównego bohatera z czytelnikami, wciągająca fabuła (cały czas zastanawiałem się, jak Dylan wybrnie z kolejnej scenariuszowej pułapki) i kapitalne rysunki. 10/10.

Najgorszy Hercules. Kolejna naparzanka bez ładu i składu, a do tego jeszcze standardowy w tej kolekcji początek dłuższego runu. Tak naprawdę już nie pamiętam o co tam chodziło, bo męczyłem się z lekturą strasznie. Zdecydowanie lepszy (chociaż również głupiutki i naiwny) był numer archiwalny, w którym mamy debiut Herculesa w klasycznym wydaniu. Ogólnie szkoda słów.

Zaskoczenie na plusWojów trzech. Co do zasady nie oceniam wcześniej przeczytanych komiksów jako „zaskoczenie” (bo w końcu czym mogą mnie zaskoczyć), ale lektura tego komiksu okazała się tak przyjemnie spędzonym czasem, że nie mogło go zabraknąć w moim zestawieniu. W obu historiach zawartych w tomie mamy humor, przyjacielskie interakcje głównych bohaterów, humor, ciekawe przygody na styku realnego i mitologicznego świata, humor i epickie bitwy. A wszystko okraszone wyważoną dawką humoru. A do tego pierwsze spotkanie Wojów trzech. Uwielbiam tych trzech trzpiotów już od czasów kapitalnych Opowieści z Asgardu, a ten komiks tylko podsycił moją sympatię do nich.

Zaskoczenie na minus – brak.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Pt, 12 Kwiecień 2019, 23:24:35
Ta-dammm!   MARZEC 2019 MIESIĄCEM  BEZ CULBARDA !


Ech, co za życie.  W marcu komiksów kupionych 51, przeczytanych 23. Ciut mniej , niż w miesiącu ubiegłym, ale to porównywalne liczby.  Połowa zakupów po angielsku,  chyba nie bez znaczenia była tu tzw."sprawa MVRSM" ;)


1-  Najlepszy komiks zakupiony

"Hellblazer":  dwa  pierwsze tomy ze scenariuszami Delano oraz polska edycja z pierwszą częścią runu Azzarello.  Jestem w trakcie czytania pierwszego tomu i jest to lektura znakomita. Do tej pory Hellblazer był jednym z tych tytułów z najlepszych czasów Vertigo, które znałem słabo. Z jednej strony żałuję, że przez przeszło 20 lat nie sięgnąłem po te tomy, z drugiej strony- fajnie mieć coś klasycznego w zanadrzu  :) Styl pisania Delano uważam za znakomity, bardzo mi odpowiada. Daruję mu nawet niesprawiedliwą krytykę pani Thatcher ;) - sprawnie buduje atmosferę, tworzy naprawdę dobre dialogi. Choć ze wstydem przyznaję, że parę razy musiałem sięgać po słownik, niektórych gwarowych zwrotów nie sposób dziś zrozumieć [swoją drogą, to musi być jeden z tych cięższych scenariuszy do tłumaczenia].  A i  Ridgwaya też już polubiłem.....z tego co pamiętam, to w latach 90-tych zachwycony poznanymi dopiero co McKeeverem i Mignolą czy Fegredo, odstawiłem Hellblazera na boczny tor, bo właśnie rysunki uznałem za zbyt słabe :)
 Oj, dobrze jest czasem urządzić sobie podróż w przeszłość  i  nasycić pomysłami, które zmieniły świat komiksów na lepsze. Dla mnie Vertigo było i jest ważnym, jeśli nie najważniejszym wydawnictwem na rynku komiksów.  Rewelacyjny imprint, choć pamiętam im też te smętne "Vamps" :D
          Bardzo zadowolony jestem także z zakupu ,,Krzesła w Piekle", wygrzebanego gdzieś w outlecie. Egzemplarz okazał się być w lepszym stanie niż się spodziewałem, lubię takie miłe zaskoczenia. A zwlekałem z tym zakupem i zwlekałem- a to za drogo, a to inne komiksy wyszły i musiałem je mieć na już i na teraz...co się będę rozpisywał, wiecie jak jest.

(https://thelaughingmagician.files.wordpress.com/2012/08/pulphb.jpg)

2-  Najlepszy komiks przeczytany

"Zbyt cool, by dało się zapomnieć" Robinsona i ,,Stój..." Jasona przeczytałem niemal po sobie. Uderzyło mnie , jak prawdziwa jest ich diagnoza: dorosłość, która spada na nas w zasadzie nieoczekiwanie, jest jak wyrok, od którego nie sposób się odwołać. Smutne i depresyjne, ale zarazem doskonałe komiksy, po których długo pozostawałem w refleksyjnym nastroju...

3-  Najgorszy komiks zakupiony

Prawdopodobnie ,,Demoniczny detektyw". Błaha i byle jaka opowiastka. Najlepiej z tego komiksu prezentuje się okładka, a przecież i ona niepozbawiona jest rażących oczy błędów - wystarczy spojrzeć na litery w nazwiskach autorów...źle rozstawione, nie wygląda to dobrze, prawda? I już to powinno mi dać do myślenia. Niestety, kupiłem :)

4-  Najgorszy komiks przeczytany
W zeszłym miesiącu kandydatów niestety paru się zebrało. "Patsy Walker"- setka stron bzdur, "Demoniczny Detektyw", "Tetrastych",  "Prison Pit", ''Deadpool Kills Marvel Universe/ Killustrated"... po wszytkich tych lekturach miałem nieznośne wrażenie, że oto przez złe wybory straciłem czas i piniądz.  Chyba jednak Patsy był najcięższa do zniesienia.

5- Największe zaskoczenia - pozytywne i negatywne

Pozytywne- bardzo podobał mi się dwuzeszytowy  kryminał Rzecznika i Wicherka. ''Żona dyplomaty" i "Strzały na Służewcu" kupione przypadkiem w Dedalusie [ zakup z cyklu- "o, uciekł mi autobus, wejdę do środka tylko rzucić okiem" :) ] okazały się niezłym, pełnym humoru komiksem. Podobnie sprawa ma się ze  "Zbirem", którego 3 tomiki nabyłem w Centrum Komiksu- niewykluczone, że sięgnę po zbiorcze kobyły.

Najgorsza komiksowo chwila w kwietniu...naczekałem się na "Lovecrafta" Culbarda, ustawiłem sobie weekend, żeby nic nie przeszkadzało mi w lekturze, odbieram w empiku i...

(https://www.selfmadehero.com/attachments/5fff03730aaa9d8abf95035c39b3f388324d77ee/store/0861aebc0500eab3ff981355d2fb4a6244c99b4f7e93d2f383b885b3099b/Lovecraft-1.jpg)

i okazuje się , że wspaniale wydany przez SelfMadeHero tom ma rozdartą okładkę. Musiałem zrezygnować. Efekt ch...słabego pakowania, handełesy z empikowskiego molocha uznały, że grubaśne tomiszcze w twardej oprawie da sobie radę, jeśli zapakują je w najtańszą, ubożuchną kopertę bąbelkową. Zdarzyło mi się u nich kupić buty w zeszłym roku- te dla odmiany były opakowane pancernie , w 3 kartony, folie powietrzne itp, itd ;)
Ale byłem wściekły i rozczarowany  :/  . No nic, co prawda weekend był stracony, ale się nie poddaję, tym razem zamówiłem  ten tom w ŚwiecieKsiążki :)  Obaczym, co będzie.


No i to by było na tyle, jeśli chodzi o  moje pasjonujące :)  przygody  komiksiarza w marcu.  Cieszę się, że udało mi się zrobić podsumowanie jeszcze przed upływem kwietnia :D


PS - no nie, jednak nie koniec.

Jest jeszcze kwestia związana z bardzo dobrym swoją drogą  komiksem Delisle'a, "Zakładnik" .
U tego autora czasem - no, często- zaskakuje mnie głupota ludzi, tym razem nie mogłem uwierzyć, gdy przeczytałem, że pracownik  chyba "Lekarzy bez granic" po kilku miesiącach pobytu na Kaukazie nie jest w stanie rozróżnić  języka rosyjskiego od czeczeńskiego. Oznacza to najprawdpodobniej, że A- jest tępy, B- organizacja dobroczynna wysyła ludzi z łapanki, którzy nie znają języka i nie wiedzą nic o miejscu, do którego się udają, nie urządzając im jakichkolwiek szkoleń czy pogadanek o kraju przeznaczenia, C - nic z tych rzeczy, facet jest Francuzem, a dla nich to bez znaczenia, gdzie jadą i w jakim języku się tam mówi, chodzi przecież o pomoc tym tępym tubylcom.
O myślach drążących mózg bohatera w chwili, w której ma szansę dopaść AK-47, już nie chce mi się pisać.
Nie wiem,  jakoś wyjątkowo często mnie postaci u Delisle'a wkurzają, ale jego komiksy polecam  mimo to każdemu :)  I nie mogę się doczekać, by na półce wylądowała polska edycja jego poradników  dotyczących ojcostwa, które z dużą przyjemnością czytałem w zeszłym roku. Pan z wydawnictwa zapewniał, że komiks już za chwileczkę, już za momencik się ukaże.

Czego sobie i państwu życzę.

Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w So, 13 Kwiecień 2019, 16:07:39
Podsumowanie marca. W tym miesiącu dalej kontynuowałem nadrabianie Superbohaterów Marvela. Uwaga jak (prawie) zawsze pojawią się pewne SPOILERY:


1. Najlepszy:

   "SM Moon Knight" - Warren Ellis, Declan Shalvey.Na dobrą sprawę, ten komiks powinien wylądować w punkcie zaskoczenie na plus, niby czytałem na forum sporo pozytywnych opinii o nim a i Ellis z tego co go znam to fajny scenarzysta, natomiast miałem jakoś zupełnie inne wyobrażenia na temat tej pozycji. Sama postać nie jest specjalnie znana w naszym kraju, gdzieś tam się pojawił na drugim planie w kolekcji, gdzieś tam dawno temu w tm-semicu się przewinął na jednej planszy. Dowiadując się, że gość ma wieloraką osobowość, byłem przekonany że zobaczę coś w stylu oglądanego ostatnio serialu "Legion" w którym bohater co chwila przenosi się w inną scenerię w coraz to nowej postaci, scenarzysta głośno się drze "Hej ludzie patrzcie jaki on jest poj...y" a całość dosyć szybko robi się raczej męcząca. Natomiast Marc Spector alias Moon Knight stanowi do pewnego momentu jego całkowite przeciwieństwo zorganizowany, zdecydowany, skoncentrowany jest swego rodzaju kolażem Batmana, Punishera i Pogromcy Duchów, który za opłatą, albo i za darmo jak uzna że powinien potrafi zająć  się i ulicznymi opryszkami i duchami w nawiedzonym domu. Tyle, że do pewnego momentu właśnie, sam Marc ożywiony został przez egipskie księżycowe bóstwo Chonsu, został jego żywym wcieleniem na ziemi i dysponuje jego mocami. Cóż przynajmniej sam tak twierdzi, przez cały komiks ani razu nie widzimy śladu jakiegokolwiek działania tych mocy, z wyjątkiem momentu kiedy wdziewa boską zbroję aby ujrzeć dusze martwych, jednakowoż zbroja ta wygląda tak niedorzecznie (jakieś bandaże, które bohater pozrywał z mumii, coś w stylu łuskowego tonletu, , bransolety zapewne też pościągane z trupów i do tego coś co przypomina skamieniały dziób pterodaktyla założony na twarz), że bez trudu da się uwierzyć że Marc kompletnie ześwirował i biega po pustym domu gadając sam ze sobą. Rysunki Shelveya to coś fantastycznego, nie można powiedzieć żeby gość był fanem jakiegoś szokującego hiperrealizmu a twarze rysowane są w stylu kojarzącym się z animacjami, jednocześnie artysta jest na tyle utalentowany że bez trudu udaje mu się odwzorować emocje towarzyszące bohaterom, a jego zabawy kadrami i opisywanie za pomocą samego ich rozmieszenia historii są niezwykle udane. Moon Knight momentami nie jestem pewien czy zgodnie z intencjami autora,  ale raczej tak i z  powodu powodu jakiej techniki użytej (czy to sprawa kolorowania czy umieszczania w różnych warstwach), ale sprawia wrażenie jakby wyciętego z papieru i wklejonego w ilustrację przybysza z innego świata co znakomicie podkręca sugestywność schizofrenicznego klimatu i "inność" bohatera. Tak samo zresztą jak i kolory nałożone zależnie od opowieści w większości ciemne i depresyjne poprzez pastelowo jasne, aż po jadowicie jaskrawe. No i właśnie tutaj przechodzimy do clu programu. W zeszłym miesiącu przy okazji Elektry skarżyłem się nieco na to, że sztuka pisania pojedynczych zeszytów w których byłyby zawarte początek-rozwinięcie-zakończenie praktycznie w Marvelu i DC zdechła, w modzie teraz są rozdęte historie pisane na kilkanaście/dziesiąt zeszytów historie najlepiej krzyżujące się z innymi tytułami, tylko problem jest w tym że przy takiej ilości materiału bez problemu da się ukryć, że sama opowieść jest "o niczym", przyzwyczajając czytelnika na zasadzie oglądania serialu i patentu "a nawet jak dalej jest już lipton to i tak oglądnę do końca". Myślałem, że jestem odosobniony w tym, że brakuje mi krótkich komiksów które da się przeczytać w 5 minut, ale przyuważyłem na forum kilka osób, które ostatnio zwróciły na to uwagę, także cieszę się, że nie jestem sam. A tutaj otrzymujemy zestaw króciutkich jednozeszytowych, niejednoznacznych historyjek, które można bez problemu przeczytać w losowej kolejności w którym nasz bohater do którego szybko zaczynamy odczuwać zarówno sympatię jak i litość a i pewną dozę respektu będzie mierzył się z różnorakimi problemami, gdzie rysownik dostosowuje się stylem do tego co pisze scenarzysta a obydwaj zasługują na słowa szczerego uznania. Dwa kolejne tomy zakupiłem wcześniej od Egmontu, teraz czekam na wydanie serii Lemire. "Moon Knight" kolejnym komiksem, które przywracają mi wiarę w "nowożytne" superhero. 8+/10.


  "SM Cloak i Dagger" - Bill Mantlo, Rick Leonardi, ten komiks także powinien się znaleźć w punkcie poniżej ale ogólnie prawie wszystkie komiksy jakie przeczytałem w tym miesiącu były dla mnie pewnym zaskoczeniem a nie będę upychał wszystkiego w jednym miejscu. A więc kolejne dwójka, która jest raczej mało znana w naszym kraju, aczkolwiek nieco lepiej niż Moon Knight, kiedyś wystąpili już u nas w ramach Megamarvela "New Warriors" (raczej odmóżdżająca bijatyka) w bodajże Maximum Carnage, obejrzeć ich można w serialu (bohaterowie sympatyczni, ale na dobrą sprawę cały sezon był raczej usypiający), ja dodatkowo miałem ich spotkać na początku lat 90-tych w niemieckojęzycznym komiksie w którym jak pamiętam występowało kilkoro członków X-men. W każdym razie mamy do czynienia z pierwszą mini-serią z udziałem naszej parki jeszcze z początku lat 80-tych i ku mojemu zdziwieniu mamy do czynienia z dosyć mało typowym dla Marvela komiksem, a mianowicie czymś na kształt horroru. Tandy i Tyrone biegają po ulicach Nowego Jorku i mordują przestępców, muszę przyznać że w pierwszym momencie aż się zachłysnąłem szklanką wody "że co?" zapytałem, ano ścigają gangsterów odpowiedzialnych za ich stan oraz za mordercze eksperymenty na innych dzieciakach z zamiarem ich fizycznej eliminacji. Dagger zabija swoimi promieniami światła, Cloak wchłania ich swoim płaszczem karmiąc wewnętrzną ciemność, w pierwszym zeszycie będzie się starał ich powstrzymać z raczej marnym skutkiem Spider-man. W kolejnych będących właściwą serią, po dokonaniu zemsty, rozszerzą swoją "działalność" na wszelką inną uliczną szumowinę, czym zwrócą na siebie uwagę rudowłosej pani detektyw, która zostanie jednym z narratorów opowieści. Niebagatelną rolę w historii odegra też ksiądz w kościele którego będzie się chronić dwójka bezdomnych bohaterów. Skojarzenia z detektywistycznymi horrorami w stylu "Harry Angel", "The Believers", "Dark Angel" czy bliższego naszym czasom "I stanie się koniec" będą całkiem na miejscu. Mantlo w sumie niewielkim objętościowo komiksie (5 zeszytów) porusza całkiem sporo zagadnień, przygnębiająca nędza w centrach wielkich-bogatych metropolii, narkomania, ludzkie sępy żerujące na najsłabszych, granica przebaczenia, różnice w pojmowaniu moralności i etyki oraz dysonans pomiędzy prawem a sprawiedliwością (to mi wyszło). Fakt,że sporo też dzięki wspomnianej niewielkiej liczbie stron ale połknąłem ten tom w błyskawicznym tempie historia jest naprawdę wciągająca i porządnie napisana, chociaż lekko zawodzi ostatni zeszyt, którego większą część zajmuje rozszerzony origin postaci, przez co zakończenie traci na dramatyźmie. Co do grafiki, odpowiada za nią wedle wstępniaka początkujący rysownik i momentami widać te grzechy wieku młodzieńczego, natomiast ja całość oceniam bardzo pozytywnie, zwłaszcza naprawdę przyjemnie dla oka rysowaną Tandy Bowden i towarzyszące jej efekty świetlne. Co dosyć zabawne w niektórych momentach widać, że Leonardi musiał się spieszyć (o ile nie rysował tego ktoś zupełnie inny) i rysunki są tam nieco bardziej niechlujne i uproszczone i te kadry wyglądają fajniej niż te rysowane z większą pieczołowitością. Czyli, wciągający, niegłupi i przynajmniej mnie zaskakujący komiks w którym słychać echa millerowskiego Daredevila. Zdecydowane zaskoczenie, bo spodziewałem się właściwie nie wiem czego, chyba na dobrą sprawę niczego. Ocena 8/10.



2. Zaskoczenie na plus:

   "SM She-Hulk" - John Byrne. W sumie kolejne zaskoczenie, niby przy okazji slottowskiej She-Hulk w WKKMie było powiedziane, że większość komiksów z tą postacią zawiera sporą dawkę humoru, ale na coś takiego nie byłem raczej przygotowany.Byrne wygląda na prekursora (a przynajmniej na taką skalę) przełamywania czwartej ścianie w komiksach Marvela i robi to wcześniej niż znany z tego Deadpool i w o wiele większym zakresie. Jennifer Walters nie tylko dyskutuje z czytelnikiem, ale również i z autorem oraz wydawcami, ci również zwracają się prosto do czytającego a także rozmawiają między sobą za pomocą poumieszczanych na kadrach fiszek (najczęściej złośliwych przytyków). Daje to sporo możliwości do rysunkowych żartów w stylu, zielonowłosa pani prawnik przedziera się bezpośrednio przez kadry, prosi Byrne'a aby zamiast przedstawiania scen podróży przerysował ją bezpośrednio na inną scenerię aby nie spowalniać akcji, albo w samym środku bijatyki akcja przeskakując do innego wątku, gdy powraca zaskakuje bohaterkę i jej przeciwników w trakcie robienia sobie przerwy, a ci gdy zdają sobie sprawę że znowu są obserwowani wracają z powrotem do bijatyki. Motywów takich jest dosyć sporo i stanowią dobrą okazję do obśmiania gatunku superhero i samego komiksu wogóle z czego autor skrzętnie korzysta. W odróżnieniu od Deadpoola, nie tylko główna bohaterka jest świadoma że jest postacią wymyśloną, ale i kilka innych postaci (nie wszyscy, prym wiedzie sympatyczna nieco pulchna starsza pani, była gwiazda jednego z tytułów Timely Comics z lat 50-tych) również posiada taką wiedzę. Komiks składa się z krótkich osobnych historyjek, ale wyraźnie posiadających ciągłość w czasie. Jen będzie walczyć z kompletnie absurdalnymi przeciwnikami w większości sprawiających wrażenie pół-kretynów, zdaje się powyciąganymi z przepastnych archiwów Marvela (sama ostrzega, że wszystkie czarne charaktery w komiksie będą z 3 ligi i nie należy oczekiwać jakiegoś poważnego wyzwania). Spotka także na swojej drodze Spider-Mana (wielki plus dla Byrne'a za przerysowanie kreska w kreskę jednej z najbardziej ikonicznych ilustracji Todda McFarlane), Flintstonów, Robocopa, Misia Jogi, zwiedzi okolice Posępnego Czerepu znanego z He-Mana czy wyrwanej prosto z lat 50-tych kosmicznej przydrożnej knajpy drive-thru prowadzonej przez Tatuśka Kółko, co mniej więcej powinno dobrze zobrazować klimat całości. Rysunków Byrna komentować nie będę, bo oczywiste jest co można w komiksie zobaczyć, kto nie lubi jego stylu ten gapa (z jednym wyjątkiem, tak jak przepadam za klimatem lat 80-tych tak nie cierpię fryzur zwłaszcza kobiecych z tamtego okresu). Ergo, tak jak powoli słysząc "luźny marvelowski klimat z typowymi żartami" zaczynam odczuwać pewne dolegliwości żołądkowe, tak czytając ten komiks bawiłem się naprawdę dobrze. Nie da się raczej ryczeć przy nim ze śmiechu, ale klimat jest faktycznie luźny, a sporo żartów całkiem udanych. Kolejna historia o kuzynce Hulka, którą mogę z czystym sumieniem polecić. Ocena 7+/10.


    Drugie zaskoczenie:

   "SM Star-Lord" - Steve Englehart, Steve Gan, Chris Claremont, John Byrne/Keith Giffen, Timothy Green II, wiem że powtarzam się za każdym razem, ale nie mogę się powstrzymać a na dodatek ktoś może jeszcze nie wie. Toteż NIE PRZEPADAM ZA KOSMOSEM MARVELA (z wyjątkiem Jima Starlina, którego kocham jak Irlandię). To znaczy, nie jestem też jakimś anty-fanem i jestem w stanie przyznać, że kilka niezłych komiksów z tego zakątka uniwersum przeczytałem, natomiast sam temat jest dla mnie średnio interesujący i większości przypadków z wyjątkiem tego co było wydane w kolekcjach omijałem raczej te komiksy. Na dodatek w przeciwieństwie do sporej części kinomaniaków mam spore wątpliwości co do geniuszu "Strażników Galaktyki" Jamesa Gunna, uważając go za film całkiem fajny, ale ani wyraźnie lepszy, ani wyraźnie gorszy niż większość marvelowskich produkcji, także wyciągajac z paczki ten tom pomyślałem tylko "...eee...Star-Lord...eeee" i j*b go do szafy. W każdym razie przyszła pora go z tej szafy wyciągnąć i otwierając muszę przyznać, że poczułem się nieco dziwnie...otóż komiks okazał się czarno-biały. On wyróżnia się nie tylko brakiem kolorów, ale nietrudno też zauważyć, że postać jest mocno odmienna co znamy z filmu i aktualnych komiksów. O ile rozpoczynamy od originu postaci, który w sumie w ważniejszych szczegółach nie różni się od aktualnie obowiązującego, to sam Peter Quill jest o wiele poważniejszą postacią w zdecydowany sposób mocniej naznaczoną osobistą tragedią ze skłonnościami do agresji i napadów wściekłości oraz użalania się nad sobą, którą o ile jesteśmy w stanie zrozumieć to trudno ją polubić. Na dodatek Quill zostaje obdarzony przez jakiegoś kosmicznego czarodzieja kosmiczną mocą i wyposażonym w "żywą SI" statkiem kosmicznym co już zdecydowanie go odróżnia go od jego teraźniejszego wcielenia. W dalszych zeszytach historii stery po Engleharcie przejmuje Claremont i klimat się nieco poluźnia, natomiast dalej nie ma mowy o jakimkolwiek dowcipkowaniu, za to dwa czy trzy razy dojrzymy na twarzy Star-Lorda uśmiech. Z racji tego, że ciąg dalszy jest pisany nieco czasu później zdaje się mocno jest już inspirowany Star Wars oraz Star Trekiem. Kosmiczne bitwy, dziwaczni obcy, awanturnicze przygody, walka o wolność i demokrację w kosmosie - wiadomo o co chodzi. Historia kończy się w momencie, gdy Peter spotyka króla Sparty (jeszcze nie Spartaxu), dowiaduje się że jest jego synem, odrzuca perspektywę objęcia tronu i rusza w kosmos poszukiwać przygód. Rysunki zarówna Gana jaki Byrne'a w czerni i bieli prezentują się obłędnie dobrze, przeglądanie tego komiksu to czysta przyjemność. Jak ktoś ma ochotę na coś w stylu Flasha Gordona czy Out of this World to powinien zajrzeć do tego numeru. Drugą prezentowaną historią jest znacznie nowsza miniseria "Annihilation:Conquest - Star Lord", po raz kolejny naszło mnie "meh" ale jak przeczytałem, że za scenariusz odpowiada Giffen to morale zdecydowanie mi się podniosło. Gość ma u mnie do końca życia przyznane +2 do Charyzmy za Lobo a i Defenders w jego wykonaniu było bardzo dobre, zdecydowanie jeden z bardziej znanych i utalentowanych członków brytyjskiej "nowej fali" w Marvelu. I tym razem nie zawodzi znowu, te 4 zeszyty przedstawiają historię powołania pierwszej wersji drugiego składu grupy. Motyw zaczerpnięto z "Parszywej Dwunastki" czyli uwięziony przez Kree, Peter Quill dostaje propozycję ze zbioru tych nie do odrzucenia całkowitej amnestii w zamian za wykonanie samobójczej misji infiltracji tajnej placówki badawczej borgopodobnych Phalanxów. Odział swój rekrutuje spośród innych więźniów i w skład jego wejdą Racoon z Grootem (ku memu zdziwieniu posługującego się o wiele bardziej wyszukanym słownictwem niż I'm Groot), Mantis, insektopodobny Bug, beznogi weteran Afganistanu Kapitan Wszechświat oraz wojowniczka Shi'ar Deathcry. Muszę przyznać, że ta wersja drużyny podoba mi się bardziej niż ta znana z kina, postacie są przesympatyczne, różniące się charakterami o dialogi pomiędzy nimi napisane są znakomicie. Sam Star-Lord też się nieco różni od tego co widziałem w innych komiksach. To nieco mniej awanturnik a bardziej niechętny przygodom oraz swojej funkcji, który potrafi jednak wymusić posłuszeństwo na swoich podkomendnych cynik. Drażni nieco zbyt szybka końcówka, która sprawia wrażenie jakby scenarzysta pod koniec zorientował się, że ma tylko 4 zeszyty i dawno już powinien kończyć. Mi bardzo spodobał się ten brytyjski flegmatyczny humor Giffena, postacie w większości sprawiają wrażenie dosyć beznamiętnych a mistrzynią tego jest urocza Mantis, która pokazuje pełnię swoich umiejętności bojowych wyłącznie wtedy kiedy jest do tego zmuszona i na twarzy której niezależnie od sytuacji nie malują się praktycznie żadne emocje, a tylko raz czy dwa nagradza Star-Lorda ledwie widocznym uśmiechem za jego postępy. Rysunki Greena również niezmiernie przypadły mi do gustu, rysownik doskonale dopasowuje się do stylu narracji Giffena, kreślone w raczej nietypowym dla amerykańskiego superhero i bardziej europejskim momentami nader przypominającym momentami Moebiusa (w sumie jak zżynać to od najlepszych) stylu na których postacie z rzadka jedynie pokazują się jakiekolwiek emocje cieszą oko. Na minus zapisuję to, że na sporej ilości kadrów zamiast choćby pobieżnie naszkicowanego tła widnieje jedynie plama jakiegoś koloru czego bardzo nie lubię oraz Rocket po raz kolejny przypominający cierpiącego na obstrukcję pekińczyka. Całość natomiast oceniam na wielki plus i choć to moje wydaje się pierwsze, to mam wielką nadzieję że nie ostatnie spotkanie z tym artystą. Dla każdego lubiącego delikatnie zawoalowany nienachalny humor, rzecz godna polecenia. Podsumowując dwie świetnie narysowane, różniące się od siebie ciężarem gatunkowym historie, które potrafią zaciekawić i co ważniejsze zabawić. Ocena 7+/10



3. Najgorszy przeczytany:

   "SM Kapitan Brytania" - Paul Cornell, Leonard Kirk. Tym razem, żadnego zaskoczenia. Miesiąc temu na minusie wylądował "Czarny Rycerz" tym razem "Kapitan Brytania'. Co ma jedno z drugim wspólnego ktoś zapyta? No cóż to może być prawdziwa pożywka dla antyfanów kolekcji. Komiks ten jest częścią tej samej serii, której częścią był wydany kilka numerów wcześniej Black Knight, co śmieszniejsze jest to początek tej serii więc powody, dla których nie zamieniono tych tomów miejscami są dla mnie mocno niejasne, w ten sposób historia Vampire State byłaby znacznie bardziej przejrzysta. Sam komiks nie jest zły szczerze mówiąc, czyta się to całkiem całkiem ale chyba najsłabszy z przeczytanych przeze mnie w marcu więc wylądował gdzie wylądował. Pokrótce akcja rozgrywa się podczas Tajnej Inwazji i nasi bohaterowie w tym samym składzie co i w Czarnym Rycerzu próbują odeprzeć desant Skrulli na Wielką Brytanię, którzy planują wedrzeć się do magicznego Avalonu, skraść całą magię i dzięki temu podbić wyspę. Znaczy się będzie sporo walki (momentami dosyć brutalnej), kilka postaci z arturiańskich legend, kilka zwrotów akcji, sporo brytyjskich flag a ostatnim bossem do pokonania będzie tuningowany magią Super-Hiper-Skrull. Dowiedzieć się można też nieco więcej o arabskiej Paladynce Faizzie, która okazuje się całkiem sympatyczną postacią a historia nabycia przez nią mocy jest taka, że dostaje je po trafieniu przez laserowe działko Skrulli (mogliby popracować nad pułapkami które zabijają a nie produkują im kolejnych wrogów tak na marginesie) a także w jaki sposób okazała się "godna" dzierżenia Excalibura. Nie to może żebym się nie spodziewał, ale scenarzysta nawet nie próbował maskowania jakimiś bzdetami. Otóż arabska uchodźczyni jest godna władać magicznym symbolem Anglii "BO TAK". I to wszystko. Rysunki Kirka identycznie jak w poprzedniku/następcy są plusem, przyjemna dla oka chociaż mało oryginalna kreska, fajne wizualnie sceny akcji, soczyste kolory nałożone przez Briana jest ok. plusik dodatkowy za Skrulla maskującego się postacią Johna Lennona. Podsumowując, nie bardzo chce mi się wierzyć, aby Kapitan Brytania nie miał lepszych historii do wydania w ramach kolekcji, ale jest nieco lepiej niż w przypadku BK. Jakkolwiek trudno jest mi ten komiks polecić, można przeczytać, można nie przeczytać zwłaszcza że klasyczne historie z tego tomu były już w innych komiksowych kolekcjach a są o wiele lepsze tytuły na rynku. Ocena 5+/10.




4. Zaskoczenie na minus:

   "SM Ant-Man Scott Lang" - Matt Fraction ,Michael Allred. Jakoś nie mogę powiedzieć, abym był największym fanem Fractiona pod słońcem. Facet jest mocno nierówny, przydarzają mu się zarówno bardzo dobre komiksy jak i totalne knoty. Miałem nadzieję, że tym razem trafię na to pierwsze zważywszy na fakt, że po Silver Surferze fanem Allreda zostałem wielkim, ale (zawsze musi być jakieś ale) tym razem nie trafiłem ani w ten punkt ani w ten. Kanwą głównej historii nie jest komiks z Ant-Manem a seria Future Foundation czyli zmutowana Fantastyczna Czwórka. Reed Richards wraz z resztą rodziny postanawia udać się w długą podróż do innej rzeczywistości, która dla nich będzie trwała rok a dla całej Ziemi ledwie 4 minuty. Ale aby nawet nie zostawiać na te 4 minuty planety bez opieki powołuje na chwilę do życia rezerwowy skład do którego zaliczają się She-Hulk, Medusa, niejaka Darla Deering (różowowłosa pop-gwiazdka aktualna kochanka Johnnego Storma zdaje się bez żadnych mocy) a dowództwo nad nimi wszystkimi obejmuje właśnie Ant-Man. Oczywistą rzeczą jest, że F4 wcale po tych 4 minutach nie wraca i nasz bohater zostaje na głowie nie tylko z 3 dziewczynami, ale i gromadą dzieciaków (różnych do wyboru do koloru, cthuhopodobne rybo-ludki, jakieś rodzeństwo od Mole Mana, kilka najzupełniej nieznanego pochodzenia wyglądających na różnego rodzaju mutranty lub obcych oraz trochę zupełnie ludzkich). Scott jest właśnie w trakcie żałoby po śmierci swojej córki, którą zabił Dr Doom i sprawia wrażenie, jakby miał się za chwilę rozpaść stąd nieco dziwne wydaje się powierzenie mu tak poważnej funkcji, ale później się dowiadujemy, że Reed zrobił to także z myślą o swego rodzaju terapii dla kolegi. W międzyczasie z portalu czaso-przestrzennego wypadnie starszy o jakieś 30 lat mocno zdekompletowany Human Torch, który będzie twierdził, że reszta Czwórki zginęła w walce ze swoimi najgroźniejszymi wrogami. Do pewnego momentu czyta się ten komiks bardzo dobrze, jest nieco bijatyki ale gwoździem programu są relacje pomiędzy postaciami, a że postaci jest dużo to i jest co czytać a i naprawdę wdzięcznie zostało to napisane. Rezerwowa Czwórka zmierzy się z Mole-Manem oraz Torchem który zwariował, Darla będzie prześladowana przez grupę hejterów zwącą się Gangiem z Yancy Street na dodatek okaże się że dosyć szybko zapomniała o Johnnym i w oko wpadnie jej Scott, dzieciaki jak to dzieciaki będą rozrabiać (jedno z nich chce zniszczyć świat) i nie będzie potrafił nad nimi zapanować nawet Dragonman pracujący w funkcji kamerdynero-nauczyciela, Scott wpadnie na pomysł, że aby zacieśnić więzi całej tej wesołej gromadki powinni wspólnie zabić Dooma a Jennifer wybierze się na randkę z Wyattem Wingfootem. Wątków jest sporo, wszystkie rozpisane są naprawdę fajnie, jest sporo humoru ale też i dramat się znajdzie, całość przypomina mocno zwariowany sit-com. Natomiast od pewnego momentu (mniej więcej 3/4) fabuła zaczyna zbaczać na dosyć dziwne tory, najpierw Meduza zacznie się zakradać nocą do sypialni tego małego wanna-be-czarnego charakteru, później jeden z molemanowych braci stwierdzi ni stąd ni zowąd ubierze sukienkę i stwierdzi że w środku jest dziewczynką i od dzisiaj będzie dla reszty nie bratem a siostrą (reakcja na te wieści będzie jedyna i słuszna rzecz jasna). Dalej zniknie wraz z małym Medusa a całe Baxter Building (ten budynek dalej się tak nazywa?), zostanie porwany do innego wymiaru, gdzie wyjaśni się cała intryga. Otóż za zachowaniem Medusy stoi Wizard (ten z garnkiem na głowie), który opanował jej świadomość a mały złośnik jest jego klonem. A teraz uwaga, Wizard dokonał porwania tej dwójki bo chciałby stworzyć jak sam to stwierdza "normalną homonormatywną rodzinę". Rozpoczyna się nawalanka w której antagonistę wspomoże Blaastar (miał robić za wujka zapewne) a wesołą ekipę Inhumans, w czasie której to bijatyki Ant-Man stwierdza, że model rodziny proponowany przez Wizarda jest nudny (to wogóle może być kwestia nudy?). Wizard dostanie oczywiście oklep a końcówka sugeruje, że Black Bolt wykona na nim wyrok śmierci (WTF?). No w każdym razie dzięki lekturze poznałem całkowicie dla mnie nowe pojęcie "cisgender". Muszę przyznać, że czytając tę dosyć jeżącą włosy końcówkę sprawdziłem z ciekawości na internecie stan cywilny Matta Fractiona i okazało się, że ma on żonę i ku mojemu zdziwieniu jest nią Kelly Sue DeConnick jedna z głównych twarzy marvelowskiego SJW (zerknąłem też na jej zdjęcie i tu już nie byłem zdziwiony absolutnie) co jeszcze ciekawsze posiadają oni dwójkę dzieci syna i córkę. Jakoś tak podświadomie oczekiwałem pokręconego patchworku z dwoma murzynkami, tajskim transwestytą, lamą, wielbłądem i adoptowaną tybetańską sierotą a tu proszę na zewnątrz propagowanie jednego a prywatnie w domu tradycyjna atomowa rodzina, śmierdzi to zachowaniem jednego z naszych byłych premierów. Mam dziwne wrażenie, że DeConnick mocno maczała palce w dwóch ostatnich zeszytach, bo wcześniej absolutnie nic nie wskazywało na rewelacje, których doświadczymy pod koniec. Rysunki Allreda to po raz kolejny istna rewelka, ta kreska, te żarówiaste kolory, ta ekspresja na twarzach, istne cudo. W plansze wplecione jest całe mnóstwo żarcików i co widać Fraction często nawiązuje do nich w dymkach. Widać, że obydwaj panowie razem pracowali nad wyglądem albumu a nie tylko wysyłali jeden drugiemu gotowe elementy i to zdecydowanie działa (aczkolwiek odnoszę wrażenie że Surfer wyglądał jednak nieco lepiej, bardziej szczegółowo). W podsumowaniu, gdyby cały album wyglądał tak jak jego większość byłaby zdecydowana ósemka, ale ja po prostu nie przyjmuję tej końcówki do wiadomości. To chamowaty na dodatek niedorzeczny atak na koncepcję rodziny jako podstawowej komórki społecznej oraz prostacka reklamówka jakichś teorii queer, nie akceptuję tego szajsu. Ocena końcowa 6/10.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Mateusz w Śr, 17 Kwiecień 2019, 18:00:42
Kilka ostatnich postów znajdziecie w temacie: https://forum.komikspec.pl/na-luzie/dyskusje-swiatopogladowe/105/
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Wt, 07 Maj 2019, 10:05:05
No to żeby nie być zbyt daleko za szanownym koleżeństwem również i ja podsumowuję marzec, który upłynął mi głównie pod znakiem JLA.

Lektury: Nowa granica (Egmont, drugie czytanie), JLA. Amerykańska Liga Sprawiedliwości t. 1-4 (Egmont), JLA: Wieża Babel (WKKDC, drugie czytanie), Carol Danvers (SBM), Spider Woman (SBM), Ghost Rider (SBM) oraz Thorgal t. 7 - łącznie 10.

Najlepszy Nowa granica. Czytałem ten komiks ponad 2 lata temu i muszę przyznać, że był to szmat czasu. Obecnie opus magnum Cooke’a zachwyciło mnie jeszcze bardziej, a to dlatego, że od dłuższego czasu wsiąkłem w świat DC i wiem o nim znacznie więcej niż te 2 lata temu, co, nie ukrywam, przydaje się w lepszym zrozumieniu tego dzieła. Razem z Cookem wyruszamy we wspaniałą podróż do początków formowania całego uniwersum zarówno w ramach Złotej, jak i Srebrnej Ery Komiksu. Autor czerpie garściami z całego dorobku DC i serwuje nam na pozór oddzielone od siebie historie o początkach wymyślonych postaci i drużyn i umiejscawia ich przygody w jednym spójnym uniwersum. A wszystko to z chronologiczną pieczołowitością od momentu działalności Straceńców w czasie drugiej wojny światowej po uformowanie się JLA w Srebrnej Erze Komiksu. Całość zostaje zwieńczona w przepięknej kulminacyjnej bitwie, w której uczestniczą wszyscy bohaterowie, którzy wcześniej pojawili się na kartach komiksu (oczywiście Ci żyjący). Wprawdzie w trakcie opowieści Cooke przeskakuje od postaci do postaci, co może być trochę męczące, jednak jest niezbędne, aby ukazać wydarzenia zgodnie z chronologią. I to mi się w tym komiksie podoba najbardziej (oczywiście poza rysunkami) – pomimo pozornej odrębności poszczególnych historii wszystko ostatecznie łączy się ze sobą, a autor podkreśla, że mamy do czynienia z jednym wielkim uniwersum.
Wydanie Egmontu (komiks ukazał się w serii DC Deluxe) to również prawdziwa perełka – idealnie pasujący offsetowy papier, całe mnóstwo dodatków (w tym najważniejsze autorskie wyjaśnienie dużej ilości kadrów odnoszące się do historii komiksów DC czy preferencji autora), szkice, galerie okładek itd., itp. Ja chcę więcej tego typu wydań.

Najgorszy Carol Danvers. Jeden z tych komiksu po lekturze którego zadaję sobie pytanie „Co ja właściwie czytałem?”. I nadal nie wiem czy wizja autora była tak bezdennie głupia, czy ja jej po prostu nie zakumałem (Przeniesienie do realiów II wojny światowej? Walka z żołnierzami posiadającymi dostęp do technologii Kree? Żeński oddział Rambo? WTF?). Koniec końców lektura tej historii była czasem totalnie zmarnowanym. Na szczęście w jakimś tam stopniu cały tom ratują zeszyty archiwalne, które przydały mi się przed kinową wersją Kapitan Marvel.

Zaskoczenie na plusSpider Woman. Bendis nie raz, nie dwa, nie dziesięć udowodnił, że pisanie przygód solowych bohaterów wychodzi mu najlepiej i w tej kameralnej historii tylko udowadnia tę tezę. Całość stanowi pewnego rodzaju tie-in (tudzież raczej aftermath) do Tajnej Inwazji i pokazuje dalsze losy największej przegranej osoby tego eventu. Po powrocie do świata żywych Jessica musi odnaleźć się w aktualnej rzeczywistości i tak naprawdę poukładać sobie życie od nowa. Nie jest to łatwe, bo w obecnej sytuacji nikt jej nie ufa (a przynajmniej tak to sobie wyobraża nasza bohaterka). Z nieoczekiwaną „pomocą” przychodzi jej niejaka Abigail Brand, przywódczyni agencji SWORD, znana polskiemu czytelnikowi przede wszystkich z występów w Astonishing X-Men czy Erze Ultrona i proponuje odegranie się na Skrullach, a konkretnie zapolowanie na pozostałości po kosmicznej armii. Bendis z wielką maestrią pokazuje to, do czego nas już przyzwyczaił w seriach Daredevil czy Alias – wyszukane dialogi, realistycznie ukazana kwestia wyobcowania i klasyczne sceny akcji, które nie dominują nad komiksem. Całość utrzymana jest w klimatach zbliżonych do Daredevila, ponieważ mamy ten sam duet autorów, Bendis/Maleev, ale jednak sama historia nie stanowi odcinania kuponów od tej znakomitej serii, gdyż ukazuje inną osobę w odrębnej sytuacji. Nie miałem żadnych oczekiwań do tego komiksu, a ostatecznie otrzymałem naprawdę niebanalną, nader realistyczną opowieść, choć utrzymaną w konwencji superhero.

Zaskoczenie na minusGhost Rider. Nie ukrywam, że lektura komiksu była nawet przyjemna. Główny motyw,
Spoiler: PokażUkryj
tj. odrodzenie się Zarathosa w ciałach zwykłych ludzi i jego umacnianie się ze śmiercią każdego kolejnego wcielenia
jest wprawdzie oklepany, ale ogólnie fajnie zostało to przedstawione. Na plus należy również zaliczyć retrospekcje i powrót do przeszłości Johnny’ego. I po takim zachwalaniu doszedłem do końca historii i stwierdziłem … że tak naprawdę końca nie widać, a cała historia dopiero zaczyna się rozkręcać, a ja pozostałem z ręką w nocniku. Fajnie, co nie? Otóż nie. Wkurzyłem się niepomiernie i ten tom stanowił dla mnie gwóźdź do trumny tej kolekcji. Już wcześniej zrezygnowałem z prenumeraty i teraz tylko utwierdziłem się w słuszności tej decyzji. Urywanym w połowie seriom mówimy zdecydowane nie!

Jeszcze słów kilka odnośnie JLA Morrisona. Wcześniej nie miałem zamiaru kupować tej serii, ale udało mi się dorwać poszczególne tomy w nawet fajnej cenie i ogólnie nie żałuję zakupu. Całość jest wprawdzie bez jakiegoś błysku i polotu, a wyobraźnia Morrisona jest dla mnie często nieodgadniona, ale z przyjemnością ujrzałem współpracujących ze sobą największych superherosów świata DC. Morrisona albo się lubi, albo nie. Ja skłaniam się raczej na nie, a jedyna naprawdę dobra rzecz od tego autora, którą czytałem  to początek jego runu w Batmanie (choć nie czytałem jeszcze Arkham Asylum). JLA to seria tylko dla zatwardziałych fanów DC, osoby nieobeznane z tym uniwersum bez żalu powinny ją sobie odpuścić.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Pn, 13 Maj 2019, 13:29:07
Koledzy nie obudzili się chyba jeszcze ze snu zimowego, a więc żeby rozruszać trochę wątek podsumuję kwiecień. Niestety nie miałem zbyt wielu premier, bo zdecydowana większość lektur to powtórki, tak więc w tym miesiącu zrezygnowałem z kategorii zaskoczeń.

Lektury: Shazam (Nowe DC Comics, drugie czytanie), Green Arrow: Kołczan cz. 1 i 2 (WKKDC, drugie czytanie), JLA: Sprawiedliwość cz. 1 i 2 (WKKDC, drugie czytanie), JLA/JSA: Cnota i występek (WKKDC), Blade (SBM) oraz Thorgal t. 8-12 - łącznie 12.

Najlepszy Thorgal: Cykl Qa (t. 10-13, tom 13 awansem za maj). Miałem nie oceniać Thorgala, bo swego czasu pisałem coś takiego:
Jednocześnie małe wyjaśnienie do Thorgala: serię odświeżam sobie regularnie co jakiś czas, więc znam już ją naprawdę dobrze i uważam za najlepszą serię komiksową ever (tak scenariuszowo, jak i graficznie). Dlatego też nie biorę jej pod uwagę przy wydawaniu ocen.
Niestety kwiecień upłynął pod znakiem przeciętniaków, a że w tej kategorii raczej coś wybrać trzeba więc mój wybór padł na genialny wycinek z historii Thorgala. Raczej większość forumowiczów zna przygodę dzielnego wikinga i jego przyjaciół w Ameryce Południowej i zgodzi się ze mną, że ten cykl to jedna z najlepszych historii stworzonych przez Van Hamme’a. Dostajemy tutaj wszystko, co tak lubimy w opowieściach przygodowych: pełnokrwistych bohaterów, namacalne zagrożenie, epickie walki, spodziewane i niespodziewane zdrady, a wszystko okraszone nutką fantastyki i odkrywaniem przeszłości na temat głównego bohatera. No i wspaniała Kriss de Valnor, która wśród kobiecych vilianów nie ma sobie równych. Uwielbiam całą serię, ale te tomy to prawdziwa petarda.

Najgorszy Blade. Podobnie jak zeszłomiesięczny Ghost Rider – niedokończona historia i cliffhanger na końcu. Nie chce mi się pisać nic więcej, bo najważniejszy komentarz napisałem już przy Ghost Riderze. Trzymajcie się z dala od tego komiksu!

Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pn, 13 Maj 2019, 23:26:53
Trochę szkoda, że porzuciłeś prenumeratę. Od końca 30-ki do końca 40-ki jest sporo dobra. Ciekawe jak powyżej pięćdziesięciu będzie?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Pn, 13 Maj 2019, 23:54:38
Prenumeratę zakończyłem na 51. tomie, a więc wszystkie wymienione przez Ciebie numery mam. Czy poza Elektrą, Moon Knightem, Iron Fistem i Spider Woman jest tam coś ciekawego?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pn, 13 Maj 2019, 23:56:49
A cztery to mało? Silver Surfer, Rocket, Star Lord, She-Hulk.

ps.  oraz Cloak & Dagger ofkors.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Wt, 14 Maj 2019, 07:44:25
Zielona kuzynka Bannera w wykonaniu Byrne'a to jedna z głównych przyczyn, dla których zainteresowałem się tą kolekcją. Ale jak zwykle to u mnie bywa z lekturą jeszcze sobie poczekam.
W tym momencie jestem na etapie ogarniania całego DC i właśnie zakończyłem czytanie przygód JLA i JSA. Teraz pora na ostatni etap, czyli Batmana (i wszystkie Kryzysy), a tu jest spooooro do czytania.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Wt, 14 Maj 2019, 16:59:49
laf, nie rezygnuj z  esbeemów 57 oraz 61. Wybitne może nie są, ale to dobre tytuły.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Śr, 15 Maj 2019, 07:49:49
No tak, o Sentrym czytałem na tym forum wiele dobrego i może jak będzie jakaś promocja na Empiku to się zaopatrzę w ten komiks. Z najbliższych numerów w kręgu moich zainteresowań są jeszcze Stwór, Namor, Profesor X i Nowi Mutanci.
Ale Generation X to zupełnie sobie odpuszczam.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w So, 18 Maj 2019, 12:21:33
Podsumowanie kwietnia. W zeszłym miesiącu rajtuzowcy na bok i do czytania Europa oraz offowa Ameryka, uwaga jak zawsze mogą chociaż nie muszą pojawić się SPOILERY:



1. Najlepszy:

    "Cyann" - François Bourgeon, Claude Lacroix. Kolejny komiks francuskiej legendy, tym razem z klimatów historycznych odlecimy w prawdziwe science-fiction. Dostaniemy rozpisaną na 6 tomów przygodę niejakiej Cyann Olsimar pochodzącej z arystokratycznej rodziny zarozumiałej dziewuchy na której barkach spocznie ciężar wyprawy na planetę Ilo po lekarstwo na zarazę, która trzebi męską populację jej rodzimej planety Olh. W połowie pierwszego tomu zapoznamy się z naszą bohaterką oraz stosunkami społecznymi panującymi na jej planecie, w drugiej dostaniemy historię samej wyprawy. I od razu w pierwszym tomie dostałem chyba największą (i chyba jedyną) wadę tego komiksu. Burgeonowi w kreacji świata pomagał Lacroix i tak jak w poprzednich komiksach historycznych autor korzystał ze świata, który wszyscy mniej lub lepiej znają, tak na potrzeby tego dzieła wykreował swój własny. I wychodzi to z różnym skutkiem, skala pracy obydwu panów jest doprawdy gigantyczna i trudno jej nie docenić, każda z przedstawionych planet ma swoje własne zasady, które są spójne i logiczne a mechaniki społeczeństw nie mają w sobie jakichś logicznych dziur, natomiast autorzy tak bardzo starali się pokazać ludzi różniących się od tego co znamy z rzeczywistości, że momentami wypada to nieco sztucznie i sprawia wrażenie pokomplikowanego na siłę. Na dodatek zwłaszcza w pierwszej części pierwszego tomu przy czytaniu poczułem się znowu jak uczeń w szkolnej ławce, niemalże na pamięć wkuwając zasady tytułowania odpowiednich postaci oraz budowę piramidy kastowej planety Olh, bez tego po prostu ani rusz z połapaniem się kto jest kim, co się właściwie dzieje na czytanych stronach i o czym ci ludzie rozmawiają, szczerze mówiąc momentami było to nieco drażniące. Druga połowa jest nieco bardziej przygodowa i łatwiejsza w odbiorze, kolejne tomy ku mojemu zaskoczeniu prowadzą w stronę dosyć klasycznego sf, w którym główna bohaterka przejdzie diametralną metamorfozę. Co do rysunków Burgeona, jaki jest koń każdy widzi, ja jestem talentu rysowniczego Francuza wielkim fanem, chociaż przy pierwszym z nim kontakcie nie byłem zachwycony. Pejzaże są śliczne i szczegółowe, wizje planet monumentalne i wystarczająco obce a budowle i maszyny odpowiednio futurystyczne, zgodnie z tym z czego znamy autora dostaniemy również nieco golizny i trochę erotyki, ale nie dominuje to albumów (no może trochę w pierwszej części). Całość szczerze mówiąc jest dosyć nieprzystępna dla świeżego czytelnika, komiks jest dosyć trudny w odbiorze i wymagający stałej uwagi, część czytelników może czuć się nieco przytłoczona. Ilość wątków pobocznych i postaci, które potrafią się pojawić po kilkudziesięciu lub więcej stronach jest bardzo duża a prawie wszystko jest ważne dla fabuły co zresztą wydaje się zauważyli sami autorzy w zakończeniu wciskając w usta jednej z postaci wytłumaczenie wszystkiego co się działo wcześniej. Komiks owszem ma i swoje wady, część może jest nie do końca potrzebna, nie zawsze jest ciekawie a zakończenie wydaje się napisane jakby na szybko i na siłę. Tym niemniej oceniam całość bardzo wysoko, Pasażerowie Wiatru w mojej ocenie są lepsi, ale jak kto ma ochotę na s-f w oparach retro to nie powinien się chyba zastanawiać. Jakość wydania przez Egmont świetna, seria Mistrzowie Komiksu czyli spory format i brak problemów technicznych, dodatków niestety brak. Ocena 8/10.




2. Zaskoczenie na plus:

   "Tyler Cross - Black Rock"  Fabien Nury, Bruno Thielleux. Komiks wydawał się idealnie skrojony pod mój gust. Uwielbiam klimaty małomiasteczkowej Ameryki oraz lat 50-tych a także gangsterskie opowieści, na dodatek zebrał sporo pozytywnych opinii na forum więc oczekiwania miałem dosyć wysokie. W każdym razie zamówiłem go kilka miesięcy temu i wyciągając go z paczki przeżyłem raczej niemiłe rozczarowanie. Otóż komiks kosztował dosyć niemało a okazał się co prawda sporego formatu, ale z miękką okładką, klejony na dodatek z raczej niewielką ilością stron (niecałych 100). Na dodatek zajrzałem do środka i rysunki nie bardzo mi przypadły do gustu, także rzuciłem go na półkę na inne komiksy i tak sobie te kilka miesięcy tam dojrzewał. Ostatnio z nawarstwiającego się co miesiąc braku miejsca sprzedałem na allegro nieco książek z moich zbiorów i w którymś momencie mój wzrok ślizgający się po półkach w poszukiwaniu ofiar padł właśnie na Tylera. Na swoje nieszczęście na w/w półce wylądował on akurat na Potworze z Bagien i Kaznodziei i tak wpatrując się w ten obrazek w myślach cały czas mi skakało porównanie Moore'a i Ennisa do jakiegoś nieznanego mi Francuza oraz jakość wydania co prawda w kwestii formatu na plus dla Crossa, ale jednak kilkusetstronicowe wydania w twardych oprawach w stosunku do tej miękkiej okładki i raczej niewielkiej grubości przy w sumie niewielkiej różnicy cenowej łącznie z perspektywą kupowania następnych tomów sprawiały, że coraz bardziej niechętnym okiem zerkałem w stronę tego pierwszego, aż do chwili kiedy podjąłem decyzję "sprzedaję". No, ale głupio byłoby sprzedać najpierw go nie przeczytawszy w końcu, toteż zabrałem się do lektury. I przyznam się szczerze wsiąkłem w klimat już od pierwszej strony. Tyler Cross to cyngiel do wynajęcia, który w wyniku dosyć szczęśliwego zbiegu okoliczności wchodzi w posiadanie kilkunastu kilogramów heroiny z którą ląduje w najbardziej zadupiastym miasteczku na samym środku pustyni. Ciężko powiedzieć o naszym bohaterze, aby był jakoś szczególnie charakterologicznie rozbudowany, to najzupełniej stereotypowy małomówno-cyniczny twardziel, który żyje z brudzenia sobie rąk za innych za to nie jest pozbawiony swoistego rodzaju kodeksu honorowego oraz tendencji do brania na siebie roli "ostatniego sprawiedliwego". Ogólnie niemalże wszystkie postaci stanowią swoisty konglomerat schematów, które możemy zaobserwować w historiach tego typu na czele z miejscową ślicznotką (no ok, ta akurat postać okaże się nieco bardziej nowoczesna niż dosyć klasyczna reszta), najbogatszym mieszkańcem i jednocześnie burmistrzem Black Rock trzęsącym w towarzystwie swoich zepsutych synalków całym miasteczkiem oraz zapamiętałym w nienawiści dziadygą, który jest jedyną osobą w okolicy, która ma odwagę sprzeciwić się bossowi. Całość sprawia wrażenie skleconej z lejtmotywów najzupełniej typowych dla właściwych gatunkowo filmów i literatury, natomiast jest to napisane z takim biglem że miałem wrażenie obcowania z naśladowcą Raymonda Chandlera i Sama Peckinpaha który nie jest wcale mniej utalentowany niż jego idole. Przeczytałem całość, jednym tchem a to nie często mi się zdarza. Rysunki Bruno tak jak mówiłem nie przypadły mi początkowo do gustu, są wyjątkowo uproszczone momentami do tego stopnia, że Tyler nie posiada ani ust, ani oczu, ani uszu a jedynie sam owal (to za dużo powiedziane, gość ma twarz prostokątną jakby dostał łopatą), ale w miarę czytania przypadały mi coraz bardziej do gustu na zasadzie kontrastu z brutalnym realizmem scenariusza, chociaż nie każdemu muszą się spodobać ostatecznie oceniam je na plus. Tak jak i w komiksie wyżej znajdzie się miejsce dla golizny i sceny seksu, ale z racji sporej umowności grafiki ciężko tu mówić o jakimkolwiek erotyźmie (natomiast całość absolutnie nie nadaje się dla dzieci). W podsumowaniu jak ktoś ma ochotę na brutalną sensację połączoną z anty-westernem, kinem spod znaku noir, Ojcem Chrzestnym i dramatem społecznym (tak to też się znajdzie i to całkiem sporo), z niby schematycznymi a jednak sprawiającymi wrażenie wyjątkowo żywych postaci, to jest to absolutne musisz-mieć, ja byłem zachwycony od początku do dosyć melancholijnego końca. Ponarzekałem nieco z początku na jakość wydania OMG! Wytwórni Słowobrazu, ale poza tą nieszczęsną okładką, klejeniem i raczej sporą ceną nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń, językowo jest świetnie a jakość druku powalająca (tak czernie są czarne) do tego kilka stron dodatków z grafikami innych rysowników, wywiadu z Bruno oraz okładkami, jednym słowem miodzio. Także, kto wie czy wbrew punktowi to jednak nie najlepszy komiks jaki przeczytałem w kwietniu, który z pozycji "do sprzedania" zamienił się w "kupiłem w kwietniu tom drugi, a trzeci przyjdzie w paczką za maj", którego nie zamierzam już sprzedawać. No chyba, żeby wydawca po wydaniu czwartego tomu zdecydował się na piękny integral, który należy się temu komiksowi jak psu buda. Ocena 8+/10.



    Drugie zaskoczenie:

  "Ghost World" David Clowes. Dotychczas miałem do czynienia z jednym tylko komiksem tego artysty mianowicie "David Boring", który zraził mnie do tego komiksiarza wydawało się na wieki wieków już. No ale, biorąc pod uwagę bardzo wysoką pozycję wśród komiksowego undergroundu, pamiętając dawno temu oglądany film oraz przyjmując postawę filozoficzną zgodną z duchem reklamy pewnej firmy handlującej obuwiem (CCC) postanowiłem dać Clowesowi jeszcze jedną szansę. No i dobrze zrobiłem, początek komiksu jest dosyć do Davida podobny. Mamy dwie małomiasteczkowe wkurzające pindy trzymające się razem od czasów piaskownicy, które zostały przyjaciółkami  chyba tylko i wyłącznie na zasadzie przyciągających się przeciwieństw. Enid to przemądrzała średnio atrakcyjna anarchistka, Rebecca to miejscowa ślicznotka (wbrew stereotypowi całkiem niegłupia), co ciekawe przyjaźń ta wygląda na mocno podszytą zazdrością. Enid zazdrości przyjaciółce fizyczności a ta dla odmiany zazdrości tej pierwszej osobowości i inteligencji dzięki którym to ona koniec końców mocniej przyciąga uwagę. Faktem jest natomiast, że obydwie przez większość stron są po prostu drażniące. Obydwie zblazowane, przemądrzałe i wszystkowiedzące. Wszystko ssie, wszystko jest głupie, tandetne i nudne. Nienawidzą swoich znajomych, swojego otoczenia i tego co widzą w tv. Muzyka jest do dupy, kino jest do dupy, a reszta ludzkości to frajernia. Natomiast po pewnym czasie czytelnik orientuje się, że to tylko maski na twarzach przerażonych dziewczynek. Dziewczynek, które właśnie skończyły liceum i zorientowały się, że muszą w końcu przemienić się w kobiety, na dodatek ich drogi wyraźnie zaczynają się rozchodzić i które zaczynają zdawać sobie sprawę, iż mają ze sobą coraz mniej wspólnego. Ergo Ghost World to opowieść o dorastaniu i końcu beztroskiego dzieciństwa jakich można przeczytać lub obejrzeć tysiące, ale napisana z wielką wprawą i subtelnością. W samym komiksie wiele się nie dzieje, fabuła raczej nie biegnie niczym wzburzona rzeka, a całość jest raczej oparta na często wulgarnych dialogach niczym filmy Smitha czy Tarrantino. Kreska Clowesa jest strasznie ciekawa, na poły realistyczna na poły karykaturalna, komiks jest utrzymany w barwach czerni, bieli oraz jakiegoś takiego niebiesko-zielono-burego, co poprzez swój jakby wyblakły wygląd być może wskazywać hipotezę, że historia jest już tylko wspomnieniem jednej z bohaterek (Enid). Na okładce, oraz na końcu komiksu umieszczone są plansze na których Clowes urealnia nieco i jednocześnie uatrakcyjnia wygląd bohaterek i mi się one wydają jeszcze fajniejsze niż te w reszcie albumu i zastanawiam się czy nie byłoby lepiej gdyby wszystko tak wyglądało. Jakość wydania przez Kulturę Gniewu jest po prostu fajna, nie starali się wymyślić koła na nowo, niespecjalnie wielka ilość stron objęta miękką okładką w standardowych wymiarach pozwala na naprawdę niewielką cenę, w której grzech tej książki nie kupić, tłumaczenie zdaje się świetne, dialogi są żywa i brzmią bardzo naturalnie, z pewnością komiks ten zostanie na mojej półce. W podsumowaniu, "Ghost World" to rewelacyjna historia, która w pełni zasługuje na wszystkie nagrody i komplementy jakimi została obsypana, to nie tylko historia dorastania, ale i w pewnej mierze krytyka nowoczesnej Ameryki, w której stawia się na sukces lub iluzję sukcesu, którego miarą jest życie na poziomie tego ze świata seriali telewizyjnych a które nie będzie nigdy dostępne dla znaczącej większości społeczeństwa czego Enid i Rebbeca wydają się świadome. Idzie się uśmiechnąć, idzie się posmucić, idzie się zastanowić nad swoim własnym życiem. Ogólnie rzecz biorąc wydaje mi się, że większą przyjemność będzie miał z lektury nieco starszy czytelnik taki z bagażem doświadczeń, który zdaje sobie sprawę, że podróż po własnych wspomnieniach z dzieciństwa jest często podróżą po świecie duchów. Świetny komiks i tak się zastanawiając jednak podobnie jak Tyler zostawił we mnie po sobie więcej Cyann. Ocena 8+/10.



    Trzecie zakoczenie:

  "Koniec zjebanego świata" Charles Forsman. Na dobrą sprawę nie mogę sobie teraz przypomnieć z jego powodu ten komiks kupiłem. Czy to dlatego, że gdzieś usłyszałem że na jego podstawie nakręcono serial, który zupełnie mnie nie interesuje? Czy dlatego, że wydało go NSC? Czy wpadł mi w oko wulgarny (chociaż na okładce "wyiksowany") tytuł? Czy może sama okładka kojarząca się z tanimi punkowymi kasetami? Tak czy inaczej nabyłem tę pozycję, dla której wyraźną inspirację stanowią niebezpiecznie kręcące się wokół pojęcia arcydzieła "Bonnie i Clyde" Arthura Penna, "Urodzeni Mordercy" Olivera Stone'a czy "Badlands" Terrence'a Malicka. Znaczy się mamy tutaj historię pary nastolatków Jamesa i Alyssy, którzy wyruszają w pełną przemocy podróż przez Amerykę, jednocześnie obydwoje są pozbawieni wszelkiego czaru i wdzięku swoich pierwowzorów. Chłopak to odrażający dziwak - morderca zwierząt (ludzi również), który sam sobie wymiksował palce w młynku do odpadków, dziewczyna przypomina pustą nihilistyczną kukłę, bez praktycznie żadnych marzeń czy wyższych uczuć, która bierze udział we wszystkich ekscesach swojego chłopaka z właściwie nie wiadomo jakich przyczyn. Jedynym wyraźnym punktem wspólnym z resztą społeczeństwa stanowi miłość (raczej z gatunku tych chorych) jaką żywią do siebie. Nie da się tej pary po prostu polubić, za to należy jej współczuć (o co akurat nietrudno). Przez całą lekturę zastanawiałem się co właściwie spowodowało, że ta dwójka wyrosła na takich a nie innych ludzi i w sumie dostaniemy na to pytanie kilka różnych odpowiedzi a żadna nie będzie przyjemna. Komiks ma konstrukcję wyraźnie segmentową, niektóre strony wydają się całkowicie oderwane od reszty stanowiąc jakby osobno wyartykułowaną myśl czy pomysł, natomiast całość posiada jednak sensowną (w pewnym stopniu) i spójną fabułę, która się odkryje przed czytelnikiem dopiero pod sam koniec. Oprawa stworzona przez autora jest bardzo minimalistyczna i przypomina raczej bazgraninę kogoś kto zna podstawy rysunku, na jakiejś wyjątkowo nudnej lekcji lub wyjątkowo bezproduktywnym dniu w pracy, ale w tym akurat przypadku jak dla mnie to zaleta w końcu jak off to off.Wydanie Non Stop Comics bardzo ładne, przyjemna w dotyku gumowana okładka, przyciągający oko format, offsetowy papier. Mi komiks mocno przypadł do gustu, ale ciężko polecić go chyba z czystym sumieniem, czytałem go oglądając mecz i skończyłem tuż po rozpoczęciu przerwy a dosyć często spoglądałem na ekran więc musiało to zająć jakieś 15-20 minut co w przeliczeniu na bazylowe ceno-roboczo-godziny nie jest jakimś imponującym wynikiem. Może więc kupcie go jak chcecie mieć kwadratowy komiks? Nic z tego "Doman" jest bardziej kwadratowy. No nic kupcie go jak macie ochotę  na opowieść o dwójce młodocianych ludzkich wraków i macie ochotę się zdołować nieco? A zresztą kupcie go i tak, ten tom to czysty komiksowy punk, undergroundowa bibuła pierwszej klasy zadająca o wiele więcej pytań niż dająca satysfakcjonujących odpowiedzi. Ocena 7+/10.



4. Zakoczenie na minus:

   "Albert i Alina" Guy Delisle. W tym miesiącu punktu najgorszy nie będzie, oprócz komiksów powyżej przeczytałem tylko dwa tomy Corto Maltese (którym jestem niezmiennie zachwycony) oraz trzy tomy z kolekcji Conan (to samo co w przypadku Corto), a ten nie jest jakoś strasznie zły toteż na miano najgorszego nie zasłużył mimo, że faktycznie tak jest. Kolejny komiks zdaje się poważanego w środowisku autora z którym nie miałem jeszcze do czynienia i co do którego miałem chyba jednak dosyć wysokie oczekiwania. Jest zbiór, krótkich niemych "anegdotek" zatytułowanych imionami na przemian żeńskimi i męskimi zaczynającymi się na wszystkie litery alfabetu (umieszczonych po kolei) dla których tematem są głównie związki damsko-męskie (skandal i wstecznictwo zapewne w mniemaniu kilku pomylonych). Niektóre są zabawne, niektóre sporo mniej, większość dużo mówi o człowieku i mało przyjemnych rzeczach które mogą gnieździć się w jego głowie. Problem leży w tym, że nic nowego się z tego komiksu nie dowiedziałem, większości rzeczy jestem całkowicie świadomy z obserwacji innych lub sam ich doznałem, kilku historyjek nie zrozumiałem, jestem jednak sporo młodszy niż autor więc zapewne mniej dojrzały, albo to i różnica w doświadczeniach, nie wiem może dla kogoś będzie to zaletą, dla mnie to raczej wada, ale całość znałem już właściwie przed otwarciem albumu. Rysunki dosyć proste, ale jednocześnie przyjemne dla oka, utrzymane w szarościach czasami są nieco makabryczne, a z racji tego, że większość historyjek kręci się wokół łóżka dosyć pikantna. Nie jest to wyuzdana pornografia, ale dla młodszego czytelnika komiks się raczej nie nadaje bo chyba będzie dosyć ciężki w zrozumieniu, całość raczej utrzymana w klimatach pewnego surrealizmu. Wydanie przez Kulturę Gniewu podobne do tego co w przypadku "Ghost World", zwykły papier, miękka okładka ze skrzydełkami, niewielki format co pozwala na utrzymanie stosunkowo niewielkiej ceny (z drugiej strony niewielka cena zakupu - niewielka cena sprzedaży na allegro na którym ten komiks natychmiast wylądował). Fajnie, że ktoś widzi, że nie każdy komiks musi być wydrukowany na papierze o gęstości atomowej przypominającej ołów z okładką grubą na 3/4 centymetra. W podsumowaniu, rzecz która może się spodobać, ale dla mnie to raczej coś co w formie pasków powinno lądować w jakiejś gazecie albo za darmo w internecie a nie coś co koniecznie musi zostać wydane, kupione i stać na półce. Na dodatek zawiera to wszystko w sobie jedną i tę samą myśl mężczyźni to podłe chu...e a kobiety to pazerne pi...y. W podobnej formie bardziej mi jednak do gustu podszedł bardziej odjechany "Zonzo" Joana Cornelli. Można kupić, można nie kupić jak kto woli. Ocena 5+/10.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Cz, 23 Maj 2019, 02:43:44
Kwiecień 2019 ślepnącym okiem Lorda D. :

Mamy 23 maja, wstyd, że dopiero teraz się za podsumowanie zabieram.

W kwietniu przeczytałem 20 komiksów, jedynie 3 w oryginale;  zakupiłem  46 pozycji, w większości w oryginale.

1-  Najlepszy komiks zakupiony

(https://ep01.epimg.net/cultura/imagenes/2017/10/18/ka_boom/1508339252_950175_1508348526_sumario_normal_recorte1.jpg)

W końcu kupiłem Culbarda.   A skoro "Lovecraft " w końcu przybył, to w zasadzie wiadomo- zakup numer jeden :)   
Jednak z całej reszty muszę wyróżnić jeden tytuł. "Signal To Noise" wreszcie trafił do mojej kolekcji. Ważny to dla mnie i szczególny  komiks,  czytałem go wielokrotnie- i wreszcie mam na włąsność.
 Po tym zakupie poczułem ulgę :) - jakbym wypełnił dokuczającą mi  od dawna lukę w zbiorach. A wcześniej zdarzało mi się ten zakup odkładać na później...

Zaznaczę tylko, że zrobiłem znakomite zakupy:  głównie na Pyrkonie,ale był to  w ogóle bardzo ciekawy miesiąc pod tym względem. Rośnie kolekcja Hellblazera, pojawił się 1 tom batmanowskich elsewordów, przybyło Lemire'a i stareńkich zeszytów Vertigo, kupiłem rocznicowe DC i AC #1000, skompletowałem "Prophet"... Jest dobrze :)


2-  Najlepszy komiks przeczytany

Nie mam się co zastanawiać: "Hellblazer vol.1- Original Sins". Miałem wrażenie, że przenoszę się do lat 80-tych oglądanych przez pryzmat magii. Swoją drogą, jak ja wtedy zazdrościłem Anglikom ;)
(https://apaneladay.files.wordpress.com/2009/12/jamiedelanojohnridgway-hellblazer2311.jpg)
 Od dawna miałem jakieś pretensje do kreski Ridgwaya, teraz twierdzę, że wykonał naprawdę świetną pracę. Warto po lekturze przejrzeć ''Original Sins" jeszcze raz, dla samych li tylko angielskich ulic i domów rysowanych przez niego :)  No i Delano:  rewelacyjne pióro.  Stworzył naprawdę wiarygodny świat i krwiste postaci. W kilku recenzjach widzę, że zdaniem wielu jego run uważany jest za taki, który słabo się zestarzał. Głosiciele  tej opinii  zaprawdę Cthulhu w sercach nie mają :O Żeby tak wszystkie komiksy się podobnie starzały!
 Jeśli jeszcze nie macie tego tomu na liście lektur- zachęcam do przeczytania. I po raz kolejny powtórzę- warto mieć kilka nieprzeczytanych komiksów z Vertigo tamtych lat. Do dziś robią kolosalne wrażenie.

Na koniec jeszcze refleksja- naprawdę źle się wychodzi na kumplowaniu się z Constantinem. Żle.


3-  Najgorszy komiks zakupiony

Patrzę w kalendarz i widzę , że miesiąc temu przeczytałem "Extraordinary X-Men tom1"...w pierwszej chwili nie pamiętałem, że w ogóle to czytałem. Potem sobie przypomniałem , jak słaby był to komiks...fragmenty, co ciekawe, znałem od paru lat, i prezentowały się zachęcająco. Tymczasem całość okazała się rozczarowaniem. Dobrze, że chociaż Ramos nie odwala tu pańszczyzny. Przyznam, że sympatia do Lemire mocno osłabła..ale na krótko, to nie był jego jedyny komiks tamtego dnia ;)
Na szczęście :)


4-  Najgorszy komiks przeczytany

Z trudem przyszło mi coś wybrać. Niestety , zawiódł oczekiwania klasyk: ,,Star Wars: Cienie Imperium"  mimo zatrudnienia przy tym  komiksie lubianych przeze mnie twórców jest tytułem zaledwie przeciętnym. A może mam za duże oczekiwania i po nowych seriach[ "Vader", DrAphra"] się rozbestwiłem?
 Tak czy siak, nie polecałbym tego tytułu na pierwszy kontakt z komiksowymi Gwiezdnymi. Odniosłem wrażenie, że to jedna z lektur do zapomnienia, a przecież o tym tomie słyszałem pochlebne opinie od lat. Szkoda.


5- Największe zaskoczenia - pozytywne i negatywne

Bardzo przyjemnym zaskoczeniem były "Legendy najlepszych na świecie", głownie dzięki rysunkom Breretona. Otworzyłem tom kolekcji DC i pierwsza myśl ,,Ej, takie w stylu plakatów i okładek Roba Zombie" :) Jako fan White Zombie i solowej twórczości  Roba Z. powinienem z miejsca skojarzyć nazwisko.  Obiecuję sobie i państwu większą uważność  w przyszłości :) To niezła lektura, nie miałem żadnych oczekiwań, a bawiłem sie dobrze- z chęcią w przyszłości wrócę do komiksów rysowanych przez Breretona. Bardzo mi ten pulpowy, ocierający się o kicz styl podoba. Kolejny komiks, który jest głosem na "Tak" w sprawie kolekcji- przecież gdyby nie WKKDC, także i tego tytułu najprawdopodobniej bym nie przeczytał.

Pisałem  o X-Lemirze? Tuż po tym przeczytałem dwa tomy "Royal City" i był to już Lemire, którego lubię i cenię. Znów się wciągnąłem i nie mogę się doczekać kontynuacji...

Rozczarowanie -opróćz  wspominanych już "Cieni Imperium" muszę niestety wpisać tu "Świetlistą Brygadę". Jednak zawiodła moje oczekiwania, chociaż nie jest to kiepski komiks. Łubię i Tomasiego, i  [a nawet zwłąszcza] Snejbjerga, ale na tle innych tomów "Brygada" nie wypadła jakoś zachwycająco.

EDYCJA :) na śmierć bym zapomniał o rewelacyjnym pierwszym tomie "FearAgent". Recenzje były takie sobie, ale zaryzykowałem i git :) Luuudzie, jak mi takiego SF w starym stylu brakowało, za mało jest współcześnie space opery w fantastyce. Tak się zachwyciłem, że nie mogę się doczekać kolejnego tomu. Świetna, bezpretensjonalna rozrywka. Remender, który nie należy do moich ulubionych scenarzystów, tym razem błyszczy, a głównego bohatera nie sposób nie lubić. Wszystko mi się w tym komiksie podoba :D Nie rozumiem, czemu go od razu nie wymieniłem na liście...

I to tyle. Jeszcze słowo na koniec- stwierdziłem, że brak mi już pomysłów, gdzie mam umieszczac nowe książki i komiksy, przede wszystkim komiksy. W bieżącym roku to już 286 tytułów, w całym zeszłym było ich 330. A mamy dopiero maj...

,, - Czas przyjrzeć się po dwa razy każdej kuszącej pozycji  - postanowił Lord, jednocześnie zezując przekrwionymi ślepiami na status poczynionych przed paroma godzinami  zamówień.
 Na balkonie złowieszczo trzepotała ćma."

Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Cz, 06 Czerwiec 2019, 02:57:54
Maj
Miesiąc licznych zaskoczeń.
Miesiąc, w którym przeczytałem żenująco mało.
Usprawiedliwia mnie trochę rekrutac...e tam, nic mnie nie usprawiedliwia. W czerwcu przeczytałem do dziś 9 tytułów, tymczasem przez cały poprzedni miesiąc - raptem jedenaście.  Najmniej od 2016 chyba roku. Przynajmniej częściowo zrealizowałem postulat o ograniczeniu zakupów, bo kupiłem tylko 24 nowe komiksy.

1-  Najlepszy komiks zakupiony

(https://www.page45.com/store/Audubon%209.jpg)

"Audubon- na skrzydłach świata"- rzecz świetna, dostałem to, czego chciałem. Interesującą , barwną biografię człowieka, który ma po trosze status świętego dla gości tak jak ja interesujących się ptactwem :) Nietuzinkowa postać, opętana wręcz wyznaczonym sobie zadaniem. Tak wygląda prawdziwe posłannictwo- cierpiał on, cierpiała jego rodzina, ale doprowadził dzieło do końca.  To nie jest biografia ściśle oparta na faktach, ale scenarzysta spisał się doskonale - otrzymujemy kawał dobrego scenariusza...a dzięki świetnym rysunkom jest to komiks godny tematyki, której dotyczy. Bardzo pasująca do ducha opowieści kreska, świetne operowanie kolorami. Po  prostu warto to mieć, już wiem, że jest to jeden z tytułów, do których wracam raz na jakiś czas i zawsze lektura sprawia mi dużą frajdę.

Aż założyłem wątek o tym tomie i chyba za chwilę skopiuję tam powyższe słowa. Niewiele komiksów nieznanych mi autorów robi na mnie takie wrażenie. Przeczytałem go wczoraj jednym tchem, nawet na papierosa nie wyszedłem- a to niestety u mnie rzadkość :)

2-  Najlepszy komiks przeczytany

"AllStarWestern"- szkoda, że nie wyszły wszystkie tomy, ale i te wystarczą, bym posypał łeb popiołem. Myliłem się co do Palmiottiego. Komiksy podpisane przez duet Quesada/Palmiotti  zawsze mnie czymś rozczarowywały. Teraz uwolniony od kompana autor pokazał mi, że potrafi tworzyć świetne scenariusze. Z miejsca postanowiłem kupować "Hexa" :D

Ale to było miejsce drugie :)

Za najlepszy przeczytany komiks po chwili namysłu muszę uznać pierwszy tom "Skalpu". Rewelacyjny komiks, o takich często się mówi, że to gotowy materiał na film. Nienawidzę tego zwrotu, bo zakłada, że komiks jest dopiero materiałem wyjściowym, nie dziełem samym w sobie. No ale fakt, mamy tu wszystko, czego można oczekiwać od dobrego filmu sensacyjnego :) Po paru kartkach wiedziałem, że trzeba będzie zdobyć kontynuację. I intryga,i zwroty akcji,  i świat przedstawiony, i bohaterowie z ich nierzadko zaskakującymi losami i motywacjami...dobra robota panie Aaron, oby kolejne tomy były równie dobre.  Parę kadrów mi czymś podpadło, ale po skończonej lekturze nie wiem, o co mi chodziło :) Oto magia komiksu w działaniu :D

3-  Najgorszy komiks zakupiony
Niewiele z zakupów zdążyłem przeczytać, ale zakupywałem raczej pewniaki z jazdy obowiązkowej, więc uznaję, że nie było żadnego złego tomu.


4-  Najgorszy komiks przeczytany

"Mute". Stracona szansa. Część komiksów oparta na jakimś żarcie, grepsie, część na nie do końca przetrawionym pomyśle. Mogło być fajnie, a mamy rozczarowanie. I nawet sprytnie wściubiony przez rysownika Znak Starszych Bogów niewiele tu zmieni na lepsze. Zaprzepaszczona szansa, powtórzę raz jeszcze.

5- Największe zaskoczenia - pozytywne i negatywne

Negatywne?
Utknąłem w kilku tytułach i to takich z górnej moim zdaniem półki, jakoś nie byłem w nastroju na daną lekturę.

Największe pozytywne zaskoczenie?
Otóż widząc, że forumowicz ukrywający się pod pseudonimem Gazza wybiera się na poznański festiwal komiksowy, poprosiłem go o pomoc w zdobyciu katalogu wystawy komiksu rumuńskiego oraz- no, przede wszystkim :) - nowej części przygód Nerwolwera.
Dobry ten człek zgodził się bez problemu, nie reagował na zagajenia w sprawie wynagrodzenia czy zwrotu kosztów. Dostałem paczkę zawierającą nie tylko wymienione wcześniej tytuły. Gazza  załatwił mi także niespodzianie dedykacje oraz rysunek od autorów z Rumunii, a także wrys Niewiadomskiego, przedstawiający Nerwolwera. Przy czym gdyby mi o tym ostatnim nie napisał, to uznałbym ten rysunek za wydrukowany- dobre ma pisaki twórca  Ratmana :)
Takie bezinteresowne emanacje dobrej woli podnoszą na duchu. Raz jeszcze zatem- bardzo dziękuję, chłopie.

Kolejne zaskoczenia- również pozytywne:

Nie znosiłem Satrapi i jej "Persepolis, tymczasem bardzo spodobał mi się "Kurczak ze śliwkami": idealnie wpisał się w mój nastrój. Będę także kibicował dalszym przygodom Broma, sporo o tym komiksie pisałem już w innym miejscu forum...

No i to chyba wszystko.
Niezwykle jak na mnie szybko wziąłem się do podsumowania, widać sumienie mnie gryzie, że za mało czytam....ale nie oszukujmy się- po prostu od momentu, gdy wczoraj skończyłem "Audubona", nosiło mnie, żeby o nim napisać.

Tak przy okazji- mamy w komiksie portret autora "Ptaków Ameryki" i cholernie, niestety, przypomina mi  Johna Turturro. Dobry aktor, ale go nie znoszę :D

Starczy już tego- na razie.

Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Cz, 06 Czerwiec 2019, 13:04:59
"AllStarWestern"- szkoda, że nie wyszły wszystkie tomy
No właśnie z tego powodu odpuściłem sobie zakup tej serii i nawet super promka mnie do tego nie przekonała. Jakby tylko Egmont wydał całość to już dawno miałbym całą serię ww rękach.

Za najlepszy przeczytany komiks po chwili namysłu muszę uznać pierwszy tom "Skalpu".
W tym miesiącu (jak tylko skończę mega długą książkę) też biorę się za Skalp ;D. Będzie to jednocześnie pierwszy etap ogarniania całego zakupionego przeze mnie Vertigo  ;D

P.S. Co Ty masz od Johna Torturo? Spoko aktor  :D
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Cz, 06 Czerwiec 2019, 13:39:20
All Star to był mój ulubiony komiks wśród tego co z 52 przeczytałem.

Skalp to mistrzostwo, pierwszy komiks Aarona który przeczytałem, pewnie dlatego jego kolejne komiksy z Marvela były dla mnie zawodem (Thor był naprawdę fajny, ale to jak zestawienie Ferrari i Toyoty), polecam Bękarty z Południa, historia prostsza, ale klimat dosyć podobny. Na dodatek rysunki Latoura wyglądają świetnie.

Persepolis - uwielbiam, Kurczak mi się nie podobał

Turturro - jest świetny, grał w niesamowitych filmach, ostatnio nieco zaginął. Ale pojawił się teraz jako William z Baskerville w serialu i jestem ciekawy.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: JanT w Cz, 06 Czerwiec 2019, 14:02:31
Będzie to jednocześnie pierwszy etap ogarniania całego zakupionego przeze mnie Vertigo  ;D
Polecam jakieś urlop i zaszyć się samemu w jakimś domku na wsi :) Co masz jeszcze z tego Vertigo?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Cz, 06 Czerwiec 2019, 15:30:58
...laf, tylko nie pisz, że komplet do 2000 roku w oryginale oraz to, co wydał Egmont, bo parę osób na forum wyląduje z zawałem w szpitalu :)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Pt, 07 Czerwiec 2019, 08:20:32
Co masz jeszcze z tego Vertigo?
Nie no bez przesady, aż tyle tego nie mam. Tylko to co od Egmontu, a i tak nie całość. Taką kolejność przyjąłem Skalp -> Kaznodzieja -> 100 Naboi -> Ex Machina -> Bagniak -> Vendetta. Jak w międzyczasie uzbieram jeszcze Prometheę i Neonomicon to też wrzucę do tej rozpiski.
Mam tą "komfortową" sytuację, że dojeżdżam do pracy pociągiem tak więc 2-3 zeszyty codziennie pękną jak nic  8)

@LD, @Skandalisto, jak Wy ogarniacie kwestie czytania tego wszystkiego. Ja się cieszę, kiedy w miesiącu mam przeczytanych 10 pozycji, a wydaje mi się, że u Was to bezwzględne minimum. Żyjecie na jakiejś alternatywnej Ziemi gdzie doba jest znacznie wydłużona?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: JanT w Pt, 07 Czerwiec 2019, 08:45:51
Taką kolejność przyjąłem Skalp -> Kaznodzieja -> 100 Naboi -> Ex Machina -> Bagniak -> Vendetta. Jak w międzyczasie uzbieram jeszcze Prometheę i Neonomicon to też wrzucę do tej rozpiski.
To się szykuje dużo dobrego czytania. Jak ja bym chciał to czytać pierwszy raz :)

Neonomicon to nie Vertigo.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Pt, 07 Czerwiec 2019, 08:57:15
Neonomicon to nie Vertigo.
Owszem, ale idealnie wpasuje mi się w dalszy etap tego procesu, a więc ogarnianie całego (zakupionego) Moore'a, łącznie z przeczytanymi już Strażnikami i Miraclemanem  8). Odpuszczę sobie tylko Top 10 (kapitalny komiks, ale po dwóch czytaniach znam już go w miarę dobrze) oraz Zabójczy żart i Supka z kolekcji, bo to już zupełnie inna kategoria. Przydałoby się jeszcze wznowienie Prosto z piekła.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: KubciO w Pt, 07 Czerwiec 2019, 09:46:19
Przydałoby się jeszcze wznowienie Prosto z piekła.
Ma być. ;)
https://forum.komikspec.pl/dzial-ogolny/timof-comics/msg13720/#msg13720
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Pt, 07 Czerwiec 2019, 09:49:43
Coś właśnie ostatnio obiło mi się o uszy. Dzięki za potwierdzenie.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Pt, 07 Czerwiec 2019, 15:18:05
@laf- to niezła porcja szaleństwa ci się szykuje.Akurat skończysz i DoomPatrol na deser ;)
Ale, ale- nie widzę Hellblazera. Już przeczytany?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pt, 07 Czerwiec 2019, 17:36:39
  Wydaje Ci się, u mnie też około 10-12 komiksów miesięcznie, na dobrą sprawę nie nadążam nawet samych kolekcji czytać, we wszystkich jestem po 15-20 numerów do tyłu. Z Marvel Now-ANAD i DC Rebirth z których kupuję po kilka serii nie przeczytałem jeszcze prawie nic.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Pt, 07 Czerwiec 2019, 19:25:38
Z Marvel Now-ANAD i DC Rebirth z których kupuję po kilka serii nie przeczytałem jeszcze prawie nic.
No to piąteczka, bo mam podobnie, z tym że u mnie trzeba usunąć słowo "prawie".

Ale, ale- nie widzę Hellblazera. Już przeczytany?
A no wiesz ... Tak jakoś wyszło .... no bo widzisz, ja .... No dobra, Hellblazera sobie odpuściłemi basta!!!
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Pt, 07 Czerwiec 2019, 19:47:48
Hellblazera sobie odpuściłemi basta!!!

(https://forum.komikspec.pl/proxy.php?request=http%3A%2F%2Fwww.movies.ie%2Fwp-content%2Fuploads%2F2018%2F10%2Fthemule.jpg&hash=41856a7f2f8023a1627572a89d85d513)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: carnivale w Pt, 07 Czerwiec 2019, 20:16:14
Hellblazera sobie odpuściłemi basta!!!
Ja tak samo. Jak czytam w recenzjach porównania do 100 naboii to sobie mówię , że dwa komiksy o podobnej tematyce mi nie potrzebne. Poczekam na jakieś runy gdzie będzie się bujał po dzielni z krucyfiksami i naparzał magią w demony niczym Harry Potter.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Pt, 07 Czerwiec 2019, 20:49:20
W jaki sposób Hellblazer ma być podobny do 100Bullets?! Już pomijam fakt, ze to komiks o dekadę wcześniejszy, ale kto te dwie pozycje uważa za podobne? Kto te recki pisał?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: ramirez82 w Pt, 07 Czerwiec 2019, 21:14:28
No nie, Hellblazer Azzarello (2000-2002) nie jest o dekadę starszy niż 100 naboi (1999-2009). Niektórzy narzekają, że Azzarello pisał Hellblazera, jakby pisał kolejny odcinek 100 naboi, dla mnie to też przesadzone opinie. Choć sam swego czasu narzekałem, że Hellblazer Ennisa za bardzo przypomina mi Kaznodzieję.  ::)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Pt, 07 Czerwiec 2019, 21:16:16
A, nie wziąłem pod uwagę, że pisząc Hellblazer myślimy teraz Azzarello - i faktycznie myślałem nad podobieństwami runu Delano do 100Bullets, niespecjalnie je znajdując.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: carnivale w Pt, 07 Czerwiec 2019, 21:28:26
Ja teraz nie podam dokładnie, które to recenzje , nie zapisuje tych stron w ulubionych :) czasami czytam te polskie jak i zagraniczne , natomiast znalazłem takie oto zdania w jednej z krajowej recenzji..

"Brian Azzarello napisał wiele świetnych komiksów. Jednym z nich jest wydawane u nas „100 naboi” i to do tego właśnie tytułu najnowszemu „Hellblazerowi” jest najbliżej"

i dalej

Hellblazer” Briana Azzarello to naprawdę dobry komiks, po który sięgnąć powinni przede wszystkim miłośnicy „100 naboi

dla mnie te określenia podpowiadają czego mniej więcej można się spodziewać a czy są prawdziwe ......

Constantine nigdzie (w serii wydawanej przez Vertigo) nie naparza w demony jak Harry Potter.

Z tym HP to był oczywiście żart . Chodziło mi o to , że wolę przeczytać Hellblazera w tej wersji bardziej magiczno- okultystycznej niż sensacyjnej.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: carnivale w Pt, 07 Czerwiec 2019, 22:26:29
Fajnie by było jakby takich opinii jak Twoja więcej pojawiało się w wątkach o danym komiksie . Nie musiałbym szlajać się po leniwych recenzentach :) Z bibliotek nie korzystam, do Empiku już praktycznie nie chodzę więc wygląda na to , że być może kupię ten pierwszy tom na próbę bo prawie minie przekonałeś.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: KubciO w Pt, 07 Czerwiec 2019, 22:38:26
wygląda na to , że być może kupię ten pierwszy tom na próbę bo prawie minie przekonałeś.
I ja w podobnej jestem sytuacji.
Nie można zaglądać na forum. To zabójstwo dla portfela. :P
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Pt, 07 Czerwiec 2019, 22:45:09
Panowie, naprawdę- dopiero teraz?
Idźcie i nie grzeszcie więcej :)
Ja stwierdziłem, że dokupię sobie te tomy, których najwyraźniej nie będzie na razie po polsku i dzielnie uzbierałem kilka Delano, jeden Milligana , kilka Ennisa[no, to akurat wyjdzie]. Wszystko po okazyjnych cenach. I nagle jak za dotknięciem magicznej różdżki skończyły się ładne propozycje cenowe, najwyraźniej sprzedający liczyli na wzrost zainteresowania tytułem po pierwszym zbiorczym Azzarello.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Pt, 07 Czerwiec 2019, 22:59:18
Good, gooood...

Ja tymczasem stanąłem w obliczu palącej potrzeby kupienia kilku Skalpów, bo mam tylko 3 pierwsze[ na próbę kupowałem].


Ale do rzeczy- może ktuś się podzieli jakimiś listami dotyczącymi maja, bo nie chcę sam ze swoimi podsumowaniami zostać...
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: sad_drone w Pt, 07 Czerwiec 2019, 23:03:40
@Brat_Agaty miałem pisać czemu moim zdaniem szczególnie pierwsza opowieśc bardzo przypomina mi 100 naboi, ale skoro domyślnie jestem "leniwy i pozbawiony wrażliwości" to żadna dyskusja nie ma sensu. Do ludzi zastanawiających się nad kupnem tych dwóch tomów polecam wzorem brata_agaty podchodzenie do jego opinii z "krytycznym dystansem".
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: sad_drone w So, 08 Czerwiec 2019, 00:33:54
@Brat_Agaty Sorry ale nie może być mowy o żadnej dyskusji kiedy obie strony nie posiadają elementarnego szacunku do odmiennego zdania potencjalnego oponenta, zamiast tego protekcjonalnie traktując go z góry mówiąc o lenistwie i braku wrażliwości. (nie mówiąc już o tym że obszernie podałem moją argumentację w wątku hellblazera.)
Bardzo się cieszę że przeczytałeś całego hellblazera, ja mam za sobą 90% oryginalnego runu vertigo i różnice zarówno w podejściu do bohatera jak i jakości części azarello były dla mnie ewidentne, a jako że czytałem hellblazera w relatywnie krótkim okresie porównań dokonywałem w miarę na świeżo.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: sad_drone w So, 08 Czerwiec 2019, 00:54:19
@Brat_agaty Dobra, widzę że ewidentnie nie mamy o czym rozmawiać, gratuluje poziomu kultury. Przepraszam uniżenie że moja opinia nie spełnia twoich wysokich standardów, a także że nie poświęciłem wystarczająco czasu żeby zrozumieć run azarello i że mam braki we wrażliwości które nie pozwalają mi go w pełni pojąć. Musi być wspaniale żyć z przekonaniem że własna opinia jest jedyną słuszną. Ode mnie leci block, nie mam czasu bawić się w pyskówki z egocentrykiem.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Lou w Pn, 10 Czerwiec 2019, 12:38:14
Nie znosiłem Satrapi i jej "Persepolis, tymczasem bardzo spodobał mi się "Kurczak ze śliwkami":

Oj, a czym podpadło Ci "Persepolis"?
U mnie odwrotnie, "Kurczak" najmniej przypadł mi do gustu. Za to "Wyszywanki" są rewelacyjne.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Pn, 10 Czerwiec 2019, 13:00:34
Lou, to było dawno temu i pamiętam niewiele :) Na fali zadowolenia z "Kurczaka" szykuję sie do ponownej lektury, może odbiór będzie inny.

Czułem z każdą stroną, że coraz bardziej nie lubię irytującej głównej bohaterki, jej rodziny, jej świata, drażnił mnie ten komiks strasznie. Najkrótsza odpowiedź- nic mi się w Persepolis" nie podobało :) Co ciekawe, w "Kurczaku" nie odrzucała mnie już tak warstwa graficzne, wiedziałem czego się spodziewać.

Obaczym, co będzie i jak będzie się czytało ten komiks po latach.

PS- pytałem w twoim temacie o "Kłopoty", nie wiem, czy widziałaś...
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Cz, 20 Czerwiec 2019, 02:21:48
Co jest? 20 czerwca, a podsumowań brak :)
Ale rozumiem...
(https://retro.pewex.pl/uimages/services/pewex/i18n/pl_PL/201211/1352204665_by_krzys_500.jpg?1369380440)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Nd, 23 Czerwiec 2019, 01:51:16
Fakt, Wydział to jedna z najciekawszych polskich propozycji komiksowych ostatnich lat. Oby trwał i zachował poziom :)

I dzięki za podsumowanie. Już myślałem, że sam zostałem i mam gasić światło ;)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Nd, 23 Czerwiec 2019, 14:56:10
Nie przejmuj się Lordzie temat ciągle żywy, to raczej kwestia obecnych warunków atmosferycznych. W zeszły weekend próbowałem naskrobać jakieś podsumowanie, siedziałem półgodziny nad tym, napisałem trzy zdania, poszedłem do zamrażalki zjeść loda marki "Koral", wróciłem aby 10 minut wpatrywać się tępo w ekran, wyłączyłem komputer i wybrałem się do znajomych na zimne piwo. Obiecuję, że jutro-pojutrze postaram się coś wrzucić.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Martin Eden w Nd, 23 Czerwiec 2019, 16:59:26
Jestem wiernym czytelnikiem tego wątku. Tyle :)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Nd, 23 Czerwiec 2019, 17:18:57
To dobrze się składa, bo akurat poszukujemy redaktorów :D
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Nd, 30 Czerwiec 2019, 11:15:29
  Uff, udało się rzutem na taśmę. Podsumowanie miesiąca maj. Po rozpoczęciu DC Rebirth w Polsce postanowiłem kupować 3 serie z tej linii (identyczne założenie miałem przy Marvel Now i tam również się to nie sprawdziło). Pierwszą miało być coś z dwójki Batman-Superman w zależności od tego co będzie lepsze (przeczytałem jedynki jednego i drugiego i ani to, ani to mi się nie spodobało, ostatecznie wybrałem Batmana), drugą coś z trójki Nighwing, Green Lantern, Aquaman a trzeci tytuł zostawiłem w odwodzie na coś co będzie zbierało wyjątkowo pozytywne recenzje. Stety/niestety z powodu tych wszystkich promocji na merlinach i ravelach nakupowałem tych komiksów w opór i wychodzi na to, że na dobrą sprawę w chwili obecnej kupuje chyba większość serii, tyle że dotychczas nic jeszcze z tego nie przeczytałem. Dlatego w tym miesiącu w nieco innej formie, na fali ostatnich oburzeń w związku z planami anulowania niektórych tytułów z DC Rebirth przez Egmont, postanowiłem sprawdzić czy jest o co kopie kruszyć, czy historie są zrozumiałe dla nowego czytelnika i w jakim momencie zostaną przerwane, dlatego liczba moich lektur ograniczyła się wyłącznie do trzech serii oraz kolekcji Conan. Z tego powodu podsumowanie zawarte będzie w jednym punkcie:


1. Zaskoczenie na plus:

   "Aquaman" - Dan Abnett, Philippe Briones, Bradley Walker i kilku innych. Miękki start i pierwszy solowy występ tej prominentnej jakby nie patrzeć postaci dla DC w naszym kraju. W pierwszym tomie pt. "Utonięcie" dowiadujemy się, że Aquaman nie gada z rybami (to chyba jakiś retcon przecież wszyscy wiedzą, że z nimi gada) a później że Atlantyda mająca dosyć napięte stosunki z powierzchniowym światem a zwłaszcza z USA (w końcu leży najbliżej USA, tak jak i Szangri-La, El Dorado, Thule i inne ukryte krainy) otwiera w tymże USA swoją ambasadę. Wielką ceremonię otwarcia prowadzoną przez Artura Curry i jego narzeczoną Merę zepsuje zamach przeprowadzony przez Czarną Mantę, którego natychmiast da się zidentyfikować jako nemesis głównego bohatera. Po standardowym łubudubu z niemilcem, Aquaman odwoła się w końcu do resztek jego sumienia i doprowadzi do wyprowadzenia w kajdankach. Ogólnie całość dosyć mocno kręci się wokół polityki i szczerze mówiąc to dosyć odświeżające zdaje się dla komiksu superbohaterskiego. Przez tajną organizację spiskowców, którzy określają się oczywiście idiotycznym akronimem (N.E.M.O.) nad którą przejmie kontrolę Manta, który w przeciągu 20 stron właściwie nie wiadomo z jakiego powodu znowu stał się zły bo jest zły i wrócił do swojej postawy całkowicie czarnego charakteru (dosłownie), zostanie zatopiony amerykański niszczyciel i podrzucone dowody wskazujące na Atlantydów, dojdzie do słownych próśb i gróźb, akcji odwetowych i świat stanie po raz kolejny na skraju wojny czyli nic czego byśmy nie znali z telewizji. W tomie drugim "Nadpływa Czarna Manta" dostajemy dalszą porcję przepychanek USA i Atlantydy, pojedynek z podwodnym Chewbaccą a członkowie N.E.M.O w końcu pokażą swoje paskudne ryje i dojdzie do ostatecznej konfrontacji z nimi. Sporo więcej czasu dostanie Mera, która uda się na zlot jakichś podwodnych czarownic prosić je o przepowiednię i zgodę na poślubienie króla Atlantydy, której zresztą nie otrzyma (przyglądając się jej charakterkowi nie byłem jakoś szczególnie zszokowany). W tomie trzecim "Korona Atlantydy" Artur pomaga odbudować zniszczone rodzinne miasteczko Amensty Bay i cieszy się zasłużoną sławą gościa dzięki któremu nie wybuchłą wojna oraz jednego z najpopularniejszych członków Ligi Sprawiedliwości i zostanie mentalnie zaatakowany przez jakiegoś chińskiego wojskowego cyborga na dodatek dezertera, mocno średnia ta historyjka powiedziałbym nawet, że kiepska ale widać miała tylko na celu wprowadzenie nowej postaci i może z tego wątku jeszcze coś ciekawego wyjdzie. Za to druga jest naprawdę dobra wpadająca nieco w klimaty Obcego (bardziej któregoś z jego tanich podróbek w stylu X-tro czy Gatunku) w której Aquaman wraz ze swoimi byłymi przeciwnikami Aquamerines (ludzie, co potrafią się zmieniać w różne rybostwory) na prośbę rządu USA wybierze się dowiedzieć co się stało w tajnym podwodnym laboratorium z którym utracono kontakt. Jak kto lubi historie w stylu komu pierwszemu potwór odgryzie głowę będzie kontent, jest to nieco kiczowate jak cały zresztą tytuł, ale czyta się naprawdę fajnie a niektóre akcje jak na standardy komiksu superhero wydają się dosyć ostre. W końcowej części tomu dowiemy się, że Artur śmiertelnych przeciwników politycznych posiada nie tylko wśród "powierzchniowców" ale i we własnym pałacu, aha o ile dobrze pamiętam w tym tomie bohater dostanie erratę retconu  i stwierdzi, że on w sumie jednak gada z rybami. Oprawa graficzna jest ok i to właściwie wszystko co o niej można powiedzieć, rysunki w stylu "Jim Lee wannabe" z nieco uładzonymi mniej kwadratowymi a bardziej kreskówkowymi twarzami. Na wspomnienie zasługuje kolorowanie, album jest pełen tych kolorów w dosyć ostrych tonacjach. Niebo i morze są niebieściutkie, Green Lantern zielony jak wiosenna trawa a włosy Mery tak płomiennorude, że aż oślepiają, spore nasycenie barw jest widoczne. Sprawia to, że całość jest dosyć przyjemna dla oka i wprawia w optymistyczny nastrój, na uwagę zasługuje to, że pomimo kilku rysowników są oni dosyć podobni stylowo co nie wprowadza niepotrzebnego chaosu. Będę szczery mi się podobało wątki polityczne stanowiące główną oś fabularną są napisane znośnie , poboczne całkiem ciekawe, główny bohater i postacie pierwszo- i drugoplanowe budzą sympatię a villaini są odpowiednio groźni. Wiadomo jest sporo uproszczeń, czasami naginana jest logika i sens, ale na poziomie komiksu całkowicie rozrywkowego na akceptowalnym poziomie. Aha byłbym zapomniał, czy komiks kończy się w odpowiednim momencie? Absolutnie NIE, owszem zakończenie 3 tomu zamyka pewien rozdział i jest wyraźnym punktem wyjściowym dla kolejnego story-arcu, ale to jest mniej więcej ta sama sytuacja w której Gwiezdne Wojny kończyłyby się na Imperium Kontratakuje, Egmont koniecznie powinien pociągnąć dalej całość. Średnia ocena 3 tomów 7/10.



   "Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni" - Robert Venditti, Ethan Van Sciver, Rafa Sandoval, Jordi Tarragona. Na temat tego tytułu sporo się naczytałem, że ma strasznie wysoki próg wejścia dla nowego czytelnika, średnio się tym przejąłem szczerze mówiąc, bo raz sporo komiksiarzy ma tendencje do dramatyzowania, dwa koniec końców fabuła i tak sprowadzi się w końcu do walenia po mordach i jak zwykle (he he) miałem rację. Moja znajomość Zielonych Latarni zatrzymała się praktycznie na czasach tm-semic na tych kilkunastu zeszytach i kilku numerach oryginalnej serii Guy Gardner jakie wtedy wpadły mi przypadkiem w ręce i nie miałem żadnego problemu z rozpoczęciem od egmontowej jedynki. Trzeba na starcie zaakceptować dwa fakty: nr. 1 Zieloni zniknęli ze wszechświata i właśnie wrócili nr. 2 Latarnie nie są już tylko zielone, ale jest ich kilka kolorów. No dobra z tymi kolorami to mi się już gdzieś tam wcześniej obiło o uszy, szczerze mówiąc uważałem to jako jakiś dziwny, niepotrzebny pomysł ludzi, którzy nie wiedzieli już co z serią robić, ale tak w czasie lektury stwierdziłem że to całkiem fajnie im wyszło pasuje bez problemu do Uniwersum. Na początku pierwszego tomu otrzymujemy co prawda krótki wstęp, ale może lepiej zamiast przypominania historii Abin Sura lepiej byłoby napisać co się działo z Zielonymi Latarniami albo jak powstały inne kolory pierścieni. W każdym razie powrócili wszyscy trzej znani mi ze starych czasów Latarnicy i z przyjemnością stwierdzam, że to dalej postacie które znałem i lubiłem Hal to dalej cwaniakujący i narwany pilot (ten się wogóle nie zmienił, szczerze mówiąc pogubiony jestem w tych wszystkich restartach czy po tym wszystkim co przeszedł nie powinien być jednak cokolwiek inny?), John Stewart to dalej typ ostrożnego i rozsądnego a jednocześnie stanowczego lidera (aczkolwiek pozwala sobie na chyba nieco większy luz niż kiedyś a czasami nawet na odrobinę złośliwości), najdłuższą drogę przebył zdaje się Guy Gardner stracił zdecydowanie na swojej dupkowatości i stał się bardziej odpowiedzialny i świadomy swojej pozycji i możliwości, natomiast cały czas jest to ten znany i kochany rudowłosy Irlandczyk z głębokim wewnętrznym przekonaniem, że bezmózga przemoc jest w stanie rozwiązać 99% problemów świata. Jedyną większą zmianą jaką zauważyłem jest sposób działania pierścieni kiedyś zdaje się te fantomy, które z nich powstawały miały tylko wygląd taki jaki życzył sobie właściciel pierścienia a fizycznie sprawiały wrażenie jakiegoś niekreślonego skupiska materii/ernergii?. Teraz wygląda na to, że przejmują również całkowite cechy danej rzeczy, np mikroskop stworzony z zielonej energii faktycznie działa jako mikroskop a Hal lecąc fantomowym samolotem korzysta z radaru i systemu namierzania, czyli spory boost dla bohaterów.  Fabuła leci dwutorowo bohaterem jednej  jest ostatnia Zielona Latarnia Hal Jordan a drugiej zdziesiątkowany korpus pod dowództwem Johna Stewarta drogi ich oczywiście będą się krzyżować, ale Hal będzie raczej wysyłany w samotne misje.W tomie pierwszym "Prawo Sinestro" dotychczas pilnujący porządku w kosmosie Żółty Korpus władający pierścieniami strachu ponownie przejdzie na stronę zła pod wpływem swojego dowódcy Sinestro, który po wchłonięciu Parallaxa odzyskał dawny wigor i maniakalne zapędy, okazuje się jednak że nie do końca wszystkim żółtym ta wolta się podoba a pierwszą wśród nich będzie Soranik córka Sinestro. Czym to się skończy nie trzeba mówić, w końcu gatunek ma swoje wymagania. W drugim tomie "Światło w butelce" po przejściu Sinestro w inny stan istnienia i podczas chwilowej nieobecności Hala Zieloni wraz z garstką Żółtych która do nich przystała na żywej planecie, która jest również Green Lanternem (fajny pomysł, ma wielką latarnię na "równiku"!!!) buduje swój nowy posterunek, gdy nadchodzi sygnał SOS z planety Tomara-Re (to ten rybo-papug wygląda na to, że nie żyje a jego obowiązki przejął syn Tomar-Tu) zaatakowanej przez kosmiczną rozgwiazdę Starro, która okaże się tylko wabikiem na latarników a głównym zagrożeniem okaże się Brainiac i stojący za nim Larfleeze przedstawiciel korpusu pomarańczowego władającego chciwością (Korpus składa się wyłącznie z jednego latarnika, jest on tak chciwy mocy, że z nikim się nią nie podzieli - kolejny świetny pomysł!!! Ogólnie sporo takich fajnych patentów w tej serii zauważyłem, jako pachołków używa on zdaje się duchów istot, które zabił których wypuszcza jako kolejnych latarników w razie potrzeby), w międzyczasie pojawi się Kyle Rayner latarnik tak zajebiaszczy, że włada wszystkimi kolorami i jest biały. Dostanie on zadanie sprowadzenia z powrotem Jordana do naszego (robocza nazwa) wszechświata. W tomie trzecim "Poszukiwanie Nadziei" Hal i Kyle dostaną zadanie uratowania ostatniego niebieskiego strażnika panującego nad nadzieją Saint Walkera i podczas tej operacji Rayner straci swoje moce i dołączy znowu do korpusu zielonego. W tym czasie reszta korpusu zabierze się wreszcie za żółty korpus rozpędzony na cztery strony świata w tomie pierwszym i zacznie wyłapywać jednego po drugim składając każdemu propozycję z gatunku tych nie do odrzucenia (nie muszę wspominać, że Guyowi trafi się jego własny odpowiednik i tym jak to się zakończy?). Od tego momentu latarnicy mają latać na patrole w parach jeden zielony, jeden żółty jak w najklasyczniejszych filmach policyjnych. Głównym zagrożeniem okaże się przybysz z przyszłości ścigający Ripa Huntera i mający wyraźny żal do Latarni. Do tomu czwartego "Rozłam" mam największe wątpliwości z jednej strony sprawa morderstwa dokonana przez jednego z Green Lanternów stanowi obiecujący wątek, kończąca komiks historyjka o Nowych Bogach z uciekającym biegaczem i kampowymi pomysłami w stylu wyrywania sobie w serc stanowiąca 1:1 odzwierciedlenie tego co jest w Thorze jest całkiem fajna. Natomiast nie bardzo kupuję sam pomysł tytułowego rozłamu, raz że następuje to chyba zbyt szybko - nie zdążyli się wszyscy jeszcze pogodzić a już się pokłócili, dwa motywy też są jakieś takie trochę dziwaczne - rozumiem że morderstwo mogło wzbudzić pewne emocje, ale raz dla gości od strachu to raczej nie pierwszyzna, dwa obiecany został proces w którym też będą brali udział. Zachowanie Soranik też jest dosyć dziwne, jakoś jej wcześniejsze występy ukazywały inny typ osobowości. Ja rozumiem, że kobieta zmienną jest, ale tutaj chyba do przesady. Dziwaczne jest zachowanie Johna Stewarta, który podejmuje najgłupszą i najbardziej niewłaściwą decyzję z możliwych a kilkanaście stron dalej i tak robi tak jak powinien, przemyślał sprawę gdzieś po drodze? Nic na to nie wskazuje. Kyle właściwie nie wiadomo po co sprowadził zwłoki na planetę (chyba po to aby dać casus belli). W momencie gdy Soranik zabiera żółty korpus z planety i to jeszcze się odgraża, że napełni cały kosmos strachem jak jej ojciec (w skrócie będą palić, gwałcić i rabować w dowolnej kolejności) to Stewart stwierdza, w porządku pa, pa. Na plusik to, że nie wszystkim żółtym latarnikom podoba się decyzja o powrocie do starych porządków a część jawnie porzuca pierścienie i przyjmuje nowe-zielone. Jednym słowem całość sprawia wrażenie nie opowieści z której czyny popełniane w teraźniejszości wpływają na przyszłość, a kolejne wydarzenia wypływają jasno z poprzednich, ale wygląda jakby autor nałożył sobie sztywne ramy fabularne i naginał do nich wydarzenia, nie bardzo też przypadła mi do gustu postać Kyle Raynera jakoś ciężko uwierzyć, że to taki potężny latarnik. Za rysunki odpowiada z reguły dwóch artystów "głównym" jest Van Sciever wspomaga go Sandoval i nie można powiedzieć, że rysunki powalają na glebę raczej wręcz odwrotnie, to stany średnie i to momentami niższe, obydwaj panowie mają często problemy z anatomią a ich tła nie grzeszą nadmiarem szczegółów. Tam gdzie swoje pędzle maczają (bez dwuznaczności) Sandoval i Tarragona całość wygląda jakby przyjemniej dla oka, ale są jakieś takie generyczne, Van Scievera myślę że rozpoznam następnym razem. Pochwalić można za to w obydwu przypadkach sceny akcji - są dosyć dynamiczne i dobrze się je przegląda a także projekty obcych. A jeszcze bardziej pochwalić można to, że wszyscy rysownicy prezentują podobne style i nie dostaniemy żadnego oczopląsu przerzucając zeszyty. Jednym słowem w komiksie, który nie próbuje uchodzić za coś więcej niż akcyjniak w kosmosie poziom grafiki jest do zaakceptowania. Całość nie to że jakaś rewelacyjna jest, ale mi się to czytało całkiem dobrze, mam natomiast jeden problem z tymi pierścieniami. Chodzi o zasadę ich działania, skoro swoją siłę czerpią z emocji (wszystko na to wskazuje skoro zielone pierścienie wyszukiwały najodważniejszych to tak na zdrowy rozsądek analogicznie żółte powinny szukać najstraszniejszych). To na jakiej podstawie trzyma się sojusz żółto-zielony? Tzn. przemiana wewnętrzna latarników, jest jak najbardziej ok, ale czy wtedy nie powinni oni tracić na mocy? No bo policjanci ratujący kosmiczne sierotki nie wzbudzają już chyba takiego strachu? Naturalniejszym sojusznikiem dla nich byliby chyba ci od gniewu? Te uczucie też nie jest zaliczane do pozytywnych, ale gniew może być też sprawiedliwy. Chyba z ciekawości poszukam w internecie. Czy Egmont przerywa w dobrym momencie? Nie bardzo, nie ma takiej tragedii jak w przypadku Aquamana, każdy tom stanowi osobną powieść, ale wątki wyraźnie będą ciągnięte dalej i jeszcze nie pojawiły zdaje się trzy kolory pierścieni, z chęcią bym o nich poczytał. Ocena zbiorcza 4 tomów 6+/10.




   "Nighwing" - Tim Seeley,Javier Fernandez, Marcus To, Chris Sotomayor. Nightwing - Dick Grayson postać raczej wszystkim znana więc nie ma co przedstawiać,pierwszy  skrzydłowy Batmana co poszedł na swoje. Pierwszy tom "Lepszy niż Batman" jest najzupełniej dobrym miejscem, aby zacząć lekturę tej serii, jest to początek nowego runu Seeleya i otwiera kolejny rozdział w życiu Dicka, otrzymujemy w nim informację, że poprzednio nasz bohater pracował jako tajny agent dla jakiejś organizacji wywiadowczej, ale postanowił zakończyć tę współpracę, wrócić na stare śmieci i właściwie więcej czytelnikowi do szczęścia niepotrzebne. Jak to zwykle się okazuje nie tak łatwo pozbyć się starych przyzwyczajeń i Nightwing po raz kolejny wchodzi w rolę Jamesa Bonda tym razem obierając za zadanie rozpracowanie od środka Parlamentu Sów. Jako partnera dostaje od w/w niejakiego Raptora, oprycha o podobnej charakterystyce co Batman, który nie dość że zna tożsamość obydwu bohaterów to jeszcze uporczywie twierdzi, że jest od Batmana lepszy (niezły kabareciarz) i nauczy Dicka wielu nowych sztuczek. Ogólnie rzecz biorąc relacja pomiędzy Nightwingiem a jego nowym mentorem stanowi kanwę tego tomu i jest napisana naprawdę dobrze, rażą nieco uproszczenia fabularne (Dick pozwalający Raptorowi na jakieś dziwne akcje - bo tak, dosyć dziwne zachowanie Barbary, która pojawia się chyba tylko, żeby przypomnieć że jest byłą dziewczyną bohatera), ale nie jest to w przypadku tego komiksu jakiś wielki grzech, koniec końców morderca z Trybunału okaże się postacią dosyć silnie związaną z przeszłością Dicka i zapewne powróci w kolejnych komisach co zresztą jest dobrym pomysłem, bo jego debiut wypadł całkiem udanie. W drugim tomie pt. "Bludhaven" za namową Supermana z innego wymiaru Nightwing po raz kolejny postanawia "iść na swoje" i wybiera jako miejsce swojego nowego startu tytułowe miasto, które ma ambicję stać się kolejnym Las Vegas znaczy się będzie w nim co robić. Tom ten w odróżnieniu od poprzedniego "szpiegowskiego" sensacyjniaka bardziej sięga w klimaty obyczajowo-delikatnie komediowe dotyczące ludzi (25-30 tyle mniej więcej na oko lat musi mieć bohater - szukanie mieszkania, pracy, pytania "i co teraz robić z życiem?" te klimaty), którzy właśnie kończą czasy pięknej beztroskiej młodości. Dick znajdzie pracę w pomocy społecznej, gdzie natknie się na grupę wsparcia dla 5-ligowych łotrów, którzy uciekli z Gotham i postanowili rozpocząć uczciwe życie (morderstwa ich członków, stanowią kanwę fabularną albumu). Dick pozna również dziewczynę swojego życia (raczej napewno nie) a wątek romansowy będzie najsłabszym elementem tego komiksu, oraz niechętną partnerką pyskatą i zarozumiałą panią detektyw. Fajnym motywem jest to, że Bludhaven natychmiast adoptuje naszego bohatera i dołączy do swojej kampanii reklamowej billboardy chwalące się tym, że mają nawet swojego własnego superbohatera. Tom trzeci "Nightwing musi umrzeć" to kolejny przeskok i tym razem dostajemy coś na kształt psychologicznego thrillera, do Bludhaven przybywa Damien Wayne z misją skopania Nightwingowi tyłka (powody ma raczej idiotyczne, ale sam dzieciak nie sprawia wrażenia normalnego więc ok), w tym czasie porwana zostanie dziewczyna Dicka - Shawn więc wszelki kłótnie zostaną odłożone na bok i dwójka bohaterów ruszy do Europy z pomocą dziewczynie. Tam zetkną się się z mrocznym odbiciem Graysona - Deathwingiem oraz jakąś podróbką Robina, którzy okażą się marionetkami szaleńca o pseudonimie Proferssor Pyg (skojarzenia z pewnym słynnym rzeźbiarzem wskazane), dotychczas myślałem, że  to postać z gry komputerowej a tu okazuje się że jednak z komiksu i jest całkiem fajna, niezbyt oczywiście oryginalna, ale mocno w batmanowym duchu. Tutaj mam trochę żalu do tego tomu, pod koniec historia robi się nieco nieczytelna, pojawia się jakiś oprych z doktorem w tytule taki wannabe Moriarty Doktor Hurt, włączają się jakieś retrospekcje i momentami miałem kłopot z określeniem o czym właściwie czytam. Po zakończeniu głównego dania w ramach deseru dostajemy bardzo sympatyczny zeszycik w stylu starych dobrych "buddy movie" w którym Nightwinga odwiedza Wally West i chłopaki postanawiają się nieco zabawić na mieście (z gadki odniosłem wrażenie że ma to być gruba impreza, ale Seeley przypomina sobie że pisze również dla młodych czytelników i kończy się na wodzie mineralnej, zostawieniu nowo poznanych dziewcząt w klubie [hmmmm] oraz wyprawie do kina), do pokonania dostaną podrzędnego łotrzyka, który skradł sprzęt dający mu w sumie poważne wątpliwości. Pod względem graficznym seria mocno przypadła mi do gustu, styl Fernandeza stanowi przyjemny dla oka i bardzo rozsądny kompromis pomiędzy realizmem a cartoonem a rysownik potrafi delikatnie zmieniać proporcje w zależności od tego co akurat ilustruje. Pomoga mu w tym nakładający kolory Sotomayor całość jest raczej kolorowa co ma zapewne zaznaczać odrębność komiksu od Batmana, ale tam gdzie trzeba jest zimno i ubogo w barwy. Na minus jak to często bywa w regularnych seriach częsty brak jakiegokolwiek tła, ale na tym cierpi najbardziej drugi tom, w trzecim jest już wyraźnie lepiej. Wielki plus za nawiązywanie momentami stylistyką do Norma Breyfogle. Także, naprawdę fajna pozycja  z budzącym natychmiastową sympatię bohaterem i dosyć ciekawymi postaciami drugoplanowym, dosyć fajne jest to, że otrzymujemy po równi perypetie Nightwinga jak i Dicka Graysona, toteż raczej nie da się znudzić a sam "protagonista" wyraźnie nie ma problemu z podwójną tożsamością i stara się cieszyć obydwoma żywotami jak tylko się da, przynajmniej pod tym względem jest lepszy niż Batman. Minusem całości jest podobnie to co w Halu Jordanie, że czasami czuć że autor nagina scenariusz do głównych założeń całej serii. Nic, da się to przecierpieć, ja dla tego komiksu również jestem na tak. Czy ewentualne zakończenie będzie w dobrym momencie? Nie mam pojęcia, miałem doczytać ostatni tom na biegu już w tym miesiącu i okazało się, że tak mieszałem w czerwcowym zamówieniu, że w którymś momencie Nightwing wyleciał z koszyka, a zorientowałem się dopiero jak otrzymałem maila z potwierdzeniem wysyłki. Niby każdy tom jest o czym innym, ale całość wyraźnie ma ciągłość w fabule, więc pewnie będzie szkoda. Ocena zbiorcza 3 tomów: 7/10 (z wirtualnym plusikiem).


   W podsumowaniu, trudno właściwie ocenić, która seria jest najlepsza. Tak na chłodno to najciekawszy artystycznie będzie "Nightwing", jest najciekawiej rysowany a Seeley zdecydowanie potrafi bawić się konwencją i wyraźnie czuć, że rozumie i lubi postać którą pisze. Abnett w swoim "Aquamanie" tworzy najbardziej spójną i co najważniejsze ciekawą historię, bez specjalnego naginania logiki wydarzeń. A "Hal Jordan" Vendittiego jest po prostu fajny i na dodatek eksploruje raczej nieczęsto pojawiający się u nas kosmos DC, chociaż po nim najmniej będę chyba płakał. Szczerze mówiąc jestem miło zaskoczony poziomem DC Rebirth, nie są to oczywiście komiksy, które postawi się pomiędzy Watchmen a Mausem, ale klasyczne superbohaterskie rozrywkowe historie, mające przypominać że superbohaterowie powinni być ...no...superbohaterscy. Mam nadzieję, że wszystkie trzy serie będą kontynuowane i jestem zdecydowany dalej je kupować. Smuci mnie, że DC się słabo sprzedaje i troszeczkę boję się, że po wejściu na jesień Uniwersum DC zostaniemy z Batmanem, Supermanem i Ligą, ale liczę że Egmont nie da plamy i rzuci jakieś tytułu z pobocza, które jak się okazuje niekoniecznie muszą być gorsze.

Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Pn, 01 Lipiec 2019, 08:09:06
Ogarnianie Rebirth jeszcze przede mną (za jakieś 1,5 roku  :D, serio), ale ja skupiłem się na 5 seriach (wszystkie batmanowe + Flash) i w przeciwieństwie do Ciebie nie wyszedłem poza założony plan  ;D. Kusiły mnie jeszcze Wonder Woman i Aquaman, ale na szczęście zwalczyłem to w sobie i z perspektywy czasu (tzn. po pokazaniu środkowego palca przez Egmont) widzę, że była to dobra decyzja. Nie wstrzeliłem się tylko we Flasha.
Dzięki za reckę Nightwinga, bo ten tytuł jakoś najbardziej mnie intryguje. Czekam jeszcze na Twoje opinie dotyczące batmanowych serii i Flasha.

P.S. W polskich wydaniach Profesor Pyg pojawił się w Nowym DC bodajże w którymś z tomów Detective Comics i w Wojnie w Arkham (niech mnie ktoś poprawi jeśli źle to zapamiętałem). Wystąpił również w serialu Gotham.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Lewaczek w Pn, 01 Lipiec 2019, 09:18:48
Kusiły mnie jeszcze Wonder Woman i Aquaman, ale na szczęście zwalczyłem to w sobie i z perspektywy czasu (tzn. po pokazaniu środkowego palca przez Egmont) widzę, że była to dobra decyzja.
Można śmiało założyć, że ten "środkowy palec" został pokazany właśnie z powodu tego, iż wiele osób nie kupowało tych tytułów.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pn, 01 Lipiec 2019, 11:58:07
Z Batmana kupiłem zgodnie z planem Batmana i niechętnie bo to ten nudziarz pisał, ale z racji tego że to podobno krótkie opowiastki i na dodatek tylko 3 tomy, które wychodziły poniżej 15 złotych to All-Stara, do tego Action Comics, który był w sumie poważnym kandydatem do zakupu, Ligę Sprawiedliwości bo ich lubię i Suicide Squad co podobnie jak All-Star leżało całkowicie poza moim zainteresowaniem, ale tanio było (wychodzę na idealny produkt kapitalizmu).
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Pn, 01 Lipiec 2019, 12:34:41
niechętnie bo to ten nudziarz pisał, ale z racji tego że to podobno krótkie opowiastki i na dodatek tylko 3 tomy, które wychodziły poniżej 15 złotych
Zdanie wtrącone, do którego wrzuciłeś kolejne zdanie wtrącone  :o Zakumałem dopiero po trzecim czytaniu  ;D

Można śmiało założyć, że ten "środkowy palec" został pokazany właśnie z powodu tego, iż wiele osób nie kupowało tych tytułów.
Zapewne. Ale to też jest błędna strategia Egmontu - zamiast sukcesywnie wprowadzać nowe serie (jak to zrobili z Marvel Now) to od razu rzucili się na głęboką wodę i wystartowali aż z 15 regularnymi seriami. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie powinien zakładać, że wszyscy kupią wszystko za jednym zamachem. Ja rozumiem, że pewne wątki są ze sobą powiązane (Noc ludzi potworów, Przypinka, JL vs SS itd.), ale przecież w Marvelu jest taki sam trend, a jednak Egmont rozwiązał to bardziej sensownie. A przede wszystkim nie mamy ucinania serii w połowie ich trwania.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Lewaczek w Pn, 01 Lipiec 2019, 15:59:37
Zapewne. Ale to też jest błędna strategia Egmontu - zamiast sukcesywnie wprowadzać nowe serie (jak to zrobili z Marvel Now) to od razu rzucili się na głęboką wodę i wystartowali aż z 15 regularnymi seriami. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie powinien zakładać, że wszyscy kupią wszystko za jednym zamachem. Ja rozumiem, że pewne wątki są ze sobą powiązane (Noc ludzi potworów, Przypinka, JL vs SS itd.), ale przecież w Marvelu jest taki sam trend, a jednak Egmont rozwiązał to bardziej sensownie. A przede wszystkim nie mamy ucinania serii w połowie ich trwania.
Nie znamy szczegółów kontraktu Egmontu z DC. To raz.
Dwa. Może faktycznie kogoś poniosła fantazja, nie można tego wykluczyć.
Trzy, tu już moja kompletna subiektywność. Znam kilka osób, które kupują wszystko z Batmanem, bo Batman. Jak im polecałem Aquamana, to było "a co to?", "a jak to?", "a dobre to?", "a może po filmie", "a w sumie jednak nie". W ten oto sposób dołożyło się cegiełkę do tego, że świetny Aquaman spadł ze stołka, a gówniany Batman się jeszcze mocniej rozsiadł.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w So, 13 Lipiec 2019, 15:50:53
  Podsumowanie czerwca. W tym miesiącu po raz kolejny w nieco zmienionej formule, albowiem w zeszłym miesiącu praktycznie wyłącznie nadrabiałem kolekcję Star Wars, na dodatek porozliczam się z materiałami zgodnie z datami wydania więc pozamieniane zostaną miejscami podpunkty. Troszeczkę tutaj oszukuję, bo większość tej klasycznej marvelowej serii przeczytałem już wcześniej, ale kończyłem ją już w czerwcu, więc zaliczę jako całość, ogólnie poszczególne serie potraktuję jako jeden tytuł chociaż zwłaszcza w przypadku w/w marvelowej poszczególne tomy czy historie bywają całkowicie autonomiczne. Nie jestem za bardzo bezstronnym czytelnikiem w tym wypadku, ponieważ jest fanatykiem Gwiezdnych Wojen. Fanatykiem, ale jednocześnie jestem w tej kwestii ultraortodoksyjny, za "realne" wydarzenia uznaję wyłącznie te, które zaistniały w filmach wszelkie inne książki, gry, animacje itp. traktuję bardziej jako coś w stylu fanfików, mogło coś takiego się zdarzyć, ale niekoniecznie (dlatego z pełną obojętnością przyjąłem restart uniwersum przez Disneya i przesunięcie wszystkiego co było wcześniej do Legend, dla mnie od początku to były legendy). Ogólnie dotychczas na dobrą sprawę nie miałem poza grami komputerowymi których większość ograłem doszczętnie dotychczas większej styczności z uniwersum nie miałem, dawno temu nieco książek (mam do dzisiaj - niektóre chyba sporo warte, poziom większości mocno "taki se"), kilka fragmentów różnych historii komiksowych (Egmont tak to kiedyś wydawał a kupiłem tylko kilka numerów i nie regularnie), przewodnik po postaciach kupiony w antykwariacie za parę złotych, podstawę do Star Wars RPG, do tego Dark Empire, różnorakie programy dokumentalne i ot zdaje się wszystko. Tym niemniej z o wiele większą sympatią pochodzę do wszystkiego w czym pojawia się miecz świetlny, także będę pewnie trochę nieobiektywny.



1. Zaskoczenie na plus:

   "Star Wars - Klasyczne Opowieści" - Pierwsza seria komiksów, która rwystartowała natychmiast po premierze filmu, wydawana przez Marvel w liczbie ponad 100 zeszytów Podświadomie oczekiwałem od tych komiksów zwłaszcza po obejrzeniu rysunków jakiejś ramotkowości na poziomie superbohaterów z lat 60-tych a zupełnie zapomniałem, że premiera filmu to rok 1977 czyli czasy w których zaczynał się rodzić komiks taki, jaki go znamy w obecnej postaci. Z tego powodu hstoryjki ku mojemu zaskoczeniu wcale nie cuchnęły mocno naftaliną, owszem sposób narracji jest inny od tego dzisiejszego a i tekstu jest sporo więcej, ale jeżeli ktoś nie lubi (bardzo niedobrze) staroci, mimo wszystko może tego Star Wars spróbować. Nie polecałbym raczej wyrywczego czytania tomów, całość jest wyraźnie chronologicznie ułożona, ale mimo wszystko dosyć niestandardowo chociaż logicznie skomponowana. Niektóre wątki potrafią się ciągnąć przez praktycznie całą serię, poszczególne postacie mają tendencję do powrotów po sporych przerwach, historie potrafią się przeplatać i na dodatek sporo pomiędzy nimi one-shotów. Otwierając kolejny numer nigdy nie możemy być pewni, czy będziemy czytać kontynuację poprzedniego, czy może zupełnie coś innego. Początek zaczynamy oczywiście od adaptacji Nowej Nadziei, a dalej...no cóż dalej może być dla jakichś fanatyków continuity problemem, należy pamiętać że do momentu powstania Imperium Kontratakuje, te komiksy były nazwijmy to oficjalnymi kontynuacjami, a że nikt wcześniej nie wiedział jak będą wyglądać dalsze części filmu a Imperium zrobiło wszystko po swojemu, to siłą rzeczy sporo rzeczy przeczy temu co dostaliśmy później od Lucasa. Dominujący nastrój opowieści to oczywiście awanturniczo-przygodowy, ale znajdzie się miejsce i na poważniejsze, smutniejsze bardziej nastrojowe zeszyty, a znajdą się i wyraźnie komediowe, dla każdego coś miłego. Szerokie spektrum fabularne seria zawdzięcza sporej ilości nazwisk scenarzystów, które za nią odpowiadały a są to nazwiska z marvelowej ekstraklasy. Za początek odpowiada główne Roy Thomas pałeczkę przejmuje po nim Archie Goodwin, dalej David Michelinie (najsłabsza część, ma swoje momenty ale większość wypada z klimatu SW) a po nim rewelacyjna Jo Duffy prawdziwa gwiazda tego wydawnictwa, dosyć często udziela się Chris Claremont jest jeszcze kilku innych pisarzy "z doskoku". Ostrzegam od razu uczulonych na kicz, będzie tutaj tego sporo (Zielony Królik-łowca nagród, kosmiczne króliczko-zajączki żywiące się energią, kosmiczni piraci latający kosmicznym galeonem, Leia jako lepszy komandos niż John Rambo i inne tego typu atrakcje), sporo będzie także nawiązań do innych dzieł kultury. Całość mieści się raczej w standardowym wyobrażeniu awanturniczo-kosmicznego komiksu z lat siedemdziesiątch, aczkolwiek można się czasami mocno zdziwić. Graficznie też jest również dosyć różnorodnie, gdyż rysowników jest równie dużo co i scenarzystów. Za początki odpowiada nie kto inny niż Howard Chaykin, po nim legendarny (bardziej w DC niż w Marvelu) Carmine Infantino, którego prace będą się przeplatać z pracami Ala Williamsona, po nich serię przejmie Walter Simonson, dalej będzie Ron Frenz a na koniec pracę dostanie Cynthia Martin która dzięki swojej raczej prymitywnej ale nad wyraz interesującej kresce wraz z Duffy stworzy świetny, zdaje się mocno lubiany przez fanów run (niestety ostatnie zeszyty to wyraźny spadek formy obydwu pań a ostatni zeszyt w związku z nagłą utratą praw do tytułu jest wyraźnie napisany na kolanie i wygląda na rozpaczliwą próbę zamknięcia historii, która chyba nie zmierzała jeszcze do końca). Wśród grafików pojawią się też takie nazwiska jak Mazuchelli, Buscema czy Blevins, także nie będę oceniał wyglądu tych komiksów, gdyż każdy zainteresowany wie mniej więcej co prezentują sobą poszczególni twórcy, należy wziąć po uwagę oczywiście, że byli to wtedy twórcy raczej młodsi niż ci których znamy z tego co wydano w naszym kraju. Nie jestem przekonany czy można polecić ten komiks komuś innemu niż miłośnikowi starych komiksów lub hardkorowemu fanowi GW (nie mylić z wiadomą gazetą), te komiksy naprawdę nie są archaiczne tym niemniej  nie da się ukryć, że nieco starzyzną waniajet, na dodatek nie da się większości tego brać na całkowicie poważnie. Mi lektura całości sprawiła mnóstwo radochy, ale wiadomo bywało różnie, raz rewelacyjnie a raz bardzo słabo. Zbiorcza ocena dwunastu tomów:  7/10 (dla nieuczulonych).



2.   Zaskoczenie na minus:

   "Star Wars - Rycerze Starej Republiki" - John Jackson Miller, Brian Ching plus inni. Seria napisana na fali popularności zdecydowanie jednej z najlepszych gier video osadzonych w świecie Star Wars czyli "Knights of the Old Republic". Akcja umiejscowiona jest kilka lat przed wydarzeniami znanymi z gry, Malak jest jeszcze członkiem zakonu Jedi (inne postacie znane z gry być może też się pojawiają, nie pamiętam to było tak dawno temu). Osnową na bazie której utkano całą historią są losy Zayna Carricka padawana-nieudacznika, który zostaje niesłusznie oskarżony o zabicie innych padawanów - swoich przyjaciół oraz drużyny, którą podczas swoich przygód skompletuje - Marna Hierogrypha handlarza-oszusta wyglądającego jak skrzyżowanie małpy z nornicą i jego niespecjalnie rozgarniętego pomocnika trandoshianina Slysska, obowiązkowej  w takich przypadkach sexy-laseczki Jarael (w końcu się pogubiłem kim ona była, miała więcej twarzy od Greya),oraz Rohlana Dyre - mandaloriańskiego dezertera (akcja dzieje się podczas ataku Mandalorian na tereny Starej Republiki, po zakończeniu wojny z Sithami). No właśnie, wracając do tego pogubienia, komiks skierowany jest raczej do młodszego czytelnika, dosyć infantylny humor, postacie raczej niespecjalnie rozbudowane charakterologicznie a zwroty akcji równie niespodziewane co treść komentarzy politycznych w TVN lub TVP, natomiast całość jako całość jest dziwacznie przekombinowana. Już sam niby główny wątek zabójstwa padawanów jest dosyć dziwacznie prowadzony, niby Zayn ucieka przed prześladowcami, niby próbuje udowodnić swoją niewinność i ukarać sprawców, niby oni go ściagają ale przez wszystkie tomy miałem wrażenie że wszyscy mają to głęboko w dupie łącznie z samym Zaynem i Radą Jedi, mniej więcej w 2/3 historii mistrz Vandar należący do tej samej rasy co Yoda (pisząc to zdałem sobie sprawę, że nie miałem pojęcia właściwie z jakiej rasy pochodzi Yoda, sprawdziłem i okazało się że nie wiadomo z jakiej to i nic dziwnego że ja też nie wiedziałem) coś tam zaczyna mówić na ten temat i wydaje się, że ma jakiś plan na tę okazję, ale to tylko strona-dwie i więcej temat się już nie pojawia więc on chyba też w końcu kładzie na sprawę wuj. Oprócz tego wątków jest od groma, jakieś bitwy, marsze, kontrmarsze, przemarsze, rakiety-makiety-pakiety, groch z kapustą, drużyna co chwila się rozdziela żeby zupełnym przypadkiem spotkać się na drugim końcu galaktyki, czarnych charakterów to jest lekką ręką licząc ze dwadzieścia sztuk a brudy wyciągane z szafy to już na kopy są tutaj sprzedawane. Nie wiem skoro ja stary koń miałem kłopoty z rozeznaniem wśród tego co się dzieje, to jak sobie z tym radził klient docelowy czyli młodszy czytelnik? Nie wiem może sobie radził a to ja jestem za głupi lub zbyt stary i uwsteczniony. Rysunki Chinga wypadają w miarę pozytywnie, stosuje on taką grubą kreskę, która wygląda jakby szkic miękkim ołówkiem (może i zresztą to jest to, nie znam się na technikach malarskich), który to efekt bardzo lubię, sceny akcji są dynamiczne a projekty postaci, maszyn i ogólnie świata naprawdę dobre w duchu gwiezdnowojennym, ale takie jakby bardziej barokowe co dosyć udatnie oddaje upływ czasu jaki minie do pierwszej trylogii. Za to strasznie drażniły mnie twarze dzięki którym z powodu nader często opadających powiek i kącików oczy postacie wyglądały jakby cierpiały na łagodną formę debilizmu, ogólnie stronę graficzną można zaliczyć raczej na plus, ale mi osobiście bardziej przypadały do gustu zeszyty w których główny rysownik nie pokazywał nam swoich możliwości. Podsumowując, przy czytaniu tej serii zajrzałem z ciekawości do internetu, aby przekonać się co inni myślą na temat rycerzy. Z tego co zobaczyłem to seria zebrała całkiem dobre opinie a czytając jedną z polskich recenzji dowiedziałem się, że to jeden z najlepszych komiksów Star Wars i pomyślałem "że skoro to jest najlepsze to chyba ta kolekcja to całkowicie chybiona inwestycja" na szczęście jednak nie. Co z tego że autorowi udało się stworzyć naprawdę sympatycznych bohaterów? Co z tego że zachował klimat Star Wars? Co z tego że można się dowiedzieć różnych ciekawostek (np. na jakich zasadach działały klany Mandalore) i co z tego że momentami czyta się to naprawdę dobrze (świetny zeszyt w klimacie horroru na statku kosmicznym), skoro podczas lektury niektórych zeszytów nie miałem pojęcia o czym te postacie wogóle rozmawiają i dlaczego robią to co robią, a poszczególnych i tych dobrych i tych złych zeszytów nie dałem rady skleić w jakąś sensowną całość. Momenty są, nawet sporo ale ostatecznie nie podobało mi się. Ocena całości składającej się z sześciu tomów 4+/10.



3. Najlepszy przeczytany:

   "Star Wars - Wojny Klonów" - John Ostrander, Jan Duursema plus inni. Tytuł wskazuje jasno z czym mamy do czynienia. Z historią dziejącą się pomiędzy "Atakiem Klonów" a "Zemstą Sithów". Wstępem do niej jest oddzielny tom "Nadciągająca Wojna" zawierający komiksowe wersje "Mrocznego Widma" i wspomnianego "Ataku...", obydwie z niewiadomych przyczyn, bo można było założyć raczej bardzo wysoką sprzedaż (sprawdziłem była wysoka) strasznie nędznie narysowane na dodatek pierwsza wyjątkowo kiepsko pisana. Raczej nie można oczekiwać aby zainteresowani tym komiksem nie widzieli fimów, więc można na nie spuścić zasłonę milczenia. Tak czy inaczej przybliżająca historię konfliktu Republiki z Separatystami seria jest mocno wielowątkowa, głównym wątkiem (z początku tego nie do końca nie widać) są losy mistrza Quinlana Vosa szpiega, który jest o tyle dziwacznym Jedi że większe zaufanie powierza swojemu blasterowi i kontaktom z półświatkiem niż mieczowi, który za punkt honoru obiera sobie dopadnięcie drugiego-ukrytego Sitha. Napisane jest to świetnie, historia polowania na Dooku i Pana X jest wciągająca a wrażenie robi zwłaszcza proces przechodzenia Quinlana na ciemną stronę o wiele subtelniejszy i sprawiający bardziej mroczne i groźne wrażenie niż to co zaprezentował Lucas w "Zemście Sithów", efekt czasami psuje fakt iż do bólu powtarzane jest to, że Vos od początku miał tendencję do zbaczania ze ścieżki światła (naprawdę za 50 razem da się to zapamiętać) no i pojawiający się od czasu do czasu Dooku składający identyczne oferty jak Palpatine Lukowi (naprawdę kolejny pokręcony dziadyga charczący do ucha "wyzwól swoją mroczną naturę" nie jest jakoś strasznie kuszącą opcją). Drugim głównym wątkiem jaki dostaniemy będą przygody Obi-Wana i Anakina polujących na zabójczynię Ventress. Oprócz tego dostaniemy sporo pomniejszych historyjek, które czasami splatają się z głównymi wątkami, czasami nie, których bohaterami będą np. Yoda, Mace Windu, Ayla Secura (podejrzewam, że druga po Bobie ulubiona postać fanów, która pojawiła się w filmie na kilka sekund) i inni, a prawie wszystkie są naprawdę dobre. Wielość ciekawych tematów w tej serii jest jej znakiem rozpoznawczym, będzie okazja zaglądnąć w głowy (nieco powierzchownie, ale zawsze) żołnierzom-klonom, będzie można obejrzeć Mon Kalamari walczących z okrętami Republiki, dowiemy się na czym mniej więcej polega bitewna medytacja, spotkamy młodą Mon Mothmę oraz również młodego i obiecującego oficera kapitana Dodonnę, będzie można obejrzeć Republikę zdradzającą swoich własnych sojuszników oraz dobrych "ludzi" zmuszanych przez wojnę do niegodnych czynów. Takie dodatkowe urealnienie wychodzi zdecydowanie na dobre i sprawia, że całość ma jeszcze mroczniejszy i przygnębiający wydźwięk. Sama seria naprostuje sporo głupotek zaserwowanych przez Georga zwłaszcza w "Ataku Klonów" (niektóre zostawi tak jak były), inne wydarzenia ukaże nieco dokładniej co sprawi, że nabiorą więcej sensu. Zdarzają się i minusy np. bitwa na Jaabim (ważna dla scenariusza, ale napisana strasznie chaotycznie), albo zeszyt z nieznanym Jedi i jego padawanem, który podejrzewa że tajemniczym Sithem jest Palpatine, zaczyna się naprawdę intrygująco ale bohaterowie zaraz giną i dostajemy retrospekcje, które prowadzą nad dokładnie donikąd. Ostateczna rozgrywka z Ventress na Boz Pity też z laczków nie wyrywa. Rysunkowo jest w miarę przyzwoicie, ogólnie Star Wars to raczej nie jest tytuł stawiający na jakąś awangardę malarską, to mają być przyjemne rysunki które będą się podobać na każdej szerokości geograficznej i w każdym wieku i Duursema tak właśnie rysuje. Nie ma się czym zachwycać, ale i nic nie przeszkadza, za minus uznam projekty niektórych postaci, cyborg-morderca wygląda tak absurdalnie, że niweczy cały groźny efekt który prawdopodobnie miał robić, to samo mistrz Rancisis który w teorii jako cztero-ręki wąż powinien wyglądać czadowo a wygląda po prostu idiotycznie. Dodatkowi rysownicy, którzy odciążają od czasu do czasu Duursemę, sprawiają się przyzwoicie (na plus Randy Stradley) i tyle. Cały ten run, posiada jedną ale za to bardzo poważną wadę. Jest po prostu zbyt krótki. Główne wątki są prowadzone w miarę dobrze, ale te poboczne są tak dobre, że proszą się o znaczne rozszerzenie. Świetny zeszyt z Bailem Organą i Amidalą, może niezbyt oryginalny (kiedy Bail spotyka się z Valorumem na lotnisku to odrazu wiadomo co się stanie na następnej stronie), ale który powoduje ochotę, aby poczytać nieco więcej o sposobie "robienia" polityki w Senacie. Niby Lucasowi mimo ledwie kilku minut na ekranie udało się dobrze oddać to co się dzieje, mimo wszystko z pewnością więcej takiego materiału by nie zaszkodziło. Dobrze byłoby dostać nieco więcej wiadomości o mistrzu Sorze Bulq, być może nawet jeden zeszycik z jego punktu widzenia. Nie pojawia się wcale Nute Gunray i Federacja Handlowa a przecież to był trzon i jednocześnie koło zamachowe dla Separatystów, postać Ventress wydaje się dobrym materiałem na interesujący czarnych charakter, ale tylko wydaje, bo w rzeczywistości jest strasznie płaska (charakterologicznie bo fizycznie obdarzona jest przez Duursemę jak zresztą wszelkie inne postacie kobiece sporym biustem) i przydałoby się jej więcej "czasu antenowego". Nie ma praktycznie Grievousa i Palpatine'a, a jest tego sporo więcej. Podsumowując, widać że Ostrander miał mnóstwo dobrych pomysłów na ten komiks i co najważniejsze to co udało mu się wrzucić jest dobrze zrobione, ale zabrakło nieco miejsca. Sprawdziłem w internecie i seria jest bardzo lubiana przez fanów i uważana za jedną z najlepszych w historii i wcale się temu nie dziwię. Natomiast szkoda, że mogę ją określić mianem bardzo dobrej a nie rewelacyjnej gdyby dostała szansę na pełne rozwinięcie skrzydeł (no i może bardziej znanego rysownika z większym pazurem), ale i tak to jest raczej ścisły kanon. Ostatniego tomu nie czytałem, ale to w połowie ukomiksowiona "Zemsta Sithów" a w połowie jakaś inna historia, ale skoro wszystkie wątki wydają się domknięte musi to być coś osobnego, dlatego przyjmuję to co przeczytałem jako całość składającą się z 6 tomów, które oceniam na 7+/10.


  Na koniec muszę dorzucić kilka cierpkich słów o jakości wydania. Bodajże cztery pierwsze tomy zawierają tą samą, niezmienioną stronę tytułową ze spisem treści, dzięki czemu nie dowiemy się co się znajduje wewnątrz komiksów. Amatorski błąd, ale powiedzmy że zwykły błąd...w przeciwieństwie świadomej decyzji o pozbawieniu kolekcji oryginalnych okładek przez niemalże 10 pierwszych tomów, gdy przecież przy wydawaniu takich antologii wydaje się że ich obecność powinna być obowiązkiem. Pojawiają się w końcu w którymś momencie pewnie pod wpływem nacisku klientów, ale większość z marvelowego oldskulu nas omija. W pierwszych dwóch tomach "Wojen Klonów" część materiałów jest rozpikselizowana lub nieostra a w pierwszym tomie to nawet na bezczelnego okładka jest taka sama.Na dodatek ten srebrny napis na froncie "Komiksy Star Wars Kolekcja" zwłaszcza w pierwszych tomach ma tendencje do łatwego ścierania się. Widać, że wydawnictwo stara się naprawiać wszystkie szwankujące elementy, ale nawet dla mnie, który raczej przymykam oko na różne grzeszki najczęściej mające związek z technologią to co się tu dzieje to spora przesada. Na zakończenie nie jestem pewien czy w przyszłym miesiącu napiszę jakieś podsumowanie, dotychczas przeczytałem jedynie 2 komiksy, zaraz wyjeżdżam na krótki urlop gdzie raczej odpocznę od tego zajęcia i  nie będę miał z czego wybierać, sierpień będę miał mocno pracujący a najbliższe wolne we wrześniu i wtedy najprawdopodobniej podsumuję całe wakacje. 


Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Kadet w Śr, 17 Lipiec 2019, 19:38:59
Oooo, post o komiksach gwiezdnowojennych! Coś dla mnie  :)

Na początek odniosę się tylko do części o "Rycerzach Starej Republiki" - później dodam jeszcze coś o reszcie, jak pozwoli czas.

  Akcja umiejscowiona jest kilka lat przed wydarzeniami znanymi z gry, Malak jest jeszcze członkiem zakonu Jedi (inne postacie znane z gry być może też się pojawiają, nie pamiętam to było tak dawno temu).

Spoiler: PokażUkryj
Są jeszcze m.in. mistrzowie Vandar Tokare i Vrook Lamar, pilot Carth Onasi, Mission Vao, rakgule... no i Revan :)


W przeciwieństwie do Ciebie mnie bardzo spodobali się komiksowi "Rycerze Starej Republiki", i to nawet mimo tego, że nigdy nie grałem w grę. Ale ja ogólnie lubię taki humor "all-ages", no i byłem trochę młodszy, kiedy ich czytałem, bo kupowałem wydania z Egmontu. Ciągle jednak zachowałem do serii sentyment.

Może przyczyną naszego różnego odbioru jest to, że Ty przeczytałeś całą serię w szybkim tempie, podczas gdy ja musiałem czekać na kolejne trejdy? Możliwe, że w takim układzie różne zagadki i tajemnice wywarły na mnie większy wpływ, bo musiałem czekać dłużej na ich rozwiązanie, miałem czas potworzyć sobie różne teorie i poukładać sobie na spokojnie wszystkie plot twisty, odczuwałem satysfakcję, kiedy jakieś moje przewidywania się sprawdziły...

Wiem na pewno, że scenarzysta włożył dużo wysiłku w to, żeby wszystko logicznie poukładać i uniknąć sprzeczności - no i miał całość fabuły rozplanowaną od początku. Zerknij na przykład, jakie fałszywe imię podaje Jarael na tej bankowej planecie Telerath :) Bardzo fajne są obszerne komentarze J.J. Millera do wszystkich zeszytów serii, które zamieścił na swojej stronie: https://www.farawaypress.com/comics/swknights.html (https://www.farawaypress.com/comics/swknights.html)

Co do słabszych stron, mogę się zgodzić, że serii zaszkodziły częste zmiany rysowników. Ching i Weaver są dla mnie świetni, reszta... już nie tak bardzo. Oprócz tego bez wątpienia po rozwiązaniu głównego wątku w "Oczyszczeniu" (nie wiem, jak ten arc nazwali w kolekcji) poziom zauważalnie spada - no i ta sequelowa miniseria, "Wojna", to IMHO jednak coś raczej miernego.

Nie wiem, o co dokładnie chodzi Ci z tym planem Vandara Tokare.
Spoiler: PokażUkryj
Jeżeli o to, co mówił do ojca Zayne'a po tym, jak zatrudnił go w akademii Jedi, to kilka tomów później, podczas spotkania z Shel i Malakiem, wspomina, że jego księgowy znalazł dowody na podejrzane transakcje Przymierza Jedi. Jeżeli o to, że wspomniał, że zgodził się na nominację Luciena do Rady, by poznać prawdę o masakrze padawanów... no, to wyjaśniło się dość szybko.


Być może na problemy ze zrozumieniem wątków wpłynęła też polska strona językowa. Z lektury innych tomów od DeAgostini odnoszę wrażenie, że ten aspekt kolekcji zauważalnie szwankuje i teksty są mniej jasne w porównaniu z wydaniami Egmontu, a nawet Jacek Drewnowski wszystkiego wyłapać nie może (zresztą i tak jego robota to sprawy merytoryczne, a nie dziwny styl czy nie do końca zrozumiałe oddanie tekstu źródłowego).

Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Kadet w Nd, 21 Lipiec 2019, 20:02:33
Tak jak zapowiadałem, dodaję też komentarz do Twojego komentarza do "Wojen Klonów":

Podobnie jak Tobie, mnie także bardzo podoba się ta seria. To jeden z moich ulubionych komiksów gwiezdnowojennych.

W pełni zgadzam się, że byłoby rewelacyjnie, gdyby miała więcej zeszytów, a poboczne wątki rozwinięte były szerzej. Jednak trzeba wziąć pod uwagę, że te historie wychodziły niejako "w czasie rzeczywistym": "Ofiara" (Republic 49) ukazała się siedem miesięcy po premierze Epizodu II, a kolejne komiksy wypełniały czas do Epizodu III, który wszedł na ekrany w środku "Oblężenia Saleucami". Nie było więc za bardzo przestrzeni na rozbudowanie dodatkowych fabuł, bo trzeba było zdążyć dostosować chronologię do premiery. Myślę, że to też tłumaczy, dlaczego w serii nie było zbyt dużo Grievousa: po prostu przez jej większą część ta postać nie została jeszcze ujawniona opinii publicznej.

Istotne jest także to, że nie wszystkie wątki mogły znaleźć się w komiksach. Opowiadanie historii pomiędzy Epizodem II a III było w swoim czasie bardzo zorganizowanym przedsięwzięciem opartym na współpracy różnych mediów: część fabuły przypadła komiksom, część - powieściom, część - serialowi Clone Wars Genndy'ego Tartakovsky'ego, część jeszcze innym treściom... Każdy licencjobiorca musiał dostać swój kawałek tortu. Współpracowali jednak ze sobą, żeby uniknąć znaczących sprzeczności, i naprawdę fajnie to wyglądało pod względem spójności, zanim pojawił się Filoni ze swoim serialem The Clone Wars i pod egidą Lucasa zaorał całą misternie budowaną chronologię... Ale to temat na inną dyskusję.

Pod względem rysunków muszę powiedzieć, że ja uważam pracę Jan Duursemy za rewelacyjną. To jedna z moich ulubionych artystek komiksowych w ogóle. Moim zdaniem (choć może to być niepopularna opinia tutaj :) ) w dziedzinie "realistycznych rysunków" wypada znacznie lepiej od Jima Lee: jego postaci męskie i kobiece są tak napompowane w niektórych rejonach, że "realistyczne" wypada nierealnie: u Duursemy nie mam tego odczucia. Bohaterowie są ładni i przystojni (przynajmniej niektórzy/-e), ale w granicach rzeczywistości. Poza tym jej dokładność i detale, jakimi ozdabia swoje rysunki, bardzo mi się podobają. Wydaje mi się, że z tego, co wyszło w kolekcji z "Republic", najwyższy poziom osiągnęła w "Jedi: Dooku".

Myślę, że bolączką wydania kolekcyjnego jest brak poprzednich historii z serii (wcześniej znanej po prostu jako Star Wars). Niektóre były słabe bądź bardzo słabe, ale część jest niezbędna do zrozumienia w pełni wątku Vosa i pewnych późniejszych wydarzeń. Jeżeli spodobały Ci się komiksy z Quinlanem, na pewno dobrze byłoby, żebyś poznał też początki jego przygód, czyli następujące zeszyty:

- "Star Wars" #19-22: Twilight (w Polsce jako "Zmrok" w SWKomiks Wydanie Specjalne 2/2012)
- "Star Wars" #32-35: Darkness (w Polsce jako "Ciemność", cz. 1 i 2 wydane przez Amber)
- "Star Wars" #42-45: Rite of Passage (w Polsce jako "Rytuał przejścia" w SWKomiks Wydanie Specjalne 4/2011)

Vos jest także główną postacią w niewydanym w Polsce "Infinity's End" (SW #23-26), ale to zapychacz od innego scenarzysty, który nie łączy się z jego głównymi przygodami. Oprócz tego pojawia się jako padawan w historii "The Stark Hyperspace War" (SW #36-39), która jest jedną wielką retrospekcją, ale nie odgrywa tam pierwszoplanowej roli.

No i podzielam Twoją opinię na temat jakości wydania: na tę pikselozę w pierwszych tomach to naprawdę aż żal patrzeć. W zeszytówkach od Egmontu wyglądało to o niebo lepiej. Oprócz tego dostałem jakieś koszmarne przesunięcie kolorów w tomie z bitwą o Jabiim, ale odfoliowałem ten egzemplarz dużo czasu po premierze i już nie chciało mi się bawić w reklamacje, zwłaszcza że mam tę historię także w innym wydaniu. Dobrze, że potem się poprawiło.

I jeszcze parę drobnych uwag:


Dodatkowi rysownicy, którzy odciążają od czasu do czasu Duursemę, sprawiają się przyzwoicie (na plus Randy Stradley) i tyle.

Hmm... Randy Stradley to scenarzysta.

Ayla Secura (podejrzewam, że druga po Bobie ulubiona postać fanów, która pojawiła się w filmie na kilka sekund)

Aayla była jedną z niewielu postaci, które zadebiutowały w Expanded Universe, ale spodobały się George'owi Lucasowi na tyle, że włączył je do później filmów.

postać Ventress wydaje się dobrym materiałem na interesujący czarnych charakter, ale tylko wydaje, bo w rzeczywistości jest strasznie płaska (charakterologicznie bo fizycznie obdarzona jest przez Duursemę jak zresztą wszelkie inne postacie kobiece sporym biustem) i przydałoby się jej więcej "czasu antenowego".

Projekt postaci Ventress nie został stworzony przez Duursemę, tylko przez Dermota Powera jako jedna z propozycji na czarny charakter w Epizodzie II (ostatecznie został nim Dooku). Poniżej szkic jego autorstwa. Później tę postać poddano recyklingowi :) No i na pewno ma więcej czasu antenowego - tyle że w powieściach i animacjach...

(https://vignette.wikia.nocookie.net/starwars/images/b/b9/Assajj_concept-art.jpg/revision/latest/scale-to-width-down/130?cb=20091029195558)


Jeszcze raz dzięki za Twoją obszerną wypowiedź o komiksach SW!
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Śr, 24 Lipiec 2019, 10:47:07
   Nie kupuję, tego że chaotyczność KotOR-u bierze się z z tłumaczenia, tam po prostu wszystkiego jest zbyt dużo a już za dużo jest z pewnością cudownych zrządzeń losu. Całość była też nieco zbyt infantylna jak dla mnie.
   Sporo ciekawostek przytoczyłeś, nie wiedziałem o niczym bo jak wspomniałem wcześniej uznaję tylko filmy. Jakoś tak podświadomie założyłem, że te komiksy były pisane już po premierach wszystkich filmów. Rysunki Duursemy są mocno ok, ja jednak wolę mniej "realistyczne".
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Cz, 25 Lipiec 2019, 15:22:17
Heloł. Ja tym razem podsumuję z opóźnieniem- mam wątpliwości, co napisać o Hellblazerze [a przeczytałem jakieś 10 tomików ostatnio], a poza tym, w czerwcu sporo tych lektur jednak było.
Tak przy okazji- nikt mnie nie ostrzegał, że te wszystkie tomy AmerykańskiegoWampira to jest lektura raptem na dwa wieczory! Czuję potworny niedosyt.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: BosMan w Pt, 09 Sierpień 2019, 12:33:25
Wedlug katalogu wydawcy 2 tom "Gideon Falls" ma sie ukazac w 4 kwartale tego roku. Blizszych danych na obecna chwile nie ma.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Voitas w Pt, 09 Sierpień 2019, 12:40:57
Czyli przyszły rok :)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Midar w Pt, 09 Sierpień 2019, 17:12:49
Ja, natomiast nie zgodzę się z oceną Namora. Jeden z lepszych  w kolekcji. Nie dość, że bardzo dobrze zbudowany scenariusz, to jeszcze wspaniałe rysunki Johna Byrne'a.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Mateusz w So, 10 Sierpień 2019, 18:48:43
Ostatnią dyskusję znajdziecie w temacie: https://forum.komikspec.pl/dzial-ogolny/o-filtrowanych-zdjeciach-w-komiskach-i-rysunkach/msg35711/#msg35711
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Bender w Nd, 18 Sierpień 2019, 08:47:29
Najlepszy komiks przeczytany i zakupiony (nie do końca kumam rozróżnienie)

Leaving Richard's Valley - Michael DeForge, Drawn & Quarterly

(https://images-na.ssl-images-amazon.com/images/I/61EojmN9WdL._SX492_BO1,204,203,200_.jpg)

(https://i1.wp.com/www.comicsbeat.com/wp-content/uploads/2018/05/leaving.interior_excerpt-00003.jpg?resize=500%2C507)

Najlepszy komiks jaki czytałem od czasu Sabriny.
Blisko 500-stronicowy epos o przyjaźni, rozstaniach, ambicjach, poszukiwaniu duchowego natchnienia i potrzebie aprobaty. Co się stanie gdy opuścisz wygodny komfort sekty? Co znajdziesz po drugiej stronie? I wreszcie, czy umrzesz od skażenia toksynami? LRV nazwałbym nawet trochę komiksem drogi, nawet jeśli ta droga to tylko kilka przecznic ;)
Można początkowo podchodzić z rezerwą do warstwy graficznej, ale już po chwili okazuje się, że jej prostota jeśli idealnym nośnikiem dla całego spektrum emocji i genialnie naprowadza uwagę czytelnika, tam gdzie chce tego autor, a zaskakująco nieoczywiste wybory w designie postaci to powiew oryginalnej świeżości.

Jeśli nie kupić to czemu nie przeczytać tu (choć chyba trudno na insta czytać od końca): https://www.instagram.com/richardsvalley/?hl=en


Największe zaskoczenie na plus: Michael DeForge, sądziłem, że to zwykły wierdo, który maluje abstrakcyjne komiksy bez ładu i składu. Nie mogłem mylić się bardziej.

Największe zaskoczenie na minus: ja, że zignorowałem wcześniej tyle tytułów tego autora. Nie cierpię takich spóźnionych objawień, bo kończą się długą listą tytułów do nadrobienia.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Nd, 18 Sierpień 2019, 13:42:46
Nie moje klimaty, kompletnie nie moja estetyka, ale wrzuciłem z ciekawości na google i X-meni i I'm Loving Mallnation w wykonaniu gościa są świetne.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Nd, 18 Sierpień 2019, 13:58:49
To jeden rysuneczek, pewnie jakaś głupawka. W grafikach google jest.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Arion Flux w Nd, 18 Sierpień 2019, 14:30:28
No to nie wiecie, że zanim zaczął rysować te odjechane komiksy i dodał sobie 'de' przed nazwiskiem, Forge nalezał do X-men ;)

Stąd cały ambaras  :)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Pn, 19 Sierpień 2019, 10:09:26
Najlepszy komiks przeczytany i zakupiony (nie do końca kumam rozróżnienie)
Chodzi o to, że możesz przeczytać komiks nie kupując go np. wypożyczając z biblioteki, robiąc posiadówę w Empiku, lub pożyczając (oczywiście z zamiarem oddania) od kolegi.

Jednocześnie jako stały uczestnik tego wątku chciałem się usprawiedliwić przed szanownym koleżeństwem, że ostatnio w ogóle się tu nie udzielam. Niestety kilka miesięcy temu zmieniłem stanowisko pracy i nie za bardzo mam czas na pisanie postów. Jak tylko to jakoś ogarnę to podrzucę swoje miesięczne podsumowania, ale raczej bez nadrabiania zaległości.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Kapral w Pn, 19 Sierpień 2019, 10:40:28
Chodzi o to, że możesz przeczytać komiks nie kupując go np. wypożyczając z biblioteki, robiąc posiadówę w Empiku, lub pożyczając (oczywiście z zamiarem oddania) od kolegi.

Oj, chyba nie do końca. Znaczna część "przeczytanych niezakupionych" komiksów w tym wątku to rzeczy w ogóle nie wydane w Polsce. Stąd przypuszczenie, graniczące z pewnością, że szanowni recenzenci opisują komiksy, które ściągnęli sobie na lewo z neta. I oczywiście nikt nie widzi w tym niczego niestosownego :)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Bender w Pn, 19 Sierpień 2019, 10:53:35
następne kilka miesięcy czekając na przeczytanie.

Tyle że wtedy nie wiem czy jest dobry czy zły, stąd moje skonfudowanie.  ;)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Pn, 19 Sierpień 2019, 11:05:29
A ja myślałem, że chodzi o to, że nie nadążamy z czytaniem i czasem to, co kupiliśmy (z czego się cieszymy i czym chwalimy na forum) leży przez następne kilka miesięcy czekając na przeczytanie.
Twoja koncepcja jest jak najbardziej słuszna, ale dotyczy przykładu na komiks zakupiony. Natomiast moje przykłady dotyczyły komiksu przeczytanego, ale nie zakupionego.

Znaczna część "przeczytanych niezakupionych" komiksów w tym wątku to rzeczy w ogóle nie wydane w Polsce. Stąd przypuszczenie, graniczące z pewnością, że szanowni recenzenci opisują komiksy, które ściągnęli sobie na lewo z neta.
To kolejny przykład na komiks przeczytany, ale nie zakupiony. Nawet jeśli nie jest to do końca legalne.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Kapral w Pn, 19 Sierpień 2019, 12:00:03
To kolejny przykład na komiks przeczytany, ale nie zakupiony. Nawet jeśli nie jest to do końca legalne.

Dlatego uważam, że miło byłoby ze strony recenzentów, gdyby podawali gdzie udało im się zapoznać z komiksem, którego nie kupili. Choćby po to, żeby ukrócić spekulacje takich upierdliwców jak ja.

Tak tak - wiem, że w 95% będzie to tekst "pożyczyłem komiks od kolegi" :)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pn, 19 Sierpień 2019, 13:09:56
Najłatwiej byłoby zasięgnąć informacji od źródła i zapytać się co autor miał na myśli. Lordzie co oznacza podpunkt "Najlepszy komiks zakupiony"?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pt, 30 Sierpień 2019, 16:23:37
  Opóźnione podsumowanie dwóch miesięcy, w lipcu przeczytałem zaledwie 4 komiksy więc na dobrą sprawę jest to  podsumowanie sierpnia. Przez ten czas głównie nadrabiałem kolekcje Hachette, większość to WKKM, kilka SM i kilka Conanów.Standardowo mogą się pojawić spoilery. UWAGA, UWAGA WIELKA PROMOCJA, od tego miesiąca postanowiłem dodać piąty podpunkt, który roboczo póki mi coś lepszego na myśl nie przyjdzie nazwę suplementem, nie powinienem chyba dodawać, że jest ZUPEŁNIE DARMOWY!!!??? będę tam wrzucał dodatkowe pozycje, które uważam że warto przeczytać (lub wręcz odwrotnie, jeżeli nie będę miał humoru) a których z różnych powodów nie opisałem, czasami dorzucę tam ze 2-3 zdania, czasami 2-3 słowa a czasami wymienię tylko z tytułu, może jakieś krótkie podsumowania całego przeglądu.



1. Najlepszy:
 
   WKKM "Karnak - Wszechobecna Skaza" - Warren Ellis, Gerrardo Zaffino, Roland Boschi. Jakby ktoś nie wiedział o czym to, a ma prawo bo Karnak to 3-ligowy zawodnik Marvela, to o tym karatece z Inhumans o którym dotychczas mogłem powiedzieć, tyle że umie wyszukiwać słabe punkty, nosi idiotyczny garnek na głowie oraz wąs a la Clark Gable. W tym numerze kolekcji otrzymujemy miniserię w miarę świeżą, zdaje się że u nas Egmont jeszcze do tego momentu nie doszedł. Akcja dzieje się po wypuszczeniu w świat chmury terrigenu co powoduje samoistne przeistaczanie się losowych ludzi w członków Inhumans, tego się tyczy zresztą główny wątek tej historii, bo sam bohater zostanie wezwany przez Agenta Coulsona w celu znalezienia pewnego zaginionego młodzieńca, który przeszedł transformację. Którego podobno jedyną mocą jest odporność na alergie (co wiadomo od początku będzie bzdurą bo o czym tu by było pisać?). Sam Karnak przeszedł lifting solidny niczym ten w Toyocie Yaris, zamienił garnek na szlafrok z kapturem, namalował jakieś wojenne wzory na twarzy, wąs zamienił na bródkę która święciła triumfy na przełomie XX i XXI wieku, ogolił resztę głowy na zero a także pozbył się źrenic, aby poprzez posiadanie samych białek wyglądać jeszcze bardziej groźnie, ogólnie przypomina nieco Green Arrowa więc jest lepiej niż było. Czy równie sporym zmianom przeszedł jego charakter ciężko powiedzieć, ale o ile dobrze pamiętam to on wcześniej nie posiadał jakiegokolwiek charakteru więc tu wszelka zmiana była pożądana.Tak czy inaczej obecny Karnak jest zaburzonym nihilistą, prowadzącym zakon w którym szkoli podobnych sobie abnegatów, który cierpi na depresję spowodowaną tym, że nie może się powstrzymać od dostrzegania we wszystkim co widzi wad, syndrom wyższości nad prymitywną ludzką rasą pomieszany jednocześnie z syndromem niższości wobec swoich z powodu nie przejścia jako dziecko terrigenezy i który w stylu wiedźminów jako zapłatę za swoje usługi żąda "jedynej rzeczy, która pozwala uwierzyć że wszechświat jest piękny i miłościwy". Całość jest utrzymana w konwencji psychologicznego horroru, aczkolwiek nie zabraknie również akcji i odrobiny czarnego humoru, z góry ostrzegam że będzie mocno brutalnie, ilość krwi i wypruwanych flaków jest bardzo duża. Rysunki Zaffino i Boschiego, doskonale wpisują się w konwencję scenariusza, dosyć wydziwaczona kreska podkreśla tylko pewną nierealność i szaleństwo całej sytuacji. Chwali się zastosowanie patentu, którego czasami używał Breyfogle tj. w czasie scen akcji zaburza proporcje rysowanych postaci co powoduje, że plansza o wiele lepiej oddaje dynamikę całej sceny a także efektowniej odwzorowuje siłę i szybkość zadawanych ciosów. I ten sposób działa doskonale, dorzućmy do tego mroczne, pozbawione życia barwy, na niektórych planszach nawiązujące do klasyki kropki oraz to że całość kojarzy się nieco ze stylem Kevina O'Neilla i już wiadomo, że oprawa graficzna nie ustępuje miejsca fabule. Tak na koniec, jeden z najlepszych pochodzących z teraźniejszości a nie z linii czasowej lat 80-tych komiksów Marvela jaki czytałem w przeciągu dosyć długiego czasu, nie nie jest to jakiś legendarny komiks, który zasiądzie w panteonie obok Franka Millera i Chrisa Claremonta ale świetna historia to napewno. Fajne jest to, że pomimo ciężkiego nastroju opowieści, da się wyczuć to, że Ellis nie pisze tego na całkowicie poważnie, czuć że doskonale bawi się konwencją loose cannon i jedzie momentami ostro po bandzie kiczu. Dosłownie przewracając kartki da się słyszeć "zobacz jaki to hardkor" i zobaczyć to mrugnięcie okiem i złośliwy uśmieszek. "Karnak" to po "Moon Knighcie" kolejny komiks, który przekonuje mnie, że Warren Ellis byłby w stanie pisać świetnego Batmana, oprócz talentu w kreśleniu charakterów postaci potrafi opakować całość w ciekawą historię, wyraźnie swobodnie czuje się opisując aspołecznych odludków, którzy pod twardym pancerzem cynizmu i brutalności skrywają głęboko zranione osobowości i to że są po prostu dobrymi ludźmi. W końcu skaza jest wszechobecna, a przede wszystkim w samym Karnaku. Ocena 8+/10.



2. Zaskoczenie na plus:

   WKKM "Czarna Pantera - Naród pod naszymi stopami" - Ta-Nehisi Coates, Brian Stelfreeze, Chris Sprouse. Sensowność istnienia Wakandy była już wielokrotnie przedyskutowana na tym lub poprzednim forum, więc raczej szkoda marnować już na nią więcej czasu. Ogólnie cała koncepcja jest dosyć nonsensowna, no ale skoro już czytamy komiksy o latających ludziach to raczej o sensowność pewnych kwestii lepiej nie pytać i zaakceptować takie pomysły na zasadzie "bo tak". Pokrótce Czarna Pantera po bliżej nie określonych wojażach powraca do swojego kraju sobie trochę pokrólować. Tym razem jednak wbrew lub zgodnie ze swoimi oczekiwaniami nie zostanie powitany kwiatami i oklaskami. Okazuje się że podczas jego nieobecności kraina została kilkukrotnie splądrowana i zniszczona (zdaje się, że jeden z tych kataklizmów dotyczy historii AvX) i przestała być tym technologicznym rajem na ziemi jaki znamy od 50 lat. Kraj jest szarpany kolejnymi kryzysami i na krawędzi rozpadu na kilka walczących ze sobą stronnictw, chętnych do przejęcia schedy po T'Challi jest kilkoro a nie wszystkich intencje są czyste niczym "ta lelija". Pantera oczywiście nie zamierza stać i bezradnie patrzeć jak jego kraj stacza się w o otchłań chaosu, ale przypomnieć wszystkim a głównie samemu sobie, że ciągle jest potężnym i sprawiedliwym władcą dla którego nadrzędną wartością jest dobro własnego ludu, a uczyni to zgodnie z duchem marvelowskich komiksów i swoich wojownicznych przodków "pałą i mieczem", powtarzając komunały w stylu "kraj jest tak bogaty jak jego najbiedniejszy obywatel" albo "aby wrócić na właściwą drogę, muszę ujrzeć sprawy takimi jakimi są". Pod koniec tomu, okaże się jednak że ilość przeciwników jest zbyt wielka nawet dla wybrańca kociej bogini i na pomoc zostanie wezwana prosto z Nowego Jorku czarna ekipa sprzątająca w składzie Storm, Misty Knight, Luke Cage i nie wiedzieć z jakiego powodu ten teleporter chyba spokrewniony z x-menowym Gatewayem (to są Aborygeni, od kiedy Aborygeni to również czarni bracia?), co wskazuje na to że dalsza część historii zmieni się raczej w standardowe lanie niemilców po pyskach. No właśnie, dalsza część historii, Hachette nie wiedzieć z jakiego powodu postanowiło wyrzucić z kolekcji część drugą tego komiksu w zamian dając jakieś zbędne zapychacze dla 12-latek, także finału inaczej niż w oryginale raczej nie damy rady poznać. Co do dwóch rysowników powiem, że bardzo mi się ich praca podoba o ile same rysunki stojące rozkrakiem pomiędzy realizmem a bajkowością są raczej standardem dla komiksu superhero, tak wszelkie projekty kostiumów lub urządzeń czy pejzaże to istna rewelacja. Rysownicy świetnie operują czarnym kolorem a nałożone barwy są po prostu piękne. Cały album jest bardzo kolorowy, ale jednocześnie unika się stosowania jaskrawych barw. Kolory są "miękkie", wręcz pastelowe i wiernie oddają koloryt Afryki (chyba, nigdy nie byłem), naprawdę oglądanie tego komiksu jest niezwykle przyjemnym doświadczeniem. Cóż Coatesowi udało się napisać po prostu dobry komiks, jest tu sporo polityki co w komiksie superhero raczej nie jest jeszcze zajeżdżonym motywem, dużo akcji, szczypta ezoteryki i afrykańskiego folkloru. Autor stara się przenieść na Wakandę problemy trapiące współczesną Afrykę (miło, że zauważa, że za cierpienie czarnych braci odpowiadają nie tylko biali chciwi okrutnicy, ale i inni czarni bracia) i o ile nie można powiedzieć żeby wyszło to mu nadzwyczaj udanie to nie można też powiedzieć aby wrócił kompletnie na tarczy. W tym aspekcie można powiedzieć akurat, że autor nieco zawodzi, sięga po mocna i ciekawe tematy i widać że sam nie bardzo ma pomysł co z nimi zrobić i się często wycofuje okrakiem. Niemniej z tego co mu zostaje w ręku udało się złożyć mającą "ręce i nogi" historyjkę, będącą zdecydowanie powyżej marvelowskiej przeciętnej. Ocena 7/10.



3. Najgorszy przeczytany:

   SM "MS Marvel" - Kelly Sue DeConnick, Dexter Soy i inni. Album podzielony na mniej więcej dwie równe części, Conwaya, Claremonta i Buscemy opisywać nie będziemy bo ich znamy i kochamy, skupmy się zatem na części drugiej. Kelly Sue DeConnick nazwisko spędzające sen z oczu wszelkiej maści konserwatystom,  nosicielom kowbojskich kapeluszy z Alabamy malującym flagi Południa na swoich samochodach, liverpoolskim dokerom słuchającym Skrewdrivera oraz wyborcom Zygmunta Wrzodaka. Podobno naczelna twarz marvelowskiego SJW (podobno, bo autorka na rynku polskojęzycznym jest kompletnie nieznana więc trudno to potwierdzić). Nie popieram zjawiska SJW ani go nie lubię, toteż byłem przygotowany na stoczenie ciężkiej walki z samym sobą. Autorka jest podobno dobra i już miałem wizję nieprzespanych nocy w których głowię się nad tym, jak by tu obniżyć ocenę komiksowi autorki co do której już z góry byłem nieco uprzedzony, tak aby to wyglądało w miarę obiektywnie. Na szczęście Kelly Sue ułatwiła mi życie i napisała kompletnie gównianą historię zbierającą o dziwo w miarę pozytywne opinie. Z początku oglądniemy Kapitan Marvel tłukącą się z Absorbing Manem w towarzystwie Kapitana Ameryki, która ma problem z tym czy powinna się nazywać Kapitan Marvel czy to nie szarga czasami pamięci zmarłego oryginału. Kapitan Ameryka oczywiście stwierdzi "nie, nie jesteś taka zajebista, że byłby dumny pewnie z tego a tak wogóle to jesteś pułkownikiem a ja tylko kapitanem, także prowadź wodzu" (biedny Steve, już ponad 70 lat kariery i brak awansu przez ten czas). Ten początek jest w sumie dosyć sensowny, dalej jest już tylko głupiej, poznamy trochę prywatnego życia Carol Danvers, później przeskoczymy na jakieś wiejskie lotnisko w latach 50-tych gdzie spotkamy kilka postaci nieznanego pochodzenie i przeznaczenia, dalej wrócimy do teraźniejszości i Carol spróbuje pobić rekord pułapu pani pilot z wcześniej wymienionego lotniska (nie wiem czy to była ta młoda czy ta stara, jest to tak bełkotliwie napisane, że trudno się rozeznać o kim jest mowa, a rysunki wcale nie pomagają). W czasie lotu ni stąd ni zowąd Kapitan przeniesie się do czasów II WŚ na jakąś nieznaną wyspę u wybrzeży Peru, po której grasują wojska Cesarstwa Japonii (co do wuja robią Japończycy w Peru nie dowiemy się, chociaż może to i lepiej) i będzie się miała okazję zmierzyć z japońskimi latającymi spodkami. Chwilowo straciła chyba nieco na swojej zajebistości bo mogła spuścić lanie Thanosowi a teraz nie może sobie poradzić z nitowanymi ufo z drewna i stali, ale na szczęście pomoże jej grupka ślicznotek, która okaże się zbieraniną najlepszych pilotów w armii amerykańskiej, która oczywiście z powodu społecznego zacofania nie może walczyć, ale przynajmniej dopuszczona zostaje do funkcji transportowych i została przypadkiem wciągnięta w peruwiański trójkąt bermudzki. Acha, oprócz tego że są najlepszymi pilotkami są jeszcze najlepszymi komandoskami, te spodki których pięściami Carol nie spuści na glebę to one zestrzelą z pistoletów maszynowych. Dalej nastąpi jeszcze kilka skoków fabularnych, poznamy kolejne postacie niewiadomego pochodzenia i przeznaczenia by na końcu znaleźć się w jaskini w której Kapitan Marvel pozyskała swoje moce podczas wybuchu urządzenia Kree, tam będziemy mieli okazję spotkać oryginalnego Kapitana a Carol pobije się sama ze sobą, a później stanie się coś właściwie nie wiem co i uff dotrzemy do końca. Wspomniałem wcześniej o rysunkach, no właśnie rysunki Dextera Soya to kompletna katastrofa, dawno już nie widziałem takiej amatorszczyzny mocno kojarzącej się z tym co czasami wydawano u nas na początku lat 90-tych w czasie komiksowego boomu, nic tam się nie zgadza, kreska jest paskudna a kolory nałożone fatalnie. Z ciekawości sprawdziłem w internecie, kariera pana Soya w Marvelu była wyjątkowo krótka i skończyła się praktycznie na tych kilku zeszytach KM po czym podejrzewam, że wrócił on do swojego internetowego bloga, na którym się społecznie udzielał. Pod koniec komiksu pałeczkę przejmuje od niego Emma Rios i robi się o wiele ładniej, za to rozeznanie się w akcji utrudnia to, że rysuje ona bardzo podobne do siebie twarze, za to nie bardzo podobne do tych bazgrołów Soya, w skrócie rysunki - wielka krecha. Cóż mogę powiedzieć na koniec, nędzna pokomplikowana na siłę historyjka na dodatek beznadziejnie zilustrowana, DeConnick usilnie przypomina nam o tym że kobieta jest deptana przez mężczyzn, z jednej strony przenosząc akcję w lata 50-60 i środowisko lotnicze ma to sens i jest zgodne z realiami, z drugiej nie bardzo ona potrafi odpowiedzieć na pytanie w jaki sposób kobieta miałaby być lepsza jako pilot doświadczalny. Nic dziwnego, że nie potrafi, być może oglądała wcześniej "Pierwszy krok w kosmos" tam jest mniej więcej pokazane w jakich warunkach się takie loty odbywały. W klimatach "girl power" przeczytałem w tym miesiącu również A-Force i o ile tam odbyło się to na zasadzie "dziewczyny są fajne", to tutaj mamy "faceci są do bani" co faktycznie przypomina brednie tej przysłowiowej zgorzkniałej feminy. Ogólnie nie wiem dlaczego, ale przyszło mi na myśl czytając ten komiks, że ten szum wokół autora to spowodowany jest próbami okopania się beztalencia na swoim stanowisku pracy, ale nie wypada DeConnick skreślać po jednej próbie, w końcu "Bitch Planet" pasuje jak ulał do ofery Non Stop Comics a jest podobno bardzo dobry, więc może to? Ocena 2/10.


Drugi najgorszy:

WKKM "Ultimates - Omniwersalni" - Al Ewing, Kenneth Rocafort. Wspomniałem już wielokrotnie, że nie łapię za bardzo tych klimatów komiksowych uniwersów, ani kolejnych restartów. Na tyle na ile zrozumiałem, to ci Ultimates to Avengers ze świata Ultimate, który uległ zniszczeniu a oni wzorem Milesa Moralesa przenoszą się do podstawowego 616. Co się stało z ich oryginalnymi odpowiednikami, nie mam pojęcia. Ku mojemu zaskoczeniu, okazało się że nie są to Ultimates napisani przez Marka Millera, nie wiem czy wydawca uznał, że nie ma miejsca na klona Kapitana Ameryki i Hulka (rozsądnie) czy też uznał, że oryginalni Avengers to zajechany temat a na dodatek sama grupa jest zbyt słabo zróżnicowana etnicznie. W każdym razie nowi Ultimates są zróżnicowani o wiele bardziej niż ci wcześniej, w skład tej grupy wchodzą: Czarna Pantera - znany i lubiany geniusz, Blue Marvel - kolejny czarnoskóry geniusz genialny jak conajmniej dwie Czarne Pantery, Monica Rambeau - była czarnoskóra ultrapotężna Kapitan Marvel, Miss America - latynoska właściwie nie wiem kto - ultrapoteżna, a także Carol Danvers - aktualna Kapitan Marvel, nie muszę dodawać jak potężna. Zadaniem tej grupy będzie mierzenie się z największymi kosmicznymi zagrożeniami czyli przejmują mniej więcej funkcję Avengers i Fantastycznej Czwórki. W każdym razie zaczną z wysokiego C bo od latania międzywymiarowych dziur przez które przełażą kosmiczne robale, w czym niepoślednią rolę odegra America Chavez. No właśnie America Chavez postać mocno kontrowersyjna, Marvel posiadał już w swoim portfolio jedną Miss America, ale ta pierwsza jest przeżytkiem z epoki Eisenhowera, więc postanowili stworzyć Miss America na miarę XXI wieku. Nowa Miss jest kosmiczną latynoską lesbijką będącą córką dwóch lesbijek, sporo osób uznaje za kontrowersyjne że taka postać ma w nowoczesnym Marvelu symbolizować USA i stanowić kobiecy odpowiednik Kapitana Ameryki (jest ubrana w amerykańską flagę i jej pseudonim wypisany jest odpowiednio pokolorowaną czcionką), ale Amerykaninem nie jestem więc nie będę się z tego powodu wymądrzać. Sama America jest supersilna, superszybka, superwytrzymała, tworzy portale międzywymiarowe i na dodatek posiada coś w stylu kosmicznego 6 zmysłu, zastanawiałem się czy jeszcze coś potrafi, ale na ten moment żadnych innych mocy chyba nie posiada. W każdym razie to ona zamknie czasoprzestrzenne dziury za pomocą  tańca ze swoją nową dziewczyną poprzez kosmicznego skypea krzesząc gwiazdki z trampek (???). W tym momencie moje zainteresowanie postacią Ameryki Chavez ostatecznie zanikło, ta postać to najwyraźniej zwykły marvelowski trolling. Kolejnym zadaniem dla grupy będzie zgodnie z zasadą podwyższania poziomu trudności nic innego jak Galactus. Otrzymamy mały wgląd w przeszłość tegożże osobnika i okaże się, że nie zawsze był on tym czym jest teraz. W każdym razie Ultimates odnajdą inkubator w którym się wylęgł Galactus, na szybko się do niego podłączą i opanują system (Jeff Goldblum w Dniu Niepodległości to przy Blue Marvelu pikuś), wepchną tam Galactusa włączą przycisk "on" i w jeden moment Pożeracz Planet niczym jakiś Pokemon ewoluuje do swojej właściwej żółtej formy Siewcy Życia. W dalszej kolejności, Ultimates postanowią naprawić czas (cały czas musi być trudniej pamiętajmy), a żeby to uczynić muszą wyskoczyć poza wszechświat. Dla nich to najłatwiejsze zadanie pod słońcem, najpierw użyją cząsteczki Pyma przygotowanej im przez nowego pakistańskiego Giant-Mana (oczywiście równie genialnego co i cała reszta), później skorzystają z portalu Chavez i już są poza Kosmosem. Tam spotkają jakiegoś dziwoląga prosto z przeszłości Blue Marvela (cały ten segment jest wyjęty mocno z wiadomo skąd) oraz Galactusa, który będzie im uświadamiał jak niebezpiecznie jest się bawić czasem po czym bezpiecznie odstawi ich do rzeczywistości, przez rozdarcie w przestrzeni przedostanie się Thanos. Ostatni zeszyt, to kwasowy trip przedstawiający wizytę wyraźnie wystraszonego Galactusa u Moleculemana, który przez ostatnie pięćdziesiąt lat awansował z 3-ligowego łotra do miana najgroźniejszej istoty we wszechświecie. Będziemy mieli okazję zobaczyć wyjątkowo bełkotliwą dyskusję na temat fizyki i filozofii marvelowskiego kontinuum. Rysunkowo komiks prezentuje się lepiej niż dobrze, prace Rocaforta wyglądają naprawdę porządnie, z dużą ilością kresek mających symulować użycie ołówka oraz wystarczająco szczegółowe, rysownik nie wiedzieć dlaczego sporej ilości postaci (kobiecym to właściwie wszystkim) narysował czerwone nosy, nie wiem ma to sugerować nadużywanie alkoholu? Może Rocafort to jakiś Irlandczyk i cała jego rodzina i wszyscy znajomi tak wyglądają? Nazwisko raczej nie wskazuje. Cóż mogę na koniec rzec? Nie wiem może nie potrafiłem się wkręcić w klimat? nie jestem jakimś szczególnym wielbicielem kosmicznego Marvela, ale też i Ewing nie starał się mnie przekonać. Mamy komiks drużynowy, ale tam pomiędzy postaciami nie zachodzą praktycznie żadne interakcje. Nie ma między nimi ani jednego ciekawego czy też dowcipnego dialogu, ba z wyjątkiem Blue Marvela i Ameryki Chavez nie byłbym w stanie powiedzieć czegokolwiek o reszcie postaci gdybym nie znał ich wcześniej. Całość jest tak niby napisana na luzie, ale nie ma ani jednego żartu, a sam komiks wprowadza przecież bardzo poważne zmiany w status quo uniwersum. Podsumowując jeden z tych komiksów które powodują pojawienie się pytania "po kiego grzyba ja czytam te komiksy?". Dzięki ci Marvelu, że potrafisz mnie wrócić do rzeczywistości. Ocena 4/10.



4.   Zaskoczenie na minus:

WKKM "Niezwyciężona Squirrel Girl - Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?" - Ryan North, Erica Henderson i inni. Dziewczyna-Wiewiórka a prywatnie studentka informatyki Doreen Green - postać święcąca triumfy zdaje się jakieś 3-4 lata temu, chociaż jej seria wychodzi do dzisiaj więc z popularnością ciągle nie jest najgorzej. Tak czy inaczej zobaczymy przygody tytułowej Wiewiórczej Dziewczyny, która wspomagana przez prawdziwą wiewiórkę zwącą się Napaluszka (w sumie jakoś nie wychwyciłem czy ta wiewiórka piszczy po wiewiórczemu, czy to Doreen ją rozumie czy w końcu wszyscy ją rozumieją, bo raz to wyglądało tak raz siak) oraz swoją współlokatorkę z akademika Nancy, która jest zdaje się mężczyzną w sukience (przynajmiej tak rysowana jest ta postać, wolałem nie sprawdzać), przeżyje kilka absurdalnych przygód po czym przeniesie się do 62 roku, aby zmierzyć się z samym Dr. Doomem, na koniec wpadnie w pułapkę szalonej myśliwej wspólnie z Beastem, Kaczorem Howardem i kilkoma innymi bardziej odjechanymi postaciami. Na dobrą sprawę jakoś niewiele mi przychodzi na myśl przy tym tytule. To ma być chyba w założeniu Deadpool dla młodszych czytelników, czyli ciąg gagów połączonych fabularnie. Problemem jest jednak jakość dowcipów. Jak dla mnie większość z nich jest kompletnie nieśmieszna, ja wiem że ten komiks jest dla dzieciaków, ale powiem szczerze nie podejrzewam żebym się śmiał z tego nawet jakbym miał 10 lat. Owszem, jest kilka udanych pomysłów w stylu "Przewodnik Deadpoola po Superzłoczyńcach" w postaci kart baseballowych, sposób w jaki Doreen zamierza znaleźć innych przybyszy z przyszłości w latach 60-tych, wiewiórka z programu "Weapon X", czy kilka żartów z Doomem dopóki autor kompletnie ich nie zajeździ, ale większość to sporej twardości suchary, zwłaszcza odautorskie przypisy na dole strony. Ostatnie dwa zeszyty pisane przez Chipa Zdarskyego wydają się nieco bardziej zabawne i trochę bardziej absurdalne co prędzej trafi do starszego czytelnika. Jednym słowem jako humorystyczny komiks to tak średnio, jako lekka przygodowa historyjka dla młodszych (może być duchem) to całkiem w porządku. Sama bohaterka taka na poły sympatyczna, na poły irytująca i pod względem powiedzmy "mocy" silniejsza niż to co przychodzi na myśl po usłyszeniu "Squirrel Girl". Rysunki Henderson średnio mi przypadły do gustu, takie typowe z komiksu dziecięcego rysunki w stylu "toczka, toczka, zapiataja...", wszystkie postacie mają brzydkie facjaty, tak przeglądając galerię okładek alternatywnych to właściwie wszystkie są ładniejsze niż to co widzimy w samym komiksie. Podsumowując, nie jest to zły komiks w sumie nawet całkiem fajny jakby to Egmont wydał w tym swoim tanim wydaniu to kto wie czy bym nie sięgnął po to. Natomiast po tym jak dużo szumu było wokół tytułu i postaci, to jestem raczej zawiedziony. Ocena 6/10.



5. Suplement

Nagrody specjalne w tym miesiącu dla WKKM-ów:

Punisher_W Drodze - Becky Cloonan, Steve Dillon. Absolutny brak fabuły, podrzynane gardła, wyłupiane oczy, zrywane twarze, zaminowane dzieci, czy wspominałem o podrzynanych gardłach? Jest ich dużo. 6/10

Daredevil_Chinatown - Charles Soule, Ron Garney. Poprzez ciężką fabułę i styl rysunków ma chyba nawiązywać do bendisowego Daredevila, w tym początku to raczej średnio mu wychodzi, tym niemniej to niezły i dający nadzieję na przyszłość komiks 6+/10

Jestem zdziwiony , dlaczego obydwu tytułów nie puścił u nas Egmont w miękkich oprawach w ramach Marvel Now. Obydwie postacie bardzo popularne w naszym kraju a same komiksy całkiem niezłe. Jeszcze Daredevila to powiedzmy, że mogą chcieć wydać na twardo w zbiorczym, aby już do wydanych wcześniej pasował. Ale Punisher?



A tak na poważnie to zdecydowanie polecam:
"SM Iron Fist" - Fraction, Brubaker i Aja. Lekka zmiana w originie postaci, odpowiednio kampowe pomysły jak na komiks mający naśladować kampowe kino z Hongkongu.
"SM Spider Woman" - Bendis, Maleev. Obydwaj panowie w świetnej formie. Jak ktoś ma nie dość jeszcze Daredevila i Jessica Jones to gorąco polecam.


Tak na koniec, wiem że już nawet pojawił się ten temat w osobnym wątku, ale tak sobie przemyśliwywywałem te moje lektury z tego miesiąca i tam sporo "humoru", lub faktycznie humoru się znajduje. Jedynymi tytułami na całkowicie poważnie były Daredevil i Czarna Pantera. Nawet Punisher, był tak absurdalnie brutalny że nie dało się go wziąć na poważnie. Sporo w tym było komiksów dla młodzieży właściwie dzieci a jeszcze wkłaściwiej to dziewczynek Squirrel Girl, Spider-Woman, A-Force, Moon Girl, Patsy Walker wszystko podobnie rysowane i z podobnymi dowcipami. Ja nawet nie mówię, że to były jakieś złe komiksy bo czytało się to w miarę dobrze. Ale co ze starszymi czytelnikami, mającymi chęć na komiksy bez żarcików? Wybór niewielki dosyć, aż chciałoby się zacytować Marvelowi słowa klasyka "Ludwiku Dornie i Sabo, nie idźcie tą drogą".
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w So, 31 Sierpień 2019, 00:25:51
@Skandalisto, piąteczka co do oceny Kapitan Marvel i Spider-Woman. Sam kiedyś takie opinie popełniłem o tych komiksach
Najgorszy Carol Danvers. Jeden z tych komiksu po lekturze którego zadaję sobie pytanie „Co ja właściwie czytałem?”. I nadal nie wiem czy wizja autora była tak bezdennie głupia, czy ja jej po prostu nie zakumałem (Przeniesienie do realiów II wojny światowej? Walka z żołnierzami posiadającymi dostęp do technologii Kree? Żeński oddział Rambo? WTF?). Koniec końców lektura tej historii była czasem totalnie zmarnowanym. Na szczęście w jakimś tam stopniu cały tom ratują zeszyty archiwalne, które przydały mi się przed kinową wersją Kapitan Marvel.

Zaskoczenie na plusSpider Woman. Bendis nie raz, nie dwa, nie dziesięć udowodnił, że pisanie przygód solowych bohaterów wychodzi mu najlepiej i w tej kameralnej historii tylko udowadnia tę tezę. Całość stanowi pewnego rodzaju tie-in (tudzież raczej aftermath) do Tajnej Inwazji i pokazuje dalsze losy największej przegranej osoby tego eventu. Po powrocie do świata żywych Jessica musi odnaleźć się w aktualnej rzeczywistości i tak naprawdę poukładać sobie życie od nowa. Nie jest to łatwe, bo w obecnej sytuacji nikt jej nie ufa (a przynajmniej tak to sobie wyobraża nasza bohaterka). Z nieoczekiwaną „pomocą” przychodzi jej niejaka Abigail Brand, przywódczyni agencji SWORD, znana polskiemu czytelnikowi przede wszystkich z występów w Astonishing X-Men czy Erze Ultrona i proponuje odegranie się na Skrullach, a konkretnie zapolowanie na pozostałości po kosmicznej armii. Bendis z wielką maestrią pokazuje to, do czego nas już przyzwyczaił w seriach Daredevil czy Alias – wyszukane dialogi, realistycznie ukazana kwestia wyobcowania i klasyczne sceny akcji, które nie dominują nad komiksem. Całość utrzymana jest w klimatach zbliżonych do Daredevila, ponieważ mamy ten sam duet autorów, Bendis/Maleev, ale jednak sama historia nie stanowi odcinania kuponów od tej znakomitej serii, gdyż ukazuje inną osobę w odrębnej sytuacji. Nie miałem żadnych oczekiwań do tego komiksu, a ostatecznie otrzymałem naprawdę niebanalną, nader realistyczną opowieść, choć utrzymaną w konwencji superhero.

Czarną Panterę kupiłem, ale ostatecznie nie przeczytałem (i nie przeczytam, bo mam już wystawione na OLX). Decyzja H. o wydaniu tylko połowy tej historii jest beznadziejna, a ja nienawidzę niedokończonych serii (z tego powodu odpuściłem sobie również Spider-Mana Millara).
Zaskakuje mnie natomiast ogólna ocena Karnaka, bo jeszcze nie spotkałem się aby ktokolwiek wypowiadał się źle na temat tego komiksu, a wręcz przeciwnie - przez cały czas słyszę peany na jego temat. Że też ja to sobie odpuściłem  >:(

P.S. Co w tym zestawieniu robi Spider-Woman?

Sporo w tym było komiksów dla młodzieży właściwie dzieci a jeszcze wkłaściwiej to dziewczynek Squirrel Girl, Spider-Woman, A-Force, Moon Girl, Patsy Walker wszystko podobnie rysowane i z podobnymi dowcipami.

Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w So, 31 Sierpień 2019, 15:46:56
Było brać Karnaka przecież to Ellis, jemu raczej rzadko przytrafiają się słabe komiksy.

Ta druga Spider-Woman z WKKM nie ta z Superbohaterów.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w So, 31 Sierpień 2019, 15:52:00
Było brać Karnaka przecież to Ellis, jemu raczej rzadko przytrafiają się słabe komiksy.
No było, było. Też sobie pluję w brodę  >:(

Ta druga Spider-Woman z WKKM nie ta z Superbohaterów.
A, racja. Zupełnie zapomniałem o tej Spiderce w zaawansowanej ciąży na okładce. A to faktycznie też uznałem to za kolejny potworek dla młodocianych i bez żalu sobie odpuściłem.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: death_bird w So, 31 Sierpień 2019, 18:04:23
@laf - Karnaka bierz choćby z rynku wtórnego i to dopłacając. Warto.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w So, 05 Październik 2019, 12:04:26
  Podsumowanie września. Wrzesień u mnie tradycyjnie miesiącem czytania polskich komiksów, raczej rzadko je kupuję i z reguły są to komiksy znanych twórców, po jakieś nieznane mi tytuły praktycznie rzecz biorąc nie sięgam, toteż do czytania nie mam zbyt dużo. Żaden polski komiks nie znalazł się na podium w tym miesiącu, ale przegrały one z mistrzami wagi superciężkiej, więc powodów do wstydu nie ma. UWAGA!!! Standardowo mogą pojawić się pewne spoilery.



1. Najlepszy:
 
   "Vision" - Tom King, Gabriel Walta, Michael Walsh. Sporo już o tym komiksie na tym forum napisano i z reguły były to same pochwały. Jednak jak każdy PP (Prawdziwy Polak) z wrodzoną sobie przekorą im bardziej ktoś mi coś poleca tym z reguły jestem bardziej podejrzliwy. Tym razem obiegowe opinie nie tylko okazały się prawdziwe, ale chyba nawet nie oddały w całości kwestii poziomu tego komiksu. Szczerze mówiąc, mocno mnie ten komiks zaskoczył, po opiniach i recenzjach spodziewałem się czegoś raczej w stylu obyczajówki z lekką dozą rodzinnej komedii ukazującej robocią rodzinę, ale to nic z tych rzeczy. Dostałem pełnokrwisty horroro-thriller psychologiczny umieszczony w znanym uniwersum. Historia dosyć szybko uderza czytelnika obuchem w głowę. O ile sam wstęp był dosyć zgodny z moimi wyobrażeniami, oto znany robotyczny członek Avengers próbuje wraz z trójką innych robotów, zresztą wykonanych przez siebie stworzyć swoją własną wersję atomowej rodziny rodem z "Cudownych Lat" , z dziećmi chodzącymi do szkoły, żoną gospodynią domową i pracującym panem domu (właściwie to chwilowo poszukującym pracy). Owszem znajdzie się tu nawet miejsce dla kilku drobnych żartów, ale te żarty bardzo szybko się kończą. Pada pierwszy trup a my jako czytelnik doskonale zdajemy sobie sprawę, że na tym jednym się nie skończy. Akcja toczy się jakby dwutorowo na przemian widzimy sceny w których robotyczni bohaterowie usiłują stać się normalną rodziną z przedmieść oraz wydarzenia po których wiemy, że marzenie (?) Visiona rozsypie się jak domek z kart a Visionowie będą ulegać coraz większej degeneracji. Jak na komiks o superbohaterach przystało mimo wszystko nie zabraknie sceny wielkiej zadymy. Walta przy rysunkach wykonał kapitalną robotę, rysunki są proste aczkolwiek eleganckie, twarze robotów nie grzeszą nadmierną ekspresją, ale jednocześnie da się z nich bez problemu odczytać targające nimi w danej chwili "emocje", barwy raczej przygaszone w zimnych tonacjach, na dodatek rysownik stara się unikać "obłych" kształtów często wypełniając kadry wszelkiego rodzaju pochodnymi kwadratów, widać że rysowanie albumu poprzedziła solidna praca koncepcyjna. Na większą dozę szaleństwa pozwala sobie Walsh rysujący w stylu kojarzącym się z Kevinem O'Neillem jeden zeszyt będący jedną wielką retrospekcją, więc absolutnie nie burząc tutaj konstrukcji całości. Nie bardzo mi za to przypadły do gustu okładki, niektóre zdradzają zbyt wiele fabuły, a większość jest raczej "nudnawa", za to absolutnie rewelacyjna jest ta z mirażami Scarlet Witch. Nie, nie jest to komiks bez wad, momentami można zarzucić mu tanią filozofię, koncepcja dzieci robotów wydaje się nieco dziwna, zachowanie całej rodziny momentami jest niekonsekwentne, poziom mocy Visiona chyba jednak nieco przesadzony, zakończenie nie do końca przypadło mi do gustu a możliwość konstruowania kiedy się chce podobnych sobie istot wydaje się trochę absurdalna. Na dodatek całość wymaga jednak dosyć dobrej znajomości tytułowej postaci, King zdaje sobie z tego sprawę i umieszcza kiedy może "przypominajki" do czego właśnie pije, ale zdecydowanie lepiej byłoby znać rzeczone komiksy osobiście. Trochę tytułów z Visionem, lub komiksów w których odgrywał on znaczącą rolę ukazało się już w naszym kraju i właściwie do każdego z nich znajdziemy w tym tomie odniesienia a przecież są jeszcze takie, których nie było (np. Victor Sancha "brat" Visiona, nawet nie wiedziałem o istnieniu takiej postaci). Owszem da się to przeczytać absolutnie z marszu, ale w przypadku posiadania odpowiedniego "podkładu" przyjemność będzie chyba jednak odrobinę większa. Jakby nie patrzeć wielka pochwała dla Kinga, że udało mu się uniknąć przemiany swojej opowieści w wielce hołubiony w Marvelu, jeden wielki rzyg o tolerancji i akceptacji (o co tutaj byłoby bardzo łatwo), problematyka ta oczywiście jest tutaj obecna, ale absolutnie nie dominuje wśród reszty za to doskonale z nią współgra. Podstawą będzie raczej zadawanie pytań o istotę i kondycję współczesnego człowieka, nie jest to może filozoficzny traktat na poziomie Philipa Kindreda, ale przegrać z mistrzem to jak wygrać. Na dodatek to wszystko jest nie tylko niegłupie ale i opakowane w bardzo atrakcyjną fabułę, dzięki której ja jako czytelnik nie tylko miałem okazję się chwilę zastanowić nad różnymi zagadnieniami, ale i z niepowstrzymaną ciekawością obserwowałem co wyprawiają te biedne stwory (dziewczyna jako jedyna zdaje się  podejrzewa jak bardzo nieludzkie jest to co robi cała czwórka). Najlepszy komiks Marvela ostatnich lat? Nie wiem, wielu nie czytałem a za innych nie będę się wypowiadał, ale osobiście dla mnie na ten moment bez wątpienia tak. Najlepszy z tych w miarę świeżych i jeden z najlepszych wogóle. Czy ktoś ma ochotę przeczytać jeden z najmniej "marvelowskich" komiksów Marvela o robocie-mordercy? Bo ja odkąd zobaczyłem na ekranie mechaniczny szkielet czołgający się przez prasę, to zawsze. Jakość wydania to typowe Marvel Now by Egmont, tyle że dwa tomy w jednym. Okładki są, kilka szkicy jest, więc wszystko ok. Osobiście żałuję, że akurat ten komiks nie ukazał się wydany w jakiś inny sposób, bo zasługuje jednak na lepsze wydanie. Ocena 9/10.


Drugi najlepszy

   "Sandman - Noce Nieskończone" - Neil Gaiman + różni artyści. Jakoś nigdy nie stałem się wielkim fanem Neila Gaimana, jego dorobek komiksowy znam raczej słabo, za to całkiem nieźle znam jego książki.  Żadna z jego podobno opus magnum ("Amerykańscy Bogowie", "Nigdziebądź", "Chłopaki Anansiego") mnie nie zachwyciła (prędzej nudziła) za to całkiem niezłe okazały się te skierowane do teoretycznie młodszego czytelnika ("Koralina", "Gwiezdny Pył"). Komiksy również mnie specjalnie nie zachwyciły, całkiem fajne marvelowskie 1602 i Przedwieczni, Hellraiser, momentami dobry Sygnał do Szumu i mocno średnia Czarna Orchidea ot i wszystko co znam i o ile przy części bawiłem się naprawdę nieźle to o żadnym efekcie "ŁAŁ" nie ma mowy. Kiedyś dawno temu czytałem jednego Sandmana, ale nie mam pojęcia który to był i tyle pamiętam, że mi się podobał. W każdym razie, nawet te hurra-optymistyczne forumowe opinie na temat tej serii jakoś specjalnie nie przekonywały mnie do zakupienia Sandmana, ale pojawił się ten powyższy w ramach egmontowskiej serii Mistrzowie Komiksu, której jestem stałym odbiorca więc chcąc nie chcąc i ten komiks kupiłem. I okazało się dobrze zrobiłem pozwalając w swoim lenistwie, aby ktoś inny za mnie dobierał lektury. Album to zbiór krótkich opowiadań z których każde przedstawia jeden epizod z życia jednego z rodzeństwa Nieskończonych. Standardowo w przypadku takich antologii poziom historyjek bywa różny, natomiast w tym przypadku zaskoczenie, mimo że ich wachlarz jest dosyć szeroki to podobały mi się właściwie wszystkie (może z wyjątkiem ostatniej o Losie, raczej takiej sobie), Każde z opowiadań ilustruje inny artysta a nazwiska to gracze z pierwszej ligi, na dodatek wyraźnie dobierani tak, aby swoim stylem oddać nastrój danej historii. Śmierć dostaje uwielbiany przez ze mnie P. Craig Russel, którego kreskówkowy sznyt doskonale oddaje klimat XVII (?) -wiecznej dekadenckiej zabawy, Pożądanie nie mogło przypaść nikomu innemu niż Milo Manarze, Sen dostał się nie znanemu mi Miquelanxo Prado, który przepięknie bardziej namalował niż narysował romantyczną kosmiczną baśń, Rozpacz trafiła do Storreya i McKeana (nie przepadam za nim, dla mnie jego twórczość to tak trochę "...jako miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący... " natomiast tutaj do spisanych jakby wspomnień różnych ludzi grafiki pasują wprost idealnie (ten fragment to nie jest komiks w typowym tego słowa znaczeniu), Maligna z którą wybierzemy się w głąb świata pogrążonej w katatonii dziewczyny trafiła do Billa Sienkiewicza, a Zniszczenie do niemal fotorealistycznego na tle pozostałych Glenna Fabryego. Ostatni Los, przypadnie Frankowi Quitely. Nic dodać, nic ująć od strony graficznej komiks to absolutna rewelacja. O autorze już od dosyć dawna miałem wyrobioną opinię, że to gość który pisze raczej efekciarsko niż ciekawie, te jego pomysły na fabuły w teorii oryginalne jakoś sprawiały na mnie wrażenie bardziej obliczonych na wywarcie wrażenia na czytelniku niż na wciągnięcie go do swojego świata. Momentami wyczuwałem tutaj podobne postępowanie, ale jakoś w o wiele mniejszym stopniu niż w gaimanowych powieściach, owszem jest to nieco gaimanowo pretensjolnalne, ale mieści się w granicach mojej tolerancji . Egmontowe wydanie przyzwoite, twarda okładka, dodatków niewiele, jeżeli miałbym się czegoś przyczepić to formatu, który jest standardem dla amerykańskiego komiksu. Naprawdę nie było jakiejś powiększonej edycji? Ci graficy i ten komiks zasługują na coś takiego. Tak czy inaczej po lekturze postanowiłem spróbować podstawowej serii i pierwszy tom Sandmana wyląduje w koszyku przy następnym egmontowym zamówieniu. Very good job mr. Gaiman. Ocena 8+/10



2. Zaskoczenie na plus:

   "Blankets" - Craig Thompson. Kolejny komiks po który sięgnąłem w zeszłym miesiącu a którego sława znacznie wyprzedza jego samego. No, ale jak wspomniałem już niewierny Tomasz ze mnie, nie zobaczę - nie uwierzę. Po krótce, autobiograficzna powieść autora skupiająca się na jego dzieciństwie i czasach młodzieńczych, w którym clou programu stanowią jego pierwsza miłość i kwestie wiary. Dosyć znamienne jest to, że Thompsona dosyć ciężko jest wogóle polubić, mi przynajmniej się to raczej nie udało. Mamy tu do czynienia z dziwakiem gnębionym przez szkolnych "kolegów", ale nie takiego w stylu amerykańskich filmów czyli za grubego, ubierającego się zbyt dziwnie czy słuchającego innej muzyki buntownika aby wpasować się w towarzystwo, tylko antypatycznego, zakompleksionego, chłopaka, który przeczytał biblię o jeden raz za dużo. Czy to wychowanie przez purytańską (?) rodzinę ma wpływ na jego drażniący charakter, czy może z natury jest on statycznym typem osobowości do rozsądzenia pozostaje czytelnikowi. W każdym razie w czasie corocznego pobytu na katolickim zimowisku, bohater poznaje swoją pierwszą miłość, dziewczynę będącą po części podobną do niego autsajderką z artystyczną duszą a po części w zupełnym przeciwieństwie, wyraźnie lubianą i popularną w środowisku młodzieżowej "kontrkultury". Historia znajomości tej dwójki będzie ciągnęła się praktycznie do końca tego jakby nie patrzeć obszernego komiksu. Od strony rysunkowej album (raczej wielka kniga) wygląda po prostu pięknie, czarno-białe rysunki wspaniale oddają klimaty zimowych stanów Wisconsin i Michigan (fani Fargo poczują się jak w domu), postaci są w stylu znanym z kreskówek mocno uproszczone a jednocześnie nie mamy absolutnie żadnego kłopotu w odczytaniu z ich twarzy emocji jakie nimi w danym momencie targają. Z czystej ludzkiej ciekawości, zerknąłem do internetu zobaczyć jak Craig i Raina wyglądają w rzeczywistości i ich komiksowe wersje faktycznie mogą kojarzyć się z tym co jest na zdjęciach. Aby za pomocą kilku kresek i kropek narysować podobiznę, która faktycznie będzie przypominać to co ma przedstawiać to trzeba mieć spory talent. Drobne zarzuty mam do tych ilustracji, które mają przedstawiać oniryczne skojarzenia autora, niektóre są rewelacyjne, ale niektóre przynajmniej dla mnie średnio udane, ale ta łyżka dziegciu absolutnie nie psuje smaku całej beczki miodu. Nie jest to komiks oryginalny w żaden sposób, większość tego co w nim przeczytamy, każdy z nas (no powiedzmy 99%) przeżyło na własnej skórze, ale to chyba właśnie w tym leży największa siła tej powieści.W którymś momencie zdajemy sobie sprawę, że nawet jeżeli nie polubiliśmy się z autorem to razem z nim cieszymy się i razem z nimi smucimy, czytamy tę historię która jest identyczna z milionem innych podobnych historii i zdajemy sobie sprawę, że po części czytamy o samym sobie. I sam siebie zresztą przyłapałem w czasie lektury, że włączają mi się wspomnienia podobnych sytuacji sięgające daleko w przeszłość i zapewne właśnie jako mentalny wehikuł czasu to miało działać. Dla mnie momentami ten komiks był wręcz zbyt intymny, czułem się niewygodnie jak jakiś podglądacz, Thompson to albo bardzo odważny człowiek albo obsceniczny ekshibicjonista. Ot taka to słodko-gorzka historia o rodzinie, wierze, o tym jak bardzo potrafimy się zmienić, o tym jak zwykła szara rzeczywistość potrafi zabijać nawet najwznioślejsze uczucia i o tym jak to w fitzgeraldowskim stylu cały czas "kierujemy łodzie pod prąd", jeżeli poruszyła takiego cynika jak ja to i innym powinna się podobać. Wydanie przez Timofa porządne, czernie są czarne a biele są białe (tutaj jest bardzo ważne), troszeczkę szkoda że miękka oprawa i całość klejona, można by to chyba było zrobić bardziej solidnie, z drugiej strony może oddam to komuś w prezencie, ten komiks wydaje się wprost stworzony do tego celu. Tak się patrzę teraz w okno i po raz pierwszy od bardzo dawna zatęskniłem za śniegiem. Aha plus dla Rainy za gust muzyczny. Ocena 8+/10.


Drugie pozytywne zaskoczenie:


   "Będziesz smażyć się w piekle" - Krzysztof Owedyk. Owedyk vel Prosiak, kolejna postać podobno wielce zasłużona dla polskiej sceny komiksowej. Podobno bo polska scena jest mi nie bardzo znajoma, pamiętam że czytałem któregoś "Prosiacka" a także któreś "AQQ", ale żebym miał powiedzieć że wiele pamiętam to bym skłamał. W każdym razie ten 300-stronicowy komiks opowiada nam historię utalentowanego gitarzysty Tarantula, który właśnie został przyjęty do metalowej kapeli Deathstar, której to jest jednym z największych fanów. Tarantulowi wydaje się, że złapał właśnie Pana Boga za nogi, jego nowy zespół to megagwiazdy światowej sceny muzyki ciężkiej, także bohaterowi natychmiast przychodzą na myśl oczywiste w tej sytuacji status króla gitary, wielka forsa z którą u niego bardzo krucho i mnóstwo panienek (to akurat nie, Tarantul to kochający mąż i ojciec). Niestety rzeczywistość dosyć szybko leczy go ze złudzeń. Deathstar to nie jest kapela metalowa, ale bardziej doskonale zorganizowane i zarabiające przedsiębiorstwo, tyle że te przedsiębiorstwo należy tylko i wyłącznie do jednego człowieka, wokalisty Lorda Solo. Solo to z jednej strony człowiek niewątpliwie obdarzony swego rodzaju muzycznym geniuszem, ale jednocześnie jako w/w człowiek to bardzo marna postać. W każdym razie zamiast spodziewanych pieniędzy Tarantul przekonuje się nagle, że tak naprawdę dokłada tylko do biznesu, zespół jest zespołem tylko na papierze a wszystko i wszystkich wokół kontroluje wszechmocny coraz bardziej tracący kontakt z rzeczywistością Lord Solo korzystając z pomocy swojego cynicznego menedżera Satanisława, gdy tymczasem w myśl przysłowia "nieszczęścia chodzą dziesiątkami" wokół Tarantula i jego rodziny coraz bardziej zaciska się pętla pecha. Graficznie komiks prezentuje się bardzo przyjemnie, prosta w stylu kreskówek natychmiast wpadająca w oko, mi się całość momentami kojarzyła z Harley Story narysowanym przez Parzydłę, wielki plus za "dyskografię" Deathstar, te okładki i tytuły płyt brzmią i wyglądają jakby wypadły z generatora nazw dla małego deathmetalowaca. W rysunki niemalże napewno wpleciono mnóstwo żartów i odniesień, nawet mi się udało kilka wyłapać a klimatów za bardzo nie znam, jak ktoś orientuje się w temacie pewnie miał o wiele więcej radochy z przeglądania rysunków. Wielkim plusem, napewno jest nakreślenie bohaterów, te postacie są po prostu jak żywe, czy to jest sam Tarantul czy jego żona Daga, córka Gabi, czy gitarzysta Deathstar melancholijny anemik Bogey, czy wiecznie wkurzony karypel mówiący wyłącznie w śląskiej gwarze perkusista Dworf, czy demoniczny Lord Solo, czy nawet postacie z trzeciego planu, mamy wrażenie że to czujące, autonomiczne istoty z własnymi marzeniami i planami, robi to wrażenie. Jedynym konkretnym zarzutem, jest to że komiks jest jakby minimalnie zbyt długi, w pewnym momencie autor się na moment zaciął a ja poczułem się już odrobinę znużony. bo fabuła zaczęła wyraźnie kręcić się w kółko. Na szczęście Prosiakowi udało się w końcu podjechać pod tą górę i dalej wszystko poszło błyskawicznie aż do samego końca. Jasne można się jeszcze czepić, że komiks nie jest do końca realistyczny, że Lord jest dwuwymiarowo zły do bólu a ilość nieszczęść spadających na bohaterów wystarczyłaby na 100 lat. Ale też i raczej nie celem tego komiksu miał być stuprocentowy realizm, mamy komedio-dramat w nieco przerysowany sposób ukazujący warunki życia młodych niezamożnych małżeństw, drobną filozoficzną dysputę z czytelnikiem na temat "gdzie leży granica spełniania własnych marzeń", a także drobne podglądnięcie za kulisy sceny metalowej. Wydanie przez Kulturę Gniewu, przyzwoite miękka klejona okładka, dobrej jakości papier, dodatków jakikchkolwiek z wyjątkiem "dyskografii" brak, ale raz że nie są tu potrzebne, dwa pozwala to na zachowanie rewelacyjnie niskiej ceny. Poważnie te około 30 złotych za ten komiks jak za darmo, z wyjątkiem dwóch Kilkenny's i małej coli ostatnio na urlopie nie przypominam sobie kiedy ostatnio wydałem tak dobrze taką sumę. Tak wogóle Deathstar i Lord Solo, to jakieś przytyk do Vadera? Ktoś się orientuje w temacie? Podsumowując, bawiłem się doskonale a zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę, że historia ma szczęśliwe zakończenie, nie to że bym nie lubił ponurych "realistycznych" zakończeń, ale miałem ostatnio ochotę na coś o pozytywnym wydźwięku i takie coś dostałem. Ot komiks "ku pokrzepieniu" serc. Ocena 8/10.



3. Najgorszy przeczytany:

   "Wiedźmin - Córka Płomienia" - Aleksandra Motyka, Marianna Strychowska. Czwarty tom komiksowej wersji przygód naszego eksportowego zabójcy potworów opartej na grze CDP, wydany przez Dark Horse, na dodatek autorkami tym razem są dwie nasze rodaczki. Pierwsze trzy tomy nie były może jakoś szczególnie genialne, ale czytało się je dobrze i nienajgorzej oddawały klimat wiedźminskiego uniwersum. Niestety tom czwarty jest zdecydowanie najgorszym z teraz już tetralogii. Komiks, gdyby nie pierwsza kartka, która właściwie nie wiadomo jaką funkcję pełni (prawdopodobnie ma zwiększać ich ilość) przygoda zaczęła by się w najklasyczniejszy dla wszelakich powieści fantasy i gier typu RPG sposób, a mianowicie Geralt dostaje w karczmie zadanie do wykonania. Zlecającym jest jego stary przyjaciel, który ma problem z swoją piękną córką, coś lub ktoś nocami zakrada się do absolutnie niedostępnej wieży w której ona przebywa i wysysa z niej witalne siły. Rozwiązanie było oczywiste a mimo to kompletnie na nie wpadłem (musiałem mieć słabszy dzień), żaden to wąpierz, mamun, nietopyrz czy nawet inny wiedźmak chutliwy a Jaskier, który przypadkiem wszedł w posiadanie latającego kufra. Z powodu niewyparzonego jaskrowego jęzora, kufer zabierze obydwu do swojego poprzedniego właściciela. Poprzednim właścicielem okaże się ofirska czarodziejka zresztą znajoma Yennefer, a Geralt z Jaskrem wpadną w wir pałacowych intryg w których znajdzie się miejsce dla dżinów, eunuchów, ghuli, zabójców, szachów tudzież wezyrów i innego barachła zgodnego z konwencją arabskiej baśni, a na arabskich krajach jest tutaj Ofir wzorowany. Rysunki pani (lub panny) Marianny, są mocno średnie że się tak wyrażę. Raczej nie można ich uznać za nieudane, ale to co widziałem w tym Wiedźminie można obejrzeć w co drugim marvelowym komiksie skierowanym do młodszego czytelnika, brak w nich jakiegokolwiek pazura czy oryginalności, na dodatek ten styl  nie pasuje do (moich wyobrażeń) o wiedźmińskiej opowieści. Kojarzy mi się prędzej z Kaczorem Donaldem, zdecydowanie bardziej mi podeszła ta bazgranina Joe Queiro. Tak naprawdę problemy tego komiksu są dwa, jeżeli nie liczyć grafiki. Raz jest on po prostu zbyt krótki, intryga nie jest specjalnie skomplikowana, ale zdecydowanie przydałoby się jej sporo więcej "podbudowy", akcja jest wyraźnie szarpana a autorka wiedząc, że główny wątek nie jest nadmiernie rozbudowany próbuje jeszcze wcisnąć wątki poboczne i wyraźnie ma problem z narzuconą z góry objętością historii. Drugim, że ten komiks nie bardzo chyba wie, czym sam miałby być czy horrorowatą opowieścią z pałacowymi intrygami rodem z "Baśni 1000 i 1 nocy" czy luźną historyjką z humorem (w większości takim sobie). Na plusik, napewno występ znanego i kochanego trubadura. Wydanie, standardowe dla Egmontu, twarda oprawa, zwykły "amerykański" format, dodatków z wyjątkiem jednej okładki (specyficznej) brak. Sam komiks czyta się szybciutko niestety, objętość niewielka, tekstu niewiele a podziwiać rysunków też nie bardzo jest co. Podsumowując, tomik słabszy niż jego poprzednicy, mam nadzieję że Dark Horse wymieni ekipę pracującą nad kolejnym storyarkiem a przede wszystkim ściągnie z niej presję objętości i czasu który będzie miała na przygotowanie. No i co dziwne, wcześniejsi zagraniczni autorzy, jakby trochę lepiej wyczuli klimat oryginalnego "Wiedźmina" Sapkowskiego, co trochę słabo świadczy o naszych artystkach. Jak ktoś fan Wiedźmina (jako i ja) to i tak kupi, jak ktoś nie zna a chciałby spróbować to raczej odradzam. Ocena 4+/10.



4.   Zaskoczenie na minus:

   "Briggs Land" - obydwa tomy, Brian Wood, Mack Chater i inni. Miałem mocno mieszane uczucia, czy umieścić ten tom w tym podpunkcie, jednocześnie i mi się podobał i nie, no ale coś musiało tu wylądować, więc niech będzie. Mocno ucieszyłem się po zapowiedzi przez Egmont zamiaru wydania Briggs Land tuż po wydaniu Skalpu. Nie dość, że sam Skalp uwielbiam to jeszcze kocham ogólnie klimaty fabuł dziejących się na amerkańskich zadupiach. Oczekiwanie wzmagały jeszcze opinie jednego czy dwóch forumowiczów, oraz z reguły bardzo dobre oceny na zagranicznych portalach. Entuzjazm mój opadł, kiedy dowiedziałem się, że w komiksie będziemy mieli grupę białych ekstremistów-rasistów i silną kobiecą postać, która ma zamiar zaprowadzić wszędzie wolność-równość-braterstwo (bleeeee pomyślałem, po raz milion osiemset setny, zaraz chyba puszczę pawia). W sporym skrócie tytułowa Kraina Brigssów to spory kawałek ziemi leżący w stanie Nowy Jork, na którym wybudowano miasteczko w którym pragnący tego Amerykanie mieli poczuć ponownie całkowitą wolność przynależną ich przodkom i wyzwolić się spod rządów korpo-kracji. Tak było w zamysłach, w rzeczywistości to miejsce to zapadła dziura upstrzona fabrykami meta-amfetaminy rządzona przez białych potatuowanych w swastyki, głosujących na Trumpa yokels tłukących swoje żony i każący im chodzić bez butów (bo coś tam - wiadomo niczego dobrego po wsioku-naziolu spodziewać się nie można, terroryzowanie rodziny to max na co go stać). Ten stan rzeczy właśnie się kończy, w więzieniu po 20 latach głowa rodziny Jim Briggs skazany na dożywocie posiadacz najbardziej kozacko wytatuowanych swastyk postanawia się ni stąd ni zowąd wyspowiadać przed prokuratorem (dlaczego akurat teraz?) a ceną jego uwolnienia ma być ziemia rodziny, która od dawna jest solą w oku rządu. Jego żona Grace przejmuje wobec tego całkowitą władzę w swoje ręce, rozpoczynając prywatny przewrót mający uczynić z tego terytorium coś czym miało być na początku, a do pomocy przekona swoich trzech synów wcale nie tak mocno zainteresowanych akurat pomocą swojej kochanej mamusi. Mack Chater odpowiadający w głównej mierze radzi sobie naprawdę przyzwoicie, jego kreska dosyć mocno nawiązuje do wyglądu Skalpu czy komiksów będących wynikiem kolaboracji Brubaker/Phillips czyli tak jednocześnie realistyczny i nieco niechlujny styl rysowania doskonale pasujący do nastroju podobnych dramatyczno-sensacyjnych komiksów. Na wielki plus napewno to, że praktycznie nie uświadczymy tutaj kadrów w których jeden kolor służy za tło, Chater rysuje tła wystarczająco bogate w szczegóły, mając świadomość, że w tym przypadku nie tylko bohaterowie, ale i scenografia budują opowieść. Drażni w tym komiksie dosyć spora ilość niekonsekwencji, niby rodzina Briggsów zarabia miliardy dolarów na prawach do odwiertów, ale ogólnie wszyscy wyglądają jakby byli bez grosza przy duszy. W jednej chwili kupują za milion centrum handlowe a 5 stron dalej po zapłaceniu 30-tysięcznej łapówki mają problemy z "płynnością finansową". Grace kręci się po terenie "rezerwatu" i wygląda jakby była zszokowana poziomem życia, mimo że przez ostatnich 20 lat nie wystawiła stamtąd nosa na zewnątrz, jest takich nieścisłości dużo i wybija to momentami z rytmu. Owszem komiks jest (czasami dosyć mocno) lewoskrętny, znajdziemy tu chyba wszystkie stereotypy na temat ludzi popierających prawą stronę, łącznie z dobrymi sąsiadami noszącymi głęboko w ukryciu hasło "Bij Żyda", natomiast ma jedną niezaprzeczalną wadę, jest po prostu dobrze napisany. Wood bardzo zręcznie żongluje wszelkimi wątkami aby utrzymać czytelnika w napięciu. Akcja wciąga a bohaterowie mimo że raczej stereotypowi, to na tyle umiejętnie wykreowani że autentycznie przejmujemy się ich losami. Natomiast ciężko mi komukolwiek polecić ten komiks a to z powodu tego, że na rynku naszym obecne są dwa tomy i to właściwie wszystko co z tej serii wydano. A tak naprawdę w momencie w którym kończymy czytać, mamy wrażenie że nie jesteśmy nawet w połowie. Splatających się ze sobą wątków jest dużo, a postaci drugoplanowych, które wyraźnie czekają aby spełnić mniej lub bardziej ważną w historii rolę jest sporo. Z ciekawości sprawdziłem i zeszyty z tej serii wychodziły pod koniec 2017 roku, przeszukałem internet (chociaż nie bardzo wnikliwie szczerze mówiąc) i nie natrafiłem na żadne świeże informacje na temat jakiejkolwiek kontynuacji. Dosyć dziwne ze strony Egmontu, że wydał ten tytuł, oni raczej nie lubią wchodzić w aktualnie trwające historie i to na dodatek takie, które wyraźnie stanęły w miejscu, może to był jakiś dil powiązany z Northlanders i DMZ? Wydanie przypominające miękkookładkowe Marvel i DC, podobna objętość, podobny format, brak skrzydełek i dodatków z wyjątkiem okładek. Nie wiem, jak ktoś kocha klimaty obyczajowo-gangsterskie klimaty rodem z Rodziny Soprano, Synów Anarchii, sensację w stylu Banshee i szekspirowskich klimatów z podgrupy "kto komu wbije nóż w plecy?" to może spróbować bo to naprawdę niezły komiks, ale z racji tego że seria póki co jest martwa polecać go nikomu nie będę. Sam miałem się go pozbyć, ale póki co zostawiam na półce i poczekam jeszcze trochę. Ot z początku chyba myślałem, że to będzie trochę lepsze. Ocena 6+/10.



5. Suplement

Doczytać można:

"Relax tom 3" - chyba ostatni i najsłabszy z całej trójki. Spora dawka socrealizmu spod znaku Wróblewskiego łącznie z biografią czerwonego szpiona Sorgego. Rewelacyjne quasi-erotyczne dowcipy Christy, jak zwykle wielki Rosiński, idiotyczna fabularnie, ale intrygująca wizualnie Bionik Jaga, fajne młodzieżowe "Niezwykłe Wakacje" i ciekawie wyglądający historyczne komiks Kobylińskiego. Brawa dla Egmontu, że to wydał, może by tak "Pilota Śmigłowca" lub "Tajemnicę Złotej Maczety"? 6+/10


"Doman" - Prawdziwa klasyka, czyli "Conan po polsku". Momentami bardzo dobrze, momentami niedorzecznie, ale za to pokazuje bardzo rzadko eksploatowany motyw przedchrześcijańskiej Polski. Na dodatek świetnie wydany. To nie tylko dobry komiks, ale i śliczny przedmiot. 7/10


"Wehikuł Czasu i inne opowieści" Andzejewskiego. Naprawdę ciekawy pod względem graficznym a i czyta się nie najgorzej. Szkoda, że galeria pod koniec nie jest obszerniejsza 7/10

"Morze po kolana" -  Podolec, Kołodziejczyk. Mocno depresyjny i dosyć dobrze oddający klimat nadmorskich miejscowości poza sezonem. Sporo anegdotek z życia wziętych. Jednak z wyjątkiem Śledzińskiego istnieją ludzie którzy potrafią napisać porządny komiks w Polsce po Rosińskim, Chriście, Polchu etc. 7/10.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: bibliotekarz w So, 05 Październik 2019, 15:16:59
Wrzesień upłynął na odrabianiu zaległości z tematyki słowiańskiej i WKKDC.

Najlepszy komiks: Batman - Zagłada Gotham.
Nie spodziewałem się czegoś nadzwyczajnego skoro Mignola powierzył swoją robotę komuś innemu. Może historia nie do końca mu się spodobała jeśli nie chciał jej sam narysować? Okazuje się jednak, że ten komiks to nie są wcale resztki z pańskiego stołu. Mamy do czynienia z elseworldem osadzonym w drugiej ćwierci XX wieku, gdzie Bruce Wayne jest podróżnikiem, który przywozi do Gotham tajemnicę odkrytą w lodach Arktyki. Autorzy łączą i przetwarzają wątki i postacie ze znanych komiksów o Batmanie oraz z książek HP Lovecrafta. Ich pomysły są ciekawe, umiejętnie podkręcają nastrój mitologii Cthulhu, potrafią w niebanalny sposób wykorzystać znane postacie w nowych realiach, a wszystko ostatecznie układa się w przemyślaną i wciągającą czytelnika opowieść. Rysunki też wcale nie okazują się jakąś tanią podróbą Mignoli. Jeśli ktoś lubi i Batmana i Cthulhu - must have.

Drugie miejsce na podium: Kajko i Kokosz - Na wczasach (Janusz Christa)
Wrażenia z powrotu po latach do serii KiK. Większość przeczytałem dawno temu a teraz je sobie odświeżyłem i dokupiłem brakujące. Dużo tego i wrażenie robi to, jak długo Christa potrafił ciągnąć serię zachowując wysoki poziom. Ostatecznie do najlepszych tomów wypada mi chyba zaliczyć historię, którą znam od dawien dawna, czyli "Na wczasach". Znakomite rysunki i poczucie humoru. Do tego tym razem autor oprowadza nas po świecie, w którym żyją tytułowi bohaterowie. Tak więc odwiedzamy połabskie bóstwa i poznajemy pogańskie obrzędy ku ich czci czy też poznajemy Wolin i zamieszkujących go wikingów. Ten komiks nic się nie starzeje.

Najgorszy komiks: Woje Mieszka (Zygmunt Similak)
Realia historyczne czasów Mieszka I Similak zna chyba tylko i wyłącznie z innych komiksów. Przy tym zupełnie bezrefleksyjnie powtarza popkulturowe klisze, czego najlepszym przykładem są ogromne rogi na hełmie każdego wikinga. Scenariusz nie tylko mocno pretekstowy, ale również zuchwale rżnący od innych np. z serii Doman. Rysunki na poziomie nastolatka. Brak koloru też jest nie pełniącym jakiś cel zabiegiem artystycznym. Nie czytać, nie kupować.

Zaskoczenie na plus: Leśne Licho (Adam Święcki), Przebudzone legendy, akt V
Poznałem kilka tomów serii Święckiego (Dziewanna, Szeptucha, Oczy dla kruka). Podąża niestrudzenie swą autorską drogą, którą wyznaczają głównie inspiracje legendami wtłaczane w mroczną i ponurą atmosferę podkreślaną plamami czerni wypełniającej kadry. Ogólnie poziom opowieści bywa różny, ale oscyluje wokół średniodobrego. Dlatego sięgając po "Leśne Licho" nie spodziewałem się czegoś nadzwyczajnego. Tymczasem Święcki jakby niespodziewanie dojrzał i stał się Artystą przez duże "A". Jego rysunki nie są już tylko dobre - one tutaj stają się dopracowane, wysmakowane, pełne pomysłowości i finezji (pomimo iż wciąż pozostają czarno-białe). Scenariusz też nie jest jedynie realizacją pojedynczego pomysłu - on meandruje, przeplata wątki, bawi się postaciami uwypuklając ich charaktery. I do samego końca nie wiemy jak to się skończy. Wisienką na torcie jest również lepsza jakość wydania - większy format i śliski papier.

Zaskoczenie na minus: Konungahela 1136. Słowiańska wyprawa (Igor D. Górewicz, Bartłomiej Baranowski)
Wejście w komiks wydawnictwa Triglav nie było zbyt udane (jeśli ktoś zna serię Mikoszka, ten wie o co chodzi). Niemniej wydaje ono sporo wartościowych książek, dlatego kiedy na okładce ich najnowszego komiksu ujrzałem nieznane nazwisko rysownika znów dałem im szansę. Scenariusz to streszczenie pewnej sagi opisującej najazd pomorskich wojowników na skandynawski gród. To wrażenie streszczania jakiejś książki trwa niestety do samego końca, bo nie mamy tutaj zarysowanej jakiejkolwiek postaci, której losy byśmy śledzili z uwagą, trzymali jej stronę, wczuwali się w jej położenie. Poznajemy poszczególne etapy jakiejś wyprawy i tyle. Jedna z postaci ma twarz Górewicza, co niestety trąci już o jakiś niezdrowy narcyzm, bo w jego wydawnictwie niemal każda książka z ilustracjami musi jego twarz wykorzystywać. Mam wrażenie, że tym razem pozostałe postacie mają też fizjonomie zapożyczone od krewnych i znajomych Górewicza. Byłby to smaczek, gdybyśmy obcowali z jakimś znakomitym dziełem, ale w czymś tak mdłym i niedopracowanym budzi jedynie niesmak. Rysunki tragiczne, niczym jakieś szkolne wprawki i to jeszcze robione na szybko.

Cykl rozwojowy i dobrze rokujący: Lux in tenebris (Sławomir Zajączkowski, Hubert Czajkowski)
Na razie otrzymaliśmy trzy tomy (Romowe, Wilcza gontyna i Jellinge), w których widać rozwój i ciekawe rozwiązania. W pierwszym tomie rysunki były niezłe stylistycznie, ale niedopracowane. Scenariusz raził miejscami pretekstowością np. dosyć topornie gloryfikując chrześcijaństwo. Niemniej twórczość ewoluuje. W kolejnych tomach autorzy jakby bardziej skupili się na swym dziele. Kiedy rysownik skupił się na niektórych kadrach okazują się one po prostu piękne i przykuwają oko na dłużej (szczególnie w Jellinge). Scenarzysta też jakby bardziej świadomy materii, w której tworzy pokazuje sytuacje mniej jednoznaczne i bawi się opowiadaniem z różnych perspektyw. Jeśli nie spoczną na laurach to czwarty tom może się okaże jakąś małą perełką.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w So, 05 Październik 2019, 18:07:32
Ja byłem raczej zawiedziony Zagładą Gotham. Uwielbiam Batmana, uwielbiam Lovecrafta i myślałem że będę uwielbiać ich wypadkową, a to ot porządny komiks i tyle. Teraz już nie pamiętam wogóle o co tam chodziło. Lux Tenebris mam gdzieś na mocno rezerwowej liście do sprawdzenia, może kiedyś się w końcu zdecyduję.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Death w So, 05 Październik 2019, 18:26:13
Zagłada Gotham to przyjemny średniaczek. A Lux in Tenebris w swojej najlepszego odsłonie czyli Wilczej Gontynie dorównuje najlepszy tomom Bois-Maury. Ode mnie 10 na 10. Jestem fanem.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w So, 05 Październik 2019, 18:52:48
No to wychodzi na to, że prędzej czy później po ten tytuł w końcu sięgnę. W sam raz będzie na następny wrzesień.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: bibliotekarz w So, 05 Październik 2019, 22:38:52
We wrześniu nie trafiło mi się nic, co uznałbym za rewelacyjne, ale jednak "Zagłada Gotham" wypada powyżej średniej, głównie ze względu scenariusz dostarczający mnóstwa lovecraftowskich smaczków w nazewnictwie, rekwizytach, rozwiązaniach fabularnych, które jednak nie przesłaniają samej opowieści a znakomicie się z nią komponują (i również z mitologią Batmana).
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Wt, 22 Październik 2019, 04:31:52
Słuszne słowa. To jest elseworld , co się zowie- może nie fajerwerki wstrząsające światem, ale porządna lektura, w której i scenarzysta, i rysownik mogą się wykazać.


Aha, bibliotekarzu- współczuję kontaktu z twórczością Similaka. Z tego co piszesz wnioskuję, że tomik jest na podobnym poziomie, co pozostałe :D
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pt, 22 Listopad 2019, 13:56:09
  Nieco spóźnione podsumowanie października. W tym miesiącu odpuszczę sobie podpunkt najlepszy, bo przeczytałem kilka komisów na tym samym poziomie i ciężko mi wybrać jeden spośród nich, na dodatek właściwie wszystkie z nich są pewnego rodzaju zaskoczeniem. UWAGA!!! Standardowo mogą pojawić się pewne spoilery.


2. Zaskoczenie na plus:

   "Ogar i inne opowiadania" , "Kolor z innego Wszechświata" - Tanabe Gou. Dosyć często się tu powtarzam, ale o tym to nie pamiętam czy wspominałem. Nie cierpię mangi. Drażnią mnie te klimaty, nie lubię tych wielkich oczu a najbardziej wku...rza mnie to przewracanie stron od tyłu. Co dosyć ciekawe bardzo lubię japońską animację, ale komiksów wprost nie trawię. Z racji jednak tego, że wielkim fanem H.P. jestem a i cena raczej zachęcająca, postanowiłem wypróbować zjapońszczoną wersję opowiadań ojca nowożytnego horroru. No i muszę przyznać, że autor wyszedł z tej próby obronną ręką, a zadanie miał przecież niełatwe. Proza Lovecrafta pozbawiona jest dialogów, więc Tanabe musiał napisać swoje własne, nie nadużywa ich specjalnie za co mu chwała i umieszcza je tylko tam gdzie to naprawdę konieczne a ciężar przekazania rozwlekłych opisów Samotnika z Providence przekładając na rysunki. I właśnie rysunki są tutaj clou programu a te absolutnie nie zawodzą. Dosyć typowa zdaje się dla mangi maniera rysowania obłędnie szczegółowych teł przydaje się tutaj niezwykle. Projekty stworów, opuszczonych budowli czy prastarych przerażających artefaktów są wprost przepyszne i jakby żywcem przeniesione z wnętrza koszmarów. Należy też dodać że styl rysunków nie jest jednorodny w takiej "Świątyni" postacie są dosyć realistyczne, gdybym nie znał nazwiska autora mógłbym przypuszczać, że komiks powstał w Europie co najwyżej lekko się stylizując na komiks z Japonii, w innych rysunki są nieco bardziej stereotypowe. Jedyne co mnie drażniło, to fakt iż podług wyobrażeń rysownika 9/10 mieszkańców krajów Zachodu ma jasne oczy i rysuje on umieszczając małe czarne kółka w białych obwódkach co wygląda niespecjalnie, poza tym jest naprawdę fajnie. Jakości wydania oceniać nie będę, bo nie znam standardów gatunku, jak na moje amatorskie oko jest wszystko w porządku. Podsumowując naprawdę przyzwoita adaptacja opowiadań Mistrza, Tanabe Gou na szczęście nie starał się wymyślać koło na nowo i w miarę możliwości wiernie przełożył na język komiksu, język lovecraftowskiej prozy. Mangowej wersji "W Górach Szaleństwa" kupować już raczej nie będę, raz że nie jestem wielkim fanem tej powieści, dwa są to dwa tomy w cenie 60 złotych za sztukę a więc już całkiem sporo, ale "Nawiedziciel Mroku" wylądował w koszyku zamówień z Gildii. Także skoro antyfanowi mangi takiemu jak ja się podobało to i każdemu innemu też powinno, a dla fanów Lovecrafta to "musiszmieć". Jest dobrze jest mrocznie, jest ponuro i jest straszno więc czego chcieć więcej? Aha strony trzeba przewracać kur...de "od tyłu". Ocena 7/10.


Drugie pozytywne zaskoczenie:

  "Doom Patrol" - Grant Morrison, John Nyberg, Richard Case i inni. Największa zagadka wśród lektur z zeszłego miesiąca, jak już wspominałem największym fanem szkockiego autora to ja nie jestem, raczej wręcz przeciwnie. Owszem cenię kilka jego komiksów, ale sporo wśród reszty twórczości uznałem za średnio nadające się do czytania. Obawiałem się tego tytułu wysłuchując i wyczytując w internecie opinie o jego odjechaniu i absurdalności, a znając możliwości Morrisona. Niepotrzebnie się zamartwiałem ten komiks na pewnym poziomie oczywiście jest o wiele bardziej przystępny i ma o wiele więcej (zwichrowanego) sensu niż niektóre z tytułów Granta, które mi nie podeszły. Nie wiem, być może na łatwość wczucia się w klimat komiksu wpłynęło obejrzenie wcześniej rewelacyjnego serialu, skład drużyny jest prawie identyczny jak ten z ekranu tv czy ten który pojawił się przelotnie w dwóch czy trzech numerach WKKDC, brakuje Elasti-Girl w zamian za to (bardziej w roli rezerwowego) jest Joshua Clay. Zaznaczyć w tym miejscu trzeba, że postacie te nieco się różnią charakterem od tych serialowych a i w samym komiksie inaczej rozłożono ciężar pomiędzy komedią a dramatem, ale telewizyjna produkcja dosyć dobrze przygotowała mnie do tego co w komiksie zobaczę. A zobaczyć można bardzo dużo, Morrison strzela swoimi dziwacznymi pomysłami z prędkością karabinu maszynowego. Naszej grupie (bardziej chyba rodzinie) dziwolągów przyjdzie się zmierzyć z koncepcją pozawymiarowego wyimaginowanego miasta, obrazem który zjadł Paryż, piątym Jeźdźcem Apokalipsy, wykoślawioną wersją Bractwa Złych Mutantów - Bractwem Dada, Kubą Rozpruwaczem obdarzonym boskimi mocami i tym podobnym (lub wcale nie) zagrożeniom. Wszędzie gdzie w świecie DC kończy się sens, laserowy wzrok Supermana staje się bezużyteczny a intelekt Batmana zbyt logiczny tam wkroczyć musi Doom Patrol. Obydwaj rysownicy doskonale nadążają za pomysłami scenarzysty wszelkie projekty postaci, kostiumów czy scenerii są odpowiednio surrealistyczne, jedyny drobny minusik to taki, że sama kreska jest fajna ale dosyć typowa dla amerykańskiego komiksu z lat 90-tych, sporo okładek cudownie namalował tutaj Simon Bisley, to byłby dopiero czad jakby same komiksy tak wyglądały. Jak wspomniałem wyżej bałem się nieco, że będę musiał się wkurzać jak przy lekturze Ziemi 2 czy Człowieka ze Stali, że czytam stos nawiązań do jakichś komiksów sprzed 50 lat, które nie składają się w jakąkolwiek sensowną historię. Autor wbrew pozorom dosyć mocno trzyma się stalowej logiki (bardziej może jednak logiki snu) balansując między klasyczną opowieścią superbohaterską, surrealistycznym koszmarem a absurdalnym humorem w ten sposób, że ja jako czytelnik bardziej się zastanawiałem co jeszcze dziwnego przydarzy się naszym nieszczęśnikom niż nad tym o co tu wogóle chodzi. Owszem można zarzucić Morrisonowi pewną dozę efekciarstwa tudzież szpanerstwa, ale to jest tak fajne, ze bez problemu wybaczam. Na dodatek Szkot pozazdrościł tutaj nieco Alanowi Moore, ilość symboliki, alegorii, wykorzystanych motywów czy zwykłych nawiązań (sporo w dziedzinie sztuki) jest wprost przerażająca, a ile z tego nie zauważyłem to wolę się nad tym nawet nie zastanawiać. Jak kto lubi takie zagadki a na dodatek ma bardzo duże przygotowanie merytoryczne napewno będzie kontent. Wydanie przez Egmont takie jak każde inne ichnie Vertigo czyli dużo, tanio i dobrze, teksty są raczej nieco bardziej skomplikowane niż w przeciętnym X-men czy Green Lantern a nie miałem z ich zrozumieniem żadnego problemu, więc pan Drewnowski jako tłumacz sprawił się na moje oko bardzo dzielnie. Przyznaję bez bicia, dla mnie ten komiks jest fajniejszy niż Azyl Arkham i leży o lata świetlne od reszty tego co Granta Morrisona dotychczas czytałem, drugi tom natychmiast wylądował w koszyku. Ocena 8+/10.


Trzecie zaskoczenie:

   "Kruk" - James O'Barr. Kolejny komiks co do którego nie byłem przekonany. Z jednej strony zawsze lubiłem filmową wersję tego komiksu z drugiej aż tak strasznie zachwycony jak koło fanatycznych fanów produkcji Proyasa nie byłem. Na dodatek obawiałem się pewnej formy emocjonalnego szantażu, już dawno temu gdzieś w tv przed projekcją słyszałem historię o nieżyjącej dziewczynie autora oryginału i traumie przy jakiej pisał on ten komiks i jakoś tak podświadomie przyjąłem, że została ona zgwałcona i zabita (w tym momencie przez chwilę wcisnął mi się zwrot "na szczęście", na szczęście jednak przyszło mi do głowy jak bardzo byłoby to nie na miejscu), okazało się jednak iż nie spotkał jej taki właśnie los, tylko zginęła w wypadku. Na lekturę nie wpłynęła też za bardzo świadomość śmierci Brandona Lee na planie, także mogę ocenić ten komiks jako zupełnie autonomiczne dzieło. Tak czy inaczej, historia idzie dwoma torami z jednej strony mamy historię wielkiej miłości Erica Dravena i kobiety jego życia Shelley, którą poznajemy na podstawie jego wspomnień i wizji, z drugiej historię krwawej zemsty zza grobu dokonywanej przez Erica na gangu ulicznych śmieci, którzy rok wcześniej zabili wcześniej wymienioną parę. Część tycząca się zemsty wielu czytelnikom zwłaszcza takim lubiącym filmy z Charlsem Bronsonem czy Clintem Eastwoodem  przypadnie do gustu, jest mrocznie brutalnie i krwawo. Syf i brud ulic w dzielnicach biedoty ukazany niezwykle realistycznie a syf i brud na duszach ich mieszkańców jest chyba jeszcze bardziej wstrząsający (tekst o piekle podczas rozmowy Erica z dziewczynką, córką narkomanki jest genialny). Nie do końca mnie przekonały mnie do siebie segmenty romantyczne, owszem są momenty chwytające za serce, ale jako całość to chyba zbyt wyidealizowane jest, zbyt przesłodzone. Jednakże mimo moich wcześniejszych złożeń i zapewnień gdzieś z tyłu głowy cały czas siedziała mi historia dziewczyny Jamesa O'Barra i chyba dlatego podczas lektury nie byłem zbyt surowy. Nie da się także rozłączyć tych dwóch ciągów fabularnych z rysunkami. To wydanie tego komiksu jest jakoby wydaniem ostatecznym poprawianym kilkukrotnie przez autora, zmieniane lub wręcz dołożone są pojedyncze kadry i całe plansze, nie będę się bawił w zgadywanie w których fragmentach, zresztą widać różnice w stylu. Ogólnie rzecz biorąc sensacyjne elementy są rysowane w dosyć karykaturalnym stylu łączącym zinową drapieżność z niemalże mangową stylistyką w tonacji mocno kontrastujących czerni, a fragmenty romantyczne o wiele realistyczniejsze (momentami wpadające w zakres portretów) często szkicowane ołówkiem i zaznaczane delikatnymi szarościami. Owszem momentami wygląda to nieco nieporadnie, czasami widać, że z powodów braku warsztatu u autora, a czasami w pełni świadomej stylizacji, ale ja tę konwencję kupuję w całości. To jeden z najciekawszych graficznie albumów jaki widziałem w tym roku. Owszem mógłbym się jeszcze czepić gotyckiego nastroju całości (nie trawię tych klimatów), nieco idiotycznego wyglądu bohatera, okazjonalnie wtrącanych wierszy Artura Rimbaud i jakichś innych (może sto lat temu robiło to wrażenie) i jakiegoś takiego ogólnego przerostu formy nad treścią, ale robić tego nie będę bo komiks złożony do kupy ze wszystkimi swoimi plusami i minusami zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Niemniej pozytywne wrażenie, zrobiła jakość wydania przez Planetę Komiksów, twarda płócienna oprawa z obwolutą, tasiemka do zaznaczania stron, format nieco powiększony w stosunku do przeciętnego komiksu, nieco dodatkowych grafik a także kilka wstępów i posłowi (w których najczęściej dowiemy się, że należy słuchać Joy Divison i Bauhausu aby się odpowiednio wkręcić). Podsumowując kupiłem ten komiks raczej z myślą o późniejszej odsprzedaży, chciałem w założeniu zapoznać się ze swego rodzaju fenomenem popkulturowym, a i opinie na tym forum były różne, ale po lekturze postanowiłem go zatrzymać na półce. Naprawdę zaskakująco dobra lektura i szczerze mówiąc intensywniejsza i agresywniejsza niż filmowy odpowiednik. Ocena 8/10



3. Najgorszy przeczytany:

   "Wolfram" - Marcello Quintanilha. Usiłuję sobie przypomnieć dlaczego kupiłem ten komiks, chyba dlatego, że był tani, miał fajną okładkę i dosyć egzotyczne nazwisko autora. W każdym razie mamy tu do czynienia z komiksem brazylijskim na dodatek mocno słabym, aby zrozumieć dlaczego ten komiks jest tak zły muszę go właściwie całego streścić. Na początku obserwujemy jakiegoś czarnego grubasa popijającego drinki na plaży, dalej mamy dwóch facetów kłusujących na ryby za pomocą ładunków wybuchowych, dalej białego dziadka-emerytowanego sierżanta i czarnego młodzieńca z dredami którzy najwyraźniej są kolegami (?) aby na końcu poznać dziewczynę jadącą autobusem, która oznajmia swojej przyjaciółce że zamierza rozwieść się z mężem. Dziadek z chłopakiem biegną do pobliskiego fortu pod którym dwaj "rybacy" uprawiają swój proceder, pełniący służbę żołnierz stwierdza, że faceci rzucający bombami tuż pod wojskowymi koszarami to wogóle nie sprawa wojska tylko policji i on ogólnie ma to w dupie. Obydwaj wracają ponownie w kierunku plaży, gdzie młody stwierdza, że ta sprawa też go nie interesuje i tak zresztą nie mogą nic z tym zrobić. Wtedy stary wpada w szał, zaczyna go tłuc i mówi mu, że wie iż ten handluje narkotykami i go zabije jak on nic w tej sprawie nie zacznie działać. Młodemu pod wpływem stresu wpada do głowy koncept taki, że zna policjanta dla którego działa on w charakterze kapusia i jak zadzwoni to on z pewnością coś z tym zrobi. Policjantem okazuje się grubas popijający na początku drinki, w try miga odrywa on się od stolika i wykonuje kilkukilometrowy bieg plażą niczym w Miami Vice i zaczyna strzelać do dwóch facetów na łódce ci pod wpływem tych gróźb dopływają do plaży i atakują wręcz policjanta. Po dosyć długiej scenie walki, jeden z napastników zostaje postrzelony. W międzyczasie dowiadujemy się, że dziewczyna w autobusie jest żoną policjanta i zamierza go zostawić bo ten nieustannie ją zdradza. Pokonani napastnicy orientują się, że w czasie szamotaniny policyjny pistolet został uszkodzony i ponownie zaczynają się bić z grubasem (ten postrzelony też), przewaga zaczyna być po ich stronie, na plaży zbiera się tłum, który bezczynnie przypatruje się tej scenie. W tłumie stoją dziadek z chłopakiem, chłopak ucieka. W ostatniej chwili nadjeżdża kawaleria w postaci kolegów grubasa i aresztują dwóch zbirów, z tłumu wybiega dziewczyna z autobusu i ostatecznie przebacza po raz kolejny swojemu mężowi. Wieczorem chłopak, udaje się do knajpy do której uczęszcza dziadek. Zamierza się na nim zemścić podrzucając mu narkotyki i wskazując go policjantom jako dilera. Na miejsce przyjeżdża znany już grubas (wolnego nie dostał po wcześniejszej akcji) z kolegą, w międzyczasie chłopak przez przypadek dowiaduje się, że dziadek spotyka się z jego matką i dlatego był dla niego taki ostry (czytaj spuścił mu ostry wpier...) bo uważa, że to nie jest zły chłopak, ale potrzebuje on dyscypliny. Chłopak zdjęty wyrzutami sumienia oznajmia grubasowi, że jednak się pomylił i dilera tam nie ma, po czym dostaje ostre wciry. Koniec. Absurd, absurdem, absurd pogania. Historia jest idiotyczna i nonsensowna Quintanilha wyraźnie chciał napisać scenariusz rodem z 11:14 czy Amores Perros w którym losy wszystkich bohaterów są ze sobą powiązane i na koniec czytelnik/widz uchwyci całość zamysłu, tyle że mu to wyszło mniej więcej jak Jerzemu Skolimowskiemu w 11 minutach czyli wcale, losy bohaterów owszem, może i się splatają, pytanie tylko po co? O wiele cieplej mogę się wypowiedź o stronie graficznej tego komiksu. Owszem nie jest to jakoś szczególnie genialne dzieło, ale rysunki są naprawdę przyjemne, szczegółowe, realistyczne, ze świetnie oddaną dynamiką scen. Patrząc się na okładkę można tylko żałować, że nie kolorowe bo wtedy jeszcze lepiej by oddały klimat brazylijskich plaż i faweli, jakkolwiek pod tym względem naprawdę nie ma na co narzekać. Timof wydał to po taniości, miękka okładka, niewielki format, słabej jakości papier. We wnętrzu znajdziemy informację, że wydano ten komiks przy wsparciu brazylijskiego Ministerstwa Kultury, więc podejrzewam że to był jedyny sensowny powód dla którego ktoś chciałby to u nas wydrukować, dopłata z podmiotu zewnętrznego. Nie jest to najgorszy komiks jaki w życiu czytałem, jak mówiłem graficznie wygląda bardzo pozytywnie, na dodatek Quinthilhii udało się zarysować ciekawe ze względu na charakter i na dodatek sprawiające wrażenie żywych postaci, ale nie udało mu się to opakować w jakąkolwiek sensowną fabułę. Bohaterowie zachowują się absurdalnie a sytuacje w jakich są stawiani absurdalnie niewiarygodne. Nie jestem pewien co autor miał na myśli, zapewne pokazać, że nawet źli ludzie są w stanie zrobić coś dobrego, lub na odwrót w zależności czy dla czytelnika szklanka jest w połowie pusta czy pełna. Nie wiem, następnym razem niech sobie poszuka lepiej scenarzysty co będzie potrafił opakować jego przemyślenia w jakąkolwiek rozsądną fabułę. Ocena 3+/10.



4.   Zaskoczenie na minus:

   "Proces Jean Grey" - Brian Michael Bendis, Sara Pichelli. Crossover pomiędzy seriami All New X-men i Guardians of the Galaxy, nie czytałem ani jednej serii ani drugiej i zresztą nie zamierzam tego robić, ale raczej nie sprawia to tutaj problemu. Wystarczy wiedzieć, że Strażnicy Galaktyki to ci dobrzy co pilnują Galaktyki a All New X-men to oryginalni X-Men przeniesieni z przeszłości (powiedziałbym z chęcią, że recykling pomysłów zaczyna sięgać zenitu, ale dobrze wiem że bym się pomylił). Otóż patentem na którym jedzie ten komiks, jest to że Jean Grey zostanie oskarżona za zbrodnie, które popełniła jako Dark Phoenix. Na pierwszy rzut oka ma to sens, dopóki nie pomyślimy że ta Jean Grey została porwana z okresu początków swojej kariery i z samej racji podróży w czasie jest już zupełnie inną osobą (no chyba, że ktoś wpadnie na ten tani patent, że ich odeślą w dokładnie ten sam moment z którego zostali wyrwani z wyczyszczoną pamięcią, tyle że wtedy musieliby wymazać też pamięć wszystkim innym w teraźniejszości a w domu wytłumaczyć dlaczego się postarzeli w ciągu kilku chwil), zresztą przecież ta Jean Grey, która zamordowała całą planetę, już poniosła karę bo została zabita. Na ten genialny pomysł wpadł Gladiator, który najwyraźniej z funkcji imperialnego goryla awansował na króla Shi'ar, w sumie jakoś nie jestem zdziwiony facet dostał tyle razy w łeb, że musi mieć poważne dysfunkcje tego fragmentu i jego zawartości. Jak ktoś spodziewał się komiksowej wersji "12 gniewnych ludzi" to nie ma na co liczyć, sam proces praktycznie się nie odbywa bo zaraz dochodzi do bijatyki, zresztą trudno by tu było o jakieś przerzucanie się argumentami skoro strona oskarżająca nie ma nawet najmniej rozsądnego argumentu, Bendis jest tego świadomy, tak samo jak i wszystkie postaci występujące w tym komiksie z wyjątkiem biednego Gladiatora. Rysunki Pichelli są naprawdę przyjemne, ja specjalnie fanem takiego stylu nawiązującego do animacji i kojarzącego się raczej z młodszym czytelnikiem to nie jestem, ale trzeba przyznać że w tym wypadku całkiem nieźle pasują, jest kolorowo, jest dynamicznie do czasu do czasu dorysowuje coś Imonen, ale on ma dosyć podobną "stylówę" więc wszystko pasuje. Nie jest to jakiś zupełnie zły komiks jest sporo akcji, postacie nawiązują ze sobą przeróżne interakcje, jest trochę czerstwych żartów dla fanów a wszystko opakowane jest w całkiem fajne rysunki. Tyle, tylko że całość bardzo miałko wypada, zwłaszcza w świetle głównego motywu tego scenariusza. Nie wiem można było może wysłać po cichu jakąś grupę zabójców aby nie dopuścili już nigdy do przemiany Jean w Fenixa czy coś w tym stylu, miałoby to o wiele więcej sensu niż porywanie jej na oczach X-Men i Strażników a później stawianie jej absurdalnych zwłaszcza w świecie w którym co chwila ktoś przenosi się w czasie lub pomiędzy wymiarami zarzutów. Niewiele z całości zapamiętałem szczerze mówiąc, ot mam wrażenie, że marnuję trochę czas i zasoby na takie lektury 5+/10.



5. Suplement


Należałoby przeczytać:

"Sędzia Dredd Kompletne Akta tom 2" - "Rety Red...to wygląda jak piekło...wichry o prędkości 800 kilometrów na godzinę, potwory i zdziczali mutanci..." jeżeli ktoś ma wątpliwości po takim tekście na początku, że historia będzie pełna patologicznej przemocy to powinien skupić się na Kaczogrodzie. Całość to połączenie absurdalnych pomysłów rodem z Doom Patrol z brytyjskim anarcho-punkiem prosto ze stron Tank Girl, rysują głównie McMahon i Bolland, więc tu komentarzy nie trzeba. Dredd jeszcze jako chuderlak w zbyt dużym kasku i wcale nie tak surowy w swoich wyrokach, sporo dosyć czarnego humoru a wstęp Wagnera mówi smutną prawdę o czasach w jakich żyjemy. Wydanie Ongrysu, jak to u nich świetne ("Bóldożer"). Ocena 8/10.

"Chrononauci" -  Mark Millar, Sean Murphy. Tak rzadko spotykane w ostatnich latach podejście Millara do zagadnień kontinuum czasoprzestrzennego i paradoksów czasowych. że wręcz pachnące świeżością. Jak ktoś nie widział samurajów w czołgu szarżujących na rycerzy Króla Ryszarda to ma okazję. Praktyczny brak fabuły to okazja do przedstawienia nieustającego ciągu odjechanych przygód,  oraz gagów a to wszystko okraszone rewelacyjnymi rysunkami Murphyego. Jak ktoś ma ochotę na klimaty "Fantastycznych przygód Billa i Teda" doprawione sporą dawką brutalności to będzie zadowolony. Czysta, bezpretensjonalna rozrywka za niewielkie w sumie pieniądze. Brać, nie samym Beckettem człowiek żyje 8/10.


Można przeczytać:

"Axis - Carnage i Hobgoblin" - Jakiś tie-in do eventu Axis. Samego eventu nie czytałem, zresztą jak większości innych ale same założenia są dosyć jasne, z powodu zaklęcia Dr.Strange dobrzy i źli zamieniają się miejscami. Bohaterem pierwszej historii jest Carnage, który wygląda niewiarygodnie uroczo z tymi swoimi zębiskami i przyjaznym uśmiechem. Chłopina chciałby być dobrym superbohaterem, ale nie wie jak, bo i skąd? Trzeba mu przyznać jednak, że się stara, nawet kobiety bije tak aby im oczy z czaszek nie wypadły. Na swoją partnerkę wybiera telewizyjną dziennikarkę i nie jest to szczęśliwy wybór, na pewnym poziomie ona jest gorsza niż on oryginalnie. W drugiej części, pragmatyczny jak zawsze Roderick Kingsley dochodzi do wniosku, że skoro już musi być dobry to dlaczego nie zarobić by na tym jakichś pieniędzy? Po czym zaczyna rozwijać swoją własną markę pod nazwą "Hobgoblin". Fajne, z jajem i przyjemnie narysowane, dobrze, że w Marvelu potrafią jeszcze wykrzesać z siebie coś oryginalnego. 7/10.


Niekoniecznie trzeba czytać:

"Olimpia de Gouges" - José-Louis Bocquet,Catel. Łyk wielkiej historii z dosyć intymną biografią jednej z ikon feminizmu. Nie wydaje się, żeby podszedł mi bardziej niż "Kiki z Montparnasse" a i tamtym nie byłem zachwycony. Wadą może być to, że potrzebuje choćby pobieżnej orientacji w realiach oraz układach sił tamtych czasów. Wszystko co prawda jest wytłumaczone dosyć sensownie na końcu, ale jak zaczniemy od dodatków to nam zdradzi całą fabułę. No i nie należy tego brać zbyt dosłownie, widziałem kiedyś program o Marie Gouze, wcale nie taka z niej libertynka była jak ją tu malują. Następny komiks tej dwójki po prostu odpuszczam, jak już biorą się za biografie to niech to zrobią możlwie uczciwie a nie "łubudubu, łubudubu...", za to dobrze odwzorowane realia (chyba oczywiście, bo przecież tam nie byłem wtedy).  6+/10.

"Km/H" - Mark Millar, Duncan Fegredo. Grupka przyjaciół z biednej dzielnicy przez przypadek (nie do końca) dostaje w swoje ręce pigułki obdarzające nadludzką szybkością. Sam komiks jest naprawdę niezły, ale ktoś tu już na forum wspomniał, że Millar zaczyna swoje komiksy pisać po to aby tylko trafiły na ekran. I faktycznie ta historia wygląda jakby była ledwie szkicem, który czeka na zdolnego scenarzystę aby przełożył go na język filmowy. Dwa razy więcej stron z pewnością by tej historii nie zaszkodziło. Rysunki na bardzo ok, zwiększony format jeszcze bardziej, tyle że idzie się z tym rozprawić spokojnie w pół godziny. Wolałbym, żeby Mucha wydała to wszystko hurtem w jakichś zbiorczych wydaniach. 6/10

Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w So, 23 Listopad 2019, 23:42:46
Za każdym razem cieszy mnie , gdy komuś się DoomPatrol podoba...co  najmniej tak, jakbym na tym zarabiał :)

A co do Km/H- Fegredo to jeden z artystów, którzy kiedyś świetnie - moim zdaniem- rysowali,a teraz z bólem patrzę na ich nowe dokonania. Nie wiem, czy można nazwać to regresem, ale wyjątkowo mi nie pasują jego nowsze prace.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Nd, 24 Listopad 2019, 15:49:07
Nie przypominam sobie czy widziałem inne prace tego rysownika, ale jak tytuł akcji są bardzo w porządku. Tak ogólnie to opuszczasz się Lordzie, gdzie podsumowania?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Nd, 24 Listopad 2019, 18:08:44
Kryzys trwa, praktycznie nie czytam, to i podsumować nie ma za bardzo czego :( W tym miesiącu tylko jeden [JEDEN!!!] komiks przeczytałem, "Wrzatkun" Sieńczyka, który zresztą mogę polecić wielbicielom absurdu i - chyba- new weird.
No bida straszna, panie Skandalisto :(
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Nd, 24 Listopad 2019, 22:13:09
Tylko jeden? Panie, tak to my socjalizmu nie zbudujemy.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: asx76 w Pn, 25 Listopad 2019, 00:49:55
Od czegoś trzeba zacząć, więc dobra i jedna cegła na dobry początek ;)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nesumi w Pn, 25 Listopad 2019, 07:01:07
Nie przypominam sobie czy widziałem inne prace tego rysownika, ale jak tytuł akcji są bardzo w porządku. Tak ogólnie to opuszczasz się Lordzie, gdzie podsumowania?
Widziałeś choćby w Hellboyu
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pt, 20 Grudzień 2019, 16:27:34
Podsumowanie listopada, sporo nadganiania kolekcji, nareszcie udało mi się zakończyć WKKM (170 numerów i tyle lat, aż trudno uwierzyć). Jak zwykle mogą pojawić się SPOILERY!!!


1. Najlepszy:
 
   "WKKM - Avengers:Operacja Galaktyczna Burza" - twórców bardzo wielu, autorami głównie Mark Gruenwald i Bob Harras. Jeden z pierwszych wielkich eventów Marvela a właściwie rzecz biorąc crossoverów i to chyba pomiędzy siedmioma czy ośmioma seriami (czytelnicy niewątpliwie byli zachwyceni). Swego czasu niewątpliwie spore wydarzenie w świecie komiksu, które odbiło się echem nawet w naszym kraju (stał pamiętam w moim mieście w tzw. "salonie gier" automat z bijatyką Avengers in Galactic Storm, raczej średnio dobrą, ale niewątpliwą prekursorką gier Capcomu) do tego serie zabawek itp, jednym słowem spora marka. Fabuła tyczy się kosmicznej wojny, która wybuchła pomiędzy imperiami Kree i Shi'ar. W pobliżu Ziemi przypadkiem znajduje się portal stanowiący punkt przerzutowy dla wojsk to jednej to drugiej strony, tyle że korzystanie z niego powoduje destabilizację naszego słońca co może skutkować zniszczeniem całej planety. W takiej sytuacji zrobić porządek w tym burdelu może zrobić wyłącznie grupa najpotężniejszych ziemskich bohaterów. A grupa ta jest tutaj dosyć spora, na dodatek targana wewnętrznymi konfliktami (czyli jak prawie zawsze) i tarciami pomiędzy dwoma duchowymi i nie tylko przywódcami, Kapitanem Ameryką i Iron Manem (czyli też jak prawie zawsze). W każdym razie grupa dzieli się na trzy drużyny z których jedna udaje się z misją na terytorium Shi'ar, druga nawiedza Halę - stolicę Kree, trzecia zostaje na miejscu by bronić Ziemi. Przygody tych trzech drużyn będziemy śledzić naprzemiennie przeplatane jeszcze zeszytami Quasara, który na własną rękę będzie się starał przywrócić sytuację do normalności. Zasadniczo rzecz biorąc jak większość crossoverów to jedna wielka nawalanka, biją się właściwie wszyscy ze wszystkimi łącznie ze obowiązkowymi nawalankami pomiędzy członkami Avengers. Marvel sięgnął w tym momencie chyba po prawie wszystko co miał w kosmosie z wyjątkiem Galactusa, Fantastycznej Czwórki, oraz około-kamienio-nieskończonych postaci  a na czele z moimi ulubieńcami Strażą Imperialną. Kolejni przeciwnicy wyskakują niczym klauni z garbusa, sojusze zmieniają się jak w najlepszej kolumbijskiej telenoweli i mimo to czyta się to całkiem płynnie a scenarzystom udało się naprawdę nieźle ukazać dramatyzm sytuacji. Przyznam szczerze, że kompletnie zaskoczył mnie ostatni tom, nie dość że zakończenia nie da się w żadnej mierze uznać za happyend to na dodatek porusza on naprawdę zaskakująco ciekawe dylematy moralne krążące wokół tego, czy Avengers to tylko szyld czy nazwa ma jednak swoje głębsze znaczenie. Nad rysunkami nie ma się za bardzo co rozwodzić, przy takich historiach wydawnictwa nie pozwalają sobie raczej na eksperymenty i nie znajdziemy tu niczego innego niż mainstreamowe rysunki superbohaterszczyzny z tamtego okresu, w niektórych wypadkach jest lepiej w innych gorzej ale ogólnie przyzwoicie. Wiadomo nie jest to komiks bez wad (dla niektórych będą to zalety), czuć tu jednak sporą "oldskulowość" - tekstu jest sporo i to nie zawsze sensownego czy potrzebnego, postacie co chwilę przedstawiają się z imienia bądź pseudo, tych postaci jest ogólnie rzecz biorąc bardzo dużo i przydałoby się naprawdę nieźle ogarniać uniwersum aby czerpać pełnię przyjemności z lektury a na dodatek poszczególne zeszyty są częściami regularnych serii a więc natkniemy się na wątki które nie mają ani początku ani końca. Nic to jednak, ja miałem mnóstwo radochy z tej lektury na dodatek bardzo miło zaskoczyłem się naprawdę odważnym i niegłupim zakończeniem. To godne zamknięcie jednej z najdłuższych serii wydawniczych w naszym kraju. Ocena końcowa 8/10.



2. Zaskoczenie na plus:

   "WKKM - Superman/Batman:Udręka" - Alan Burnett, Dustin Nguyen. Część serii zapoczątkowanej przez Josepha Loeba i której początkowe tomy ukazały się wydane przez Egmont oraz kolekcję Eaglemossu a także w zeszytach w ramach Dobrego Komiksu i nigdy nie udało się jej dojechać do końca (a wydaje się, że szkoda). Już pierwszy tom stanowił dla mnie naprawdę pozytywne zaskoczenie, owszem był jakby skierowany do nieco młodszego czytelnika, ale historia była sensowna, ciekawa a na dodatek bardzo fajnie przedstawiała wzajemne relacja Bruce'a i Clarka. Tom drugi skupił się bardziej na Supermanie i szczerze mówiąc o wiele mniej przypadł mi do gustu. Tutaj mamy do czynienia z tomem trzecim, który zgodnie z logiką przypada Batmanowi. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, fabuła nie jest jakoś specjalnie rewelacyjna, powiem więcej jest dosyć absurdalna, ale całość zmierza do całkiem ciekawych konkluzji. Zaczynamy w momencie w którym Killer Croc kradnie z wieży Lexcorpu jakieś dziwaczny kryształ, dalej przeskakujemy na Supermana, który zostaje postawiony w drastycznej sytuacji w której Ziemia zaczyna się zamieniać w Krypton co na szczęście okazuje się koszmarnym snem. Mimo wszystko kłopoty Clarka się nie kończą, dalej dostaje on jakichś dziwacznych wizji co doprowadza go do obłędu a później do zniknięcia w niewyjaśnionych okolicznościach. Na sceną wkracza w tym momencie Batman, który próbuje odnaleźć swojego przyjaciela, dowiemy się że za zniknięcie przybysza z Kryptona odpowiada jeden ze sługusów Darkseida, Desaad który za pomocą Stracha na Wróble i skradzionych fantów wysyłał koszmary prosto do głowy Supermana. Cała ta intryga po to, aby przejąć kontrolę na największym bohaterem ludzkości (podobno jest to nie do odkręcenia już) i pomóc Darkseidowi zdobyć jakieś tam kosmiczne berło, które ma przywrócić mu moce, których aktualnie jest pozbawiony. Batman w pogoni za porywaczami trafia na obcą planetę, na której przyjdzie mu zmierzyć się z odmóżdżonym już Supermanem, co stanowi solidne nawiązanie do PMR. Tym razem jednak Kryptończyk nie będzie się w żaden sposób hamował co sprawia, że wynik tego pojedynku jest dosyć oczywisty. Batman zostaje nieomal zabity a przed ostatecznym ciosem ratuje go niejaka Bekka jedna z boginek Nowego Genesis, synowa Darkseida. Posiada ona dosyć specyficzne moce, sprawia że mężczyźni wokół niej szaleją z pożądania, na dodatek ona sama dopóki "nie skonsumuje" znajomości odczuwa dokładnie to samo (tak na zdrowy rozsądek to dosyć kiepski materiał na żonę). W każdym razie dwójka ta uda się w pościg za złoczyńcami, którzy w międzyczasie wysłali Supermana poza granice kosmosu do jakiegoś źródła co ma stanowić chyba zaświaty dla DC, gdzie spotka on kogoś w rodzaju testamentowego Boga (?) i skąd się niby już nie wraca, ale Supkowi dzięki superprędkości się to uda. Na sam koniec Bruce na chwilę wbrew sobie wypadnie z roli zimnego nieczułego Batmana a my w scenie stanowiącej odwrócenie zakończenia filmowego "Ogniem i Mieczem" przekonamy się, że parka chwilowych sojuszników nie była chyba sobie obojętna nawet uwzględniając "zdolności" Bekki (czy doszło do seksu to chyba jednak nie, mimo to Batman zachował się jak prawdziwy "pleja"). Rysunki Nguyena zdają się potwierdzać teorię o czytelniku docelowym są raczej w stylu cartoon z lekkimi deformacjami, ogląda się to to w sumie przyjemnie i nie ma się czego czepić. Uwagę moją zwrócił rewelacyjny wygląd Batmana, taki podchodzący nieco pod styl Mignoli, sprawdza się to wyśmienicie moim zdaniem realistyczne rysunki średnio służą tej postaci akurat. Ogólnie rzecz biorąc historyjka nie należy do najmądrzejszych i można się czepić takich szczegółów jak zbędna obecność Scarecrowa chociaż czyta się ją dobrze. Największą zaletą tego albumu jest to, że porusza on temat seksualności Bruce Wayne'a. Zawsze mnie zastanawiało (problemy mieszkańca Europy) czy Batman zabiera te wszystkie dziewczyny z którymi się prowadza bierze do łóżka nigdy to nie było wyjaśnione a przecież byłoby bez sensu gdyby tego nie robił, jego opinia playboya raczej nie dałaby się utrzymać. Tutaj zgodnie ze zdrowym rozsądkiem wychodzi na to, że owszem co więcej odczuwa spore wyrzuty sumienia z powodu tego, że traktuje je tak przedmiotowo. Dowiemy się też, że w głębi ducha ciąży mu to że jego krucjata wyklucza go z reszty społeczeństwa, zazdrości nieco Clarkowi związku z Lois, wbrew sobie nie jest do końca odporny na platoniczne uczucia ani aż tak zimny jak sam o sobie myśli. Można się z tym zgadzać lub nie, kilka tekstów jest chyba jednak mocno nie w bat-stylu, ale ja się zawsze cieszę się jak dostanę nieco inny punkt widzenia na daną postać, tym bardziej że seria sprawia wrażenie lekko alternatywnej. Gratis dostaniemy kilka rewelacyjnych momentów jak wizyta Batka u Lexa czy przybycie na Ziemię męża Bekki, Oriona. Zadziwiająco sympatyczna seria 7+/10.


Drugie pozytywne zaskoczenie:

   "Starlight - Gwiezdny Blask" - Mark Millar, Goran Parlov. Najbardziej chyba pozytywne zaskoczenie tego miesiąca, komiks Millara jednym wielkim listem miłosnym do SF z lat 50-tych komiksów w stylu "Dan Dare" czy filmów ala "Flash Gordon". Pokrótce protagonista Duke McQueen to wielki bohater o dokładniej rzecz biorąc wielki bohater na planecie zwącej się Tantalus. Bo na planecie Ziemia to schorowany emerytowany mechanik, ex-pilot wojskowy, któremu właśnie zmarła ukochana żona. Duke uważany jest za starego dziwaka z wybujałą wyobraźnią, samotny, snujący się bez celu po domu, opuszczony przez własne dzieci nawet nie z powodu tego że go nie kochają, co raczej wolą zapomnieć o jego wariackich opowieściach o kosmicznych przygodach rodem z taniej fantastyki a które co do joty są prawdziwe i w które wierzyła jedynie jego żona. A przygód miał co niemiara i to według kanonu gatunku, pojedynki na szpady z kosmicznymi niemilcami, walki z potworami, robotami i innymi takimi bestiami, pokonanie złego dyktatora a nawet zdobycie serca pięknej księżniczki wraz z propozycją objęcia tronu, obydwie te rzeczy Duke oczywiście odrzuca, bo przecież w końcu żona. W każdym razie w momencie jak poznajemy dzielnego byłego kosmicznego awanturnika sprawia on wrażenie pogodzonego ze swoim losem i czekającego już tylko na wiadomo co. Tak się dzieje do momentu kiedy pod jego domem nie wyląduje rakieta pilotowana przez fioletowłosego chłopaka prosto z Tantalusa, który oznajmia zaskoczonemu weteranowi, że obca planeta wpadła w łapska kosmicznych najeźdźców i po raz kolejny potrzebuje swojego największego bohatera, Duke w sumie i tak nie mający nic do zrobienia więcej na tym świecie nie zastanawia się długo i rusza na swoją ostatnią misję. I ku swojemu i mojemu zdziwieniu mimo, że już nie jest w stanie czytać bez okularów, podstawą śniadania są leki nasercowe a w krzyżu łupie, okaże się na miejscu, że w starym piecu diabeł pali. A dalej to już wiadomo, zgodnie z regułami, wybuchy, strzelaniny, pościgi, ruch oporu itd, itp. Innych prac Gorana Parlova nie znam, wiem że pojawił się w naszym Punisherze, ale tego jeszcze nie czytałem, natomiast tutaj wypadają wręcz znakomicie. Prosta, przejrzysta lekko wykoślawiona kreska świetnie oddaje retro-klimat, całość kojarzyła mi się nieco z niektórymi pracami Moebiusa i wygląda naprawdę fajnie, również dzięki pastelowym kolorom nałożonym przez Ive Svorcina, dobrze że Mucha wydała to w powiększonym formacie. Największą wadą tego komiksu, zresztą to nie pierwszy raz u tego autora jest to, że jest on nieco zbyt krótki. Całość składa się z 6 zeszytów z czego ponad połowa to czysta akcja, patrząc na to jak rewelacyjnie wyszły Millarowi momenty przestoju aż chciałoby się więcej tych obyczajowo-dramatycznych momentów, dodania jakichś wątków pobocznych, czy rozwinięcia niektórych postaci. Szczerze mówiąc to chyba najmniej millarowski komiks Millara jaki miałem w rękach, spodziewałem się chyba tego co ten autor serwuje najczęściej a co z reguły mu też świetnie wychodzi, czyli kolejnej krwawej dekonstrukcji jakiegoś motywu a tu jednak figa z makiem. Dostałem ciepłe, słodko-gorzkie klasyczne sf w nowoczesnym wydaniu z bohaterem którego nie da się nie polubić po dwóch minutach znajomości i poruszające w sumie dosyć ważny społeczny problem. Przyznam szczerze przed lekturą byłem prawie pewien, że po przeczytaniu ten komiks wyląduje tam gdzie poprzednie trzy komiksy Marka Millara wylądowały czyli na allegro, ale ten jednak zostawię sobie na półce. Ocena 8/10



Trzecie zaskoczenie:

  "Boże Działo" - po raz kolejny Mark Millar, Kek-W, Chris Weston. Powodów dla którego kupiłem ten komiks było cztery. Raz cenię Millara, dwa spodobały mi się okładki, trzy lubię komiksy 2000AD, cztery dawno nic nie kupowałem od Studia Lain. Komiks to wydanie zbiorcze wszystkich dwóch (coś mało) tomów przygód tytułowego bohatera. Realia świata wymyślonego przez Marka i Chrisa trzeba przyznać, że dziś może nie jakoś szczególnie nowatorskie, ale jakby nie patrzeć ciekawe. Akcja dzieje się w futurystycznym Nowym Londynie 2004 roku, na całym świecie przyszedł czas na Sąd Ostateczny, zgodnie z obietnicą wszyscy zmarli wstali z grobów i dalej coś poszło nie tak bo nie zjawił się Bóg i wszyscy tak jak ożyli, tak zostali na tym łez padole, co powoduje oczywiście dosyć spore przeludnienie a także spore naprężenia społeczne. Aby zaradzić sytuacji czwórka księży zakłada Księżą Kompanię, która ma za zadanie strzec porządku na ulicach za pomocą sporej ilości broni palnej oraz prowadzić misję ewangelizacyjną (skojarzenia z Sędzią Dreddem jak najbardziej na miejscu). Historia zaczyna się w momencie kiedy w łóżku znalezione zostają zwłoki Sherlocka Holmesa i dr. Moriartyego, którzy wgląda na to mieli o wiele bliższy związek ze sobą niż to się powszechnie mówi. Przerażony sytuacją dr. Watson udaje się z prośbą o pomoc do tytułowego księdza Canona który jest ostatnim żywym członkiem Kompanii, a który stanowi skrzyżowanie wcześniej wspomnianego Dredda z Inkwizytorem z książek Piekary a jego wygląd bez wątpienia wzięli sobie za wzór twórcy postaci Duke Nukema a także detektyw Rutkowski. Otóż śmierć Sherlocka i jego największego antagonisty to nie było zwykłe samobójstwo, wymyślili oni sobie, że udadzą się do samego Nieba i zabiją tam Boga, zajmą jego miejsce i posprzątają bałagan który zapanował na świecie. Canon wraz z Watsonem oraz wyciągniętym ze szpitala psychiatrycznego socjopatycznym zabójcą, bratem jednego z denatów Mycroftem Holmsem, będą się musieli udać za nimi w pościg aż do Nieba bram a nawet jeszcze dalej. W tomie drugim bohaterski kaznodzieja, po załamaniu nerwowym spowodowanym nieudaną próbą uratowania trzech zakonnic schwytanych przez terrorystów, ląduje na leczeniu tradycyjnymi metodami (czyt. elektrowstrząsami) u doktora Freuda. W tym momencie z pomocą przychodzi mu Diakon Blue kolejny członek Księżej Kompanii, okazało się że pozostała trójka wcale nie zginęła, tylko w czasie jednej z misji trafiła prosto do piekła gdzie się zagubiła i tylko Diakonowi udało się odnaleźć drogę z powrotem. Teraz ksiądz Canon w towarzystwie Diakona i Zygmunta Freuda będzie musiał  wydostać pozostałych dwóch nieszczęśników czyli Kardynała Syn i Ojca O'Bliviona z piekła zbudowanego z ciemnej materii. Pod względem rysunków ten album to absolutne mistrzostwo, jestem wielkim fanem tego stylu którym posługuje się tutaj Weston. To stara dobra szkoła, gdzie tła nie stanowią plam jednolitego koloru a obłąkańczo szczegółowe scenografie. Rysunek ma dosyć realistyczną manierę co stanowi świetną kontrę do odrealnionych wizji obydwóch (w sumie obytrzech) autorów a szalonych wizji jest tutaj co niemiara (projekt Lucefera to skondensowany czad), tak samo jak i poukrywanych (albo i nie) na obrazkach dowcipów. Wiecznie wkur...zona mina Canona bawi do łez i mocno kojarzy się z Maczetą Dannego Trejo. Nie gorsze od samej kreski są te soczyste, pięknie nałożone kolory, warto wydać te kilkadziesiąt złotych, dla samych choćby rysunków. W swoich czasach zapewne ten komiks miał być mocno obrazoburczy i jednocześnie pełen czarnego humoru. Dzisiaj po ponad dwudziestu latach jego siła rażenia chyba nieco się zmniejszyła. Wyjątkiem jest raczej przedstawienie Boga, nie należę do osób specjalnie religijnych, powiedziałbym że wręcz przeciwnie ale niezbyt mi się to podobało, chociaż z drugiej strony nie jest specjalnie niezgodne ze starotestamentową jego wizją. Takie rzeczy jak opaska z krzyżem jednoznacznie kojarząca się ze swastyką, jeżdżący opancerzony konfesjonał teraz są już tylko wyłącznie całkiem udanymi dowcipami. Ogólnie całość sprawia wrażenie młodzieńczej głupawki w stylu Tank Girl, tyle że bardziej skupionej na fabule. Wydanie przez Studio Lain, wygląda naprawdę nieźle, czepię się jedynie tłumaczenia, w dwóch bodajże miejscach teksty w dymkach brzmią cokolwiek bełkotliwie i nie wygląda na to, żeby wynikało to z akcji, na dodatek nazywanie tej postaci Canonem jakoś tak średnio brzmi, chyba lepiej było go zmienić jednak w Kanonika, choćby to i nie było specjalnie wierne, ale w mojej opinii jakoś tak pasowałoby doskonale i do postaci i do nieco oficjalnego tonu w jakim się zwracają inne postacie do tytułowego bohatera. No cóż, chyba gdyby nie ten Bóg dałbym minimalnie wyższą ocenę, ale czy skopiemy jakieś pogańskie tyłki? A czy Papież kima w lesie? 7+/10.




3. Najgorszy przeczytany:

   "WKKM - Deadpool kontra Gambit" - Ben Blacker, Ben Acker, Danilo Beyruth (te nazwiska to chyba jakiś żart). Nie znam specjalnie postaci Deadpoola, z wyjątkiem 3-4 wcześniej przeczytanych komiksów (całkiem dobrych), filmu (bardzo dobry) i jakichś okazjonalnych występów w grach video, myślałem że ten conajmniej niezły poziom zostanie w tym komiksie utrzymany. Niestety nic z tego. Na początku w ramach retrospekcji obserwujemy jak tytułowi (anty)bohaterowie demolują miasto w kostiumach Spidermana i Daredevila, po czym dowiadujemy się na złodziejskiej melinie że na zlecenie ukradli właśnie sporo diamentów, korzystając z ich kłótni, mózg tej operacji niejaki pan Chalmers czyli o ile dobrze pamiętam z czasów Tm-Semic Czarny Lis ulatnia się i z towarem i z zapłatą. Wracamy do rzeczywistości poobrażani na siebie Deadpool i Gambit natykają się ponownie na tego samego Chalmersa i zamiast zedrzeć z niego swoje niespłacone należności przyjmują od niego kolejne podobno jeszcze bardziej intratne zadanie. Tym razem mają ukraść jednemu z hongkońskich biznesmenów (tym biznesmenem okaże się jeden z bosów Kun'Lun) tajemniczą statuetkę. Zaczyna się fragment z planowaniem więc biorąc pod uwagę, że słowo "praworządność" nie jest na pierwszym miejscu w słowniku wszystkich zainteresowanych postaci jesteśmy pewni, że otrzymamy historię w stylu "heist" (w posłowiu autorzy wręcz o tym zapewniają). Nic z tego jeszcze pierwszy etap ze zdobyciem odcisków palców do otwarcia zamka można z trudem podciągnąć pod komedię tego gatunku, ale dalej robi się wręcz absurdalnie głupio. Autorzy nawciskali strasznie dużo postaci oraz strasznie dużo wątków w ten cienki tomik, tyle że nic tam się nie trzyma przysłowiowej kupy. Bohaterowie gdzieś poruszają się po różnych miejscach nie wiadomo po co i dlaczego, na pierwszy plan wyskakuje jakiś mechanik - były przestępca tylko nie bardzo wiadomo jaką funkcję ma pełnić w tej historii i tak dalej i tak dalej, historia się po prostu rozjeżdża na naszych oczach (a już na starcie nie jest szczególnie klarowna). Zgodnie z zasadami sztuki na koniec okaże się, że nic nie było tym czym się wydawało (czytaj otrzymamy fabularny twist wyciągnięty kompletnie wiadomo skąd). Widząc słabe wyniki pracy scenarzystów rysownik postanowił wziąć się w garść i spróbować przebić ich dokonania. Od strony graficznej album wygląda bardzo słabo, styl ma mieć kreskówkowy sznyt, ale jest tak nieatrakcyjny że zastanawiając się w jakim przypadku mógłby wyglądać gorzej to wyszło mi że chyba tylko wtedy jakbym osobiście go narysował, na dodatek kolorysta stwierdził, że pójdzie w klimaty czasów minionych i w teorii kreskówkową komedię, najbardziej jak to możliwe wypierze z barw, aby kojarzyła się ze zdjęciem w sepii, no rewelacyjny pomysł na ożywienie nudnej historii. Zastanawiałem się czy mogę jakiś komplement puścić w kierunku tego komiksu i wyszło mi na to, że kilka dowcipów jest od biedy udanych, ale to już naprawdę wszystko. Mamy do czynienia z poplątanym aż do momentu wprowadzenia w całkowitą konfuzję, nudnym i kiepsko narysowanym opowiadankiem. Jeden z najbardziej niepotrzebnych tomów w całej kolekcji. Ocena 3+/10.


4.   Zaskoczenie na minus:

   "WKKM Kapitan Ameryka:Steve Rogers - Hail Hydra" - Nick Spencer, Jesus Saiz, Javier Pina. Żebym nie został źle zrozumiany, to nie jest zły komiks. Ba jest szczerze mówiąc całkiem niezły, tyle że kompletnie rozczarowujące jest to, że po tak kompleksowym pompowaniu balonu z napisem "Kapitan Ameryka wymawia słowo na H", cała tajemnica zostaje takiego zachowania zostaje kompleksowo szybciutko już w kolejnym zeszycie wyjaśniona. Więcej, unikałem jakichkolwiek spoilerów aby nie psuć sobie ewentualnej lektury i szczerze mówiąc już przed jakoby już legendarnym (akurat) kadrem, komiks wyraźnie daje nam już wcześniej znaki, że ktoś lub coś grzebało w rzeczywistości przez co komiks traci sporo ze swojej wagi. Za wewnętrzną przemianę Steve'a odpowiada żyjąca Kosmiczna Kostka (całkiem niezły komediowy ficzer tutaj mamy), co sprawia że bez jakichś szczególnie gorących emocji obserwujemy kolejne egzekucje wykonywane przez Kapitana na zlecenie Red Skulla. Z pewnością na plus jest to, że autor zachował charakter byłego amerykańskiego bohatera, Steve mimo przejścia na drugą stronę dalej pozostaje ideowcem, co możemy zaobserwować gdy planuje zabójstwo Skulla, aby zając jego miejsca gdyż uważa że ten sprzeniewierza się ideałom Hydry. Prace Saiza i Piny wyglądają przyzwoicie, zachwycać się nie ma czym bo tego typu rysowanie obejrzymy w większości komiksów superhero co z jednej strony nadaje mocno generyczny charakter komiksowi i sprawia że nie odróżniamy jednego rysownika od drugiego, z drugiej jest czysto, ładnie i schludnie. Ot solidna rzemieślnicza robota, trochę średnio wypada praca kolorysty, mocno tu momentami jedzie komputerówką, naprawdę zdolni potrafią to całkiem nieźle ukryć, Saiz w tej dziedzinie taki uzdolniony nie jest. Mimo wszystko trzeba jednak przyznać, że sama fabuła jest dosyć wciągająca, sceny akcji są rozpisane nieźle a podwójna gra Kapitana jest przedstawiona w interesujący sposób. Minusem jest napewno dosyć duża ilość rozwijających się nici fabularnych z czego widać, że część będzie wplatana w "Tajne Imperium" a część w "II Wojnę Domową" i średnio funkcjonuje jako osobna historia. Z tego co wiem reszta serii ma zostać wydana w całości łącznie z eventem więc w zależności od formy wydania być może to zakupię. Narazie to co jest oceniam na 6+/10.



5. Suplement

Należałoby przeczytać:

"Dracula" - Roy Thomas, Mike Mignola, John Nyberg. Byłem przekonany, że jest to wierna adaptacja filmu Coppoli, który o ile dobrze pamiętam (czytałem to ze trzy razy ale to było bardzo dawno temu) był bardzo wierną adaptacją powieści Brama Stokera. Wygląd postaci jest zdecydowanie wzorowany na żywych aktorach, natomiast w samej fabule dokonano kilku zmian. Mignola jest wprost stworzony do rysowania horroru a tusz Nyberga rozlewający się wielkimi plamami po całych stronach potęguje jedynie wrażenie (chociaż w dwóch czy trzech przypadkach sprawia to, że kadry są średnio czytelne). Jakość wydania zwłaszcza biorąc pod uwagę, że to praktycznie debiut zawstydza sporo innych debiutantów a i starych graczy również. Ocena 7+/10

"Star Wars - Mroczne Czasy" głównie Randy Stradley. Kolejna fajna seria Gwiezdnowojenna, nie tak dobra jak Wojny Klonów, ale o niebo lepsza niż KotOR. Fragmenty dotyczące upadającego Jedi Dassa Jennira (zwłaszcza ten segment z luźną adaptacją "Straży Przybocznej" Kurosawy) zdecydowanie lepsze niż te z pseudo-triceratopsem. Chociaż i tak najlepsze dwa pierwsze zeszyty Ostrandera. Ten facet zdecydowanie wie o co kaman w Star Warsach. 7/10


Można przeczytać:

"SM War Machine" - Kaminsky, Hopgood, Pak, Manco. Nieczęsto się zdarzające w tej kolekcji dwie równorzędne historie. Z przykrością stwierdzam, że ta nowsza historia wcale się specjalnie nie broni na tle starszej. To zwykłe exploitation, które ma szokować czytelnika z początku udające, że będzie miało coś ważnego do powiedzenia a zmieniające się w zwykłą rąbankę. Obydwa tytuły są tak samo kiczowate, ale ten klasyczny jest zdecydowanie bardziej czarujący. Tym niemniej całkiem solidna lektura. 6/10.


Najlepiej odpuścić:

"Star Wars - Moc Wyzwolona" - Haden Blackman i inni. Komiksowa wersja dwóch gier komputerowych Force Unleashed. Sama gra była wciągająca a postacie budzące sympatię, ale nigdy nie kupiłem pomysłu na Imperatora i Vadera jako siły sprawczej Rebelii. Tym bardziej nie kupuję tego w formie komiksu. Scenarzysta fatalnie skroił całą opowieść w pierwszej części na dobrą sprawę nie bardzo wiadomo o co chodzi, bohaterowie gdzieś tam latają po kosmosie, nie wiadomo gdzie i po co, strasznie rwane to jest. Część druga ma jeszcze mniej sensu niż pierwsza i na dobrą sprawę jest opowieścią o Bobbie Fett a nie o klonie Starkillera. Dowiemy się co nieco o charakterze Łowcy Nagród i to z pewnością najmocniejsza strona tego tworu, no pochwalić od biedy można rysunki jeszcze. 4+/10.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: maxim1987 w Pt, 20 Grudzień 2019, 18:08:41
Ciekawe polecajki. Dla mnie Boże działo to jeden z najgorszych przeczytanych w tym roku komiksów.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pt, 20 Grudzień 2019, 20:09:39
To musisz mieć niezłe szczęście do zakupów. Oczywiście o wiele bardziej doceniam ten komiks ze względu na rysunki niż na fabułę, ale i ta nie jest jakaś straszna. Lubię od czasu do czasu przeczytać taką głupawkę.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Kadet w Pn, 23 Grudzień 2019, 21:16:39
Takie rzeczy jak opaska z krzyżem jednoznacznie kojarząca się ze swastyką, jeżdżący opancerzony konfesjonał teraz są już tylko wyłącznie całkiem udanymi dowcipami.

Szczerze mówiąc, trudno wyobrazić mi sobie sytuację, w której uznałbym to pierwsze za całkiem udany dowcip, zważywszy np. na to, ile księży, zakonników i zakonnic hitlerowcy zabili albo zesłali do obozów.

"Star Wars - Mroczne Czasy" głównie Randy Stradley. Kolejna fajna seria Gwiezdnowojenna, nie tak dobra jak Wojny Klonów, ale o niebo lepsza niż KotOR. Fragmenty dotyczące upadającego Jedi Dassa Jennira (zwłaszcza ten segment z luźną adaptacją "Straży Przybocznej" Kurosawy) zdecydowanie lepsze niż te z pseudo-triceratopsem.

Jestem dużym zwolennikiem serii „Mroczne czasy”. Przemawiają do mnie zwłaszcza bardzo szczegółowe i wysmakowane rysunki Wheatleya – prawdziwa uczta dla oczu. Kiedy zastępują go inni rysownicy, poziom spada dla mnie o co najmniej jedno oczko.

Zgadzam się, że arc „Niebieskie żniwa” jest bardzo fajny i zrobiony z głową jako wariacja na temat „Straży przybocznej”. Swoją drogą to ciekawe, jak ta historia przyciąga hołdy, przeróbki i nawiązania. Oprócz – rzecz jasna – westernowej wersji filmowej przychodzi mi jeszcze tak bez namyślania się np. hołd w jednej z opowieści o Usagim. A pewnie jest tego znacznie więcej. Inna rzecz, że skoro Lucas czerpał pełnymi garściami z kultury Japonii i filmów Kurosawy, tutaj adaptacja ma siłą rzeczy dodatkowy smaczek.

Osobiście jednak „Niebieskie żniwa” stawiam minimalnie niżej niż pierwszą historię z tej serii, „Ścieżkę donikąd” (tu na przykład o tym pisałem (https://forum.komikspec.pl/komiksy-amerykanskie/star-wars/msg49828/#msg49828)), do której osobiście włączam jako prolog też dwa zeszyty z „Republic”, 79-80, które były w 26 tomie kolekcji. W każdym razie oba komiksy to naprawdę dobra rzecz i żal tylko bierze, że po zakupie SW przez Disneya serię trzeba było pospiesznie zakończyć. Może gdyby twórcy mieli szansę pracować w swoim tempie i rozwijać dalej wątki, dorównaliby bogactwem wątków „Republic”.

Chociaż i tak najlepsze dwa pierwsze zeszyty Ostrandera. Ten facet zdecydowanie wie o co kaman w Star Warsach.

Gwoli ścisłości: wszystkie historie z serii „Mroczne czasy”, a także Republic 79-80, napisał Randy Stradley (pod różnymi pseudonimami). W pierwszym kolekcyjnym tomie „Mrocznych czasów” są jeszcze dwa komiksy z serii „Czystka”/ „Purge”: „Seconds to Die” Ostrandera i „Hidden Blade” Blackmana. W kolekcji nie znalazła się ostatnia opowieść z serii, „The Tyrant’s Fist” Freeda. Ale tak, w pełni zgadzam się, że Ostrander to jeden z najwprawniejszych scenarzystów starego Expanded Universe.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pn, 23 Grudzień 2019, 23:37:46
   A ja, biorąc pod uwagę, że Pius XII nigdy nie potępił nazistowskich Niemiec i to jak wielu hitlerowcom Watykan później pomógł uciec do Ameryki Południowej, uznaję to za całkiem zabawne. Kościół w Polsce nie został zaatakowany ze względu na to że był Kościołem, tylko że został potraktowany jako jeden z ośrodków inteligencji oraz z racji tego, że bardzo wielu księży pochodziło ze szlachty zwłaszcza drobnej i było ściśle powiązanych ze środowiskami narodowymi. Ale to chyba nie miejsce na takie dyskusje.
   Nie sprawdziłem, myślałem że obydwie napisał. Wielka szkoda, że cała seria nie składała się z takich one-shotów. Chłopie jesteś prawdziwą kopalnią wiedzy o tych komiksowych Star Warsach. Będzie tam w tej kolekcji jeszcze coś ciekawego dalej (z wyjątkiem Dark Empire, kocham ten komiks)?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Kadet w Wt, 24 Grudzień 2019, 01:14:03
Cóż, można się o to spierać, ale czy w jakimś kontekście to może być zabawne? Nie jestem pewien. Faktycznie to chyba nie miejsce na takie dyskusje, a ja nie jestem historykiem, wydaje mi się jednak choćby z licznych polemik, że sprawa Piusa XII jest bardziej złożona niż jednowymiarowa. Natomiast jestem przekonany, że nazizm walczył z Kościołem także z uwagi na swoją wrogość wobec idei chrześcijańskich w ogóle, które dla ideologów hitlerowskich były zbyt "miękkie" i współczujące, a także skażone semickością z racji korzeni w judaizmie. Może jednak przed Świętami nie rozpętujmy tu off-topu, bo zaraz Mateusz będzie musiał zaliczać nadgodziny w Boże Narodzenie :)

Wracając do tematu: dziękuję za miłe słowa, ale to po prostu kilka faktów, które podłapałem tu i ówdzie :) Myślę, że skoro lubisz Ostrandera, to są spore szanse, że zaciekawi Cię "Dziedzictwo" - monumentalna seria tego scenarzysty i znanej z "Republic" Duursemy umieszczona ponad 100 lat po "Powrocie Jedi" i budująca całkiem nowy układ sił w Galaktyce, wierny jednak duchowi wcześniejszych utworów. W zasadzie od zera twórcy zbudowali nową erę w historii Galaktyki. Seria zawiera liczne nawiązania do innych dzieł z "Expanded Universe", w tym do "Republic" (przygotuj się na kilka znajomych twarzy). I radzę nie szukać zbyt wiele o niej na sieci, bo można się natknąć na bolesne spojlery, zwłaszcza co do prawdziwej tożsamości co poniektórych postaci :)

(https://d2lzb5v10mb0lj.cloudfront.net/common/salestools/previews/swlegv1/swlegv1p1.jpg)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Wt, 24 Grudzień 2019, 07:02:24
@Skandalisto, dzięki za comiesięczne podsumowania i wytrwałość. Obiecuję, że dołączę do Ciebie w nowym roku  :)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w So, 11 Styczeń 2020, 14:00:00
Czas na podsumowanie grudnia, głównie dalej próby podganiania nieco kolekcji, Batman z Rebirth plus kilka komiksów "luzem". UWAGA UWAGA jak zwykle mogą pojawić się SPOILERY!!!



1. Najlepszy:
 
  "Invincible" tom 1 i 2 - Robert Kirkman, Cory Walker, Ryan Ottley. Sporo się nasłuchałem o tym że Niezwyciężony to "prawdopodobnie najlepsza superbohaterska seria komiksowa we wszechświecie", samego autora specjalnie nie znam, przeczytałem kilka tomów pożyczonych od kolegi "Żywych Trupów" i Marvel Zombies wydane w ramach WKKM szczerze mówiąc i to i to przypadło mi nawet do gustu, ale jakbym powiedział że Robert Kirkman został moim autorem z półki "oooo nowy ******* to trzeba sprawdzić" to bym skłamał. W każdym razie wobec tylu pochwał błąkających się w czeluściach internetu i po pobieżnym rzucie oka na przykładowe ilustracje stwierdziłem "podoba mi się, biorę". No i tak kupowałem, kupowałem nie kontrolując tego specjalnie, aż spojrzałem ostatnio na półkę i odkryłem, że kupiłem już 5 tomów komiksu o którym właściwie nic nie wiem, więc wypadałoby się w końcu zorientować czy nie wkładam pieniędzy w coś, czego po pierwszym tomie chciałbym się pozbyć. No i wyprzedzając nieco fakty, absolutnie się nie zawiodłem. "Invincible" to typowa-nietypowa opowieść z gatunku "majtki na rajtuzach", typowa ponieważ znajdziemy tutaj chyba absolutnie wszystkie klasyczne gatunkowe motywy a nietypowa właściwie rzecz biorąc dokładnie z tego samego powodu, na pewnym metapoziomie ta seria stanowi nie tylko całość gatunku w pigułce, ale i swoistą jego autoparodię. Streszczać tego nie będę bo i sensu to nie ma, tak więc pokrótce na początku poznajemy Marka Greysona, całkowicie przeciętnego ucznia, przeciętnego amerykańskiego liceum u którego właśnie objawiają się supermoce. Nie jest on tym faktem specjalnie zaskoczony, gdyż jest synem Omni-mana najpotężniejszego superbohatera tego uniwersum, postaci mocno wzorowanej na Supermanie (bardziej chyba jednak na Jor-Elu). Ojciec Marka nie jest człowiekiem, lecz przybyszem z planety Viltrum, której mieszkańcy osiągnęli szczyt już szczyt rozwoju i rozsyłają po znanym kosmosie swoich emisariuszy, którzy pomagają mniej rozwiniętym cywilizacjom w dalszym wdrapywaniu się po drabinie ewolucji, jednocześnie chroniąc je przed wszelkimi zagrożeniami. Na Ziemi Grayson Senior, który wiedzie żywot największego obrońcy planety (w tajemnicy współpracujący z rządem USA) i ukrywający prawdziwą tożsamość pod przebraniem zwykłego pisarza zakochał się w ziemskiej kobiecie i ot stąd mamy głównego bohatera. Czy z takim pochodzeniem Mark może obrać inną ścieżkę kariery niżta  superherosa? No nie może (zresztą przy pełnej aprobacie ojca), zakłada więc kostium, wyrabia sobie pierwszych osobistych meta-przeciwników, dołącza do młodzieżowej grupy superbohaterów czyli zaczyna wspinać na kolejne szczeble kariery zawodowej, poznaje dziewczynę...i więcej nic nie mówię. W kilku pierwszych zeszytach za rysunki odpowiada Walker, później serię przejmuje Ottley. Rysunki tego pierwszego minimalnie bardziej mi się podobały, ale stylem są tak do siebie podobni że starty żadnej nie ma a seria zachowuje spójność pod względem graficznym. Kreska z gatunku "lekko, łatwo i przyjemnie" po tych wszystkich komiksach Marvela z ostatnich kilku lat, szczerze mówiąc mam już nieco takiego czegoś dosyć, ale w tym przypadku przypadła mi do gustu. Jest, gustownie, przejrzyście, dynamicznie i z przysłowiowym "jajem". Jak wcześniej wspomniałem, "Invincible" to jedna wielka encyklopedia gatunku superhero (przemieszana z teendramą i wydaje się, że dalej będzie się rozwijała mocniej w kierunku hard sf). Kirkman wraz z rysownikami zżynają każdy motyw jakikolwiek im się spodobał, każdą kliszę jaka wydała im się ciekawa lub wręcz przeciwnie, przerabiają na swoją modłę a często i bezlitośnie wyśmiewają. Postacie bez jakiegokolwiek skrępowania są z drobnymi zmianami przerysowywane i nawet nazywane podobnie co ma pokazać rzeczywistość superbohaterów w nieco krzywym zwierciadle. Ilość odniesień do znanych motywów czy postaci a wręcz konkretnych zeszytów serii DC czy Marvel, jest olbrzymia, niejednokrotnie łapałem się na myśli "ja już to gdzieś czytałem". Podejrzewam, że po przeczytaniu całości, czytelnik będzie mógł stwierdzić, że przeczytał już wszystko na temat klasycznego superhero co istnieje. Seria stanowi w/g mnie przede wszystkim pastisz całego gatunku, chociaż żeby ktoś się nie pomylił oprócz sporej ilości humoru (często naprawdę zabawnego), znajdzie się tu wiele wątków naprawdę dramatycznych. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że seria jest naprawdę ciekawa, trzeba przyznać że Kirkman to jednak talent jest, przeczytałem te dwa jakby nie patrzeć sporej grubości tomy w niewielkim okresie czasu i ani przez sekundę nie czułem się znużony. Naprawdę ciężko wyczuć co ten facet wymyśli na następnej stronie, może nastąpi inwazja kosmitów? A może spadnie meteoryt? Może Markowi rozjadą psa? A może nauczyciel odkryje jego tajną tożsamość? Syndrom jeszcze jednej strony jest tu bardzo silny, a mimo że pojedyncze elementy są strasznie ograne to zbite w całość stanowią naprawdę odświeżające doznanie. Cóż, przekonamy się kiedy konwencja się nieco wyczerpie, w każdym razie polecam, istna rewelacja. Na marginesie jeszcze wydanie Egmontowe bardzo fajne, spora ilość dodatków wraz z autorskimi komentarzami, to się często nie zdarza. Całość to istna nawet nie petarda a prawdziwy dynamit na naszym rynku Ocena 8+/10.



2. Zaskoczenie na plus:

   "SM Czarna Wdowa" - Richard Morgan, Bill Sienkiewicz, Goran Parlov. Pierwszy zeszyt - pierwszy występ Czarnej Wdowy, drugi jej debiut jako superbohaterki w czarnej skórze. Wiadomo jak kto lubi wykopaliska to polubi, jak nie to nie. Tak czy inaczej daniem głównym jest sześciozeszytowa miniseria "Powrót do Domu" rozpoczynająca vol 3 dla "Black Widow" a napisana przez faceta, w/g wstępniaka będącego pisarzem sf i nie zajmującego się wcześniej komiksem. I przyznaję, że jako debiutant poradził sobie on nad wyraz przyzwoicie. Zgodnie z przewidywaniami opowieść o tajnej agentce będzie opowieścią szpiegowską. Oczywiście jeżeli ktoś oczekuje realizmu w stylu Johna LeCarre (tutaj zabójcy noszą sygnety żeby ich rozpoznać a Wdowa pogina w czarnym prochowcu i kapeluszu) to się zawiedzie, natomiast biorąc pod uwagę że to produkcja Marvela to zaskakująco fajnie całość stawia raczej na scenariusz a nie na akcję. Skrótowo, Natasza która aktualnie wypoczywa na zasłużonej emeryturze (trochę za szybko chyba?) wplącze się w sprawę morderstw feministycznych działaczek (które oczywiście będą zupełnie kim innym niż się wydaje - a jakże), a która zaprowadzi ją prosto do miejsca skąd pochodzi czyli Czerwonej Komnaty i rozjaśni nieco mroki jej przeszłości oraz zmusi do konfrontacji z potężną korporacją. Żeby jej nie było smutno do towarzystwa dostanie starego znajomego z SHIELD, obecnie totalnie archetypicznego wymiętolonego prywatnego detektywa oraz uratowaną przypadkiem znajdę. Równocześnie historię będzie można obserwować z punktu widzenia dwójki agentów NORTH (zdaje się są źli). Siła tego komiksu nie leży w tym że jest nadzwyczajnie oryginalna, stosuje sporo ogranych elementów jakich moglibyśmy się spodziewać w historii tego typu, ale mimo wszystko intryga wciąga i bardzo fajnie że autor wykorzystał swoje powieściopisarskie doświadczenie aby konkretne wydarzenia były logicznymi następstwami poprzednich wydarzeń a strzelaniny i pościgi były tylko przerywnikami. Nazwiska artystów odpowiadających za rysunki mówią same za siebie i raczej nie trzeba ich polecać. Uwielbiam ten obłąkany styl Sienkiewicza a jak ktoś go nie lubi to powinien mieć świadomość, że większość roboty wykonał Parlov a Bill zajmował się głównie wykończeniem. Dzięki czemu album trzymany jest w ryzach bez kwaswoych odjazdów (prawie), ale mimo czego efekt jest rewelacyjny. Nie będę ukrywał, ale takie rysunki idealnie trafiają w mój gust. Nerwowe, szarpane kreskowanie oraz nieco zdeformowane twarze mają uświadomić czytelnikowi jak bardzo niepiękny jest świat w którym żyje nasza rosyjska superbohaterka i jak brzydcy są ludzie którzy w nim przebywają razem z nią (sama Romanoff też często zniekształcona od czasu do czasu jest rysowana jako piękność, ażeby przypomnieć że to jednak jest piękność). Ohydne zapuszczone scenografie i spora doza rysowanej przemocy mają jedynie podkręcić klimat (ach, żeby ta dwójka dobrała się do Batmana, to moje małe marzenie). Znaczy się, rysunki na najwyższym poziomie. Nie przedłużając, dobry, intrygujący skierowany do nieco starszego niż przeciętny marvel czytelnika komiks. Nie Druciarz, nie James Bond tylko powiedzmy po środku, Jason Bourne w spódnicy. Następny komiks o Czarnej Wdowie jaki ukaże się na naszym rynku już wiem, że kupuję. Ocena 7+/10.


Drugie pozytywne zaskoczenie:

   "SM Zimowy Żołnierz" - Rick Remender, Roland Boschi. Kolejna po Czarnej Wdowie szpiegowska opowieść prosto z marvelowskiej fabryki marzeń, tym razem 100% w jamesbondowym klimacie. W pierwszym zeszycie napisanym przez Brubakera, Kapitan Ameryka dowiaduje się że Bucky Barnes żyje. Zeszyt ten nie ma nic wspólnego z resztą, ani też nie jest specjalnie potrzebny, szczerze mówiąc o wiele bardziej wolałbym cokolwiek wydanego jeszcze przez Timely ale cóż, jest jak jest. 5/6 albumu to "Gorzki Pochód" autorstwa Remendera, którego akcja dzieje się w latach 60-tych a głównym bohaterem jest wbrew tytułowi, Shen agent SHIELD, który wraz z Nickiem Fury będzie starał się wyrwać z jednego z zamków Hydry małżeństwo nazistowskich naukowców, które wynalazło "STRASZLIWIE PRZERAŻAJĄCĄ TECHNOLOGIĘ MOGĄCĄ ZNISZCZYĆ ŚWIAT" ™ i jest gotowe ją oddać w zamian za azyl w krainie wiecznej szczęśliwości i dobrobytu. Rzecz jasna Hydra nie jest zachwycona wizją pozbycia się dwójki swoich najbardziej utalentowanych naukowców a i ZSRR wietrzy w tym swoją szansę na technologiczne odskoczenie reszcie świata i wysyła swojego zabójcę czyli oczywista Zimowego Żołnierza (który pod koniec na chwilę przełamie skutki ruskiego prania mózgu i dołączy do drużyny "tych dobrych"). Shenowi mimo utraty kontaktu z Nickiem udaje się oswobodzić w/w parkę i dostać do pociągu, który ma ich wywieźć poza granice kraju (nie pamiętam jakiego), a tam wiadomo co się będzie działo. Nie oszukujmy się w co trzecim filmie z Jamesem Bondem jest akcja w pociągu, więc nie zostaniemy w żaden sposób zaskoczeni. Ba nawet aby było bliżej do oryginału okaże się Shen i piękna Brunhilda mocno przypadli sobie do gustu (nie muszę dodawać, że małżeństwo nie jest specjalnie udane? Jakby było udane to by wyszło że blondwłosy nazistowski aniołek się puszcza na lewo a tak wszystko jest w porządku, zresztą obydwoje są tak sympatyczni że im kibicujemy), więc jest i wątek romansowy. A poza nim? Akcja, akcja, akcja. Są bijatyki, pościgi i strzelaniny. Gadżety prosto z fabryki Q, wybuchy i jeszcze większe wybuchy, naziści na nartach, naziści rażący prądem, naziści wysysający mózgi wyglądający jak David Bowie, naziści w skórzanych płaszczach, naziści ginący w jeszcze większych niż te wcześniejsze wybuchach i do tego jeszcze więcej nazistów. Co dosyć ciekawe pomimo naprawdę olbrzymiego tempa, Remenderowi udało naprawdę nieźle nakreślić osobowości i relacje pomiędzy wszystkimi aktorami tego przedstawienia. Rysunki Boschiego przyzwoite, nie żeby jakieś arcydzieło ale ogląda się je całkiem przyjemnie. Niespecjalnie realistyczne, odstające wyraźnie od tego co zaprezentował w pierwszym zeszycie Epting, ale i nie w popularnym w ostatnich latach stylu "dowcipnej kreskówki" (co w sumie bywa fajne, ale Marvel używa tego do pożygu), momentami kojarzyły mi się ze stylem Tima Sale. Aha na dokładkę garść naprawdę rewelacyjnych okładek. Cóż najbardziej z całego komiksu spodobało mi się zakończenie w którym agentowi Shenowi otwierają się oczy i przekonuje się, że praca która wcześniej wydawała mu się świetną zabawą, tak naprawdę jest podłym, okropnym zajęciem. Do tego momentu sądziłem, że tytuł nawiązuje do ciernistej drogi jaką musiał przebyć Bucky z roli radzieckiej kukły do roli bohatera, ale wydaje mi się że równie dobrze może pić do drogi jaką musi przejść cała Ameryka, aby zasłużyć na miano państwa w którym ceni się wolność. Podsumowując, to akcyjniak i tylko akcyjniak. Ale jeżeli już ma być akcyjniak od Marvela to niech będzie fajny. A ten komiks jest naprawdę fajny. Ocena 7+/10.


Trzecie zaskoczenie:

  "SM Marvel Boy" - Grant Morrison, JG Jones. Wspominałem jakiś czas temu, że wielkim fanem Morrisona nigdy nie byłem. Ostatnio dzięki "Doom Patrolowi" polubiliśmy się nieco bardziej, a tu proszę kolejny komiks który bardziej przekonuje mnie do tego autora. Rzadki przypadek w tej kolekcji, że w komiksie mamy tylko jedno opowiadanie, zresztą akurat tutaj jest do dosyć logiczne bo całość to pierwszy występ tego bohatera. Marvel Boy to Noh-Varr dyplomata i podróżnik w jednej osobie pochodzący z imperium Kree. Podczas rutynowego lotu pomiędzy uniwersami statek, którym leci zostaje zestrzelony tuż nad Ziemią. Sprawcą okazuje się dr. Midas (tak ten wariat w pierwszym pancerzu Iron Mana i jest to również jego debiut), który kolekcjonuje pozaziemskie stworzenia oraz technologie i który chwyta w swoje łapska Noh-varra jedynego członka załogi, któremu udało się przeżyć katastrofę. Temu udaje się uciec i wrócić na swój statek kosmiczny który na chwilę przed złapaniem udało mu się ukryć po czym zorientowawszy się w realiach w jakich się znalazł postanawia wypowiedzieć wojnę całej Ziemi i pokazując wyższość cywilizacji Kree nad prymitywną ziemską naprowadzić tę naszą na właściwe tory. W tym postanowieniu pomoże mu kosmiczna technologia, owadzie DNA w jego genach znacznie zwiększające możliwości oraz Plex okrętowa SI stanowiąca peryferia samej Najwyższej Inteligencji. Najpierw jednak oczywiście sprawa wyrównania rachunków z Midasem. W czasie wykonywania tej misji na drodze naszego bohatera, który w tym momencie stanowi bardziej superzłoczyńcę staną po raz pierwszy ziemskie siły porządkowe w postaci SHIELD oraz ONZ i ich klonowani superżołnierze, a później kosmiczna żywa korporacja Hexus (tak wiem Morrison wykorzystał już takie motywy w Doom Patrol, ale to dalej jest fajne i świeże), która pasożytuje na całych światach a skrywa się pod skrótem COK-1 (Cyfrowy Obóz Koncentracyjny 1 - rewelka) i co jest doskonałą okazją dla Granta do wsadzenia złośliwej szpili w amerykańskie społeczeństwo. Po uratowaniu całego świata Noh-Varr dalej ściagany jako przestępca przez każdego kto ma na to ochotę po raz kolejny zmierzy się z Dr. Midasem, który przekonał w międzyczasie władze że przybysz jest zagrażającym bezpieczeństwu kosmicznym pół-karaluchem rodem z Gatunku czy innego sf horroru i nie dość, że dostaje od nich pełne wsparcie materiałowe i ludzkie to jeszcze całkowicie wolną rękę. Tutaj do akcji wkracza córka Midas Exterminatrix (również znana u nas i również wariatka w masce) i przyznam się, że w tym momencie lekko się zdziwiłem. Zdziwiłem się ponieważ ten komiks w taki naprawdę mocno niekojarzący się z Marvelem sposób jest wyraźnie perwersyjny. Owszem postać Oubliette znana w naszym kraju wygląda jak wygląda, ale to nawet pomimo tego całość chociaż bez skrawka tego co powszechnie uważa się za nagość, ma taki dziwacznie zboczony charakter, ciekawe że wydawnictwo puściło coś takiego i to nawet nie w ramach jakichś imprintów "dla dorosłych" pokroju Max, tylko jako normalną serię. Rysunki Jonesa na spory plus, stoją tak pomiędzy typowym dla gatunku rysunkiem sięgającym mocno w kierunku lat dziewięćdziesiątych a tendencją do sporego dodawania realizmu rysunkom twarzy. Artysta świetnie radzi sobie z nadawaniem dynamiki scenom akcji (a jest jej sporo) a zwłaszcza dobrze wychodzą mu momenty w których Noh-Varr wbiega na budynki w lekko wykrzywionej perspektywie i zaczyna wyglądać faktycznie jak hmm...karaluch. Na plus również wszelkie autorskie projekty postaci czy urządzeń. Koniec końców, znajdziemy tu nieco charakterystycznego dla Granta Morrisona bełkotu no i również w typowy dla niego sposób zostaniemy zasypania sporą ilością dziwnych pomysłów czy oryginalnych koncepcji. Ale z której strony by nie patrzeć to dalej wyluzowany komiks akcji ze sporą ilością oryginalnego i inteligentnego humoru. To po prostu czuć, że Morrison i Jones dobrze się bawili tworząc ten komiks a ja niemal 20 lat później bawiłem się równie dobrze przy lekturze. Ocena 7/10.



3. Najgorszy przeczytany:

   "Batman" - Tom King i inni. Budząca sporo kontrowersji najnowsza regularna seria Batmana. Przeczytałem już kiedyś pierwszy tom i nie oceniłem go zbyt dobrze, tym razem postanowiłem przeczytać jednym ciurkiem wszystko  co dostępne jest na naszym rynku i spodobał mi się nieco bardziej (a na tle kolejnych tomów, stwierdzam że jest właściwie rzecz biorąc dobry) a czytając te komiksy, pamiętając jak bardzo nie polubiłem runu Snydera, wiedząc że ten będzie całkowicie odmienny próbowałem go polubić, naprawdę próbowałem. Ale nie dałem rady, ten run jest spierdolony po całości tak samo jak nawet nie bardziej niż poprzedni, tyle że na zupełnie inny sposób. Pokrótce spróbuję streścić całość, może łatwiej mi będzie zebrać myśli i wyartykułować czego się właściwie czepiam. W pierwszym tomie "Jestem Gotham", Batmanowi przyjdzie się spotkać z nową parą bohaterów w mieście Gothamem i Gotham Girl. Okaże się, że kupili oni swoje moce na bazarze, tylko że one ich wypalają wewnętrznie. Im mocniej biją, tym bardziej skraca im to życie, mimo wszystko są gotowi się poświęcić dla ogólnego dobra. Pod wpływem Psychopirata obydwoje wariują i zaczynają mordować. Gotham tak się nakręci że powali całą Ligę Sprawiedliwości (ten pomysł jest megagówniany szczerze mówiąc, skoro naukowcy są w stanie zapewnić taką siłę nawet kosztem życia, to znalazłoby się wielu wariatów którzy skróciliby swoje żywoty nawet do 5 sekund aby tylko się zapisać w historii jako ktoś kto zabił dajmy na to Supermana). Tym niemniej historia trzyma w napięciu, a ostatni zeszyt z Batmanem i Gotham Girl jest naprawdę dobry. Tom 2 "Jestem Samobójcą" to już konkretny nonsens. Gotham Girl po poprzednich wydarzeniach jest w kiepskim stanie psychicznym, pomóc może jej tylko kolejna "hipnoza" dokonana przez Psychopirata, tyle że ten znajduje się na Santa Prisca w łapach Bane'a który potrzebuje go by robił mu dobrze (bez skojarzeń) swoimi mocami, bo ten cierpi na syndrom odstawienia prochów (kolejny bieda-koncept). Batman organizuje wśród przestępców swoją własną wersję Suicide Squad, której skład jest tak dziwaczny i pomimo prób jego tłumaczeń nonsensowny, że to aż boli. Dalej będzie mnóstwo akcji na wyspie, kilkuset najemników do pokonania i sporo gróźb na temat łamania kręgosłupów. Koniec, końców to kręgosłup Bane'a zostanie złamany a ekipa wróci cało i zdrowo ze swoim celem do Gotham. Czy wspominałem, że Bane przez cały komiks siedzi nago na jakiejś kupie czaszek? Nie? Może to i lepiej. Dalej są dwa zeszyty o Batmanie i Catwoman mocno nawiązujące do klasycznych komiksów i te mi się naprawdę bardzo spodobały. Czas na trzeci tom "Jestem Bane" w którym tytułowy villain (któremu już się zrósł kręgosłup, technologia poszła do przodu strasznie) postanowi odwiedzić Gotham, aby odzyskać Psychopirata i uwaga, uwaga połamać Batmanowi kręgosłup. Kur...ka przerzuciłem w tym momencie kartki w kalendarzu, ale nie, nie znalazłem się w 1997 roku tylko dalej byłem w 2019. Na litość boską on nawet przywiezie ze sobą tych samych trzech paziów, prawie cały tom to ogłupiająca szamotanina pośród chrzęstu łamanych kręgosłupów. Na koniec kilka fajnych kilkustronicowych historyjek, aaaa jeszcze Batman oświadczy się Catwoman. Przeszedłem do czwartego tomu "Wojna Żartów z Zagadkami", nareszcie pomyślałem, w/g plotek ten podobno już jest całkiem przyzwoity. Historia zawarta w tym tomie, jest powrotem do przeszłości, Bruce zwierza się Selinie w łóżku ze swojej największej tajemnicy "...musisz wiedzieć co zrobiłem, co musiałem zrobić...podczas wojny żartów z zagadkami" (wyobraziłem sobie jak on to mówi tym absurdalnym barytonem Bale'a i śmiać mi się zachciało, "no zaczyna się tandetnie, ale może dalej będzie lepiej" pomyślałem). I nie, wcale nie było lepiej, wbrew niektórym opiniom ten tom wcale nie jest specjalnie mądrzejszy niż te poprzednie jest chyba wręcz jeszcze durniejszy. Tak więc Joker i Riddler zaczynają drzeć koty i każdy tworzy własny gang a na terenie Gotham rozpoczyna się wojna. Brzmi w teorii ciekawie, ale to jest tak nędznie napisane że szok. Fabuły jako takiej nie ma właściwie wcale, jakieś rwane scenki z których połowa jest bez sensu i kompletnie wyciągnięta z czapy (np. Poison Ivy), nie wiem można by to podciągnąć pod próbę metaforycznego ukazania chaosu wojny, ale to by była potężna nadinterpretacja. Ogólnie sam pomysł, żeby galeria złoczyńców (zwłaszcza tych pierwszoligowych) z których 3/4 to na maksa ześwirowani egocentrycy, robiła za sługusów i lokajów dla kogoś z parki Joker/Riddler jest niepoważny (scena obiadu w Wayne Manor była niczym z Monty Pythona). Aha wielką tajemnicą Bruce'a jest to, że chciał zabić Riddlera, ale Joker go powstrzymał, pełne rozczarowanie "to, to?" zapytałem? Każdy normalny człowiek, marzyłby żeby coś takiego zrobić. On powinien mieć wyrzuty sumienia z powodu tego, że jeszcze ich nie pozabijał wszystkich. Kolejna strata czasu, czułem się jakbym czytał "scenariusz" jakiejś gry komputerowej a nie normalną historię. Tom 5 "Zaręczeni", tym razem Batman z Catwoman polecą na jakąś pustynię do Talii Al-Ghul (nie mam pojęcia po co? prosić ją o błogosławieństwo?), gdzie obydwie panie stoczą ze sobą pojedynek (ciekawe to to nie było, za to dialog pomiędzy nimi był zadziwiająco żenujący), w dalszej części otrzymamy chyba jeden z najjaśniejszych momentów całego runu czyli podwójną randkę Bruce'a i Seliny oraz Clarka wraz z Lois, fajne z jajem i sporo mówiące jak dwaj superbohaterowie traktują siebie nawzajem, naprawdę świetna robota. Na koniec kolejna porcja wspominek z początków znajomości Batmana i Catwoman, spójrzmy prawdzie w oczy to już kilka zeszytów wcześniej było. Przechodzimy do kolejnego tomu "Narzeczona czy włamywaczka" pierwsza historia to "kryminalny thriller" na poziomie "ujdzie w tłoku", dalej totalnie absurdalna historia o tym jak Batman z Wonderwoman zastępują jakiegoś Czarnego Rycerza w jakimś piekielnym wymiarze i mimo, że w ich rzeczywistości mija doba to tam gdzie są spędzają ze sobą prawie 40 lat (jasne kurka) i kolejna jeszcze chyba głupsza opowiastka o tym jak Poison Ivy przejmuje kontrolę nad całym światem (jeszcze bardziej jasne kurka), na deser kolejna porcja wspominek z przeszłości bo w końcu strasznie dawno ich nie było. No i tak doszliśmy do creme de la creme czyli tomu 7 "Ślub", jako pierwsza wjedzie historia  z Booster Goldem, który przeniesie się do alternatywnej rzeczywistości zastanawiałem się co wogóle on ma do Batmana, ale okaże się że ma to pewien sens, ogólnie mówiąc nie przeszkadza ten fragment bo jest całkiem ok, a samego Boostera który jest prosty jak trzonek od łopaty, ale za to pełen dobrych chęci nie sposób nie polubić. Później dostaniemy kilka tie-inów do "wiekopomnego" wydarzenia napisanych przez znanego z "Nightwinga" Tima Seeleya, poziom ich jest różny, ale na tle sporej ilości zeszytów tego runu większość wygląda jak zdobywcy nagrody Eisnera, największą uwagę zwraca rewelacyjny w nieco oldschoolowym stylu zeszyt z Batgirl oraz Riddlerem gdzie autor przypomniał sobie, wydawnictwu i czytelnikom, że Riddler zostawia zagadki i jest kompletnie pie...przenięty. Dalej dwuzeszytowy wstępniak do samego ślubu czyli pojedynek w katedrze pomiędzy Batmanem, Catwoman a Jokerem i z tego co się orientowałem na temat tego fragmentu są opinie bardzo różne, natomiast mi osobiście bardzo się podobał. King ma wielki talent do pisania dialogów i tutaj bardzo to widać. Powiem więcej uznałbym tę część jego Batmana za genialny, gdyby nie pewien "szczegół", ale o tym za chwilę. Ostatni rozdział to sam ślub (nie będzie chyba wielkim spoilerem jeżeli powiem, że do niego nie dojdzie?). I tutaj jest naprawdę dobrze otrzymujemy na przemian mocno intymne przemyślenia Catwoman i Batmana o samych sobie (niby to już było, ale tutaj jest chyba najlepiej napisane) na dodatek rysowane przez wielu artystów z których każdy dostaje jedną stronę a że wśród nich są nazwiska tak zasłużonych dla Nietoperza gości jak Frank Miller, Tim Sale czy Paul Pope to napewno jest to warte sprawdzenia. Powiem to w ten sposób, ja całkowicie rozumiem powód dla którego oni tego ślubu nie wzięli, King napisał to jasno i logicznie i trudno tego się czepić, tyle że tak naprawdę...nic się nie stało. Całe te kilkadziesiąt wcześniejszych zeszytów zdało się psu na budę i nie zmieniło się absolutnie nic. Ok rozumiem, ślubu Batman nie wziął, ale w takim razie autor powinien w tym momencie zrobić coś są wstrząśnie całym światem i jak dla mnie powinien zabić któreś z dwójki Catwoman/Joker do czego doskonała okazja była właśnie w "Drużbie". Ja osobiście wolałbym aby to był Joker, to by był naprawdę niezły materiał do rozwijania dalej Człowieka Nietoperza, jak on się zachowa bez swojego nemesis? Kolejnym i ostatnim dostępnym w momencie czytania był tom 8 "Zimne Dni", jako pierwszą historię dostaniemy tę tytułową, która stanowi zmodyfikowaną wersję "12 Gniewnych Ludzi", na początku myślałem że to może być naprawdę niezłe, dopóki okazało się, że Bruce Wayne nie będzie tutaj adwokatem diabła, tylko bardziej dyskusję nad werdyktem potraktuje jako okazję do rozpaczliwych okrzyków o tym że Batman nie jest bogiem. Mniej więcej pod koniec miałem wrażenie, że wyciągnie chusteczkę i zacznie płakać a później odwiozą go do Arkham i miałem ochotę już tylko zamknąć ten tom. W drugiej części, Batman będzie ścigał KGBeasta, który wygląda na to, że zastrzelił Dicka Graysona (mam nadzieję że nie) a sam bohater zacznie w końcu przypominać Batmana. Uff, nareszcie finisz. Jeżeli chodzi o rysunki to musze przyznać że seria wygląda całkiem pozytywnie. Głównymi rysownikami którzy za nią odpowiadają są David Finch, Mikel Janin, Tony S. Daniel oraz Joelle Jones. Będę szczery, do mnie ten styl rysowanie będący wypadkową standardowego rysunku dla superbohaterów z realizmem średnio pasuje do Batmana, ale ogólnie wygląda to tutaj od strony technicznej w porządku, jak ktoś uznaje takie rysunki w Batmanie to powinien być zadowolony. Dla mnie szkoda że pok azujący się tutaj od czasu do czasu rysownicy z bardziej "autorskim" stylem jak Mitch Gerads, Lee Weeks czy Michael Lark nie dostali tutaj więcej szans, ale pod względem strony wizualnej naprawdę nie ma się ten komiks czego wstydzić. Cóż mogę o tym Batmanie powiedzieć. Tak naprawdę widać po tej całej serii, że Tom King nie miał kompletnie żadnego pomysłu na to o czym ma pisać. Ja rozumiem, że propozycja pisania Batmana jest w światku komiksowym propozycją w stylu transferu do Realu Madryt, ścigania się w F1 w bolidzie Ferrari, grania jako kolejny basista w Metallice czy kolacji z Cameron Diaz czyli z gatunku tych nie do odrzucenia, ale naprawdę w DC nikt się nie skapnął że gość nie wie co robi (tak naprawdę to pamiętając ten koszmarek od T. Daniela to myślę, że mogą nawet nie czytać tych zeszytów przed drukiem)? Po pierwszych trzech tomach historia zostaje wyraźnie ucięta siekierą, boleśnie widać że ktoś "z góry" oznajmił mu, żeby nie pisał już o Gotham Girl bo to się do czytania nie nadaje i więcej już o tej postaci ani słowo nie pada. Czwarty tom jest wyraźnie napisanym na kolanie zapychaczem a dalej dostajemy story-arc z Catwoman, który cały czas drepcze w miejscu. Kolejnym kamyczkiem w ogródku jest to, że King kompletnie nie potrafi pisać scen akcji, postacje są albo przepakowane (Catwoman powala kopnięciem biegnącego Flasha, Riddler przyjmuje strzał z rewolweru w brzuch), albo wyraźnie osłabione w stosunku do oryginałów. Praktycznie każdy zeszyt, który w założeniu miał być sensacyjny jest głupkowaty i oparty na jakimś wyraźnie nie pasującym do uniwersum pomyśle. Ogólnie rzecz biorąc, ja odniosłem wrażenie że King przed przystąpieniem do pisania serii kompletnie nie znał Batmana. Tzn. znał na poziomie przeciętnego człowieka, pewnie obejrzał filmy, być może z racji zawodowej ciekawości przeczytał kilka najbardziej znanych tytułów, ale to widać, że on nie zna ani Batmana, ani jego przyjaciół, ani jego wrogów ani nawet konwencji nie kuma. Ale tak naprawdę w tym wszystkim nie mogę przecierpieć jednego. To, że zrobił on z Batmana taką straszną pizdę. Batmana leje kto chce i wała z niego robi też kto chce, nic dziwnego że w Gotham tak szaleje przestępczość skoro mają takiego lamusa za obrońcę. Żeby nie było ten komiks ma swoje mocne strony i to szczerze mówiąc całkiem sporo, zeszyty z Supermanem, zeszyty z randką na dachu, zeszyt z Alfredem i psem. Pomysł na pojedynek snajperski Deadshota i Deathstroke'a, rewelacyjny pomysł na Kite Mana i jest tego więcej do tego dialogi potrafią być naprawdę świetnie napisane a elementy humorystyczne bywają zabawne. Tylko co z tego skoro na te niemalże 60 zeszytów mamy 5 rewelacyjnych i 5 dobrych a reszta to średnie bądź kiepskie zapychacze mające nieudolnie maskować brak twórczej weny. Poważnie ten cały run można by na spokojnie zmieścić w 2 tomach. Na dodatek, nie wiem czy to jest bardziej śmieszne czy żałosne ale ten komiks za każdym razem robi się fajny jak znika z niego Batman. Mamy fajnie pisanego Supermana, fajnego Alfreda, super pisaną relację Dicka i Damiana, przyzwoicie scharakteryzowaną Catwoman, do tego naprawdę dobrze pisanego Jokera, tylko co z tego skoro jak tylko pojawia się Batman to wszystko klapie? Na dodatek do teraz zastanawiam się dlaczego główna parka zwraca się do siebie pre Gacku i per Kotko. Powiem szczerze, wcale a wcale nie jestem zdziwiony, że DC odebrało ten run Kingowi on już nie ma w tym temacie nic do dodania a na dodatek na początku nie miał nic do powiedzenia. No w sumie po stronie plusów można dołożyć to, że jednak nie przynudza. Ocena 5/10.



4.   Zaskoczenie na minus:

   "Spider-Girl" - Tom DeFalco, Pat Olliffe. Pierwszy zeszyt jest z cyklu "What if...?", siedem następnych z regularnej serii odpalonej natychmiast później kiedy okazało się, że pomysł wypalił. Pomysł "co by było gdyby?" tyczy się tego, co by się stało gdyby córka Spider-Mana przeżyła (domyślam się, że chodzi o tę zmarłą przy porodzie po Sadze Klonów, tę którą później wymazano całkowicie). Akcja komiksu dzieje się kilkanaście lat później, Peter Parker w ostatecznym pojedynku z Goblinem stracił nogę i odmawiając przyjęcia hiperzaawansowanej protezy oferowanej mu przez Reeda odwiesił strój na kołek i wspólnie z Mary Jane przemienionej w kurę domową (wygląda niezwykle uroczo) zajął się wychowaniem córki (nie uwierzyłem, nie wierzę i wierzyć nie będę no ale to w końcu elseworld). Tę rodzinną sielankę przerwą w dobiegającej powoli 18 roku życia pannie May Parker budzące się pajęcze moce. Nie będzie raczej wielkim spoilerem jeżeli wyjawię, że prawie pierwszym co zrobi dorastająca pannica jest założenie kostiumu pająka (wcześniej o tym co robił kiedyś ojciec nie miała zielonego pojęcia) i co spowoduje, że na głowę zwalą się jej starzy przeciwnicy ojca, jak i jej własna talia superzłoczyńców. Dodawać też oczywiście nie muszę, o absolutnym zakazie skakania po budynkach wydanym przez Petera (zrzędliwy odpowiednik Cioci May) i wparciu jakiejkolwiek podjętej decyzji przez MJ (to chyba reinkarnowany Wujek Ben). Treningiem May zajmą się Phil Urich, przyjaciel rodziny który jest świadom pajęczej tajemnicy oraz Daredevil który wygląda na to, że jest opętany przez jakiegoś demona lub po prostu martwy i ożywiony tym niemniej ciągle jeszcze po stronie tych dobrych. Będę szczery, ale rysunki raczej nie przypadły mi do gustu. O ile pierwszy zeszyt rysowany przez Frenza i wykańczany przez Sienkiewicza ma ten fajny drapieżny styl i nawiązuje nieco stylistyką do Sala Buscemy to już reszta rysowana jest przez Olliffa, który ma momentami wyraźne kłopoty z perspektywą i rysowaniem twarzy pod kątem nie bardzo.  Na dodatek raczej trudno ukryć, że to raczej wyrobnik średniej jakości bez własnego stylu, na plus całkiem nieźle oddana dynamika sytuacji. No i nie wiedzieć, dlaczego sama May zamiast wyglądać jak 16-latka z wyglądu kojarzy się z 30-letnią prostytutką, naprawdę nikt wtedy nie potrafił narysować normalnej małolaty? To nie jest zły komiks, jest całkiem ok. Nie przynudza, kusi powrotem starych postaci i kontynuacją ich wątków a i nowo wprowadzone charaktery wydają się w porządku. Jego największym problemem jest to, że nie posiada jakiejkolwiek własnej tożsamości. To jest dosłowna kopia oryginalnego Spider-Mana. May niczym się nie różni Petera, wygląda identycznie (tak w kostiumie jak i bez niego) i zachowuje się identycznie. Wcale bym się nie zdziwił jakby twórcy po prostu kopiowali stare zeszyty Kirbyego i Lee zmieniając tylko imiona, pseudonimy i miejscówki. To nie jest styl w jakim rewelacyjnie z tematem Pająka zatańczył Latour w "Spider-Gwen" czy bendisowy Miles Morales, który mimo podobnych sytuacji w jakich jest stawiany jest całkowicie autonomiczną postacią. May Parker, to praktycznie pozbawione oryginalności ksero z Petera Parkera. Ocena 6/10.



5. Suplement

Koniecznie przeczytać:

   "SM Sentry" - Paul Jenkins, Jae Lee + kilka znanych nazwisk. Marvelowski komiks, który ma zadatki na komiks genialny, ale to są tylko zadatki. Jak dla mnie problemy są trzy. Raz nie lubię, aż tak głębokiego grzebania w uniwersum - łatwiej byłoby mi przełknąć to w formie elseworldu, a tak trochę nie kupuję tego pomysłu (ok nie dla wszystkich może być to wada). Dwa zwłaszcza w pierwszej części jest to kopia "Miraclemana" (ok to też nie musi być wada, jak ściągać to od najlepszych). Trzy ten komiks jest o jakiś zeszyt zbyt długi, po pewnym czasie te stękanie superbohaterów zaczyna męczyć bułę. No jeszcze tak na siłę to jeszcze tajemnica Voida to też nie jest raczej jakieś wielkie zaskoczenie. No dobra, dobra tyle już tu ponarzekałem, że zaraz wyjdzie, że to słaby tytuł. Ale wszystkie powyższe minusy są do wybaczenia biorąc pod uwagę, że całość mimo pewnej przewidywalności trzyma prawie cały czas w napięciu, ma srogi horrowaty klimat, patenty w stylu kadrów z Robertem z przyczepionym za pomocą klamerek do prania kocem naśladującym superbohaterską pelerynę, podczas gdy kilka stron dalej klamerki są już złotymi spinkami, rewelacyjnie oddane charaktery i dopisanie kilku nowości na temat kilku znanych superbohaterów z Marvela. No i szatę graficzną za którą odpowiada po częsci Jae Lee którego styl uwielbiam a po części takie tuzy jak Sienkiewicz czy Texeira. Ogólnie cały album wygląda obłędnie dobrze i rewelacyjnie bawi się swoją formą. Miało być nieco słabiej, ale co tam. 8/10

   "Corto Maltese - Przygody Etiopskie" - Uwielbiam tę serię, koniec kropka. Ocena 8/10.
 
   "Kolekcja Conan" - tomy 40, 41. Kolejna seria, którą uwielbiam ale powiem szczerze zaczynam już być nieco zmęczony tą formułą. To cały czas są świetne, pięknie narysowane komiksy, tylko praktycznie non stop o tym samym, trzeba jednak robić potężne przerwy w czytaniu. Tym niemniej serce mi nie pozwala dać mniej niż 8/10


Można przeczytać:

"James Bond 07 Eidolon" - drugi tom, od NSC i przyznam szczerze bardziej mi się spodobał niż pierwszy. Za to rysunki mimo że tego samego artysty nieco mniej staranne. Kilka problemów z tłumaczeniem chyba (dwa razy pogubiłem się w dialogu no i mogli zostawić to SPECTRE zamiast tłumaczyć na WIDMO). A tak poza tym w cięższym stylu Iana Fleminga i obecnych filmów z Danielem Craigiem (świetna scena tortur przez MI6) za to z Bondem wyglądającym jak Bond a nie szpion KGB. Porządna chociaż w stylu poprzednika o jeden dwa zeszyty za krótka seria. Ocena całkowicie nieobiektywna bo fanowska 7/10.

"SM Generation X" - Scott Lobdell, Chris Bachalo. Kolejna generacja X-men, która nie oszukujmy się absolutnie się nie przyjęła. Dla mnie raczej rozczarowanie pokroju Spider-Dziewczyny mimo, że lubię lata 90-te. Akcja jest strasznie chaotyczna, komiks ani nie stanowi dobrego rozpoczęcia, ani nie ma żadnego zakończenia ot zostajemy wrzuceni na głęboką wodę, bez żadnego koła ratunkowego. Rysunki Bachalo (zupełnie inne niż to co teraz on rysuje) fajne, ale często straszliwie nieczytelne. Ot takie czytadełko 5+/10.

"SM Nova" - Marv Wolfman, John Buscema, Dan Abnett, Andy Lanning. Jeden z albumów z serii pół na pół. Pierwsze pojawienie się Richarda Ridera, który stanowi prawie dokładną kopię Spider-Mana, a które już w momencie ukazania się musiało być strasznie archaiczne. Nowsza część to spin-off Anihilacji, całkiem niezły ale też bez głębszego sensu ot "latają i szczelają". Całość ok, ale raczej do przeczytania i zapomnienia 5+/10.


Można całkowicie odpuścić:

"SM Young Avengers" - autorów dużo w tym kilku znanych i utalentowanych (ale nikomu się chyba nie chciało). Rozczarowanie tym bardziej że "Dziecięca Krucjata" i "Styl>Treść" były całkiem niezłe. Nie bardzo nawet mogę powiedzieć co mi się nie podobało lub nie podobało w tym komiksie bo przy przewracaniu strony właściwie zapominałem co się na niej działo. Jedyne co zapamiętałem to to, że dziadek tego czarnego był zdaje się pierwszym Kapitanem Ameryką tylko nikt o tym nie mówi bo był czarny XD i całkiem przyzwoity zeszyt z Kate Hawkeye. Z drugiej strony nie pamiętam, niczego strasznie złego, więc tragedii chyba też nie ma. 4+/10.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: parsom w So, 11 Styczeń 2020, 14:19:41
   A ja, biorąc pod uwagę, że Pius XII nigdy nie potępił nazistowskich Niemiec i to jak wielu hitlerowcom Watykan później pomógł uciec do Ameryki Południowej, uznaję to za całkiem zabawne.

Na temat tego, jak tworzono legendę "papieża Hitlera" polecam książkę "Dezinformacja" Pacepy i Rychlaka.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Arion Flux w So, 11 Styczeń 2020, 17:44:17
Larry, zdradzisz dlaczego to, ze "Czarna wdowa" by R. Morgan et al. jest dobra, było dla Ciebie zaskoczniem? Przeciez biorac pod uwagę chocby perpetie Takeshiego Kovacsa jego autorstwa wrecz nalezalo sie tego spodziewac. Zatem jesli juz ten komiks mialby potencjalnie celowac w "zaskoczenia", to tylko gdyby był do bani, czyli w zaskoczenia in minus (tak jak np. dla niektorych osob zaskoczeniem byla miernosc Alien 3 by Gibson, choc akurat mnie to nie zdziwilo), co oczywiscie nie ma miejsca przypadku "Czarnej Wdowy". Jaka jest wiec przyczyna tego zaskoczenia? - pytam.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w So, 11 Styczeń 2020, 17:46:55
Może dlatego, że nie znam perypetii Takeshiego Kovacsa?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Arion Flux w So, 11 Styczeń 2020, 18:05:36
Oj, to koniecznie musisz poznać, bo myślę, że Ci się co najmniej spodobają.  Mowa oczywiście o "Modyfikowanym węglu" i 2 kolejnych częściach. Pomijajac dziwne inklinacje Morgana do zamieszczania od czasu do czasu żenujących scen pornograficznych, zarowno same perypetie Kovacsa, jak i w ogole swiat przedstawiony w tych książkach zasluguja na najwieksza uwage. (Zrobili nawet serial, ale nie ogladalem). Inne jego ksiazki tez (Sily rynku i Trzynastka), choc moze troche mniej.   
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w So, 11 Styczeń 2020, 18:15:01
Aaaaaa no tak, Altered Carbon nie skojarzyłem. Widziałem serial, był strasznie średni. Dzięki za polecenie, ale ja już "czytaną" fantastykę odpuściłem.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Kadet w So, 11 Styczeń 2020, 18:50:39
"James Bond 07 Eidolon" - drugi tom, od NSC i przyznam szczerze bardziej mi się spodobał niż pierwszy. Za to rysunki mimo że tego samego artysty nieco mniej staranne. Kilka problemów z tłumaczeniem chyba (dwa razy pogubiłem się w dialogu no i mogli zostawić to SPECTRE zamiast tłumaczyć na WIDMO). A tak poza tym w cięższym stylu Iana Fleminga i obecnych filmów z Danielem Craigiem (świetna scena tortur przez MI6) za to z Bondem wyglądającym jak Bond a nie szpion KGB.

Nie robiłem porównania tłumaczenia, ale sama korekta w tym komiksie pozostawia chyba trochę do życzenia. Parę razy pojawiają się niepotrzebne wielkie litery ("Przed sobą ma Pan dowody, raporty, transkrypcje i wszystkie dane, Panie Komisarzu"), albo przeciwnie - coś, co było pisane wcześniej wielką literą, nagle zaczyna się małą. Kilkakrotnie dostrzegłem też problemy z kropkami czy przecinkami. W połączeniu z - jeśli się nie mylę - Comic Sansem i dużą liczbą słów w dymkach dzielonych myślnikami wygląda to trochę nieprofesjonalnie (choć czcionka akurat jest chyba wzięta z oryginalnego wydania), co akurat w imprincie Soni Dragi mnie zdziwiło.

Fajnie byłoby jednak, jakby jakiś forumowy spec od składu i typografii rzucił okiem na polskie plansze (http://alejakomiksu.com/obrazek/19971/James-Bond-02//) i wydał bardziej kompetentną opinię, bo ja w aspektach wlewania tekstu w dymki jestem kompletnym laikiem :)

A w kwestii Bonda - może zechcesz zwrócić uwagę na "Agenta Imperium: Żelazne Zaćmienie" Ostrandera. Zasadniczo Bond w świecie Gwiezdnych Wojen, ale raczej taki filmowy z ery przed Craigiem niż powieściowy. Jedyny problem jest taki, że zawiera znaczące spojlery dla starszej historii, "The Stark Hyperspace War" z numerów 36-39 serii Republic (nie było jej w kolekcji DeAgostini; wydał to kiedyś Egmont).
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w So, 11 Styczeń 2020, 18:59:29
  Pan Komisarz w oryginale jest również pisany z dużej litery. Możliwe że po prostu wszyscy myślą że to jego prawdziwe imię i nazwisko coś jak Porucznik Brunner ;)  Ogólnie błędy interpunkcyjne raczej rzadko zauważam, bo sam na bakier z interpunkcją jestem. Nieeeee, jak mówiłem powieści sf i fantasy już od dawna nie ruszam. A już powieści w uniwersach z filmów, komiksów itp. to odstawiłem jako dziecko.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Kadet w So, 11 Styczeń 2020, 19:02:53
  Pan Komisarz w oryginale jest również pisany z dużej litery. Możliwe że po prostu wszyscy myślą że to jego prawdziwe imię i nazwisko coś jak Porucznik Brunner ;)


Być może, ale polska ortografia tak nie działa :) To robota korekty, żeby takie rzeczy zauważać.

Nieeeee, jak mówiłem powieści sf i fantasy już od dawna nie ruszam. A już powieści w uniwersach z filmów, komiksów itp. to odstawiłem jako dziecko.

"Agent Imperium" to komiks :)

(https://i.annihil.us/u/prod/marvel/i/mg/6/40/54fdf66602a32/clean.jpg)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pn, 13 Styczeń 2020, 00:09:04
 A to będzie, lub było wydane u nas?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Cringer w Pn, 13 Styczeń 2020, 02:45:05
A to będzie, lub było wydane u nas?
Egmont wydał https://egmont.pl/Star-Wars-Legendy.-Agent-Imperium-Zelazne-zacmienie,17700868,p.html
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Cz, 13 Luty 2020, 14:38:56
  Podsumowanie stycznia, tym razem w zmienionej formie, bo praktycznie tylko kolekcje Conana i Star Wars w tym miesiącu czytałem, starając się nadrobić kolekcyjny stos komiksów. UWAGA UWAGA jak zwykle mogą pojawić się SPOILERY!!!


Polecam:
 
  "Star Wars Legendy Kolekcja Komiksów 32-38". Jako pierwszy poleciał wycinek kolekcji nazywający się "Imperium", całość jest zbiorem kilkunastu komiksów o objętości raczej nie większej niż dwa zeszyty oraz z reguły nie powiązanych ze sobą, dzieje się okolicach Nowej Nadziei i wbrew tytułowi tyczy się nie tylko Imperium, ale również Rebelii. Pierwsza historia Scotta Alliego opowiada o spisku mającym na celu pozbawienie życia Palpatina uknutym w najwyższych kręgach Imperium, pomimo tego że mniej więcej w środkowej części autor traci chyba kontrolę nad scenariuszem i całość robi się nieco chaotyczna to po wzięciu rozszalałego długopisu w karby, komiks jest naprawdę niezły, rysunki Ryana Benjamina całkiem w porządku z gatunku tych co są "brzydkie na tyle żeby być fajne". Drugim komiksem jest Biggs Darklighter co do którego mam mieszane uczucia. Z jednej strony jeżeli chodzi o samą fabułę to jest całkiem wciągający, porusza kilka dosyć ciekawych kwestii (np. dlaczego Imperium lata w wuj gorszymi myśliwcami niż Rebelianci, a wnioski dosyć rozsądne i podobne do możliwości które rozważałem) i może się pochwalić naprawdę śliczną oprawą graficzną Douga Wheatleya i Tomasa Giorello, a z drugiej pociska takie bzdury jak to, że w momencie rozpoczynania się Star Wars Luke z Biggsem stali właśnie na wydmie, Biggs na kilka dni przed zniszczeniem Gwiazdy Śmierci sprowadził pierwsze X-Wingi dla Sojuszu i ogólnie jest facetem który był prymusem w Imperialnej Akademii, dowódcą klucza który wykonał kilka legendarnych akcji a skończył jako skrzydłowy wieśniaka z Tatooine. Uświadomionego politycznie Biggsa, który się zaciąga do Imperialnej Floty też trochę nie kupuję, ale powiedzmy że całość raczej plusik dostanie. Kolejnym komiksem jest "Krótki szczęśliwy Żywot Roonsa Sewella" Paula Chadwicka i tu niestety wyszło słabo, pierwszy zeszyt zapowiada całkiem intrygującą historię, zaczyna się od wspomnień Jana Dodonny na pogrzebie tytułowego Roonsa, który okazał się najlepszym generałem Rebelii. Dostaniemy tutaj historię z młodości rzeczonego generała i dowiemy się czym Imperium go tak wkurzyło, że chwycił za broń. W drugim zeszycie zgodnie z oczekiwaniami powinniśmy przeczytać kolejny etap jego "biografii" czyli historię przyłączenia się do Sojuszu, ale seria dostała z nieznanych przyczyn wyraźnego cancela i dostaniemy garść jakichś niekonkretnych wyrywków z których w żaden sposób nie dowiemy się dlaczego Roons Sewell był taki legendarny oraz scenę jego dosyć idiotycznej śmierci. Szkoda potencjał był całkiem spory. Kolejnym komiksem jest naprawdę niezła "Waleczna Księżniczka" opowiadająca o Leii pobierającej lekcję odpowiedzialności oraz ceny posyłania ludzi na śmierć Randy Stradleya a następnym po nim stosunkowo niedługa ale z pewnością perełka tego zbioru "Czy lojalność to grzech?" Jeremy Barlowa i Patricka Blaine o jednym z ostatnich klonów TK-622, który bezgranicznie wiernie służy swojemu dowódcy batalionu cierpiącemu przez wyrzuty sumienia z powodu omyłkowego spowodowania zbrodni wojennej. Jeżeli dodam, że punkt kulminacyjny w którym weźmie udział rebeliancki szpieg nastąpi na Gwieździe Śmierci właśnie wchodzącej na orbitę Yavina 4, to raczej tylko zachęcę potencjalnego czytelnika. Napewno w mojej pamięci na stałe już zadokował kadr w którym TK który obiecuje sobie samemu że sprawiedliwość i tak zwycięży i Imperium zaprowadzi w końcu pokój w galaktyce stoi przy wielkim oknie i widzi w nim X-Winga przelatującego tak blisko, że widać głowę pilota. Rewelacja. Dalej jest adaptacja "Nowej Nadziei" cierpiąca poprzez wyraźną kompresję materiału. Kolejny tom otwiera króciutkie "Dzikie Serce" Paula Alvino przedstawiające co się przydarzyło Vaderowi po tym jak w "Nowej Nadziei" jego Tie ustrzelił Han Solo, naprawdę interesujący szorcik nie tylko ze względu na dosyć zaskakującą obecność czarnego (w sumie a jakże) humoru ale też i na intrygujące i dosyć nietypowe rysunki Raula Trevino. Kolejnym komiks to jest już nawet nie perełka ale jeden z brylantów tej kolekcji wzorowany na wojennych filmach (zwłaszcza tych o Wietnamie) "Do Ostatniego Żołnierza" Wellesa Heartleya. Pełnokrwista wojenna opowieść bez podziału na dobrych i złych o młodym imperialnym poruczniku Janeku Sunberze, o tym jak machina wojny i samej armii miele wszystkich (nie)równo, oraz o tym jak bardzo przerypane ma szara piechota. Jasne można narzekać na pewne uproszczenia, ale trzeba by być marudnym malkontentem zwłaszcza, biorąc pod uwagę, że oryginał również na uproszczeniach się opierał. Rewelacyjny komiks biorąc również pod uwagę grafikę Davide Fabbriego momentami nawiązującego stylistyką do plakatów propagandowych. Po tym wszystkim przeczytamy kolejny,tym razem niezapadający w pamięć short z Darthem Vaderem oraz kilka rozdzielnych zeszytów o przygodach głównie Hana i Leii w których będziemy mieli okazję zaobserwować rodzący się pomiędzy nimi romans, właściwie wszystkie są fajne ale mi najbardziej przypadło również ze względu na świetne rysunki Paula Chadwicka, pięknie pokolorowane przez Kena Stacy, mocno intymne dziejące się na Hoth "Przełamując Lody". Na plusik z pewnością też akcyjniak "Z dala od wszystkich" w którym dowiemy się, że Rebelianci to nie lepsi potrafią być niż Imperialni, historyjka o Luke'u który do swojej wesołej ferajny dokoptuje przypadkiem odnalezionego kloniego rozbitka BL 1702 oraz o Vaderze wplątanym w polityczne gierki na planecie obłudnych Velociraptorów. Kolejna tym razem kilkuzeszytowa historia w której Luke jako ambasador trafi na Jabiim planetę, z której niegdyś umknął jego ojciec zostawiając mieszkańców na pastwę Federacji Handlowej również jest co najmniej przyzwoita.Po niej wpadnie w nasze ręce bardzo dobry i przewrotny w sposób nieco kojarzący się nieco z braćmi Coen "Wzorowy oficer" JJ Millera i Briana Chinga, którego głównym bohaterem po raz kolejny zostanie Vader. A dalej zapoznamy się ze "Złą Stroną Wojny" czyli kontynuację przygód porucznika Sunbera przygotowaną przez tych samych artystów. Sam komiks jest dobry, tyle że "Do ostatniego żołnierza" rewelacyjnie się broniło jako samodzielne dzieło, tutaj nie dość, że dostajemy sequel to jeszcze Janek okazuje się mieszkańcem Tatooine i "oczywiście" starym kumplem Luke'a. Bez jaj, w tej historii absolutnie nic nie zmieniłoby gdyby ta postać była całkowicie nowa, no ale skoro czytelnikom zapewno się spodobało wcześniej to trzeba krowę doić dopóki mleko daje. Nie cierpię takich zagrywek. Tutaj kończy się seria pięciotomowa "Imperium" a zaczyna dwutomowa "Rebelia", rozróżnienie nie było koniecznie specjalnie gdyż będziemy mieli ciągnięte wątki rozpoczęte wcześniej. Tom pierwszy rozpocznie komiks Roba Williamsa "Mój brat, mój wróg" będący trzecią i ostatnią częścią perypetii Janeka Sunbera, który przyciąga oko rysunkami Brandona Badeaux który twarze potrafi narysować naprawdę kiepsko za to sceny batalistyczne mu wychodzą świetnie. Drugą połowę tomu oraz pierwszą połowę kolejnego zajmie kolejna dobra dłuższa historia nawiązująca do filmów w stylu "heist" takich jak  "Parszywa Dwunastka" czy "Ocean 11", "Rozgrywka na Ahakiście" która potrafi oczarować lekko nawiązującymi do stylu Jae Lee rysunkami Michaela Lacombe. Cały cykl zamkną porządne "Drobne Zwycięstwa" Jeremyego Barlowa których bohaterką jest Deena Shan wcześniej poznana rebeliancka mechanik zadurzona w Hanie Solo, obecnie przechodząca kryzys tożsamości, oraz głupiutki "Wektor" kontynuujący ten absurdalny pomysł zapoczątkowany jeszcze w Kotorze o sithijskim artefakcie przemieniającym ludzi w jakieś potwory. Podsumowując, całość zawarta w 7 tomach naprawdę przypadła mi do gustu. Muszę przyznać że wcześniej momentami zastanawiałem się czy ta kolekcja to był dobry sposób na wydanie pieniędzy, ale teraz przekraczając już jej połowę, czytając komiksy takie jak wyżej wymienione jestem naprawdę zadowolony. W tym przypadku spodobała mi się forma krótszych raczej odosobnionych od siebie opowiadań przygotowanych przez wielu autorów, które bywa że bronią się nie tylko jako komiksy Star Wars, ale i jako komiksy wogóle. Podoba mi się także, że większość z nich jest raczej kameralna, albo tyczą się całkowicie pobocznych postaci albo jeżeli głównych bohaterów trylogii to nie stawiający przed nimi żadnych niewiarygodnych zadań i nie wplątujący ich w niesamowicie wielkie wydarzenia które będą miały wpływ na całą Galaktykę i kolidowałby z tym co było w filmach. Ocena zbiorcza dla całości 7+/10.

 
  "Conan Barbarzyńca Kolekcja" - nr 37-42 W zeszłym miesiącu coś marudziłem o tym, że lekko jestem zmęczony kolekcją, na dodatek powaliłem numerki. W tym miesiącu już mi przeszło i bawiłem się równie dobrze jak na początku. Dobrą decyzją Marvela było odsunięcie od funkcji scenarzysty Michaela Fleishera i pozostawienie mu roli wyłącznie redaktora, skończyły się nareszcie te dziwaczne wątki nie pasujące do konwencji z równie odjechanymi bohaterami, które na dodatek miały tendencję powracania jak bumerang. Pałeczkę po nim przejęli rewelacyjny Don Kraar i nieco mniej rewelacyjny ale i tak naprawdę niezły Jim Owsley a same komiksy powróciły do formy tej znanej z początku kolekcji, czyli jeden zeszyt - jedna historia. Kraar nie tylko świetnie czuje klimat howardiańskiego Conana, ale dodatkowo urealnia wprowadzając elementy dramatyczne i ubrutalnia świat Hyborii przez co momentami zbacza w kierunku dark fantasy, aczkolwiek zdarza mu się od czasu do czasu błysnąć dosyć czarnym humorem. U Owsleya piszącego również pod pseudonimem Larry Yakata jest różnie, zdarzają mu się bardzo dobre historie, zdarzają się i przyjemne ale raczej głupiutkie, ogólnie rzecz biorąc i tak wychodzi to na plus. Za rysunki odpowiadają głównie Gary Kwapisz, Ernie Chan i Rudy Nebres i o tyle o ile dwaj pierwsi są świetni to ja osobiście zakochałem się w naturalistycznym świetnie pasującym do mroczniejszych, cięższych fragmentów stylu Nebresa. Od czasu do czasu dostaniemy miłą odmianę w postaci gościnnych występów innych rysowników (scenarzystów w sumie też) i żaden z nich nie zawodzi, zresztą cała seria stoi pod względem wyglądu na niezwykle wysokim poziomie. Brakuje może trochę golizny z poprzednich tomów, ale trzeba przyznać, że artyści starają się nagiąć cenzurę jak tylko mogą i niewiele pozostawiają wyobraźni. Ta kolekcja to zdecydowanie jedna z najlepszych regularnych serii wydanych w naszym kraju. Ocena 8+/10.


  "Opowieści Makabryczne" - Stephen King, Bernie Wrightson. Komiks legendarnych autorów który na ekrany przeniósł jako "Creepshow" równie legendarny George Romero. Nie ma co wymyślać nic w tym temacie, film jest pewnie bardziej znany w naszym kraju i jest dokładną ekranizacją tego co jest w komiksie czyli pięć krótkich horrorowo-komediowych nowelek (w filmie humor był nieco bardziej uwypuklony, tutaj jest nieco bardziej horrowo). Po krótce bardzo znana pozycja, totalnie klasyczny komiks, niedużo stron z wydawnictwa Albatros w miękkiej oprawie za śmieszne pieniądze. Brać, czytać, oglądać i nie marudzić. Ocena 7/10.



Poleciłbym w sumie, ale nie chcę się narażać:

  "Star Wars Legendy - Cienie Imperium" John Wagner, Kilian Plunkett, John Nadeau. Shadows of the Empire, chyba pierwsza wielka wewnętrzna franczyza w świecie Star Wars składająca się z powieści, komiksu, gry video (pamiętam jak pierwszy raz siadłem za sterami Snow Speedera, ach cóż za powalająca realizmem grafika to wtedy była, lepiej tego już włączać nie będę) a także serii zabawek, albumów z naklejkami i tym podobnych pierdoletów. Cóż, komiks jest nienajgorszy ale dotknęła go typowa zwłaszcza dla Marvela przypadłość, która niestety rozwinęła się właśnie w latach 90-tych (czyli dacie wydania) i potrafi straszyć do dzisiaj. A mianowicie porażająca wręcz "eventowość". Aby wyciągnąć max z tego komiksu to wydaje się, że trzeba znać wszystkie elementy składające się na Cienie Imperium a ja ani książki nie czytałem, ani fabuły gry już nie pamiętam. Te sto-kilkadziesiąt stron jest tak zapchane różnymi fabularnymi odnogami, że czyni to lekturę straszliwie chaotyczną. Na dobrą sprawę jedynym wątkiem który wydaje się nie pocięty jest Boba Fett holujący bryłę karbonitu z Hanem Solo dla Jabby (swoją drogą świetny występ, ale Bobba strasznie się rozgadał jak na siebie chyba poza kadrami popija). Cała reszta Luke, Leia et censortes wyskakują co jakiś czas na kilka stron aby się zaraz schować i zrobić coś czego nie widzimy, do tego nie wiadomo po co jakiś agent Jix. Za dużo tego a i tak w niewystarczającej ilości, gdzieś tam w tle dowiadujemy się że Darth Vader i główny czarny charakter Książę Xizor strasznie się nie lubią, ale dlaczego? Nie mam pojęcia. O Czarnym Słońcu, gdzie Xizor jest jednym z bossów też nic się nie dowiemy. Pod względem rysunków, album wygląda przyzwoicie, nie sprawdzałem który z panów odpowiada za którą stronę, ale wygląda na to że jeden jest lepszy od drugiego niektóre strony są wyraźnie ciekawsze. Oko radują plansze zajmujące całą stronę i żywe, wesołe kolory nałożone przez samego P.Craiga Russela. Aha, na dokładkę otrzymamy (nareszcie) komiksową adaptację Powrotu Jedi autorstwa Archiego Goodwina i Ala Williamsona i to jedna z najlepszych adaptacji do tej pory, najmniej pocięta. Cóż, gdyby ktoś tak to napisał żeby dało się to czytać nie sięgając do innych mediów mogłoby być świetnie bo fabularnie zdaje się to ciekawe, ale przez sposób w jaki zostało to zaprezentowane to mocno naciągane 6/10.


  "Suicide Squad - Rebirth" - pierwsze cztery tomy, Rob Williams i inni. Dla mnie całkiem przyjemne zaskoczenie. Dwa pierwsze tomy to proste jak kołek akcyjniaki z czego drugi jest na dodatek strasznie głupkowaty, w trzecim tomie autorowi ktoś chyba zwrócił uwagę, że bohaterowie dotychczas nic nie robią tylko biegają, strzelają i rzucają one-linerami i od trzeciego tomu postanowił na szybko zacząć nadpisywać relacje i zamieszać fabułę nieco "głębszymi" intrygami co wyszło mu momentami strasznie sztucznie (np dowiemy się ni z gruchy ni z pietruchy że Rick Flagg i Harley mają się ku sobie, co może łączyć komandosa i potatuowaną, pomalowaną na biało wariatkę? Bo chyba nic), ale w sumie jakby nie patrzeć  koniec, końców jest to na plus. Na minus np. obsadzenie w roli antagonisty Generała Zoda, sorry ale koleś rzucający bumerangami, facet pokryty łuskami i dziewczyna z młotkiem to wogóle nie ta liga, albo Amanda Weller, która jest jeszcze bardziej przekoksowana niż Superman - wszystko wie, wszystko widzi, ma ukryty plan w ukrytym planie, który znajduje się wewnątrz tajnego planu, Nick Fury to przy niej totalny amator ale mimo wszystko jest kochającą matką (jasne). Na plusik napewno szorty na temat przeszłości postaci. Tak jak w filmie głównymi ulubieńcami dla mnie w tym komiksie tutaj są Harley Quinn i Kapitan Bumerang. Za rysunki odpowiadają nazwiska takie jak Jim Lee, Tony Daniel czy Jason Fabok także możemy się spodziewać pewnego niezłego poziomu. Jak ktoś ma ochotę na zjadliwy komiksowy fastfood to może śmiało sięgać, miałem się tych czterech tomów pozbyć na allegro i być może to uczynię kiedyś, ale póki co zostają a ja dokupuję pozostałe dwa tomy. Cały tytuł jest naprawdę ok chociaż tak sobie myślę, że Suicide Squad to byłby świetny materiał na poważniejszy dramatyczny komiks a cała bitka powinna zostać przepchana do Ligi Sprawiedliwości. Ocena 6/10.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: bibliotekarz w Wt, 18 Luty 2020, 14:18:50
Zdecydowałem się na podsumowanie tutaj dwóch miesięcy łącznie ze względu na to, iż raczej co miesiąc dokonuję zakupów tematycznych a grudzień i styczeń upłynęły pod znakiem średniowiecza. Jakie komiksy najlepiej oddają klimat i realia tej epoki? Na czym skupiają się poszczególni twórcy?

Na początek - co przez ten czas przeczytałem i uwzględniłem w tym zestawieniu: Wieże Bois-Maury (tomy 2-10), Bois-Maury t. 2 - Rodrigo, Ira Dei. Złoto Khaidów, Vasco. Księga I, Towarzysze zmierzchu, Mieszko. Dziedzictwo. W tym czasie przeczytałem też Slaine. Skarby Brytanii i Rogaty Bóg oraz zacząłem Armie zdobywcy, ale to wszystko raczej fantasy odnosząca się starożytności, więc ich tutaj nie uwzględnię. Nie uwzględniam też Thorgala, gdyż miesiąc z nim miałem w sierpniu. Natomiast Thorgal mimo wszystko zasługuje chyba i tak na krótką uwagę - najlepszy album oddający klimat średniowiecza to Łucznicy.

Best of the best: Towarzysze zmierzchu. To trzy historie zachowujące niby ciągłość, ale w pewnym momencie przeżywające zwrot koncepcyjno-jakościowy. Dwie pierwsze są krótkie i to raczej fantasy ze średniowieczem w głębokim tle. Natomiast trzecia to opowieść bardzo długa, rozbudowana fabularnie, gęsta, wielowątkowa, spychająca motyw fantastyczny do głębokiej defensywy. Zagęszczają się nie tylko wątki, ale i rysunek - staje się bardziej szczegółowy, artysta wnika w przeróżne detale. Akcja co prawda wciąż jest osadzona w fikcyjnym miejscu, ale realia średniowiecza oddawane są z dużą pieczołowitością. Wnętrze zamku, klasztor, domy i miejskie ulice, wyposażenie i stroje podziwiamy tak jak mogłyby istnieć naprawdę, zbudowane są według wszelkiej naszej najlepszej wiedzy na ten temat. Główna oś fabuły to intryga pałacowa, w której ważną rolę, choć nieodgadnioną niemal do ostatnich stron ma odgrywać pewien błędny rycerz. Jego towarzysze to blondynka w opałach i samolubny cwaniaczek. Tworząc wspólnie grupę typowych dla średniowiecza tzw. "ludzi gościńca" pozwalają poznać nam nie tylko zamkowe zakamarki, ale i problemy trapiące pospólstwo - bezdomność, głód, zabobony. Burgeon lubi ponadto wplatać akcenty erotyczne. Nie jest to jednak komiks dla każdego. Lektura wymaga ciągłego skupienia (ja sam przeczytam go jeszcze raz, żeby lepiej wszystko ogarnąć) i nie każdego mogą interesować detale epoki, które Burgeon postanowił nam zaprezentować. Usatysfakcjonowany powinien być czytelnik "Imienia róży" Umberto Eco, gdzie podobnie autor często marginalizuje wątek detektywistyczny, by zająć się szczegółami dysput filozoficzno-teologicznych epoki, erudycyjnym tropieniem herezji i łowieniem wynalazków, które wtedy powstały.

O włos od podium: Wieże Bois-Maury. 10 tomów znów o pewnym błędnym rycerzu, który tym razem przemierza Europę i Bliski Wschód by odzyskać tytułowy zamek Bois-Maury. Każdy tom to inne miejsce akcji, inny naród lub grupa społeczna, z której dramatami się mierzymy. I to właśnie stanowi największą wartość serii - Hermann wnikliwie oddaje codzienne troski różnych warstw społeczeństwa średniowiecznego, przez co często każe głównemu bohaterowi ustąpić miejsca na głównym planie. Spotykamy więc nie tylko dumnego rycerza dbałego o swój honor i maniery, ale i rycerza cynicznego rabusia, złodziejaszka z ambicjami i tchórzliwych wieśniaków kurczowo trzymających się nadziei (niezapomniany staruszek z kurczakiem). Wszyscy oni co i rusz muszą skonfrontować swoje zasady i widzenie świata z zagrożeniem egzystencji bądź to przez głód, bądź przez agresorów. To taki szeroki pejzaż epoki. Opowiadana historia w każdym tomie zawsze meandruje i nie jest oczywista do samego końca. Rysunki nie są przesadnie szczegółowe, ale Hermann potrafi być świetnym rysownikiem i zrobić wrażenie niejednym kadrem. Niestety starsze albumy zachowały się chyba w gorszej jakości przez co tusz nie zawsze bywa wyraźny. Cała seria nie schodzi poniżej pewnego poziomu (nieco słabszy, choć wciąż dobry jest t. 6 Sigurd), ale szczególnie pierwsza połowa jest godna uwagi ze względu na sposób wykonania ogólnej koncepcji.

Pozotywne zaskoczenie: Mieszko. Dziedzictwo. Wyśmienity debiut polskiego twórcy na łamach komiksu historycznego. Zarazem akcja umieszczona w okresie szczególnie bliskim mojemu sercu - pogańskie czasy powstawania państwa polskiego. Szukałem różnych komiksów krążących wokół tej tematyki i to jest najlepsze, co do tej pory dostałem, zarazem to właśnie to, czego oczekiwałem. Stary władca Polan, Siemomysł, zostaje ranny w bitwie z Wieletami i zmuszony do przyśpieszenia decyzji o sukcesji, co do której nadzieje żywią jego dwaj synowie - Zdziebor i Mieszko. Tematykę tę łatwo spieprzyć - oświetlają ją ledwie zdawkowo wzmianki źródłowe, gdzie dodatkowo trzeba odnaleźć się w gąszczu najnowszych ich naukowych interpretacji i trudnej literaturze archeologicznej, by nie popaść nieświadomie z historii w fantastykę. Graphos wyszedł z tego znakomicie. Trzymając się dokładnie wiedzy historycznej uzupełnia liczne luki nowymi postaciami i wątkami wplatanymi w intrygującą fabułę nie naruszając przy tym naukowego fundamentu. Do tego dochodzi oprawa graficzna. Przemyślany malarski styl szczególnie pięknie prezentuje się w ujęciach przyrody. Czekam niecierpliwie na kolejne tomy.

Vasco, tom I. Ćwierć wieku po lekturze "Więźnia Szatana" wracam do postaci Vasca, tym razem w zbiorczym wydaniu Kurca. To dobry komiks, który posiada swoje mocne strony, ale nie każdego musi wciągnąć. Szczególnie cenne są ujęcia architektury, do której Chaillet ma zamiłowanie. Momentami to jakby ilustracja do podróży po zabytkach południa Europy - stajemy przed jakimś zamkiem lub murem i wyobrażamy sobie jak mógł wyglądać w średniowieczu i jakie sceny mogły się tam rozgrywać. I najlepiej rysownikowi wychodzą właśnie sceny statyczne, na planie pełnym, mogące zilustrować takie wyobrażenie. Bliskie ujęcia twarzy, czy sceny pojedynków często szwankują. Scenariusz ma nam przybliżać miejsca i postacie w oprawie przygodowej. Oprawa ta jest jednak nieco sztywna i momentami trąci myszką. Widać jak w tym początkowym okresie, zawartych tam trzech pierwszych przygód, autor z historii na historię się rozwija. Rysunek, nie do końca, ale jednak, stopniowo wytraca swoje wady. Zachowawcza i konserwatywna fabuła przypominająca komiksy z innej epoki a la Prince Valiant nieco nabiera pazura (w trzeciej historii mamy już nawet gołe cycki). Ciekaw jestem jak to dalej Chaillet pociągnął, aczkolwiek nie jakoś nadzwyczajnie.

Ira Dei. W tym zestawieniu pozycji wybitnych i co najmniej dobrych wreszcie komiks najwyżej średni. Rzecz dzieje się na Sycylii zajętej przez muzułmanów, a którą próbuje zdobyć cesarz bizantyjski włączając do walk wojowników z gwardii wareskiej. To właściwie tyle jeśli chodzi o realia historyczne. Dalej dominuje akcja, w której bohaterowie zachowują się jak postacie gry komputerowej. Mamy w tle walk zarysowaną jakąś intrygę, momentami nawet ciekawą, psutą jednak przez nieprzekonujące postacie a rozwiązania tajemnic będących motorem akcji, w założeniu chyba całkowicie nieprzewidywalnych, możemy się jednak w ogólnym kształcie domyślać. Rysunki przeciętne, dobrze oddające dynamikę, pozbawione jednak detali, pomysłowych ujęć czy historycznych smaczków. Na szczęście cykl pierwszy to tylko dwa tomy, ale i tak nie wiem czy dam szanse tomowi drugiemu.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Wt, 18 Luty 2020, 23:49:39
  Jak lubisz klimaty to koniecznie chociaż zapewne już dawno masz "Doman" i zbiorczy "Relax 2" gdzie jest kilka historyjek o początkach Polski rysowanych przez Rosińskiego razem z "Relaxem 3" gdzie jest komiks Kobylińskiego o podobnej tematyce.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: misiokles w Śr, 19 Luty 2020, 07:08:58
A przy okazji następnych zakupów na Gildii warto do koszyka dołożyć Endorfa Moroza - mocno w klimatach Wież Bois Maury.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: bibliotekarz w Śr, 19 Luty 2020, 09:09:12
Doman zbiorczy już za mną, bo za mną też miesiące na klimaty słowiańskie (razem z Kokoszami, Legendarną historią Polski, Przebudzonymi legendami, Odmieńcem, Lux in tenebris czy Mikoszką). Na razie luty zacząłem z Aliens, w marcu planuję powrót do X-Men, więc Relax musi trochę zaczekać na kolejny miesiąc ze Słowianami.

Komiksy Moroza czekają na jakiś miesiąc z Bałtami (razem z Łaumą i Legendami warmińskimi).

W planach mam oczywiście też jakiś dodatkowy miesiąc ze średniowieczem. Vasco t. 2, Ramiro, Rodryk, Wszechksięga i Uzbrojony ogród nie zmieściły mi się w ostatnim budżecie.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: nadęta waltornia w Nd, 01 Marzec 2020, 14:14:36
Najlepszy komiks przeczytany:
Pierwsze tomy Donżonu i Profesora Bella - nie mogę powiedzieć, że się nie spodziewałem, że to będzie aż tak dobre. Sfar i Trondheim to jednak klasa sama w sobie, ich wyczucie komiksowego medium i talent do tworzenia światów lekkich i bezpretensjonalnie wciągających czytającego, ale jednocześnie będących złożonymi w strukturze i dalekimi od trywialności jeśli chodzi o zawarty przekaz, sprawia, że kupuję ich komiksy w ciemno. Czytając P. Bella miałem wrażenie powrotu do słodkiego dzieciństwa i oglądania Scooby Doo, zmieszanego z Kotem rabina, Donżon zaś to rzecz z typu tych co siedzą w tobie od zawsze nawet jeśli jeszcze nie trafiłeś na tego fizyczny egzemplarz. Szkoda, że seria nie jest nieco szybciej wydawana, ale przy zaległościach liczonych setkami jakoś może to przeżyję.
Złodziej wszystkich czasów - kupiłem to lata temu w podobnym czasie co Koralinę N. Gaimana i w istocie komiks C. Barkera jest bardzo podobny do wspomnianego, to baśń o dzieciach z elementami horroru i fantastyki, podana w ciekawym i niewtórnym anturażu. Nie wymyślono tu oczywiście drugiego koła, ale biorąc pod uwagę, że Barkera u nas bardzo mało wydano dla jego fanów rzecz nie do przeoczenia (choć łańcuchów i rwanego mięsa się tu nie spodziewajcie).
Mister Miracle Kinga - zastanawiałem się jak wypadnie na tle świetnego Visiona i nie rozczarowałem się. Historia jest ciekawa, oparta na konkretnym pomyśle z odpowiednią równowagą akcji, charakterystyką postaci i świetnymi rysunkami. Właśnie takie historie czytane za młodu automatycznie przywiązywały mnie do ich bohatera na zawsze.

Bez zaskoczeń:
30 dni nocy Nilesa - po świetnym, lekko niedocenianym Detektywie Fellu i mocno rozczarowującym Abra Makabra byłem bardzo ciekaw tego komiksu z rysunkami Templesmitha, gdyż to one są tutaj główną osią napędową, generują mrok i uczucie martwoty świata, niezależnie czy akcja dzieje się w śnieżnej Alasce czy słonecznym Los Angeles. Mimo wszystko chciałoby się, żeby fabuła była nieco bardziej dającą okazję do przyzwyczajenia się do bohaterów i zgłębienia ich psychologii jak i poznanie historii miejsc akcji i mieszkających tam społeczności. Zamiast tego pędzi ona na złamanie karku i w efekcie mało czuć tutaj horroru, niepokoju czy suspensu, ale w komiksach rzadko zdarzyło mi się dostać pod tym względem pełny produkt  (jak np. Severed, Saga o potworze z bagien czy Wiedźmy).
Green Arrow Lemire'a - to przyzwoity akcyjniak z naprawdę świetnymi rysunkami i kadrowaniem, Queen jest tu osadzony faktycznie w klimatach Ironfistowych tj. klany, symbole, ścieżka samokształcenia itp. Miałem tylko wrażenie, że niestety nie pozwolono autorowi zaprezentować tego co potrafi, wzbogacić historię głębszą psychologią, jakimś faktycznym kontekstem, czymś co zakotwiczyłoby historię w świadomości czytelnika jako dzieło uniwersalne. Zamiast tego mamy bardzo dobre czytadło i podobnie jak w przypadku drugiego słynnego Zielonego chciałoby się więcej komiksów z tą postacią. 
Neonomicon A. Moore'a - jako fanowi Lovecrafta i Moore'a w zasadzie ten komiks nie mógł mi się nie podobać. Jest tutaj uchwycony ten ciężko uchwytny weirdowy klimat: historia skromnej jednostki przeczuwającej istnienie czegoś niepojętego i niewytłumaczalnego. Powiedziałbym, że szkoda, że Moore nie pisał książek w czasach Derletha, bo pewnie by zrobił to lepiej niż sam Lovecraft, ale szkoda by było świetnych rysunków, jest coś w tej kresce, jakiś pseudofotorealizm, który idealnie wkomponowuje się w świat Ameryki czasów Hoovera itp.   

Lekkie zaskoczenie na minus:
Planetary Ellisa - w zasadzie komiks mi się podobał, ale daleko mi było do spodziewanego zachwytu. Męczyła mnie ta gonitwa fabuły na złamanie karku, coraz bardziej brakowało dozy "twardości" SF, gdyż nawet jak na standardy popularnonaukowe odniesienia do fizyki zaczynały przypominać, zwłaszcza w drugim tomie, okrutny bełkot. Na plus na pewno zapadające w pamięć postaci, rysunki z dużym rozmachem i jednak mimo wszystko spójność koncepcyjna dzieła.
Klatki McKeana - tutaj również miałem duże oczekiwania a wg mnie to dzieło tylko poprawne. Rysunki i kolaże u tego pana to wiadomo, że najwyższa półka, ale podobnie jak w przypadku Stwórcy McClouda czegoś tutaj zabrakło. Niesprawiedliwie byłoby oceniać to dzieło jako pretensjonalne i stworzone tylko do pokazania możliwości warsztatowych, tak na pewno nie jest, po prostu brakuje tu tej iskierki magii, która oddziela rzeczy bardzo dobre od tych tylko dobrych.

Dziwna rzecz:
Księga Genesis R. Crumba - nie wiem do końca co o tym myśleć, sam Crumb jako ateista traktuje ten komiks jako próbę zobrazowania pewnych pierwotnych instynktów, które są racjonalizowane poprzez wiarę i dogmaty religii. Komiks nie jest kpiną z religii, chyba, że na jakimś nieuświadomionym, komórkowym poziomie.  Dziwnie się to czytało, tekst jest niezmodyfikowany, bardzo męczący zarówno jeśli chodzi o formę i treść i okraszony tymi dzikimi rysunkami ludzi. Patrząc przez kilka godzin na te wszystkie prymitywne, śliniące się twarze i zwierzęce sylwetki chyba można sie dobrze wczuć jak Crumb odbiera religię i chyba po to ten komiks powstał. 
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Kadet w Nd, 01 Marzec 2020, 20:10:40
Z pewnym opóźnieniem, ale pozwolę sobie dorzucić kilka komentarzy do recenzji Skandalisty:

Pierwsza historia Scotta Alliego opowiada o spisku mającym na celu pozbawienie życia Palpatina uknutym w najwyższych kręgach Imperium, pomimo tego że mniej więcej w środkowej części autor traci chyba kontrolę nad scenariuszem i całość robi się nieco chaotyczna to po wzięciu rozszalałego długopisu w karby, komiks jest naprawdę niezły, rysunki Ryana Benjamina całkiem w porządku z gatunku tych co są "brzydkie na tyle żeby być fajne".

U mnie właśnie rysunki zdecydowały o złym odbiorze komiksu. Rozumiem, nie zawsze styl musi być w moim guście, ale te maziaje są chyba często nieanatomiczne... a w pewnym momencie zacząłem mylić ze sobą tych imperialnych spiskowców, bo niektórzy byli narysowani niemal identycznie (mówię o tych paru ostrzyżonych na jeża typkach bez żadnych znaków szczególnych typu cybernetyczne oczy czy metalowy kaftan).

Drugim komiksem jest Biggs Darklighter co do którego mam mieszane uczucia. (...)  z drugiej pociska takie bzdury jak to, że w momencie rozpoczynania się Star Wars Luke z Biggsem stali właśnie na wydmie,

To jest jedna z kilku scen nakręconych, ale usuniętych z pierwszej kinowej wersji "Nowej nadziei". Lucas wyrzucił ją, bo zakłócała płynność akcji. W opowieści z Biggsem jest jeszcze parę tych usuniętych scen, np. ta, gdzie uprzedza Luke'a, że będzie starał się zdezerterować. (tu w sekcji "New Hope" jest dokładniejszy opis (https://starwars.fandom.com/wiki/Scenes_cut_from_Star_Wars)) I nawet trudno się dziwić, że do nich sięgnęli, skoro w filmie samego Biggsa to nie za dużo ogólnie jest - każdy materiał na wagę złota :)

Tam jest w pewnym momencie scena, gdzie Biggs i jego kumple dezerterzy gadają sobie w TIE - problem jest taki, że widać ich twarze, a przecież pilot TIE musiał zawsze nosić hełm, bo te myśliwce nie miały systemów podtrzymywania życia. W późniejszych wydaniach dorzucono przypis, że to "licencja artystyczna" w celu lepszego ukazania emocji postaci :) Ale ogólnie bardzo lubię ten zręczny i sprawny story-arc - bardzo fajne rysunki i moim zdaniem jedna z lepszych fabuł w "Empire".

Kolejnym komiksem jest "Krótki szczęśliwy Żywot Roonsa Sewella" Paula Chadwicka i tu niestety wyszło słabo, pierwszy zeszyt zapowiada całkiem intrygującą historię, zaczyna się od wspomnień Jana Dodonny na pogrzebie tytułowego Roonsa, który okazał się najlepszym generałem Rebelii. Dostaniemy tutaj historię z młodości rzeczonego generała i dowiemy się czym Imperium go tak wkurzyło, że chwycił za broń. W drugim zeszycie zgodnie z oczekiwaniami powinniśmy przeczytać kolejny etap jego "biografii" czyli historię przyłączenia się do Sojuszu, ale seria dostała z nieznanych przyczyn wyraźnego cancela i dostaniemy garść jakichś niekonkretnych wyrywków z których w żaden sposób nie dowiemy się dlaczego Roons Sewell był taki legendarny oraz scenę jego dosyć idiotycznej śmierci. Szkoda potencjał był całkiem spory.

Mnie się wydaje, że głównym zadaniem tej historii było swego rodzaju "odbrązowienie" Rebelii i pokazanie, że nie składała się ona wyłącznie z harcerzyków, którzy zjednoczeni świętym celem walczyli zawsze wspólnie ramię w ramię i ani myśl o kłótni im w głowie nie postała :) Te tarcia między Sewellem a Dodonną, ta ich dynamika z wzajemnym szacunkiem, ale też i niechęcią, niedopasowaniem charakterologicznym, te sugestie w przekazach od Mon Mothmy, które wskazują, że władzom Rebelii nie do końca było po drodze z Roonsem, no i wreszcie ten niejednoznaczny portret Sewella, który wygłasza wzniosłe hasła o walce z tyranią (czy to nie kolejne teatralne kwestie?), ale jest napędzany co najmniej w takim samym stopniu przez żądzę zemsty - to moim zdaniem atuty tego komiksu (choć też za arcydzieło go nie uważam).

Kolejnym komiks to jest już nawet nie perełka ale jeden z brylantów tej kolekcji wzorowany na wojennych filmach (zwłaszcza tych o Wietnamie) "Do Ostatniego Żołnierza" Wellesa Heartleya. Pełnokrwista wojenna opowieść bez podziału na dobrych i złych o młodym imperialnym poruczniku Janeku Sunberze, o tym jak machina wojny i samej armii miele wszystkich (nie)równo, oraz o tym jak bardzo przerypane ma szara piechota. Jasne można narzekać na pewne uproszczenia, ale trzeba by być marudnym malkontentem zwłaszcza, biorąc pod uwagę, że oryginał również na uproszczeniach się opierał. Rewelacyjny komiks biorąc również pod uwagę grafikę Davide Fabbriego momentami nawiązującego stylistyką do plakatów propagandowych.

Tak, też uważam, że to genialna rzecz. Myślę, że to jeden z tych komiksów SW, który ma duże szanse spodobać się nawet osobom nieprzepadającym za tym uniwersum. Oderwana, samodzielna opowieść w sam raz dla fanów historii wojennych. Bardzo solidne rzemiosło - polecam wszystkim zainteresowanym.

Na plusik z pewnością też akcyjniak "Z dala od wszystkich" w którym dowiemy się, że Rebelianci to nie lepsi potrafią być niż Imperialni,

Nie wiem, czy zauważyłeś, ale główny bohater to epizodyczna postać z "Nowej nadziei" - to on w kantynie kieruje szukającego statku Bena Kenobiego do Chewbacki. Ten komiks kontynuuje historię BoSheka z opowiadania o nim zamieszczonego w książce "Opowieści z Kantyny Mos Eisley"

Po niej wpadnie w nasze ręce bardzo dobry i przewrotny w sposób nieco kojarzący się nieco z braćmi Coen "Wzorowy oficer" JJ Millera i Briana Chinga, którego głównym bohaterem po raz kolejny zostanie Vader. A dalej zapoznamy się ze "Złą Stroną Wojny" czyli kontynuację przygód porucznika Sunbera przygotowaną przez tych samych artystów. Sam komiks jest dobry, tyle że "Do ostatniego żołnierza" rewelacyjnie się broniło jako samodzielne dzieło, tutaj nie dość, że dostajemy sequel to jeszcze Janek okazuje się mieszkańcem Tatooine i "oczywiście" starym kumplem Luke'a. Bez jaj, w tej historii absolutnie nic nie zmieniłoby gdyby ta postać była całkowicie nowa, no ale skoro czytelnikom zapewno się spodobało wcześniej to trzeba krowę doić dopóki mleko daje.

"Wzorowego oficera" bardzo lubię od czasu publikacji w "Star Wars Komiks". Zgrabny one-shot i nastrojowe rysunki Chinga. Natomiast w kwestii Janka... No cóż. W "Nowej nadziei" jest fragment, w którym Luke wspomina o swoich dwóch kumplach, którzy odeszli z Tatooine do Akademii Imperialnej - Biggsie i właśnie jakimś "Tanku"/ "Czołgu". O tej postaci nie było potem żadnych wzmianek - aż do tych komiksów. Autorzy twierdzą, że Janek miał być "Czołgiem" od pierwszego występu - w "Do ostatniego żołnierza" wspomina mimochodem o tym, że pochodzi z zapadłej planety i ma przyjaciół pilotów.

Cały cykl zamkną porządne "Drobne Zwycięstwa" Jeremyego Barlowa których bohaterką jest Deena Shan wcześniej poznana rebeliancka mechanik zadurzona w Hanie Solo, obecnie przechodząca kryzys tożsamości, oraz głupiutki "Wektor" kontynuujący ten absurdalny pomysł zapoczątkowany jeszcze w Kotorze o sithijskim artefakcie przemieniającym ludzi w jakieś potwory.

"Drobne zwycięstwa" też mi się całkiem podobały. Niestety "Rebelia" została po tych komiksach zawieszona, żeby zrobić miejsce na inne tytuły (DH starał się wydawać naraz tylko kilka serii, żeby sobie nawzajem nie odbierały klientów), a potem dostała cancela i przez utratę praw na rzecz Marvela nie poznamy już kontynuacji. Na szczęście nie ma wrażenia, że historia została drastycznie urwana.

Co do potworów-rakguli - one w ogóle pochodzą z cenionej gry komputerowej "Knights of the Old Republic" z 2003, gdzie były takim ekwiwalentem zombie w świecie SW. Komiksowy prequel "KoTORa" wyjaśnił, skąd się wzięły, co miało nawet jaki-taki sens, bo pierwsi lordowie Sithów byli znani w uniwersum z eksperymentów z tworzeniem różnych kreatur przy pomocy Mocy.

Nie wiem, czy zacząłeś już czytać kolejne tomy kolekcji, ale jeśli nie, to radzę przejść do serii "X-Wing" (tomy 55-59) i dopiero potem iść od tomu 40 wzwyż. Ktoś coś poplątał w DeAgostini i nie wydali tego zgodnie z chronologią zdarzeń wewnątrz uniwersum.

Co do "Suicide Squadu" - nie czytałem, ale wiem, że znany Ci z komiksów SW Ostrander miał ładnych parę lat temu swój run w tym tytule i podobno był to właśnie komiks uderzający w poważniejsze tony.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Nd, 01 Marzec 2020, 22:39:18
Luty
 
Gideon Falls t.2 – jest coraz lepiej. Tak się powinno robić komiksowe horrory.
 
Superbohaterowie Marvela: Akademia Avengers
– wydawać się mogło, że to jeszcze jedna (obok „Runeways” i „Young Avengers”), na dłuższą metę nieudana próba wkupienia się w łaski nastoletnich czytelników przy równoczesnym poszerzeniu grona młodocianych herosów Domu Pomysłów. Tymczasem rzecz okazała się zaskakująco sensownie prowadzoną realizacją. Aż żal, że nie ma szans na polskie edycje kolejnych zbiorów tej serii.
 
Superbohaterowie Marvela: Quasar
– nadspodziewanie udane przedsięwzięcie z wszelkimi, pozytywnymi stronami marvelowskich produkcji schyłku lat 80.XX w. Bezpretensjonalna rozrywka z protagonistą, który z miejsca da się lubić.
 
Nemezis – w ostatnich latach Mark Millar miewa wpadki i do przesady upraszcza swoje scenariusze (vide „Huck”). W tym jednak przypadku poszło mu zdecydowanie lepiej dzięki czemu otrzymaliśmy przemyślaną, energetyczną i sprawnie zakomponowaną fabułę.
 
Lonesome t.2 – Yves Swolfs w tradycyjnej dlań świetnej formie. Gęsta, dosycona fabularnie i jak zwykle skrupulatnie rozrysowana opowieść osadzona w realiach Dzikiego Zachodu. Tym razem jednak z domieszką motywów paranormalnych.
 
Liga Niezwykłych Dżentelmenów: Burza – pożegnanie Alana Moore’a z komiksowym medium wypadło jak niemal wszystkie jego realizacje: błyskotliwie, erudycyjnie i z domieszką rozbrajającego humoru. Wprost wyśmienita lektura.

Superbohaterowie Marvela: Thunderbolts
– w fabułach Kurta Busiaka tkwi trudna do pełnego zdefiniowania magia, która sprawia, że nawet pozornie sztampowe zagrywki mają moc uwieść czytelnika. Do tego bez silenia się na domniemaną wybitność, dekonstrukcje mitu i inne „takie tam”. Tak też sprawy mają się w przypadku drużyny Thnderbolts, który to koncept okazał się nadspodziewanie żywotny. Do tego fani dokonań Marka Bagleya zdecydowanie nie powinni odpuszczać tego tytułu.   
 
W Imieniu Polski Walczącej t.2
– jeszcze jeden przejaw niezmiennie od lat znakomitej formy twórczego duetu w osobach Sławomira Zajączkowskiego i Krzysztofa Wyrzykowskiego.
 
Descender t.5 – droga do wielkiego finału w autentycznie udanym stylu.
 
Hrabstwo Harrow t.7 – fabuła zwyżkuje; choćby z racji zdynamizowania dramaturgii w efekcie przełomowej dla serii konfrontacji. Stąd atmosfera przed przysłowiowym wielkim finałem została stosownie podsycona.
 
New X-Men t.1 – mocne uderzenie z początku XXI w. de facto nic nie straciło na swojej pierwotnej silę rażenia. Fabuła może nie ponadczasowa, ale najwyraźniej długowieczna.
 
Jeremiah t.20
– mistrz znowu to zrobił! I nie da się ukryć, że ta okoliczność bardzo cieszy. Krótko pisząc: komiksowa postapokaliptyka wszechczasów ma się dobrze.
 
Zakon – po przeszło połowie dekady od zaistnienia pomysłu przybliżenia dziejów Zakonu Krzyżackiego i dwóch pełnowymiarowych albumach duetowi Robert Zaręba/Zygmunt Similak udało się zaprezentować swoje pierwotne założenie. Efekt jest bardzo dobry, a co więcej na tym nie koniec. Kolejne epizody z dziejów teutońskich zakonników już się rysują.
 
The Wicked+ The Divine t.4
– konkluzja nieprzesadnie porywającego konfliktu w ramach równie pretensjonalnej i niecharyzmatycznej społeczności quasi-bożków. Jeśli kogoś przekonała warstwa plastyczna poprzednich tomów to być może czeka tę osobę odrobina czytelniczej satysfakcji. Jeśli nie to raczej lepiej zdecydować się na inną lekturę.
 
Era Conana: Bêlit – kompletne nieporozumienie. Omijać szerokim łukiem.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pn, 02 Marzec 2020, 13:59:51
nadęta waltornia:

"Genesis" Crumba to właściwie przeniesienie żywcem Księgi Rodzaju na karty komiksu. W/g mnie Crumb chciał pokazać ten fragment Starego Testamentu dosłownie takim jakim on jest. Większość ludzi tak naprawdę nie zna Biblii, czytała ją wyrywkowo i widzi przez pryzmat kina "sandałowego" z lat 50-tych. Wszyscy wiedzą, że Mojżesz przeprowadził przez Morze Czerwone swój lud do Ziemi Obiecanej a prawie nikt nie wie, że robił za rajfura dla swojej własnej żony. Stary Testament to jedna wielka księga przychodów i rozchodów tam przez cały czas Izraelici handlują wszystkim i wszystkimi z każdym z kim się da, a w przerwach między tą czynnością zabijają się wzajemnie w im bliższym kręgu tym lepiej. Nawet to czczenie Boga wygląda bardziej na próbę przekręcenia go na jakimś "dealu", wiecznie przeczytać można o próbach wymuszenia na Nim jakichś obietnic zysku we wszelkiej postaci. Dla człowieka wychowanego w zachodniej kulturze, Stary Testament to dosyć odrażająca lektura o bandzie zwyrodniałych psycholi. Myślę, że Crumb tak dosłownie obrazujący te pismo, mógł mieć na celu zwrócenie uwagi czytelnikowi "Patrz do czego się modlisz".


Kadet

  Jak zwykle kopalnia (na Kessel) wiedzy z zakresu Star Wars.
1. Dla mnie osobiście rysunki wcale nie muszą być zgodne z anatomią, ale fakt przez te facjaty miał momentami problem z ogarnięciem kto co kombinuje, mógł to bardziej zróżnicować artysta.
2. A to nie wiedziałem, ale koniec końców go nie było i to się po prostu nie zgadza z filmem. Fakt brak hełmów dosyć zauważalny i z oczywistych powodów. Czyta się to dosyć fajnie, ale cała ta historia jest po prostu niewiarygodna jeszcze bardziej niż sztuczny księżyc rozwalony jedną "torpedą".
3. Nie oceniam "co autor miał na myśli", ale to co jest. Pierwszy zeszyt dosyć dokładnie opowiada tyle ile trzeba na temat przyszłości Roonsa a w drugim czytamy ramki z napisem "Roons i Dodonna czasami się nie zgadzali" i do tego jakieś dwa obrazki wyjęte z czapki. Całość wygląda jakby była rozpisana na 6 zeszytów a do druku dali pierwszy i konspekt z pozostałych pięciu.
4.
5. Nie zauważyłem, gratuluję spostrzegawczości. Ogólnie nie czytam tego typu książek, ale akurat dla "Opowieści z kantyny Mos Eisley" zrobiłbym wyjątek, niestety z tego co wiem jest tylko to wydanie Amberu w dosyć srogich cenach.
6. Oczywiście że mógł istniał bardzo znikoma szansa, że jest akurat kumplem Luke'a. Ale spójrzmy prawdzie w oczy, to taki "syndrom wyciskania cytrynki".
7. Tak dawno temu przeszedłem Kotor, że już dawno zapomniałem. Problem w tym, że to widać że to taki pomysł z gierki video i na jej potrzeby, który nijak nie pasuje do innych mediów. Przerabianie ludzi na potworki w 5 sekund, to jest do kitu i jak dla mnie niezbyt w duchu Star Wars. Nie jestem jakimś fanatykiem "continuity" nie muszą być po kolei.


Nawimar III

  "Gideon Falls" ostatecznie trafia na listę "do zakupu" a "The Wicked+ The Divine" ostatecznie traci szansę aby na nią trafić.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Śr, 04 Marzec 2020, 14:57:32
  Podsumowanie miesiąca występującego pod nazwą luty. Miesiąc krótki, pracy sporo a ani dnia wolnego, właściwie rzecz biorąc tylko i wyłącznie kolejna próba nadgonienia zalegających stertami nieczytanych kolekcji, tym razem Superbohaterów Marvela. UWAGA UWAGA jak zwykle mogą pojawić się SPOILERY!!!


1. Najlepszy:
 
  "SM Great Lakes Avengers" - John Byrne, Dan Slott, Paul Pelletier. Trochę jak pies do jeża podchodziłem do tego komiksu, z jednej strony  gościnne występy tego składu w innych tytułach o ile pamiętam przypadły mi do gustu, z drugiej strony skoro GLA ma opinię tytułu "jajcarskiego" to obawiałem się nieco marvelowskiej sucharozy, ale po otwarciu tomu i ujrzeniu nazwiska Slott wiedziałem już, że będzie dobrze. Pierwszy zeszyt napisany i narysowany przez Byrne'a do przeczytania i zapomnienia, mamy pierwszy występ bohaterów, autor dopiero klaruje komediowy charakter postaci a sama historyjka wyrwana z kontekstu. Głównym daniem jest 4-częściowa miniseria stanowiąca początek regularnej serii Great Lakes "Rozbiórka" Slotta i Pelletiera. Po krótce GLA to grupa superbohaterów na dobrą sprawę nie powiązana z oryginalnymi Avengers tylko używająca ich nazwy "bez autoryzacji" złożona z, w opinii reszty ludzkości nieudaczników wyposażonych w dosyć dziwaczne i niepraktyczne umiejętności a mająca pod swoją pieczą północną część Stanów na czele ze swoją główną siedzibą w Wisconsin. Opinia jest trochę dla bohaterów krzywdząca o ile moce które posiadają faktycznie mają spore ograniczenia to przy odpowiednim wykorzystaniu mogą czynić z nich całkiem niezłych zawodników, problem w tym że grupa nie posiada żadnej sali treningowej jaką powinna posiadać każda szanująca się banda superherosów, nie ma żadnego mentora który pokazałby im co i jak a i nawet niewiele okazji aby samemu nabrać nieco szlifów, bo w samym Milwaukee niewiele się dzieje. Nie można dziewczynom i chłopakom odmówić serca i zapału do swojej roboty, ale skutki pójścia "na żywioł" często są raczej niespecjalnie szczęśliwe, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że w roli "mózgu" grupy występuje Flatman, który swoim wyglądem i zdolnościami ma kopiować Reeda Richardsa i mimo posiadanego doktoratu (podobno, nie chce się pochwalić w jakiej dziedzinie) sprawia wrażenie niespecjalnie bystrego, na dodatek wszyscy oni nie do końca grzeszą pracowitością, wolny czas spędzając głównie na grze w pokera. Komiks zaczyna się od krótkiego przedstawienia originu grupy i stawia naszych bohaterów w niespecjalnie ciekawej sytuacji. W czasie akcji ginie jedna z członkiń drużyny, dowódca - jej kochanek popada w alkoholizm i przestaje wykonywać swoje obowiązki, druga przeżywa kryzys tożsamości i chce odejść, grupa się wyraźnie rozpada a tymczasem nadciąga drugoligowy dawny wróg Avengers z planem zniszczenia całego kosmosu, który o dziwo ma szansę się powieść. Nie pozostaje nic innego tylko poszukać nowych superbohaterów chętnych do zaciągnięcia się w szeregi niespecjalnie poważanej drużyny i uratowanie całego wszechświata, no ale w końcu dla superherosa jest to przecież chleb powszedni. Rysunki Pelletiera mogą się spodobać, komiks pochodzi z pierwszej dekady XXI wieku i wygląda dosyć typowo dla tego okresu. Czuć tu jeszcze lekko spuściznę z lat 90-tych, trochę Bagleya, trochę McFarlane a samemu rysownikowi wyraźnie dobrze się współpracowało ze scenarzystą, sporo gagów mocno zyskało dzięki rysunkom. No i tutaj właśnie leży największa siła chyba tego komiksu. On jest naprawdę zabawny, Slott nie wciska na siłę swoich dowcipów (no może raz czy dwa), ta historia jest zabawna w zupełnie nienachalny, naturalny sposób (humor taki z gatunku raczej czarnego) i pisana na pełnym luzie, co z pewnością dobrze wpływa na ilość radochy lejącej się ze stron. Spora też w tym zasługa autorstwa Byrne'a, Great Lakes Avengers to banda do której nie da się nie odczuwać sympatii, to chyba pierwszy raz w którym każdą jedną postać, mimo że każda odmienna polubiłem na tym samym poziomie. Tym bohaterom się naprawdę kibicuje. Ach, na koniec jeszcze dowiemy się, że Napaluszka nie była pierwszym sidekickiem Squirrel Girl. Ocena 8/10



2. Zaskoczenie na plus:
 
  "SM Akademia Avengers" - Christos N. Gage, Mike McKone. Kolejna próba wprowadzenia nowych młodocianych bohaterów do portfolio Marvela, chyba koniec końców niezbyt udana skoro zdaje się nie pełnią oni na chwilę obecną żadnych roli na dodatek część z nich została zabita w Avengers Arena. A chyba trochę jednak szkoda bo ten komiks jest naprawdę niezły. Ogólnie rzecz biorąc mamy tutaj powtórkę z X-Men grupę młodocianych bohaterów obdarzonych supermocami, którzy dostają się pod opiekuńcze skrzydła Avengers w celu wytrenowania nowego pokolenia zamaskowanych stróżów prawa. Cała historia dzieje się niedługo po zakończeniu "Siege" i dosyć szybko się dowiadujemy, że nasza młodzież nie dostała się do nowo utworzonej Akademii z powodu szczególnych zdolności a z powodu tego, że wcześniej należała do grupy dzieciaków kontrolowanych przez Normana Osborna i akurat nad tą szóstką, obecnie osadzony Norman pastwił się psychicznie i fizycznie najmocniej przez co zachodzi podejrzenie, że mogą w przyszłości przejść na "ciemną stronę". Ich podobieństwo do X-Men wzmacnia fakt, że niektórzy z nich z pewnością można podczepić pod grupę "dziwolągów". Scenarzysta nie starał się napisać niczego nowego, mamy dosyć standardowy zestaw charakterów w stylu irytujący cwaniaczek, nieśmiałe dziewczę, spokojny osiłek, cyniczna laska, klasowa mądrala itd wpisanych w równie stereotypową teen-dramę. Ale w sumie to i dobrze, Gage wyraźnie się dobrze czuje w tych klimatach, postacie dają się polubić a rozwijające się pomiędzy nimi a także nauczycielami interesujące powiązania napisane zgodnie z kanonem gatunku. Może czasami śmieszyć to, że każdy jeden bohater kryje w sobie tajemnicę pod którą znajduje się kolejna tajemnica ale w sumie to teen-drama przecież, więc to obowiązkowy element. Rysunki McKone'a to przyzwoite marvelowe rzemiosło, nie ma niczego co by zachwycało ale i w sumie niczego drażniącego. Trzeba przyznać, że naprawdę nieźle mu wychodzą sceny akcji, ale tych w albumie jak na lekarstwo w sumie. Podsumowując naprawdę przyjemna historyjka przyprawiona kilka razy nieagresywnym humorem, w której jednak przeważają wątki dramatyczno-obyczajowe. Szczerze mówiąc przypadło mi to do gustu bardziej niż "Young Avengers". Ocena 7/10.


Drugie pozytywne zaskoczenie:

   "SM Runaways" - Brian K. Vaughan, Adrian Alphona. Kolejny tytuł ze stajni Marvela dla młodszego czytelnika i kolejny, który przypadł mi do gustu. Sześcioro nastolatków typowych dzieci bogatych rodziców po raz kolejny w całym wachlarzu niedobranych do siebie osobowości (oczywiście po to, aby później można było odpowiednio długo się "docierać") spotyka się rok rocznie na spotkaniu biznesowym swoich ojców i matek. W tym roku dowiedzą się, że spotkania nie są niewinne jak całe życie sądzili tylko powiązane są ze ofiarami z młodych dziewcząt a ich właśni rodzice są superłotrami zrzeszonymi w tajnej organizacji "Pride". Dzieciaki (w sumie wychowywane póki co na porządnych prawych obywateli) próżnować nie zamierzają i z racji tego, że ich rodziciele mają konszachty w całym mieście (San Francisco) i interwencja jakichkolwiek służb odpada więc mogą tylko zgodnie z tytułem uciec z domów, zostać poszukiwanymi wrogami publicznymi numer jeden i wziąść sprawy we własne ręce. Dopomoże im w tym to, że z racji pochodzenia każde z nich wyposażone jest w specyficzne zdolności o których wcześniej nie wiedziało. Rysunki Alphony są dosyć specyficzne, z racji pewnej umowności czuć że skierowano je do młodszego czytelnika który nieprzesadnie ceni realizm. Mi się one spodobały są kolorowe i dynamiczne, trafiło do mnie używanie momentami deformacji twarzy w celu lepszego oddania mimiki a także skłonność do zamieniania owali twarzy w wielokąty. Nie każdemu oprawa graficzna musi przypaść do gustu, ale z pewnością można nazwać ją oryginalną, dla mnie z pewnością to kolejny z plusów. Jednego tylko nie potrafiłem wyczaić, chodzi o tę najmniejszą Molly, rysowana jest jakby była tylko nieco młodsza od pozostałych a zachowuje się i reszta się do niej zwraca jak do bardzo małego dziecka. Nie mogłem się zdecydować czy przyjąć, że ona jest niepełnosprawna umysłowo czy też nie. Przypadła mi do gustu ta seria, bardzo porządne czytadło. Teen-drama podobnie jak komiks opisany powyżej tyle, że bardziej niż na wątkach obyczajowych skupiająca się na akcji i kryminalnej zagadce. Ocena końcowa 7/10.



3. Najgorszy przeczytany:

   "SM Pet Avengers" - Chris Eliopoulos, Ig Guara. Kompletny absurd, zwierzaki znane z komiksów Marvela tworzą zwierzęcą supergrupę i zamierzają odnaleźć Kamienie Nieskończoności aby pokonać Thanosa. W zamierzeniu pewnie miał to być absolutnie nowatorski pomysł i miał szansę taki być gdyby zabawiono się formą gatunku superbohaterskiego i napisano niemy komiks o super-zwierzętach. Ale nic z tych rzeczy, mamy tu zwykły reskin ludzkich postaci a zwierzaki prowadzą ze sobą standardowe rozmowy (z wyjątkiem Lockjawa ten nie wiedzieć czemu potrafi tylko szczekać, nie wiem może aby bardziej przypominać Black Bolta?). W zamierzeniu autorów komiks miał zapewne być lekki i zabawny ale ani lekki (to całkiem grube tomisko) ani zabawny on nie jest. Pierwsza historia z Thanosem kompletnie niewciągająca, druga z Fing Fang Foomem z racji obecności superbohaterów nieco ciekawsza. Napewno plusem są rysunki Guary śliczne i pięknie kolorowe. Oceniać nie będę, widocznie nie jestem targetem dla tego tytułu a są nim naprawdę młode osoby a starszy czytelnik raczej tylko straci czas przy tej lekturze. No dobra jeszcze Żabothor był fajny.



4.   Zaskoczenie na minus:

   "SM Namor" - John Byrne. Żeby nie było nieporozumień to jest całkiem niezły komiks, początek solowej serii Sub-Marinera stworzony przez samego Mistrza. Problem jest w tym, że Namor pisany na poważnie sprawdza się raczej jako czarny charakter "wróg powierzchniowców" niż superbohater. Jako postać stojąca po stronie dobra powinien raczej być pisany z mocnym przymróżeniem oka, a coś takiego nie ma tutaj miejsca. Byrne pisze standardową serię superhero. Król Atlantydy powraca z martwych i mimo że pozbawiony tronu nie zamierza iść na emeryturę, dzięki wydobytym z dna ocenu skarbom tworzy potężne konsorcjum przez co stanie się celem dla bliźniaczego rodzeństwa Marrsów przebywających w dosyć dziwnych stosunkach ze sobą kontrolujących olbrzymią fortunę, zmierzy się z wynajętą przez nich łowcą głów a także zawalczy z potwornym szlamem oraz niemniej potwornym Gryfem . Czyta się to w sumie dobrze, ale jest i kilka irytujących rzeczy. Mamy na przykład wątek miłosny pomiędzy Namorem a córką naukowca którzy ratują go na samym początku, tyle, że on wygląda w ten sposób że spotykają się na drugiej stronie, na pięćdziesiątej Namor się jej oświadcza a ona odmawia, a na siedemdziesiątej ona wyznaje przyjaciółce że go w sumie kocha, tyle że nie może. I mimo, że z historii wynika że oni ze sobą stale współpracują to fizycznie na kartkach komiksu spotykają się ze dwa razy i wymieniają jakieś pięć zdań, które w żaden sposób nie wskazują, że oni żywią wobec siebie jakiekolwiek pozytywne czy też negatywne uczucia. Postać Łowczyni - albinoski jest naprawdę ciekawa i do tego fajnie wizualnie zaprojektowana, tyle że jak poznajemy na sam koniec jej motywy to przynajmniej dla mnie są one kompletnie nonsensowne. Na dodatek z racji kolekcyjnego pochodzenia sam komiks urywa się w dosyć ciekawym momencie. Rysunki Byrne'a jakie są każdy zainteresowany wie, ale i nawet w tym elemencie widać, że autorowi nie do końca się chciało i ma on o wiele lepiej narysowane komiksy w swoim dorobku, zresztą wydane i u nas. Podsumowując, nie jest to zły komiks, absolutnie nie i mogę go raczej ewentualnemu czytelnikowi polecić, co nie zmienia faktu, że to najsłabszy komiks Johna Byrne jaki czytałem. Ocena 6/10.



5. Suplement

Warto przeczytać:

   "SM Invaders" - Roy Thomas i inni. Przygody pierwszej superbohaterskiej drużyny w czasie II WŚ. Mimo, że komiks powstał w drugiej połowie lat 70-tych, Thomas napisał to w klasycznym stylu Lee i Ditki, przymrużając jednak mocno oko. Są hitlerowscy szpiedzy w prochowcach i kapeluszach, gadające mózgi w słoikach, kosmiczni półbogowie pod wpływem nazistowskiej hipnozy i mnóstwo innych tego typu atrakcji. Warto chociażby dla Namora zabijającego niemieckich pilotów z okrzykiem "Za Polskę". Ubaw po pachy w klasycznym stylu. 7/10

   "All-New Wolverine - Cztery Siostry" - Tom Taylor, David Lopez. Jeden z niewielu tytułów, które kupiłem pod wpływem opinii z internetu a co do których sam z siebie nie byłem wcale przekonany. No i się myliłem, jest to naprawdę przyjemny komiks. Fabuła jest sensowna i logiczna, żarty zabawne a bohaterowie pierwszo jak i dalszoplanowi, dają się polubić. 7/10
 

Można czytać, ale niekoniecznie:

"SM West Coast Avengers" - Roger Stern, Roy Thomas i inni. Pierwsze pół tomu, to typowy dla wczesnych lat 80-tych komiks, można spokojnie przeczytać ale w ramach kolekcji były już znacznie lepsze tytuły z tego okresu. Drugi nieco nowszy bo już z lat 90-tych fajniejszy, powrót do życia Ultrona (jeden z moich ulubieńców), który natychmiast zaczyna mordować ludzi i konstruuje sobie "kobietę" z olbrzymimi stożkowatami piersiami (widocznie ma więcej wspólnego z człowiekiem niż by chciał). Trochę słabe zakończenie. Ocena 6+/10.

"SM Czerwony Hulk" - Jeph Loeb, Jeff Parker i inni. Kolejny tom podzielony na dwie mniej więcej równe części. Pierwsza "Kim jest Czerwony Hulk?" skupi się na wnętrzu Generała Rossa i zapewniam, że nie znajdziemy tam niczego czego byśmy się nie spodziewali. W drugiej "Hulk z Arabii", tytułowy bohater wraz z Machine Manem będą "infiltrować" królestwo jakiegoś pustynnego kacyka, który wszedł w posiadanie kosmicznej technologii. Przy okazji dowiemy się jak Amerykanie widzą swoją rolę na świecie i poznamy jednego z najidiotyczniejszych herosów jakiego kiedykolwiek wiedziałem Arabskiego Rycerza. Ocena 6/10


Można odpuścić:

"SM Stwór" - Mark Gruenwald, Stan Lee i Jack Kirby i inni. Wyłącznie dla fanów ramotek a i tu mimo że się do nich zaliczam to wcale nie czytało się tego jakoś strasznie dobrze. Thing to fajne postać, ale na drugim planie, tak solo to trochę nudziarz. Najfajniejsze było obserwowanie jak aktualna moda i filozofia wpływa na scenariusze. Aquarius żywcem wyrwany z jakiegoś eseju na temat New Age i tego typu sprawy. No i w klasycznej klasycznej historii dwóch mistrzów Reed Richards skaczący w międzywymiarowy portal przywiązany elastyczną liną. Ocena 5+/10.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Kadet w Wt, 10 Marzec 2020, 00:23:13
5. Nie zauważyłem, gratuluję spostrzegawczości. Ogólnie nie czytam tego typu książek, ale akurat dla "Opowieści z kantyny Mos Eisley" zrobiłbym wyjątek, niestety z tego co wiem jest tylko to wydanie Amberu w dosyć srogich cenach.

O, nawet nie wiedziałem. Swój egzemplarz kupiłem kilka lat temu na stoisku z książkami używanymi za kilka złotych. To, co mi się podobało w tej pozycji, to zgranie ze sobą poszczególnych opowiadań (mimo tego, że tworzyli je różni autorzy) i parę ładnych, zazębiających się wątków, które biegną przez różne historie. Tego w mojej ocenie zabrakło w wydanej dość niedawno przez Disneya antologii "From a Certain Point of View" o postaciach z "Nowej nadziei" - tam każdy autor pisze sam sobie i w efekcie opowiadania nie tylko nie są powiązane, ale parę razy okazują się nawet sprzeczne ze sobą nawzajem.

"Genesis" Crumba to właściwie...

Czytałem cały Stary Testament kilkakrotnie, jak również kilka opracowań, i muszę przyznać, że mam zdecydowanie inne wrażenia z lektury. Nie przypominam sobie, żeby w jakiś sposób dominował tam temat handlowania. Z tematów handlowych pamiętam głównie przestrogi przed nieuczciwością i upomnienia o konieczności stosowaniu przejrzystych miar – w Prawie zawartym w Pięcioksięgu i w sentencjach z ksiąg mądrościowych. No i znalazłem całkiem sporo historii, które nie wiążą się z wewnętrznymi walkami między Izraelitami :)

Jeżeli chodzi o czczenie Boga, to wydaje mi się, że jasnym przesłaniem ksiąg ST jest to, że Boga nie da się nagiąć do własnych celów i nie można niczego na nim wymusić ani niczym go przekupić. Jest to w pewnej mierze kontrast z postrzeganiem bogów w innych religiach pogańskich czy jakimiś magicznymi praktykami zaklinania. Przeciw rozumieniu relacji z Bogiem jako jakiejś transakcji handlowej zapewniającej pomyślność finansową występuje szczególnie wyraźnie Księga Hioba, wymowny jest też np. Psalm 50.

Muszę jeszcze zaznaczyć, że Mojżesz nigdy nie „robił za rajfura”. Być może pomyliłeś go z Abrahamem (Rdz 12,10-20 i Rdz 20); pewne podobieństwa ma także relacja o Izaaku (Rdz 26, 6-11). W tych relacjach (być może to dwie wersje tej samej historii) Abraham przybywa do nowego kraju i ze strachu przedstawia tam swoją piękną żonę Sarę jako swoją siostrę – boi się, że gdyby przyznał się, że jest jej mężem, władca mógłby zabić go, aby samemu ożenić się z Sarą. W obu wypadkach władca kraju zabiera Sarę na swój dwór, w obu też, poznawszy prawdę, oddaje ją Abrahamowi z ostrymi słowami krytyki. Nauka moralna jest mocniej zaznaczona w drugim opowiadaniu, ale oba krytykują brak wiary i zaufania u Abrahama, a także jego pochopne osądzanie innych ludzi – na koniec to właśnie od tych, których uważał za barbarzyńców, otrzymuje reprymendę moralną. Postaci ST nie są posągowymi ideałami, ale ludźmi z krwi i kości – czynią rzeczy dobre, ale popełniają też błędy, na których mamy się uczyć.

Próba pokazywania Starego Testamentu – tekstu sprzed tysięcy lat „dosłownie takim, jakim on jest” może prowadzić do niefortunnych wniosków, jeśli wiąże się z odrzuceniem badania historii, kontekstu kulturowego, czy interpretacji i hermeneutyki – właśnie osiągnięć naszej „zachodniej kultury”. Istnieją rzeczy, które z dzisiejszej perspektywy wydają nam się nadmiernie surowe, ale w swoim czasie stanowiły krok do przodu. Na przykład często krytykowane jako drakońskie prawo „oko za oko, ząb za ząb” w momencie swojego wprowadzenia miało ukrócić drastyczne i nieproporcjonalne wendety rodowe, których echo widać w Rdz 4,23-24 – i stworzyć pole do dalszego rozwoju moralności. Biorąc pod uwagę znaczenie Starego Testamentu w kulturze chrześcijańskiej, która jest jednym z fundamentów zachodniej cywilizacji, z całą pewnością nie mogę się zgodzić z nazwaniem go „dosyć odrażającą lekturą o bandzie zwyrodniałych psycholi”.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nesumi w Wt, 10 Marzec 2020, 15:44:33
Dzięki, Kadet.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Śr, 11 Marzec 2020, 15:31:22
  No to nic dziwnego, że niewielu wie że Mojżesz robił za rajfura skoro to był Abraham, przyznaję niespecjalnie dokładnie pamiętam szczegółów, strasznie dawno to czytałem. Ależ oczywiście, że jest lekturą o bandzie zwyrodniałych psycholi, to nawet nie podlega żadnej dyskusji. Stary Testament to jeden wielki ciąg zdrad, zbrodni i innych okropieństw dokonywanych na zasadzie "Jak ktoś Kalemu zabrać krowy to jest zły uczynek.
Dobry, to jak Kali zabrać komuś krowy", popełnianych przez wszystkich tam obecnych na czele z kosmicznym Józefem Stalinem. Wybacz, ale te "fundamenty zachodniej cywilizacji" to taki banał rodem z mojego wypracowania z pierwszej klasy szkoły średniej, chyba jednak większy wpływ miała tutaj kultura antyczna a nawet mitologia nordycka, która przynajmniej w teorii jest bliższa zachodniemu światopoglądowi niż ta pokrętna handlowa logika prosto z pustyni. "Oko za oko, ząb za ząb" pochodzi z Kodeksu Hammurabiego a nie z Biblii.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Pawel.M w Śr, 11 Marzec 2020, 15:57:27
Straszne bzdury wypisujesz Racjonalisto - nic nie mówią o samym dziele i religiach uznających je za świętą księgę, za to bardzo dużo mówią o tobie. To pisałem ja - ateista.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Śr, 11 Marzec 2020, 16:03:47
I zajebisty internetowy psychoanalityk zapomniałeś dodać.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Pawel.M w Śr, 11 Marzec 2020, 16:11:54
Nie trzeba wielkiej psychoanalizy, żeby zobaczyć chorobliwy fanatyzm antyreligijny.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Śr, 11 Marzec 2020, 16:19:00
No i pudło we wszystkich trzech przypadkach. Cóż za zaskoczenie.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Pawel.M w Śr, 11 Marzec 2020, 16:25:18
Oczywiście, wszak wszyscy piszą o Bogu wyznawanym przez większość mieszkańców tego kraju per "kosmiczny Józef Stalin", wszyscy negują rolę chrześcijaństwa w rozwoju kultury europejskiej, itd., itp. Nie, no skąd, wcale nie jesteś fanatykiem antyreligijnym :D
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Śr, 11 Marzec 2020, 16:26:40
Stary Testament nie jest chrześcijańskim tekstem.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Pawel.M w Śr, 11 Marzec 2020, 16:28:22
Brawo - polemika z treścią, której rozmówca nie głosił, to wyższa szkoła erystyki (ewentualnie niższa szkoła rozumienia tekstu pisanego):D
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Śr, 11 Marzec 2020, 16:36:19
Wyższą czy też niższą szkołą erystyki nie ukryjesz faktu, że wpadłeś tu z ulicy nadęty jak żaba i zauroczony własną mądrością klasyfikujesz ludzi, chociaż wuj wie jakie masz do tego prawo, bo zdolności ku temu nie masz żadnych.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Pawel.M w Śr, 11 Marzec 2020, 17:44:25
Oczywiście, wszak to co piszesz w żaden sposób nie pozwala ustalić twoich poglądów - to tylko wpływ ciśnienia atmosferycznego :D
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Kadet w Śr, 11 Marzec 2020, 23:18:44
Ależ oczywiście, że jest lekturą o bandzie zwyrodniałych psycholi, to nawet nie podlega żadnej dyskusji. Stary Testament to jeden wielki ciąg zdrad, zbrodni i innych okropieństw dokonywanych na zasadzie "Jak ktoś Kalemu zabrać krowy to jest zły uczynek.
Dobry, to jak Kali zabrać komuś krowy", popełnianych przez wszystkich tam obecnych na czele z kosmicznym Józefem Stalinem.

Nie przeczę, że ST zawiera opisy pewnych scen, które dla ludzi naszych czasów i naszej kultury, mających za sobą kilka tysięcy lat rozwoju i doskonalenia moralności, mogą wyglądać drastycznie. I wielokrotnie przedstawia różne postaci takimi, jakimi są, przekazując naukę, że nawet najwięksi z nas nie są doskonali. Jednak na pewno nie jest to zbiór samych okropieństw. Podczas jego lektury do mnie znacznie bardziej przemawiają liczne przykłady wiary, wspaniałomyślności, pięknej poezji i głębokiej myśli (choćby Józef przebaczający braciom, którzy sprzedali go w niewolę, Rut, która mimo możliwości nie chce opuścić w nieszczęściu swojej teściowej, Dawid, który odmawia zabicia wrogiego mu króla Saula mimo znakomitej okazji...). W tym świetle Twoja ocena wydaje mi się zdecydowanie zbyt jednostronna, a słowa o "kosmicznym Józefie Stalinie" delikatnie mówiąc niezbyt wyważone i raczej nietrafione.

"Oko za oko, ząb za ząb" pochodzi z Kodeksu Hammurabiego a nie z Biblii.

Prawo talionu było stosowane przez wiele ludów. W Starym Testamencie też się pojawia, np. w Wj 21, 24-25.

Stary Testament nie jest chrześcijańskim tekstem.

Katechizm Kościoła Katolickiego stwierdza w punkcie 121, że Stary Testament jest nieodłączną częścią Pisma Świętego, a w punkcie 123 - że chrześcijanie czczą Stary Testament jako prawdziwe Słowo Boże. Punkt 122 mówi o tym, że chociaż księgi Starego Testamentu zawierają "sprawy niedoskonałe i przemijające", to znajdują się w nich "wzniosłe nauki o Bogu oraz zbawienna mądrość".

Oj, chyba w off-top wchodzimy.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Śr, 11 Marzec 2020, 23:56:28
   Nietrafione? Tylko Bóg wie ilu ludzi Bóg zabija w Starym Testamencie. On tam zabija kilkanaście tysięcy Żydów, którzy protestują przeciw temu, że ich za byle co zabija. Niedźwiedzie rozszarpują czterdzieścioro dzieci za to, że się wyśmiewają z łysiny ucznia Eliasza (nie pamiętam jak się zwał). Tam takich scen jest cała kupa, co chwila spadają jakieś kamienie komuś na głowę, albo ktoś zostaje spopielony żywcem z ważnego bardziej, mniej lub wręcz wcale powodu.
   Ja nie mówię, że nie było stosowane tylko, że nie zostało tam wymyślone, zostało ściągnięte od Babilończyków jak i zresztą niektóre elementy religii jako takiej.
   Chodziło mi o to, że to nie jest tekst napisany przez Chrześcijan. To, że on obowiązuje to ja wiem, tyle że spora jego część jest "niewygodna" z punktu widzenia dogmatyki naszej religii.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Kapral w Cz, 12 Marzec 2020, 00:06:50
Tylko Bóg wie ilu ludzi Bóg zabija w Starym Testamencie.

Niezupełnie. Jeden koleś to dość dokładnie policzył:
https://utilitymon.blogspot.com/2015/12/najlepsze-masakry-pana-boga.html
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Cz, 12 Marzec 2020, 00:19:18
  O proszę, dokładnie nie da się tego raczej policzyć więc jednak upieram się że tylko Bóg to będzie wiedział. Za to widzę, że niedźwiedzie i Żydzi co nie chcieli być zabijani trafili do topki, jest tego dużo, dużo więcej.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: death_bird w Cz, 12 Marzec 2020, 09:47:00
Chodziło mi o to, że to nie jest tekst napisany przez Chrześcijan. To, że on obowiązuje to ja wiem, tyle że spora jego część jest "niewygodna" z punktu widzenia dogmatyki naszej religii.

Nie bardzo rozumiem dlaczego "niewygodne". W Twoim stwierdzeniu jest sporo myślenia anachronicznego. Bóg cywilizował Żydów przez długi czas. Zauważ, że Jezus miał za zadanie dokończyć dzieło a ponieważ Żydzi nie dali się ucywilizować do końca Słowo Boże poszło w świat do nas - do pogan. Stary Testament po prostu przedstawia wcześniejszy etap rozwoju cywilizacyjnego. To trochę tak jakbyś napisał, że historia Polski jest niewygodna, bo mordowaliśmy Niemców, Rosjan, Rusinów (Ukraińców), Szwedów i Turków. Dziesiątkami i setkami tysięcy. Więc jesteśmy narodem ludobójców. Czy to znaczy, że dzisiaj mamy się wstydzić Grunwaldu, Kircholmu, Beresteczka i Chocimia?
P.S. Jeżeli za np. lat 100 czy 200 zdelegalizuje się jedzenie mięsa i przejdzie na wymuszony wegetarianizm to wszyscy jak tu siedzimy dzisiaj (w sensie ci z Nas, którzy jedzą mięso) będziemy określani mianem krwawych, morderczych barbarzyńców. I żaden z Nas nie będzie mógł zaprotestować twierdząc, że czasy były inne i jedzenie mięsa było całkowicie normalne i dopuszczalne.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: gashu w Cz, 12 Marzec 2020, 12:34:38
   Nietrafione? Tylko Bóg wie ilu ludzi Bóg zabija w Starym Testamencie

Nie tylko: https://dwindlinginunbelief.blogspot.com/2010/04/drunk-with-blood-gods-killings-in-bible.html ;)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Pawel.M w Cz, 12 Marzec 2020, 21:22:51
Chodziło mi o to, że to nie jest tekst napisany przez Chrześcijan. To, że on obowiązuje to ja wiem, tyle że spora jego część jest "niewygodna" z punktu widzenia dogmatyki naszej religii.
Czyli jesteś chrześcijaninem? To jako ateista wyjaśnię Ci, że Twoja religia zakłada, że tam gdzie jest kolizja między ST i NT - ważniejszy jest NT (co zresztą jest sprzeczne ze słowami samego Jezusa (Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim).
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Kadet w Wt, 17 Marzec 2020, 00:04:37
To jako ateista wyjaśnię Ci, że Twoja religia zakłada, że tam gdzie jest kolizja między ST i NT - ważniejszy jest NT (co zresztą jest sprzeczne ze słowami samego Jezusa (Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim).

Nie sądzę, aby tu była sprzeczność. Istnieje różnica między niewolniczym zachowaniem litery prawa a wypełnianiem jego prawdziwego ducha. Kontekst wskazuje, że w podanym przez Ciebie cytacie (Mt 5,18-19) Jezusowi chodzi raczej o to drugie – zaraz po tej wypowiedzi następują bowiem przykłady, jak wypełniać prawdziwego ducha, a nie tylko dosłowną literę, przykazań o zakazie zabijania, cudzołóstwa, fałszywych przysiąg itp. Jeżeli traktować te słowa Jezusa jako nakaz ścisłego i dosłownego wypełniania litery Prawa, to trzeba by nie tylko przyjąć, że religia chrześcijańska przeczy słowu Jezusa, ale że i Jezus przeczy sam sobie, kiedy np. parę rozdziałów później stwierdza, że jedzenie określonych rzeczy samo w sobie nie czyni człowieka nieczystym (Mt 15, 10-20) albo podkreśla nierozerwalność małżeństwa (Mt 19, 3-9).

Niedźwiedzie rozszarpują czterdzieścioro dzieci za to, że się wyśmiewają z łysiny ucznia Eliasza (nie pamiętam jak się zwał).

I to jest ustęp, na który chciałbym zwrócić tu uwagę jako przykład tego, jak istotna jest głębsza analiza, uważna lektura i znajomość kontekstu kulturowego danego fragmentu. Rzecz jasna scena ta (2 Krl 2,23-24) wydaje się dziś nam, ukształtowanym przez Ewangelię i naszą zachodnią kulturę, bardzo drastyczna. Dobrze jednak przyjrzeć się jej bliżej, żeby zobaczyć, o co może w niej chodzić, skąd taki przekaz, i jak mogli ją odbierać współcześni autorom odbiorcy. Wbrew pozorom szczegóły mogą mieć tu duże znaczenie.

Po pierwsze, istotne jest miejsce, czas i osoby akcji. Elizeusz, uczeń Eliasza, był prorokiem Boga działającym na terenie północnego królestwa Izraela – państwa utworzonego przez dziesięć pokoleń, które oderwały się od królestwa Judy. Królowie Izraela obawiali się, że jeśli ich poddani będą pielgrzymować do świątyni Boga w Jerozolimie (stolicy Judy), mogą zechcieć powrócić do dawnej jedności. Założyli więc wbrew nakazom Boga dwa sanktuaria w swoim państwie, w miastach Betel i Dan, gdzie z pogwałceniem przepisów Prawa czczono mające przedstawiać Boga posągi cielców. Przeciw praktyce tej wielokrotnie występowali powołani przez Boga prorocy. Dzieci, które szydziły z Elizeusza, wybiegły właśnie z Betel – ich postawa ma być obrazem zepsucia miasta, w którym nawet najmłodsi utracili niewinność. Relacja ta byłaby więc głosem krytyki wobec bezprawnego kultu w północnych sanktuariach, broniącym roli Jerozolimy jako prawdziwej świątyni.

Niewykluczone też, że liczba rozszarpanych dzieci – 42, a nie 40 – także jest symboliczna, podobnie zresztą jak wiele innych liczb w ST (również tych w opowiadaniach o karach Bożych zsyłanych na Izraelitów, gdzie często „tysiąc” znaczy po prostu „dużo”). 42 pojawia się w głęboko korzystającej z symboliki żydowskiej Apokalipsie (11,2) jako znak czasowej dominacji pogan, która potrwa właśnie 42 miesiące – liczba ta to trzy i pół roku (tzw. „czas i czasy i połowa czasu”: 1+2+0,5), czyli połowa doskonałej siódemki, a więc symbol niedoskonałości, zła.

Dalej: obelgi dzieci. W Biblii Tysiąclecia brzmią „Chodź no, łysku” z przypisem, że możliwe jest też tłumaczenie „ostrzyżony”. Ta druga wersja mogłaby sugerować, że Elizeusz ściął sobie na krótko włosy, co Izraelici często robili po zakończeniu tzw. ślubu nazireatu, którego zewnętrznym znakiem było właśnie nieobcinanie włosów. W takim wypadku szyderstwo dotyczyłoby praktyk religijnych Elizeusza. Z kolei Wulgata tłumaczy to, co u nas brzmi „chodź no” jako „ascende”, czyli „idź w górę, wstąp” – to nasuwa myśl, że dzieci prześmiewczo wzywały Elizeusza, żeby wzleciał do nieba tak jak jego mistrz Eliasz, który niedawno przed tym zdarzeniem został w tajemniczych okolicznościach porwany do Boga. Fragment jest jednak niejasny i możliwe, że te tropy nie były zamierzone przez autora.

No i wreszcie: niedźwiedzie. Jeżeli zapoznamy się z Księgami Królewskimi, widać, że rozszarpanie przez dzikie zwierzę często przewija się tam w różnych opowiadaniach jako znak kary Bożej, co może także tu wskazywać na symboliczny charakter sceny. Jak wskazuje „Słownik symboli” Kopalińskiego, niedźwiedź w Biblii jest symbolem groźnego zwierzęcia – tak jak bardziej znany nam w tej roli lew (przykłady: Am 5,18-19, Prz 28,15). Fragmenty takie jak Mdr 11,15-16 czy 2 Krl 17, 25-28 wskazują, że atak zwierząt bywa w ST wymowną karą za oddawanie zwierzętom czci. W tym świetle można widzieć czczenie przez mieszkańców Betel posągu byka jako ściągnięcie na siebie przekleństwa Bożego (czyli pozbawienie się Bożego błogosławieństwa, patrz np. jasny kontrast w Pwt 30,19). Bez Bożej obrony dzieci z Betel zostają wydane na pastwę niedźwiedzi – symboli prymitywnych, ślepych sił, ku którym zwrócili się mieszkańcy miasta.

Dziś czytamy tę scenę i w wielu wypadkach umykają nam szczegóły i aluzje, które dla dawnych słuchaczy były widoczne i zrozumiałe. Myślę, że ta przydługa analiza, za której rozmiary przepraszam, może choć w części zilustrować, że jeśli próbujemy oceniać tekst z innej kultury i sprzed paru tysięcy lat z naszej dzisiejszej pozycji i bez poznania ówczesnej historii i kontekstu wypowiedzi, możemy niejednokrotnie dojść do niepełnych lub mylących wniosków.

Sorki za off-top. Życzę wszystkim zdrowia!
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Wt, 17 Marzec 2020, 01:06:50
  Jezusowi to chyba chodziło o Dekalog a nie o całość.
  Wszystko pięknie, tylko nie zapominaj że Stary Testament to nie tylko święta księga ale i jednocześnie historiografia, to co tam jest napisane było faktycznymi wydarzeniami, zresztą do dzisiaj całkiem pokaźna ilość ludzi w to wierzy. A ja za to nigdy nie uwierzę w to, że niepiśmienny pustynny dzikus sprzed dwóch i pół tysiąca lat rozpatrywał te historie w kontekście jakichś alegorii.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Pawel.M w Wt, 17 Marzec 2020, 03:28:17
Nie sądzę, aby tu była sprzeczność. Istnieje różnica między niewolniczym zachowaniem litery prawa a wypełnianiem jego prawdziwego ducha. Kontekst wskazuje, że w podanym przez Ciebie cytacie (Mt 5,18-19) Jezusowi chodzi raczej o to drugie – zaraz po tej wypowiedzi następują bowiem przykłady, jak wypełniać prawdziwego ducha, a nie tylko dosłowną literę, przykazań o zakazie zabijania, cudzołóstwa, fałszywych przysiąg itp.
Tylko chrześcijanie nie ograniczyli się do tego, ba, nawet dekalog sobie zmienili wyrzucając pkt. 3 (i dzieląc pkt. 10 na dwa, żeby się liczba zgadzała).
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: parsom w Wt, 17 Marzec 2020, 13:26:24
Żydzi też połączyli mityczny punkt 3 (który właściwie jest 2) z 2. A ten punkt w zasadzie jest rozwinięciem punktu 1:
Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną.
Nie uczynisz sobie obrazu rytego ani żadnej podobizny tego, co jest na niebie w górze i co na ziemi nisko, ani z tych rzeczy, które są w wodach pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał ani służył. Ja jestem Pan, Bóg twój, mocny, zawistny, karzący nieprawość ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia tych, którzy mnie nienawidzą; a czyniący miłosierdzie tysiącom tych, którzy mię miłują i strzegą przykazań moich.

Co do rozbicia punktu 10 - żona to jednak nie to samo co przedmioty w posiadaniu bliźniego.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Amer w Wt, 17 Marzec 2020, 13:47:01
I to jest ustęp, na który chciałbym zwrócić tu uwagę jako przykład tego, jak istotna jest głębsza analiza, uważna lektura i znajomość kontekstu kulturowego danego fragmentu. Rzecz jasna scena ta (2 Krl 2,23-24) wydaje się dziś nam, ukształtowanym przez Ewangelię i naszą zachodnią kulturę, bardzo drastyczna. Dobrze jednak przyjrzeć się jej bliżej, żeby zobaczyć, o co może w niej chodzić, skąd taki przekaz, i jak mogli ją odbierać współcześni autorom odbiorcy. Wbrew pozorom szczegóły mogą mieć tu duże znaczenie.
I wszystko jasne. W scenie dzieci rozszarpywanych przez niedźwiedzie chodzi o to, że dzieci, niedźwiedzie i masakra nie wydarzyły się.

Co innego gdy chodzi o fragmenty moralnie neutralne bądź wręcz godne naśladowania: należy odczytywać je dosłownie, nawet jeśli są w nich anioły, jednorożce i olbrzymy.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: muaddib w Wt, 17 Marzec 2020, 14:38:19
Może przenieść tę dyskusję do innego wątku, żeby temat biblii nie przysłonił nam plusów (i minusów)?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Śr, 18 Marzec 2020, 05:03:34
Istny kocioł się tu zrobił :D

(https://assets.catawiki.nl/assets/2019/10/25/d/0/b/d0bfc080-7f8d-4698-956c-fccdcfb844a7.jpg)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Kadet w Pn, 23 Marzec 2020, 00:30:50
A ja za to nigdy nie uwierzę w to, że niepiśmienny pustynny dzikus sprzed dwóch i pół tysiąca lat rozpatrywał te historie w kontekście jakichś alegorii.

Ostre słowa. Dwa i pół tysiąca lat temu (480 p.n.e.) to Izraelici byli już po przesiedleniu babilońskim i powrocie do ojczyzny i mieli tak rozwiniętą kulturę i świadomość narodową, że zachowali swą tożsamość przez kilkadziesiąt lat "odnarodowiania". Zaczęli też na wygnaniu proces redagowania i utrwalania dawnych przekazów ustnych w systematycznej formie pisemnej (za jakieś 25 lat zakończy go Ezdrasz). Powstała mniej więcej w tym okresie pierwsza część Księgi Zachariasza pełna jest symbolicznych obrazów. Ja bym takich ludzi "dzikusami" nie nazwał.

Co innego gdy chodzi o fragmenty moralnie neutralne bądź wręcz godne naśladowania: należy odczytywać je dosłownie, nawet jeśli są w nich anioły, jednorożce i olbrzymy.

Nie szukając za bardzo, wydaje mi się, że np. Księgę Jonasza też interpretuje się figuratywnie, mimo że jest "moralnie neutralna bądź wręcz godna naśladowania".

Ale kończąc off-top i wracając już do tematu głównego: ostatnimi czasy, jak pisałem w temacie o kupkach wstydu, raczej nie mam zbyt dużo czasu na nadrabianie zaległości, jednak parę tomów Kolekcji Star Wars ostatnio przeczytałem.

46. "Akademia Jedi" - przyjemnie gruby tom, ale dość chaotyczny składak z trzema niezwiązanymi z sobą opowieściami. Pierwsza, historia o misji czworga młodych uczniów Luke'a Skywalkera na planecie Corbos, gdzie walczą z lewiatanami Ciemnej Strony, dość sztampowa. Dialogi wydały mi się trochę sztywne. Rysunki przyzwoite. Niestety bez lektury wcześniejszych książek o tej gromadce nie czułem zbyt dużego związku z postaciami. Ale i tak było to lepsze niż drugi komiks, "Związek", o ślubie Luke'a Skywalkera. W tej historii nie chodziło chyba o fabułę, tylko o zrobienie ilustrowanej laurki dla dotychczasowych bohaterów Expanded Universe. Ponawtykano do tego komiksu tyle postaci pierwszo-, drugo-, trzecio- i czterdziestopiątoplanowych, że myliły mi się na potęgę - a zadania nie ułatwiały rysunki, przez które wiele twarzy wyglądało mi niemal identycznie. Najwyraźniej coś nie tak było też z tekstem, bo kilka razy kwestie nie miały zbyt wiele sensu. Może to sprawa tłumaczenia, bo kiedyś czytałem poprzednią polską wersję od Mandragory i mgliście pamiętam, że była czytelniejsza. Na tym tle najlepiej wypada końcowy zbiorek krótkich komiksów o Chewbacce różnych autorów - w miarę zgrabne fabuły i miłe zróżnicowanie stylów graficznych. Czasem aż się łezka w oku może zakręcić.

47 i 48 - "Inwazja" - bardzo fajna seria. O ataku Yuuzhan Vongów miałem wcześniej ograniczone informacje, bo przedstawiono go głównie w książkach, a nie komiksach. Dobrze więc było uzupełnić sobie luki, a sprawnie poprowadzona fabuła też nie przeszkadzała. Dużą zaletą jest jeden rysownik całej serii - Colin Wilson to zręczny rzemieślnik i nie trzeba się przyzwyczajać do nagłych zmian w wyglądach postaci. Największym minusem tej serii jest fakt, że niestety jest ona "brutalnie urwana" - aż woła o kontynuację, w której moglibyśmy poznać dalsze losy bohaterów i zakończenia nierozwiązanych wątków, ale niestety Disney, przejęcie marki, itd. itp.

55 - "X-Wingi", cz. 1 - w tym tomie mamy dwie historie o misjach elitarnej Eskadry Łotrów zaraz po bitwie o Endor. Pierwsza, prequel całej serii "X-Wing", który powstał później od reszty historii z tego cyklu, jest... no... możliwa. OK. Nie robi szału, ale porządne rysunki Giorello sprawiają, że da się ją przełknąć bez bólu. Natomiast jeśli chodzi o drugą, to cały odbiór zdominowały mi rysunki. One są chyba z lat 90., ale dla mnie wyglądają bardzo oldskulowo. Całkiem jak w stylu tych pierwszych Marvelowskich "Star Wars" z lat 70.-80. Przez to cały komiks czytało mi się tak, jakby należał do tamtego runu. Nie wiem, czy rysownik specjalnie celował w taki efekt, czy po prostu tak wyszło. Może swoją rolę miała w tym także dość nieskomplikowana fabuła. Zobaczymy, jak seria rozwinie się później.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pn, 23 Marzec 2020, 15:53:43
A ja bym ich dzikusami nazwał, więcej tam do dzisiaj niewiele się zmieniło zresztą wszystkie przykazania i te pozytywne zachowania obowiązują zdaje się i tak tylko wśród samych zainteresowanych a nie dotyczą obcych.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: parsom w Pn, 23 Marzec 2020, 22:11:31
No, jak oni są dzikusami, to my co najwyżej zwierzętami.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Kadet w Nd, 29 Marzec 2020, 22:53:42
zresztą wszystkie przykazania i te pozytywne zachowania obowiązują zdaje się i tak tylko wśród samych zainteresowanych a nie dotyczą obcych.

O tym, że jest inaczej, mogą świadczyć np. Wj 22,20, Kpł 19,33-34, Pwt 24,14-22, cała Rt czy Iz 19,24-25 i 56,3-7.

Przechodząc do tematu...

Zobaczymy, jak seria rozwinie się później.

No i przeczytałem sobie następne dwa tomy "X-Wingów" (56 i 57).

W tomie 56 zauważyłem na początku dużą zmianę na plus w zakresie rysunków. Po oldskulowej kresce z pierwszego tomu serii, o której pisałem wcześniej, strona graficzna opowieści o misji na Mrlsst była jak oddech świeżego powietrza: czytelna, wyraźna, wyrazista - i jednocześnie kolorem, cieniem i tuszem zdecydowanie bardziej "współczesna". Fabuła także nie jest zła - ciekawie wypada wrzucenie pilotów w niezbyt pasujące do nich środowisko akademickie. Cieszą zaskakujące zwroty akcji i ciekawa retrospekcja z przeszłością Wedge'a Antillesa. Drobnym problemem jest moim zdaniem jednak to, że scenarzysta, opisując Akademię na Mrlsst, parę razy zbyt mocno poszedł w stronę parodii "amerykańskiego kampusu" z jego zwyczajami, sporami, typami studentów i wykładowców itp. Takie nawiązania trochę burzą mi zawieszenie niewiary.

Druga dłuższa historia (pomijam poprzedzający ją krótki promocyjny zeszycik) dzieje się na Tatooine (jak na zapyziałą planetkę na peryferiach Galaktyki to miejsce przyciąga strasznie dużo wydarzeń). W mojej opinii jest to lekka zniżka graficzna - rysunki są chyba mniej wyraźne, a kreski - cieńsze. Zupełnie jakby zatarł je pustynny piasek :) Lekki uśmiech wzbudzali też komicznie wręcz napakowani szturmowcy sił specjalnych Imperium, niczym Pudzian i hardkorowy Koksu w jednym. W kwestii fabularnej lekko dziwi mnie trochę inne przedstawienie ojca Biggsa Darklightera niż w poświęconej temu pilotowi historii z serii "Imperium", no ale w końcu od tamtych wydarzeń minęło parę lat, a strata syna też mogła ojca trochę zmienić. Ogólnie rzecz biorąc, historia szału wielkiego nie robi i wydała mi się lekko przewleczona. Choć poznajemy dzięki niej nową definicję szpanu kasą: zamówić sobie rzeźbę lodową na przyjęcie na pustynnej planecie.

W tomie 57 ponownie mamy dwie dłuższe historie i znowu bardziej do gustu przypadła mi pierwsza. "Wojowniczą księżniczkę", podobnie jak opowieść o Tatooine z poprzedniego tomu, rysował John Nadeau, ale tym razem chyba sam kładł tusz na swoje rysunki, dzięki czemu wyglądają one wg mnie znacznie lepiej. Scenariusz też całkiem zadowalający. Doceniam zwłaszcza zniuansowane przedstawienie konfliktu wewnętrznego na planecie Eiattu - zamiast walki szlachetnych bohaterów z podłymi draniami mamy dwie frakcje, w których są zarówno dobrzy ludzie, jak i wredne typy.

Drugą historię czytałem już w jednym z wydań specjalnych SWK i muszę powiedzieć, że ponownie nie zrobiła na mnie rewelacyjnego wrażenia. Jedynym plusem było to, że tym razem dzięki znajomości wcześniejszych przygód lepiej znałem bohaterów i niektóre sceny miały dzięki temu mocniejszą wymowę. Jednak scenariusz z magiczną świątynią Sithów i jakimś kompletnym paziem kontrolującym Mocą bandy miejscowych dzikich stworzeń nie poraża złożonością fabularną. Co do rysunków - twarze bohaterów wydały mi się cokolwiek dziwne, szczególnie np. facjata Tycho Celchu zaraz po przebudzeniu z koszmarnego snu (występujący w tym śnie Tarkin też do Cushinga raczej niepodobny).

Jestem teraz w trakcie tomu 58, ale historie z 58 znam już akurat w całości ze "Star Wars Komiks". Zobaczymy, jak mi się spodobają tym razem i jak wypadnie ostatni, piąty tom serii (59).
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Śr, 01 Kwiecień 2020, 00:08:37
Marzec
 
Flash t. 8 – po nieco słabszej „Burzy doskonałej” Williamson raz jeszcze udowodnił, że w temacie Szkarłatnych Sprinterów ma jeszcze nieco do dodania. Ponadto warstwa plastyczna w wykonaniu Howarda Portera prezentuje się bardzo widowiskowo i energetycznie.
 
Superbohaterowie Marvela: Bata Ray Bill – z rozmachem i bez kompleksów. Nie tylko zresztą w wykonaniu cenionego Walta Simmonsona ale też kontynuatorów losów tytułowego bohatera na skalę, której nie powstydziłby się Silver Surfer, Adam Warlock oraz inny kosmiczni herosi Domu Pomysłów.

Conan Barbarzyńca t.1 – udane otwarcie kolejnego etapu obecności mocarnego Cymeryjczyka w ramach kultury popularnej. Równocześnie chylę czoła przed autorem scenariusza, który pomimo intensywnej aktywności nadal potrafi wykrzesać z siebie przekonujące i sprawnie rozpisane fabuły.
 
Smerf naczelnik – klasyczny album serii nie zawodzi. Miło po latach przypomnieć sobie ten mini-zbiorek i przy okazji raz jeszcze docenić siłę przekazu istotnych treści kamuflowanych w formule baśni.
 
Criminal t.2 – kompozycyjna maestria, przemyślana od początku do końca i tym samym przekonująca. Jak zwykle znakomicie poradził sobie także Sean Phillips swoją dosyconą cieniami stylistyką idealnie wpisując się w poetykę neo-noir. Pierwszy zbiór był jakościowo bardzo udany. Ten jednak jest jeszcze lepszy.
 
Metabaron t. 3 i 4 – mimo że za „sterami” serii tzw. Jodo zastąpił już inny scenarzysta (Jerry Frissen) to jednak znać ducha oryginalnej serii o Bezimiennym. Owszem, brakuje niezrównanych ilustracji Juana Gimeneza, ale mimo wszystko znać, że uniwersum Incala żyje i rozwija się. Do tego w interesujących kierunkach. A o to chyba właśnie chodzi.
 
Batman kontra Deathstroke – duży potencjał i równocześnie spore ryzyko popadnięcia w pretekstualną rąbaninę. Odpowiedzialny za scenariusz tej opowieści Christopher Priest zdołał jednak uniknąć porażki. Teoretycznie żadna rewelacja ale fani obu postaci mają spore szanse na dobrą zabawę. 
 
Doom Patrol t.2 – stare dobre Vertigo, a przy okazji skondensowana (i chyba niekoniecznie uświadomiona) satyra na ruch antykulturowy schyłku lat 60. XX w. Tego mi było trzeba.

Superbohaterowie Marvela: Totalnie Odlotowy Hulk
– generalnie, poza nielicznymi wyjątkami (vide tzw. Torzycą), nie przekonałem się do podróbek sprawdzonych herosów Domu Pomysłów forsowanych przez włodarzy tego koncernu w dobie „All-New, All-Different Marvel”. Amadeus Cho w roli „Sałaty Marvela” okazał się jednak postacią na tyle przekonującą, że z czytelniczą satysfakcją przyswoiłem sobie ten zbiór.

Orbita Jowisza
– „odgrzanie” motywu „Strażników” wyszło całkiem zgrabnie, choć tylko ze względu na lekkość pióra scenarzysty. Stąd jeszcze jedna „dekonstrukcja superbohaterskiego mitu” (tyle ich już mamy…) nie irytuje tak jak to ma miejsce w przypadku często pretensjonalnych realizacji m.in. Gartha Ennisa.
 
Kapitan Żbik: Błękitna serpentyna – głupio się przyznać, ale dotąd tej odsłony „Żbika” nie znałem. Niektóre elementy fabuły (np. „kodowane” Morse’em stepowanie) zakrywają na groteskę godną zmyślności grupy Monty Pythona. Niemniej ogólnie nie jest źle, a umieszczenie w tej opowieści wizualnego pierwowzoru Saxegaarda Władcy Gór może tylko cieszyć. 
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Cz, 02 Kwiecień 2020, 01:14:34
Zaskoczyłeś mnie tą pozytywną opinią o Billu, ja nie widzę w tym komiksie nic ;) No, poza tym, że podoba mi się pomysł postaci...
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: BosMan w Cz, 02 Kwiecień 2020, 15:05:04
Z racji tego, ze post moj dotyczy 3 roznych przeczytanych przeze mnie komiksow, aby nie rozbijac go na rozne watki, pozwolilem sobie wrzucic go tutaj.

W ostatnim tygodniu przeczytalem ( miedzy innymi) trzy komiksy, wyrozniajace sie na plus sposrod innych, ostatnio czytanych. Wspolna cecha tych trzech komiksow bylo to, ze wszystkie byly adaptacjami ksiazek. Byly to: "Zloty Berlin" (wg Volkera Kutchera), "Niezwyciezony" (wg Stanislawa Lema) i "Zabic drozda" (wg Harper Lee).
Wszystkie one, pomimo poruszanych zupelnie odmiennych tematow ( kryminal noir, science-fiction, powiesc obyczajowa), byly w stanie wciagnac mnie w klimat pierwowzoru, pozwolily " zanurzyc sie z glowa" w wykreowana atmosfere, po prostu "wciagnely jak bagno".
Z ksiazkowych pierwowzorow czytalem jedynie (ponad 20 lat temu) "Zabic drozda", i w tym przypadku jestem w stanie powiedziec, ze klimat pierwowzoru zostal w komiksie uchwycony w 100%. Podczas czytania komiksu doznawalem tych samych odczuc, co podczas czytania adaptowanej ksiazki (co w adaptacjach komiksowych zdarza sie raczej rzadko). Co do dwoch pozostalych, moge sie tylko domyslac, czy uchwycily atmosfere ksiazkowego oryginalu (ksiazek nie czytalem), ale smiem domniemywać, ze im sie to udalo.
No i wszystkie trzy komiksy nie sa autorstwa komiksowych "wyjadaczy", ale autorow poczatkujacych, badz wrecz debiutantow, co naprawde dobrze swiadczy o ich talencie :).
Na temat fabul nie bede sie tutaj rozpisywal, gdyz nie chce przez przypadek czegos zaspoilerowac.
W kazdym razie, kazdy z tych komiksow zdecydowanie polecam!
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Cz, 02 Kwiecień 2020, 15:11:59
Sam się zaskoczyłem Lordzie, bo jakoś kosmos Marvela nigdy nie "przemawiał" do mnie równie mocno jak ten głównego konkurenta Domu Pomysłów. Nie spodziewałem się zatem niczego przesadnie zajmującego. A tymczasem jakoś lektura upłynęła nadspodziewanie udanie. Bywa czasem i tak.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: rekinn w Pt, 03 Kwiecień 2020, 06:58:09
Skromny marzec:

PTSD- nie miałem specjalnych oczekiwań co do komiksu. Rzuciłem okiem przed kupnem na przykładowe plansze i bardzo mi się spodobały. Planowałem kupić od NSC, ale trafiła się wersja angielska super tanio, to wziąłem.
Rysunki szalenie ratują ten komiks. Są świetne, kupa detali, akwarele, pomysł na miasto gdzie się dzieje akcja to prawdziwy czad! Postacie też są super narysowane. Coś tak jakby, żywcem wyjęte z jakiegoś Final Fantasy, ale takiego z gejboja, a nie tych nowych gier. Klimatem bardzo przypominają też grę Metal Slug.
No a fabuła, to już nie ten za bardzo. Da się to czytać z zainteresowaniem, nie ma problemu, ale autor próbuje robić z czytelnika idiote. :( Np.
1.
Spoiler: PokażUkryj
Gł. bohaterka jest uzależniona od środków przeciwbólowych, bo nie może spać. Nie może spać, bo ma koszmary. Od kiedy śr. przeciwbólowe są na koszmary? To nie jedyny przykład. Inna postać, to samo. Nie może spać, bo ma koszmary.

2.
Spoiler: PokażUkryj
Gł. bohaterka stwierdza, że dość już walki i zaczyna od dziś leczyć ludzi. Dlatego właśnie wypieprzyła do ścieku wszystkie środki przeciwbólowe. To miał być wyraz zerwania z uzależnieniem, kumam, no ale ludzie, no kurde. I czym będzie teraz leczyć ból u innych weteranów? WTF?

3.
Spoiler: PokażUkryj
Bohaterka robi rozp****l na mieście. Strzela się z gangsterami gdzie popadnie. Pod koniec komiksu żałuje zamieszania jakie zrobiła i że ludzie ginęli przez nią. Ale to nic, społeczeństwo daje jej drugą szansę. ^^ Nie, nikt jej nie wsadzi do pierdla, gdzie jej miejsce, społeczeństwo pozwoli jej się szlajać po mieście z torbą leków i leczyć weteranów. Bo zasłużyla na drugą szansę. No spoko, ale najpierw może niech chwilę pognije w więzieniu według mnie.

4.
Spoiler: PokażUkryj
Jakiś dziadek ledwo ją zna, ale co tam, daje jej pod opiekę swojego psa. Żeby się czuła lepiej. Bardzo rozsądne, bardzo. Zwłaszcza, że wszyscy w okół mają ją za lunatyka.


Jak tak teraz piszę, to mam wrażenie, że tylko rysunki ratują te komiks. ^^ Szkoda, że taki mam mały format, coś kapkę większego niż Usagi Saga, bo takie obrazki potrzebują więcej miejsca!
Ogólnie polecam, bo nie żałuję zakupu i komiks zostawię u siebie.

Judasz- miałem duże oczekiwania. Rzuciłem tylko okiem na okładkę i chciałem kupić. Nie sprawdzałem nawet przykładowych plansz. Rysunki super, choć momentami nieczytelne, ale może tak miało być, by obrazować chaos i piekło. Duży minus za postać szatana, który ma gębę i mimikę, jakby był złoczyńcą superhero. Domyślałem się, że postać Judasza, jako, że jest głównym bohaterem, będzie tutaj bardziej lub mniej, ale jednak pozytywna. To zgadłem. Komiks ogólnie jest spoko, fajnie się czytało, tak o do pewnego momentu, bo w momencie kulminacji akcji pokazuje się jego prawdziwa siła, gdy Judasz odkrywa swoje przeznaczenie. I tego absolutnie nie zgadłem!!! Scena, gdy
Spoiler: PokażUkryj
dociera do niego, że Bóg go zesłał do piekła po to, by był Jezusowi przyjacielem
naprawdę chwyta za serce i jest wspaniała. A scena końcowa, gdzie
Spoiler: PokażUkryj
Judasz niczym Jezus błogosławi zmarłych w piekle i mówi o miłości
to wisienka na torcie.

Zatem komiks super, żal jedynie, że taki krótki i głupi szatan, no nie mogę go zdzierżyć, kto to wpadł na taki głupi pomysł, dałbym mu w morde za ten uśmieszek, jak ja go nienawidzę, kretyn jeden, rany Julek!
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: misiokles w Pt, 03 Kwiecień 2020, 10:17:09
Głupi pomysł jest także, że Jezus po śmierci
Spoiler: PokażUkryj
trafił do piekła]. A niby czemu tam? Ale mimo wszystko - komiks bardzo dobry!
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: BosMan w Pt, 03 Kwiecień 2020, 13:36:18
Rekinn, dzieki za ocene PTSD. Dzieki tobie, ten komiks znika z mojej listy zakupow ( z czegos trzeba rezygnowac w tych ciezkich czasach). Wahalem sie nad zakupem, bo akurat rysunki niezbyt mi przypasowaly, ale myslalem, ze moze fabula uratuje ten komiks. Jednak, po twoim opisie, widze, ze nie.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nesumi w Śr, 08 Kwiecień 2020, 10:17:49
Głupi pomysł jest także, że Jezus po śmierci
Spoiler: PokażUkryj
trafił do piekła]. A niby czemu tam? Ale mimo wszystko - komiks bardzo dobry!


Nie ma w tym niczego głupiego. To kanon wiary chrześcijańskiej.

https://deon.pl/wiara/duchowosc/dlaczego-wyznajemy-ze-jezus-zstapil-do-piekiel,470729
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pt, 10 Kwiecień 2020, 10:54:08
  Podsumowanie marca. W tym miesiącu nieco wolnego, lektur więcej a więc podsumowanie w nieco zmienionej formie i pewnie z nudów nieco dłuższe. UWAGA UWAGA tym razem niemalże nie pojawią się SPOILERY!!!


1. Trzeba:

 "Mort Cinder" - Alberto Breccia, Héctor Oesterheld. Sporo zaskoczenie, wprawdzie pisano tutaj, że to świetny komiks ale nie spodziewałem się, że aż tak. Jakby to tak w skrócie powiedzieć, ten komiks to Rork. Nie właściwie to na odwrót to Rork jest tym komiksem, a już najbardziej ten pierwszy tom "Fragmenty" to jest toczka w toczkę przeniesiony żywcem nastrój ba nawet niektóre patenty fabularne od swojego starszego brata. Historia Ezry Winstona zdaje się londyńskiego antykwariusza, który na swojej drodze spotyka tajemniczego człowieka zwącego się Mort Cinder składa się z dziesięciu dłuższych bądź krótszych opowiastek nie połączonych ze sobą poza osobami dwóch bohaterów w praktycznie żaden sposób. Komiks jest reklamowany jako przygodowy horror i w moim mniemaniu nie do końca trafnie, owszem dostaniemy tutaj zarówno przygodę jak i horror, ale stylistyka całości bliższa jest poeowskim "Opowieściom Niesamowitym". Powieść gotycka, hammerowskie horrory, groszowe science fiction, Lovecraft, Strefa Mroku i wiele innych składników zostało wymieszanych przez dwóch artystów w arcysmaczne choć momentami mocno gorzkie danie. Nie bez powodu wspomniałem też na początku o Rorku jeżeli mówimy o rysunkach. Andreas wyrabiając swój styl w wyraźny sposób bardzo mocno czerpał z Breccii, niektóre kadry, przekrzywiona perspektywa wyglądają na żywcem przerysowane, chociaż rysunki tutaj są zdecydowanie bardziej nastawione na realizm, na widok Ezry na kilku pierwszych stronach miałem natychmiastowe skojarzenie z detektywem Raffingtonem. O ile fabuła w tym przypadku zachwyca to rysunki Argentyńczyka robią to jeszcze bardziej. Komiks wygląda świetnie, to zastosowanie czerni i bieli w celu podkreślenia atmosfery tajemniczości i grozy to coś pięknego, na dodatek podejrzewam że jedne z pierwszych w tym gatunku zastosowanie kolażu, naprawdę jest co podziwiać.To jest dosyć ciekawe ale mimo zastosowania elementów obecnych w szeroko pojętej fantastyce już od dawna i pomimo (a może dzięki temu), że to koniec końców dosyć proste pod względem fabularnym historyjki komiks ten po niemalże 60 latach był dla mnie naprawdę świeżym doświadczeniem posiadającym tylko jedną jedyną wadę...jest po prostu za krótki, przewracając ostatnią stronę powiedziałem wiedząc że więcej już nic nie dostanę z rozczarowaniem sam do siebie "to już?"...ech mawiają że lepiej od stołu wstać głodnym niż przejedzonym, ale ja w to do końca nie wierzę. Brać koniecznie, zwłaszcza w cenie w której sprzedaje to NSC do którego w dziedzinie jakości wydania nie mam absolutnie żadnej krytycznej uwagi. Ocena 9/10.

  "Hellboy " tom 1 i 2 "Nasienie Zniszczenia i Obudzić Diabła" oraz "Spętana trumna i Prawa ręka zniszczenia" - Mike Mignola. Pewnie wstyd się przyznać, ale nie znałem dotychczas specjalnie Hellboya. Owszem czytałem dawno temu Nasienie Zniszczenia i Spętaną Trumnę, ale niespecjalnie wiele z tego pamiętałem tyle tylko że mi się spodobały. Widziałem też dwa filmy Del Toro, pierwszy całkiem niezły i drugi o wiele lepszy, ale ot to wszystko. No w każdym razie z okazji nowego wydania była okazja się dokładniej zapoznać z fenomenem. Cóż nie będę przedłużał, absolutnie nic mnie tu nie rozczarowało. Przygody półdemona przywołanego przez hitlerowskich okultystów a wcielonego przez grupę amerykańskich komandosów do drużyny tych dobrych pomimo tego że są zazwyczaj proste jak konstrukcja cepa są po prostu rewelacyjnie dobre. Nie oszukujmy się ten komiks tak jest w pewien sposób strasznie kiczowaty, ale jet to kicz tworzony w ten samoświadomy zajebisty sposób. Mignola jedzie po bandzie i wrzuca w swoje dzieło wszystkie elementy jakiekolwiek mu się spodobają i uzna za przydatne choćby w teorii do siebie zupełnie nie pasowały, mity i folklor z każdego możliwego lub też nie regionu świata, banda hitlerowskich dziwolągów prowadzona przez okultystę którego każda kwestia to nonsensowny podchodzący pod grafomanię bełkot , inteligentne małpiszony, steampunkowe wynalazki, gadające głowy w słoikach czy w końcu sarkastyczny superbohater który ze stoickim spokojem przyjmuje każde tarapaty w które wpada wiedząc, że koniec końców i tak będzie musiał komuś przyj...ć mogą spokojnie znaleźć koło siebie miejsce w jednej historyjce a na dodatek zostać solidnie podlane sosem Lovecrafta i to wszystko tu ma swoje miejsce nie wprowadzając żadnego dysonansu. Ta dziwaczna mieszanka gatunkowa będąca jednocześnie superhero, horrorem, przygodówką i czarną komedią pisana na poważnie a jednocześnie będąca pastiszem to koktajl niezwykle pomagający w produkowaniu przez nasz organizm endorfin. Rysunki Mignoli są jak ten przysłowiowy koń, jakie są wszyscy widzą, powiedzieć że są cudowne to powiedzieć zbyt mało. Egmontowe wydanie opiera się na Library Edition, tyle że jest pomniejszone do standardowego amerykańskiego formatu. W przypadku tego akurat tytułu nie uważam tego specjalnie za wadę. Mignola nie operuje jakąś nadzwyczajnie szczegółową kreską przy której trzeba by wytężać wzrok aby podziwiać drobne smaczki, opierając się raczej na zabawie kolorem.W samych albumach sporo fajnych dodatków. Drugi tom spodobał mi się jeszcze bardziej niż pierwszy, Hellboy to gość stworzony do krótkiej formy. Ocena 8+/10.

  "Corto Maltese tom 6 Na Syberii" - Hugo Pratt. Kolejna porcja przygód marynarza-łazika tym razem na Syberii. Corto będzie się starał przejąć pociąg z carskim złotem na który to chrapkę będzie miało sporo innych osób. Po drodze, spotka on rzeczywiste historyczne postacie takie jak generał Zhang, Von Ungern-Sternberg czy Siemionow (pewnie jeszcze kilka innych się znajdzie, słyszałem tylko o tych, nie oszukujmy się zresztą to typowy prattowski patent Corto Maltese chyba trochę większą przyjemność sprawia ludziom, którzy choćby pobieżnie znają realia w których się dzieje akcja) będzie się potykał z chińskimi triadami, wszechwładnymi wojennymi watażkami a także pomoże chińskiemu niepodległościowemo-komunistycznemu podziemiu i przy okazji oczywiście jak prawie zawsze złamie kolejne niewieście serce (zresztą swoje również). Pierwszy raz od pierwszego tomu mamy nie krótsze łączące się ze sobą lub nie historie, ale fabułę rozplanowaną na cały album. Jak dla mnie jest nieco słabiej niż wcześniej, brakuje nieco tego onirycznego klimatu, fabuła jest chyba niepotrzebnie pokomplikowana i momentami nieco niewiarygodna. Tym niemniej to ciągle kawał znakomitego, pięknie narysowanego przygodowego komiksu. Ocena 8/10.

  "Tyler Cross - tom 2 Angola" - Fabien Nury, Bruno. Drugi tom serii i chociaż minimalnie mniej mi przypadł do gustu niż pierwszy (tamten trochę bardziej skomplikowany jest) to czyta się to dalej świetnie. Fabuła przypomina nieco konstrukcją "Skazanych na Shawshank" Tyler trafia do więzienia w Luizjanie (oczywiście w przeciwieństwie do Andy Dufresne'a nie za niewinność tylko za napad z bronią w ręku), w którym panują podobne zasady co i w Shawshank, Więźniowie wykonują niewolnicze prace a pod stołem dyrektor przyjmuje pieniądze, tyle że tutaj nie chowa ich sam dla siebie tylko przekazuje mafii, która jest nieformalnym właścicielem więzienia. Oczywiście dosyć pechowo tej samej mafii z którą Tyler ma na pieńku, że już nie wspomnieć o żonie dyrektora która zawiesza na nim swoje oko a która jest nimfomanką znaną z tego, że gdy jej się kochanek znudzi to potrafi załatwić mu sosnową skrzynkę. Jednym słowem przewidywalna długość życia (anty)bohatera nie jest specjalnie długa, więc jedynym rozsądnym wyjściem jest danie dyla z tego piekła na ziemi. Raczej każdy oglądał jakiś "więzienny" film więc wiadomo o co chodzi, autorzy nie starają się wymyślić koła na nowo, tylko sięgają po znane i najbardziej soczyste pomysły. Prosto kreskówkowa kreska, która na zdrowy rozsądek nie powinna pasować do tego komiksu, dalej pasuje idealnie. W sumie polecać tego nie muszę, kto przeczytał pierwszy tom to na 99% sięgnął po drugi, kto nie czytał pierwszego ten powinien to zrobić. Ocena 8/10.

 "Bękarty z Południa - tom 4 Motywacja" - Jason Aaron, Jason Latour. No w końcu zakończenie historii, zaczętej już dawno temu. Muszę przyznać, że Aaron bardzo pomysłowo rozplanował tę historię, przez trzy poprzednie tomy dostaliśmy całkiem sporo wątków oraz postaci, ale to były w większości wypadków tylko iluzje bohater tej powieści jest jeden i tylko jeden i jest to sam ON, trener szkolnej drużyny futbulowej hrabstwa Craw, trzęsący całą okolicą Euless Boss, który tym razem trafi na swój może i nieco na swój sposób śmiesznawy, ale równie zepsuty i paskudny jak on sam odpowiednik wyglądający jak zły klon Stana Lee pułkownika Quicka McKlusky. Owszem wszystkie poboczne linie fabularne splotą się na koniec w sensowny sposób, ale okaże się że większość z nich nie ma jakiegokolwiek większego znaczenia, miały tylko podkręcić klimat, albo zmylić czytelnika. A klimat jest srogi, nie oszukujmy się, ta historia nie jest specjalnie realna i raczej nie miałaby szans się wydarzyć gdziekolwiek, nie jest jakoś nadzwyczajnie skomplikowana, za to ma przyprawić o szybszą produkcję adrenaliny i zaspokoić tkwiącą w większości ludzi podświadomą skłonność do oglądania bezsensownej przemocy. Jak ktoś choć po części zrozumiał co dla takich małych miejscowości znaczą piątkowe mecze futbolu oglądając bergowskie "Friday Night Lights" czy lub klimaty rodem z "Z podniesionym czołem" (bardziej oryginału niż tej wersji z The Rockiem) to musowo musi sięgnąć po tę serię. Rysunki Latoura to czysta petarda, jasne że wygląda to ohydnie ale to efekt oczywiście zamierzony (wystarczy obejrzeć Spider-Gwen) patrząc się na te groteskowo pokrzywione ryje (bo twarzami najczęściej nazwać tego nie można) mamy być przekonani, że oglądamy ludzi żyjących w swoim własnym brutalnym kręgu z którymi nikt normalny nie chce mieć nic do czynienia. Latour na dodatek potrafi się zabawić konwencją w kilku miejscach przeskakuje na styl wyciągnięty prosto z kreskówki, by za chwilę we fragmencie ze wspomnieniami wyraźnie kopiować Simona Bisleya. Największym problemem tego komiksu jest zakończenie, autorzy wyraźnie stanęli okrakiem pomiędzy chęcią zakończenia całej serii a chęcią jej ciągnięcia dalej a wyszło tak trochę ani w tę stronę ani w tę. Ale za te niemalże cztery pełne tomy doskonałej, chociaż raczej niskich lotów rozrywki jestem w stanie to wybaczyć. Ocena 8/10.

  "Grass Kings" wszystkie 3 tomy - Tyler Jenkins, Matt Kindt. Opowieść z Dzikiego Zachodu od NSC, akcja dzieje się w tzw. Królestwie Traw quasi-niezależnym terytorium będącym bezpieczną przystanią dla zbłąkanych wędrowców pragnących żyć w spokoju i bez pytań o przeszłość. Tą małą enklawą rządzi Robert najstarszy z trzech braci, będących dziećmi małżeństwa które założyło Królestwo, który aktualnie nie jest w najlepszej formie z racji sporych ilości wódy pitej z powodu wcześniejszego zaginięcia córki i związanego z tym odejścia żony. Sytuację komplikuje dodatkowo fakt, że w okolicy od kilku lat grasuje seryjny morderca a dla szeryfa Humberta który trzęsie sąsiednim miasteczkiem Cargill ta ziemia od dawna jest drzazgą w oku. W końcu zdarzy się coś co ostatecznie wyczerpie zapasy cierpliwości w/w szeryfa i pchnie go do działania a że nieszczęścia lubią chodzić dziesiątkami Kraina stanie na skraju przepaści. Wizualnie ten komiks po prostu zachwyca,pozornie niedbałe, niedopowiedziane szkice pociągnięte akwarelami są bardzo nastrojowe a te wyblakłe barwy i wiecznie zginające się na wietrze trawy przywodzą na myśl nadchodzącą jesień co doskonale pasuje do dosyć melancholijnego klimatu. Fabularnie ten komiks jest naprawdę dobry, ale jeszcze większą robotę robi tutaj klimat, pomimo kryminalno-sensacyjnego pochodzenia z tej samej gałęzi co "Skalp" "Bękarty" czy "Briggs Land", mocniej wybrzmiewają wątki dramatyczno-obyczajowe z wyraźnymi ciągotami w kierunku Twin Peaks i jego mieszkańców ze swoimi brudnymi sekretami, fabuła toczy się bardziej leniwie a postacie sprawiają wrażenie bardziej realnych. Brakowało mi trochę jakiegoś rozsądnie rozpisanych zasad działania tej społeczności a przede wszystkim solidnej deklaracji na temat ilu ich w rzeczywistości jest. Bo to jakoś wygląda jakby tam mieszkało z 10 osób na krzyż tylko tych które biorą udział w fabule a z rozmów pomiędzy nimi wychodzi na to że jest to miasteczko na dodatek ze sklepem pośrodku, w tle absolutnie nic się nie dzieje. Odrobinę rozczarowuje ostatni tom, o ile rozwiązanie zagadki chociaż poniekąd łatwe do odgadnięcia jest ok bo jakby nie patrzeć życie dosyć często bywa banalne, to niespecjalnie mi się spodobały sceny sensacyjne. Ja rozumiem, że prawo własności w USA jest mocno poważane, ale nawet tam chyba nie wolno zestrzeliwywać śmigłowców FBI z ręcznych wyrzutni. Ale poza tym, uwag brak. Format powiększony, twarda oprawa, papier offsetowy, kilka alternatywnych okładek, cena niska. Nic tylko brać, ocena 8/10.


2. Warto:

  "Pan Higgins wraca do domu" - Mike Mignola, Warwick Johnson-Cadwell. Ze sporym zdziwieniem po rozpoczęciu lektury przyswoiłem rysunki, kupując ten komiks widząc na okładce nazwisko Mignola, jakoś tak podświadomie założyłem że to on będzie rysował, a tu niespodzianka, jest zupełnie na odwrót. Co dosyć znamienne niespecjalnie żałuję, że tak się stało, to co się w środku znajduje jest po protu śliczne. Johnson-Cadwell rysuje w groteskowo-karykaturalnym stylu mającym przywodzić na myśl ilustracje dla dzieci, mi to się momentami wręcz jakoś tak kojarzyło z rysunkami Bohdana Butenki. Artysta nie trzyma się kurczowo ani zasad perspektywy ani prawidłowości anatomii a ma to na celu podkreślenie pewnej pastiszowości tego tomiku. Naprawdę niektóre z tych ilustracji to miniaturowe arcydzieła, zwłaszcza projekty wampirów w klasycznym stylu nosferatu potrafią cieszyć oko, a zresztą tu wszystko inne też cieszy oko. Fabularnie jest dosyć prosto (aczkolwiek będą zwroty akcji i to dosyć zaskakujące) i klasycznie, profesor Meinhard znany łowca wampirów i jego asystent Pan Knox wraz z człowiekiem któremu udało się przeżyć atak wampirów panem Higginsem wybierają się na zaproszenie pana zamku Gołgi na doroczny bal z okazji święta Walpurgii. Profesor i jego przyjaciele wiedzą że wszyscy goście poza nimi to wampiry a wszyscy goście wiedzą że ci są łowcami, więc ten bal nie może się skończyć dla wszystkich dobrze. Jak już wspominałem komiks ma raczej wydźwięk humorystyczny (humor oczywiście po wampirzemu raczej czarny), natomiast pod koniec będzie jednak trochę ostro. Na koniec mały kamyczek do ogródka wydawcy Non Stop Comics. Tomik jest w twardej okładce ma pięćdziesiąt parę stron a jakichkolwiek dodatków brak. Da się go przeczytać w jakieś15 minut, więc nie bardzo rozumiem dlaczego do diabła (w tym przypadku to na miejscu) skoro jego siła opiera się głównie na wizualiach (a rysunki bywają czasami pełne detali) wydany jest w standardowym amerykańskim wyraźnie zbyt małym formacie? Poważnie Dark Horse nie miało innego, większego wydania? Poleciłbym koniecznie ten tom, ale biorąc pod uwagę że wychodzi nam ponad 30 złotych za jakieś 15 minut czytania i ewentualnie drugie tyle oglądania, każdy musi sam się zastanowić czy warto. Jak dla mnie warto, kupiłem raczej z myślą o późniejszej odsprzedaży, ale zdecydowanie zostaje na półce. Ocena 8/10.

  "Lone Sloane tom 2" - Phillipe Druillet. Nie oszukujmy się, to nie jest komiks do zachwycania się fabułą o ile "Salambo" z racji tego, że scenariusz oparto na powieści Flauberta było jak najbardziej sensowne tak z "Sześcioma Podróżami Lone Sloane'a" i "Deliriusami" bywało różnie. Tutaj fabuła schodzi już zupełnie na drugi plan, pierwszy tom "Gail" jest kompletnie absurdalny, Sloane trafia do najcięższego kosmicznego więzienia w którym wybucha bunt, po czym będzie musiał uratować wszechświat przed inwazją z innego wymiaru? piekła? ciężko powiedzieć. Drugi tom "Chaos" jest już zdecydowanie bardziej sensowny i stanowi kontynuację właśnie "Salambo", zwłoki Sloane'a przechowywane w sarkofagu jadą potężnym pociągiem do jego arcywroga Imperatora Shaana, antybohater ma jednak ukrytych przyjaciół którym nie bardzo pasuje jego obecny stan i na dodatek bardzo by sobie życzyli śmierci wspomnianego Imperatora, także oczekiwać można ostatecznej rozgrywki pomiędzy tymi dwoma. Cóż, nie kupujemy tego komiksu jednak dla historii a wiadomo dla rysunków. Mnie co pierwsze na myśl przychodzi to słowo "monumentalne", spora ilość splaszpejdży na których często umieszczona jest taka ilość szczegółów, że ma się wrażenie że tyle samo czasu w Marvelu poświęca się na narysowanie całego eventu wraz z tie-inami, świetnie narysowane sceny bitewne oraz projekty maszyn do których mocno nawiązuje Warhammer 40K, to wszystko robi, pewnie nie jak w momencie powstania komiksu ale i tak ciągle spore wrażenie. Trochę słabszy niż poprzednie dwa tomy z racji tego, że tamte fabularnie były zdecydowanie bardziej przyswajalne, ale jak ktoś ma ochotę przekonać się jak wygląda space-opera połączona z loveraftowskim horrorem oglądana na kwasie to powinien. Ocena 7+/10

  "Bitwa:od Essling do Waterloo" - Patrick Rambaud, Frederic Richaud, Ivan Gil. Pozycja dosyć zaskakująca jak na Egmont, komiks opisujący bitwę pomiędzy Francuzami a Austriakami za panowania Napoleona w 1809 roku. Akcję obserwujemy z perspektywy kilku postaci (między innymi dramatopisarza Stendhala) co pozwoli na wprowadzenie dosyć sporej ilości wątków (nie wszystkie są wojenne, część akcji dzieje się w pobliskim Wiedniu), ale głównym bohaterem jest młody pułkownik Lejeune, postać która istniała w rzeczywistości i pełni coś w rodzaju funkcji gońca samego cesarza co pozwoli czytelnikowi na szybkie przemieszczanie się po polu bitwy razem z bohaterem. Zaskoczyła mnie w sumie oprawa graficzna, twarze bohaterów są takie jakie można by się spodziewać po frankofońskim komiksie czyli właśnie takie nieco "rysunkowe" o niemalże fotograficzno-malarskim realiźmie z okładki można zapomnieć. Natomiast cała reszta jest już realna jak najbardziej, autorzy chwalą się, że uzbrojenie czy szczegóły mundurów są jak najbardziej zgodne z realiami, z racji takiego a nie innego gatunku rysownik nie pozwala sobie na rysowanie gadających głów na tle plamy jakiegoś koloru, tylko zawsze pieczołowicie opisuje wnętrza lub okoliczności przyrody w jakich znajdują się postacie i chwała mu za to. Napewno wrażenie robią sceny bitewne, mamy i wspaniałe ilustracje natchnionych szarż przypominające Matejkę lub Kossaka, ale i nieprzyjemne obrazy tego co armatnia kula lub lanca użyta z rozpędzonego konia potrafią zrobić z ciałem człowieka. Uwagę zwracają też piękne żywe kolory nałożone przez Albertine Ralenti, można by się czepiać, że ta pstrokacizna nie licuje trochę z tematyką, ale mi się podobają a biorąc pod uwagę to, że sama bitwa odbyła się w maju to i pewnie w rzeczywistości musiało być kolorowo. Podsumowując to nie jest nawet komiks wojenny, ja bym go określił jako batalistyczny będziemy obserwować dokładny przebieg bitwy zarówno z pierwszej linii jak i od sztabowej kuchni, oczywiście jeżeli chodzi o jakieś drobne wydarzenia to są one napisane na zasadzie licentia poetica, ale jeżeli jakiś marszałek otrzymuje rozkaz ataku, lub wymarszu na inne pozycje to możemy być pewni że taki rozkaz otrzymał w rzeczywistości. Autorzy nie stosują żadnych opisów pomocniczych, także dobrze jeżeli czytelnik orientuje się chociaż pobieżnie w realiach napoleońskich i ogólnie pojętej wojskowości. Nie bardzo też rozumiem polski podtytuł, którego w oryginale nie ma, komiks kończy się w momencie jak sztab Napoleona obserwuje równinę koło Wagram na której jakieś półtora miesiąca pod bitwą pod Essling odbyła się jej ostateczna dogrywka. Na dobrą sprawę nie ma chyba podobnego komiksu na naszym rynku, więc mam nadzieję że egmontowy eksperyment wypali i dostaniemy wkrótce coś kolejnego w tym gatunku. Ocena 7+/10.

  "Berlin" wszystkie 3 tomy - Jason Lutes. Komiks historyczny, którego akcja dzieje się w okresie międzywojennym a ściślej zaczyna się w 1928 roku czyli czasie nadchodzącego zmierzchu Republiki Weimarskiej. Bohaterów jest dużo, lewicujący dziennikarz, początkująca artystka z wyższych sfer, mała dziewczynka na najlepszej drodze do stania się czerwoną terrorystką, policjant ze "Stahlhelmu", czarnoskórzy członkowie jazzbandu z Ameryki, żydowski handlarz starzyzną i kilku innych, ale tak naprawdę prawdziwym bohaterem tych albumów jest sam Berlin, miasto kipiące swoim własnym życiem, jednocześnie cierpiące z powodu nędzy wywołanej Wielkim Kryzysem, miasto jednocześnie liżące rany po Wielkiej Wojnie i będące (jeszcze nieświadomie) na kursie kolizyjnym z jeszcze gorszą Drugą. Miasto seksualnej swobody, dekadencji i ogólnie pojętej wolności (skojarzenia z "Kabaretem" Boba Fosse oczywiste) a jednocześnie niemieckiego ordnungu w którym ludzie nawet uciekając przed strzałami nie podepczą trawnika. Fabuły nie ma co opisywać, bo jako takiej jej nie ma, zobaczyć możemy zwykłe codzienne życie mieszkańców, chociaż większość wydarzeń będzie się kręciła wokół narastającego konfliktu pomiędzy ideologią komunistyczną a nazistowską. Lutesowi nie do końca się udało utrzymać dziennikarski obiektywizm, którym powinien się wykazać pisząc tego typu historię (wiadomo ciężko napisać coś pozytywnego o hitlerowcach), chociaż trzeba przyznać że w późniejszych etapach przykłada się do tego nieco bardziej. Kreska czytelna i elegancka, dla mnie osobiście trochę zbyt dużo gadających głów pozbawionych jakiegokolwiek tła, ale tam gdzie naprawdę trzeba autor potrafi odwzorować rzeczywistość idealnie, jak ktoś widział miasto to będzie mógł rozpoznać charakterystyczne miejscówki takie jak Hauptbahnof, Plac Poczdamski czy Plac Alexandra mimo, że się zmieniły od tamtego czasu. Troszeczkę mnie drażniło, że praktycznie wszystkie kobiece postacie mogłem określić partykuło-przymiotnikiem "raczej nieatrakcyjne", ja rozumiem że to Niemki (żarcik, kiepski ale zawsze) ale bez przesady. Cóż ten komiks ma jedną niezaprzeczalną wadę, jego klimat wciąga w opisywane miejsce jak bagno. To jest jedna wielka wycieczka w czasy dawno minione tak realna, że dosłownie poczujemy zapach spalin z limuzyn podupadłych bogaczy, gnijących liści pływających w Szprewie czy tanich perfum dziwek z Kreuzbergu a przecież tworzenie takich iluzji jest głównym zadaniem komiksu historycznego. Troszeczkę brakowało mi głębszego zaglądnięcia w kuluary wielkiej polityki i nieco zawiódł ostatni tom w którym dzieje się niewiele, ale co tam i tak naprawdę polecam. Ocena 7/10.

  "Archie tom 1" - Mark Waid, Fiona Staples, Veronica Fish. Cóż, nie będę się w tym wypadku nadmiernie rozpisywał, ten komiks jest po prostu fajny. Lekki, nienachalny humor, dobrze rozpisane, dynamiczne się zmieniające relacje pomiędzy młodocianymi postaciami których problemy często nie są żadnymi problemami, zresztą Waid to dobry scenarzysta i poniżej pewnego poziomu raczej nie schodzi. Sam komiks to zdaje się restart uniwersum a sam Archie oprócz pełnienia funkcji głównego bohatera jest jednocześnie przewodnikiem dla czytelnika po tym świecie więc spokojnie można zacząć czytać bez jakiejkolwiek znajomości tematu. Rysunki Staples są rewelacyjne, to jest to co czego można by się spodziewać po takim tytule, Marvel sporo swoich tytułów rysuje ostatnio w takim animowano-komediowym stylu, ale w 9 przypadkach na 10 ich produkcje nie mają żadnego startu do tego tutaj, rysunki Fiony cieszą oko, niestety tylko w pierwszych trzech zeszytach w późniejszych pałeczkę przejmują dwie inne rysowniczki i wygląda to nieco słabiej, ale nawiązują stylistyką do bardziej znanej koleżanki więc jest ok. Kupiłem wydanie drugie więc do dialogów żadnych zastrzeżeń nie ma, dodatków sporo, trochę tekstów na temat historii Archiego, galeria alternatywnych okładek (szkoda że pomniejszonych a nie na całą stronę, sporo z nich wygląda super) do tego kilka klasycznych historyjek z różnych okresów tego tytułu, także pod tym względem zdecydowanie powyżej średniej. Z tego co wiadomo, Ultimate Comics miało spore kłopoty na starcie, ale wygląda że złapali drugi oddech, mam nadzieję, że uda im się wydać drugi tom a jak nie to ktoś inny przechwyci ten tytuł. Ja na kontynuację się napewno piszę, Archie to zaskakująco dobry komiks jest. Ocena 7/10.


3. Można:

  "Tetris.Ludzie i gry" - Box Brown. Krótka historia gier wogólne, firmy Nintendo oraz powstania jednej z najpopularniejszych gier video wszech czasów. W skrócie Aleksiej Pażytnow technik z Moskiewskiego Centrum Komputerowego wymyśla i pisze sobie grę komputerową a ona okrężnymi kanałami dociera na Zachód gdzie wyczuwający skąd wieje wiatr ludzie szybko się orientują że dostali do rąk prawdziwego Graala, więc rozpoczyna się wyścig o to kto będzie mógł kupić do niego prawa. Z tym że oni jeszcze nie wiedzą, że przyjdzie im pertraktować w realiach radzieckiego systemu gospodarczego przy którym kafkowski "Proces" jest jak najbardziej sensowny. Historię ogólnie znałem, ale trzeba przyznać że jest bardziej skomplikowana niż mi się wydawało, chociaż autor przedstawia ją w sposób bardzo przystępny, trzeba się dosyć mocno skupić podczas czytania. Rysunki prościutkie w stylu tych jakie ktoś umiejący rysować mógłby sobie nabazgrać z nudów w zeszycie wyłącznie w czerni, bieli i żółci, cóż komiks pochodzi z pewnej niszy i dzięki temu nie rozprasza czytelnika więc wszystko to na plus. Marginesy, wydały to w formie budżetowej, ale dzięki temu mamy naprawdę niską cenę a do jakości tego co jest nie mam najmniejszych zastrzeżeń. Tytuł całkiem spoko 6+/10.

  "Riverdale. Całkiem Nowe Historie" - obydwa tomy, autorzy różni. Zbiorek krótkich opowiadanek powiązanych z postaciami zarówno pierwszo jak i drugoplanowymi z serialu o tym samym tytule. Nie jest konieczna znajomość samego serialu, bo o ile pojawiają się tam wątki z niego to stanowią tylko tło, oczywiście lepiej byłoby serial jednak znać. Poziom opowiadanek różny, różnisty ale ogólnie w porządku mi bardziej przypadły do gustu te zawarte w tomie drugim, są nieco ciekawsze i nieco bardziej zróżnicowane. Napewno mocną stroną obydwu albumów są rysunki, artystów jest kilkoro i chyba tylko Joe Eisma średnio daje radę, ale napewno nie jest to aż tak zły poziom żeby się było nad nim pastwić. Dodatków trochę jest, okładki, fotosy kilka szkiców. Ot takie czytadełko na całkiem niezłym poziomie ale można spokojnie pominąć chyba że się naprawdę lubi takie klimaty, Archie zdecydowanie bardziej mi podjechał. Ocena 6/10.

  "All Star Batman" wszystkie trzy tomy. Scott Snyder i inni. Pierwszy tom raczej kompletnie durnowaty, Batman wiezie Two Face'a po jakieś lekarstwo dla niego (oczywiście sam po nie pojechać i go przywieść nie mógł bo jakże to tak) i polują na niego całe Stany Zjednoczone, całość wypełniona raczej głupawą akcją, Two Face jest inną postacią niż "za moich czasów" a na dodatek dowiadujemy się, że Bruce i Harvey byli kolegami jako dzieci. Powiem szczerze pomysły tego rodzaju są dosyć debilne, sensu wnoszą niewiele za to można wypełnić nimi trochę stron jak tak dalej pójdzie to za dwadzieścia lat się okaże że tam wszyscy się wcześniej znali jako niemowlęta i będzie można puścić kreskówkę Gotham Kids czy coś w tym stylu. Na koniec otrzymamy krótką historię z Mr. Zsaszem który podczas mojego rozbratu z komiksami zmienił się z seryjnego mordercy w jakiegoś groteskowego dziwoląga (ktoś kto wymyślił żeby czarny Robin wyglądał jak żółty Power Ranger powinien mieć codziennie wymierzaną chłostę bat-batem), Snyder stara się tutaj nadać nastrój starego detektywistycznego Batmana i chociaż wychodzi mu to raczej średnio, to chwała mu chociaż za próbę. Drugi tom wcale nie rozpoczyna się mądrzej ot Mr Freeze któremu zdaje się odwaliło już doszczętnie i zamienia ludzi w lodowe zombie i planuje wypuścić z lodowca jakiegoś wirusa który coś tam. Dalej dostaniemy Batmana udającego się do Poison Ivy bo lekarstwo na freezowego wirusa, Batka zwalczającego halucynacje oraz ścigającego się z zawodowymi zabójcami a na koniec, Żółtego Power Rangera pardon Duke Thomasa cierpiącego na kryzys tożsamości i ganiającego Riddlera. Trzeci tom to tylko dwie historie pierwsza - dłuższa ze starym znajomym Alfreda, ten komiks mega-fajnie pokazuje nam uczucia łączące Bruce'a i jego wiernego kamerdynera, ale to co powiedziano na temat przeszłości Alfreda jest absurdalnie głupie (że już nie wspomnę o tym klonie, to był szczyt). Na koniec nieco krótszy wypad Batmana do Rosji w celu rozbicia rosyjskiej mafii handlującej w Gotham bronią podczas którego dowiemy się, że Moskwa jest nazywana "Portem Pięciu Mórz" (chyba kur...de w domu autora) i łatwo z niej rzekami dostać się do pięciu oceanów (taaaaaaa). O ile scenariuszowo bywa niezbyt mądrze to pod względem rysunków jest ekstraklasowo (i nie mówię tu o polskiej Ekstrak(l)asie) o ile pierwszy tom to głównie Romita Jr. który już od dawna to raczej średnio, w drugim i trzecim padają takie nazwiska (bądź xywy) jak Jock, Albuquerque, Francavilla czy Fiumara i moja faworytka, kompletnie nieznana mi wcześniej Tula Lotay która pięknie narysowała historyjkę z Ivy (spójrzcie w internet na jej wersję Sędzi Anderson). Trochę mnie zaskoczył ten komiks, da się go wbrew moim przewidywaniom czytać, w porównaniu do serii Kinga nie ma w sobie aż tak dobrych momentów (chociaż jest kilka naprawdę niezłych), ale też i nie ma tak złych jak naprzykład zawartość tomów 2,3,4 jest ogólnie rzecz biorąc równiejszy. Ech nie będę się oszukiwał, to nie jest "mój" Batman, ale jak kto lubi akcyjniaki na których czasem trzeba przymknąć oko to pewnie będzie się bawił lepiej. Ocena 6/10.
 
  "Bug" tom 1 i 2 - Enki Bilal. Wizja cyfrowej apokalipsy w której dowcip, że Chuck Norris nagrał cały internet na dyskietkę zostaje wzięta dosyć dosłownie. Za Chucka robi tutaj niejaki Kameron Obb marsjański astronauta, a za dyskietkę robi on sam bo za sprawą jakiegoś tajemniczego zapewne kosmicznego pasożyta wszedł on w posiadanie informacji które zniknęły z każdego komputera na świecie, na dodatek maluje on mu twarz na niebiesko niczym Williamowi Wallace'owi. Dzięki temu staje się on najbardziej pożądaną osobą na naszej planecie o którą rozpoczyna się gra każdego rządu i każdej mniej lub bardziej legalnej organizacji. Z pewnością najmocniejszą stroną tego komiksu jest ukazanie elektronicznego świata który w jednym momencie został pozbawiony dostępu do tego co go napędza. Rozpad społeczeństw, miliony ofiar z powodu awarii różnorakich systemów, szalejąca przemoc na ulicach, jednocześnie natychmiastowe próby ludzi dobrej woli do przywrócenia jakiegolwiek ładu i porządku. Minusem jest leniwa i często nudnawa akcja, postacie snują się to tu to tam i natykają się na różnorakie przeciwieństwa, które pozostawiają czytelnika z raczej letnim zainteresowaniem. Drażnią również postacie pozbawione w większości jakiegokolwiek charakteru mające za zadanie chyba tylko ciągnąć fabułę do przodu, nawet o głównym bohaterze nie da się powiedzieć właściwie nic z wyjątkiem tego, że jest wiecznie smutny, ale tam są wszyscy smutni więc to żadna wyróżniająca go cecha. Rysunki Bilala jakie są zainteresowani wiedzą, z jednej strony kojarząc się z użyciem kredki ciągle wyglądają wspaniale z drugiej zaczynają mnie już irytować te jednakowe twarze oraz "monochromatyczna" paleta barw. I tutaj leży chyba tak naprawdę największa słabość tego albumu tj. "odtwórczość" ten komiks jest dokładnie taki sam jak kilka poprzednich, bohaterowie wyglądają tak samo, zachowują się tak samo a świat przedstawiony niby się różni a tak naprawdę jest taki sam. Wsadziłoby się któryś z tych dwóch albumów gdzieś w środek Nikopola czy Koloru Powietrza i mniej uważny czytelnik chyba by się nie zorientował. O ile się dobrze orientuję to ma być jeszcze trzeci tom w którym się wszystkie tajemnice wyjaśnią, ale mam wrażenie, że na koniec dostaniemy coś w stylu stożkowatej Ziemi. Ocena 6-/10


4. Raczej zawód vel można odpuścić:

  "Ghost Money" - Thierry Smolderen, Dominique Bertail. Futurystyczny szpiegowski thriller kręcący się wokół zaginionego skarbu Al-Kaidy. Komiks dosyć mocno zaangażowany politycznie i w sumie nie to jest problemem dopóty dopóki to zaangażowanie nie wpływa mocno na sensowność wydarzeń a tutaj wpływa i to bardzo mocno. Świat przedstawiony w historii jest prawdopodobnie o wiele bardziej zaawansowany niż będzie do tej pory, dosyć dziwnym pomysłem (i ważnym dla fabuły) jest obecność w nim "Internetu 2" czyli oddzielnej od tej którą teraz znamy sieci (jak miałoby to działać?) która stała się prawdziwą elektroniczną enklawą wolności i swobody pod kontrolą Chin (hahahahaha). Główną (chyba) bohaterką jest studentka Lindsey uratowana podczas zamachu przez Chamzę córkę prezydenta jakiejś post-sowieckiej republiki, która posiada niewiarygodny majątek o którym jej ojciec też pełniący poważną (znowu chyba) rolę w fabule oczywiście nic nie wie (wszak loty suborbitalnym samolotem do Dubaju na zakupy nie rzucają się w oczy). Stosunki łączące obie pannice są takie mocno nieokreślone, z początku autor sugeruje jakby że łączy je lub dopiero połączy jakieś płomienne uczucie, ale później chyba  się z tego wycofuje. Z pewnością o wiele więcej sensu gdyby obydwie jednak zostały lesbijkami bo w końcu Lindsey wychodzi na gąskę, która przez praktycznie cały komiks niczym się nie zajmuje tylko pojawianiem na kadrach a na której największe wrażenie robią torebki Louisa Vuittona kupowane w różnych egzotycznych miejscach przez zamożną koleżankę. W tym momencie do akcji wkraczają źli Amerykanie, jakiś odłam CIA postanawia dobrać się do Chamzy pragnąc położyć łapska na jej fortunie, podejrzewając, że to są właśnie pieniądze siatki terrorystycznej a przy okazji mają ochotę wkręcić w terroryzm przyjaciela Chamzy, kolejnego muzułmańskiego milionera znanego pod pseudonimem "Emir Świateł" zajmującego się pisaniem wierszy i filozofowaniem, synem zamordowanego przez USA bojownika (terrorysty). Rysunki bardzo dobre,  udane, dynamiczne sceny akcji cieszą oko, wrażenie robi architektura, bohaterki poruszają się po różnych odmiennych krajach świata i te różnice Bertail potrafi doskonale oddać na planszach. Mnie osobiście drażniła nieco lekka "mangoza" całości, oraz spora ilość drobnych kadrów, przez co momentami jest nieczytelnie mimo dosyć sporego formatu albumu. Największym problemem tego komiksu jest to, że jest on bardzo naciągany. Chamza zostaje porwana i w jej oczy w szpitalu zostają wszczepione mikrokamerki przekazujące obraz na żywo, udaje jej się uciec z tego miejsca dzięki pomocy niepełnosprawnego chińskiego hakera wyciągniętego z kapelusza i co? I nic, nikt się tym, łącznie z nią samą nie interesuje. Wie że coś jej zrobili z oczami, ale co tam nieważne, nikogo nie interesuje że została porwana na dwa tygodnie ani co tam z nią robili. Sam sobie zadałem pytanie na jakiej zasadzie miałoby to działać, nikt się nie zorientował że ma w głowie radiostację nadającą 24h na dobę obraz w 16K? Otóż nie, jej oczy wysyłają nanoprzekaźniki, które po kryjomu łączą się z amerykańskim odbiornikiem na drugim końcu świata (takiej technologii to nie mieli nawet Dawno, Dawno temu w odległej Galaktyce). Na koniec wesoła ekipa kupuje sobie na jakimś czarnym rynku złomu sterowanego umysłem bojowego robota prosto z Ghost in the Shell, który sprawia wrażenie niezniszczalnego i powala wrogów całymi setkami, "oczywiście" w USA takiego nie posiadają i dalej biegają ze zwykłymi karabinami. Amerykańska komórka wywiadowcza składa się z gwałciciela małych dzieci będącego jednocześnie seryjnym zabójcą oraz z weterana żyjącego w dziczy cierpiącego na tak silne PTSD, że dostaje w losowych momentach ataków padaczki. No idealna ekipa do tajnej operacji, goście wcale nie rzucają się w oczy. Na dodatek Amerykanie są źli nie tylko dlatego, że są Amerykanami oni wcześniej ukradli pieniądze podczas wojny po czym pod stołem zamiast Jane Fondzie przekazali je na kampanię republikańskiego prezydenta a to grzech podwójny jest. Podobnymi pierdołami wypełniony jest cały komiks, więcej tam są całe bloki fabularne które ani nie mają sensu ani nie wiadomo jaką miałby pełnić rolę tak samo jak natłok kompletnie niepotrzebnych postaci. Może gdyby to było w zwariowanej jamesobondowej konwencji w stylu lat 70-tych to dałoby się to czytać, ale obydwaj panowie silą się tutaj na realizm który pada na placu boju w walce z ich założeniami programowymi. Żeby nie było, sama główna intryga w sumie wciąga, zagadka pieniędzy Bin Ladenów czy pytanie czy Chamza faktycznie wspiera terrorystów czy też nie, są interesujące, tyle że autorzy przed przed przystąpieniem do procesu twórczego powinni solidnie przysiąść podczas etapu koncepcji zamiast zdać się na swój polityczny zapał. Wydanie NSC jest świetne, w niskiej cenie dostajemy spory format, twarda okładkę, piękne całostronicowe ilustracje dodatkowe i odautorskie posłowie, które po kilku latach po części okazało się dosyć bzdurne. Autorzy wyraźnie nie przyswoili lekcji, którą znali już średniowieczni jasnowidze, jak przewidywać przyszłość to tę daleką w której nas już nie będzie. Rozumiem, że wydawnictwo zaczęło wydawać ostatnio pozycje w/g pewnego klucza, ale może niech się skupią na naprawdę dobrych komiksach z tego gatunku a nie na takich, które bardziej się nadają do oglądania niż do czytania. Ocena 5+/10.

  "Hawkeye vs Deadpool" - Gerry Duggan, Matteo Lolli. Kooperacja dwóch znanych bohaterów, a właściwie to trójki bo dochodzi do tego jeszcze panna Hawkeye, której nie ma w tytule. Akcja kręci się wokół tajnej organizacji piorącej mózgi (są fani tej koncepcji) i w zamierzeniu ma być humorystycznym komiksem akcji. No właśnie w zamierzeniu, nie czytałem jeszcze tej serii Deadpoola z Marvel Now z wyjątkiem dwóch pierwszych tomów i one na tym swoim oczywiście dosyć kloacznym poziomie był po prostu zabawniejsze. Duggan wyraźnie słabiej niż Posehn radzi sobie z pisaniem dowcipów. Sama intryga chociaż nieoryginalna jak to tylko możliwe i na dodatek przytłaczana przez osobowości protagonistów ma swój jakiś tam sens. Pod względem elementów "akcyjnych" nie mam nic do zarzucenia. Nie bardzo rozumiem przemiany wewnętrznej Czarnej Kotki ostatnio jak ją widziałem to nie zajmowała się mordowaniem ludzi. Rysunki ze standardowego gatunku "lekko, łatwo i przyjemnie i kolorowo"  na całkiem dobrym poziomie, ogląda się to to z przyjemnością. "HvD(p)" (czerstwy żarcik może Duggan go wykorzystać zrzekam się praw autorskich) to taki typowy marvelowski średniaczek, fani Deadpoola spokojnie mogą kupić, cala reszta niekoniecznie, napewno lepszy komiks niż "Deadpool vs Gambit", ale z gatunku tych co się je zapomina 10 minut po skończeniu lektury. Ocena 5+/10.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Szekak w Nd, 12 Kwiecień 2020, 12:16:51
Ja trochę odejdę od formuły tematu, ale to dlatego, że nie wiem gdzie się podzielić tą opinią...

Największe zaskoczenie na plus, najlepszy komiks przeczytany.

(https://i.imgur.com/j7yK1bh.jpg)

Komiks Wybrani... leżał sobie kilka lat i jakoś nigdy go nie przeczytałem... autorzy zupełnie anonimowy, rysunki niespecjalne... ale się dzisiaj rano za niego wziąłem bo już dawno miałem zamiar go przeczytać i jakaż to była świetna decyzja. Fabuła jest absolutnie rewelacyjna, każdy etap historii jest dokładnie taki jaki powinien być, intryga rozwija się fenomenalnie i tak też się kończy. Autor wodzi czytelnika za nos przez całą historię by na końcu wbić go w fotel. Jeden z najlepszych komiksów jakie czytałem w ostatnim czasie, a może i w ogóle. Byłoby mocne 10/10 gdyby nie rysunki, a tak to 9/10. Szczerze polecam, perełka.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: misiokles w Nd, 12 Kwiecień 2020, 13:02:19
O tak, komiks przeczytałem niedługo po wydaniu zachęcony recenzjami i mogę potwierdzić, że dobra historia zawarta w tym komiksie zdecydowanie przewyższa niedostatki warsztatowe. Jeden z lepszych komiksów sf ostatnich lat.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Nd, 12 Kwiecień 2020, 13:53:17
Wybrani faktycznie robią dobre wrażenie, a gdy się lubi fantastykę w typie Lema czy Michajłowa to tym bardziej. Szkoda, że odpowiedzialne za ten tytuł osoby nie kontynuują swojej przygody z komiksem.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: adamarluk w Nd, 12 Kwiecień 2020, 14:31:02
Zachęcony właśnie kupiłem ostatnią sztukę na allegro. :)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: nadęta waltornia w Nd, 12 Kwiecień 2020, 14:32:53
Podsumowanie marca.

Najlepsze przeczytane:
Ranx - zdecydowany must-have dla fanów włoskich brutalnych klimatów w klimacie giallo, pulpy, Leone czy Pasoliniego. Świetne, plastyczne rysunki i wulgarno-abstrakcyjny humor potęgują wrażenie przebywania w jakimś chorym śnie Joe'go Dredda. Co prawda nie odbieranie przekazu z perspektywy rzeczywistości włoskich lat 80-tych może ten odbiór zniekształcać, ale mimo wszystko uważam, że schizoidalny, pedofilski android ze skłonnościami do permanentnej przemocy jest archetypem dość uniwersalnym. Szkoda tylko, że całość tak krótka.
Strażnicy Masery - ten komiks (wydany w dwóch tomach) to dla mnie odpowiednik Hugo i Marine z dzieciństwa i wspomnienie czasów gdy jako dziecko podkochiwało się w wymyślonych postaciach. Graficznie jest obłędnie, pierwsze moje skojarzenia to oniryczny styl filmów Jeuneta/Caro i ultradrobiazgowość Loisela, ale jest to zdecydowanie autorska, oryginalna kreska. Fabuła nie zostaje w tyle, jest ciekawie i intrygująco, w skonstruowanym świecie daje się łatwo zatracić. Szkoda, że ta bajka się skończyła..
Żona magika - mimo względnie prostej fabuły komiks stawia duże możliwości interpretacyjne, jest to podobnie mglista i magiczna rzecz jak świetna książka Petera Strauba Kraina cieni, gdzie nie wiadomo było co jest (i czy w ogóle jest) normalną rzeczywistością. Podobnie rysunki - połączenie realizmu i surrealizmu w idealnej syntezie - takie dzieła zdecydowanie uzasadniają twarde wydanie w powiększonym formacie. Jest to dzieło do wielokrotnego czytania.
Largo Winch - kupiłem w Bonito 4 pierwsze części i po przeczytaniu dziwię się Kurcowi, że wydał kontynuację tomów 9+ w pomniejszonym formacie, gdyż rysunki (i ogólniej operowanie nimi) to ekstraklasa. Jest to komiks sensacyjno-przygodowy z najwyższej półki z wciągającą, efektowną, ale jednocześnie zrównoważoną fabułą i świetnie nakreślonymi postaciami. Czyta się to z zapartym tchem i szkoda, że części 5-8 są tak trudno dostępne.
Dekalog t.1 - nie jest to moim zdaniem dzieło wybitne, ale po prostu bardzo dobry komiks. W ciekawej, nie pretensjonalnej fabule czuć pewną zadumę i głębię, pierwszym skojarzeniem tematycznym jest oczywiście filmowy Dekalog Kieślowskiego. Rysunki są takie jak najbardziej lubię, kreujące wrażenie uczestnictwa w pewnym kwaziseansie filmowym, są świetnie skomponowane z treścią i przez to czytelnik płynie przez tę opowieść, choć pewnie odbiór całości będzie jaśniejszy w miarę czytania kolejnych tomów.
Druuna t.1 - nie spodziewałem się, że to będzie fabularnie tak dobre (bo o znakomitości rysunków nie warto wspominać), a jednak lektura tego była lekturą w pełnym tego słowa znaczeniu. Przede wszystkim robi wrażenie wykreowany świat ze swoim brudem i okrucieństwem, gdzie cały czas trzymamy kciuki za główną bohaterkę. Brawa też za wspaniałe fizyczne wydanie, bez wątpienia Druuna na to zasługuje.

Bez zaskoczeń:
Katanga - świetny komiks przygodowy z akcją osadzoną w Czarnej Afryce. Jest brutalnie, refleksyjnie i można poczuć tragizm faktu urodzenia się w takim miejscu w tamtym czasie. W 3 tomach zawarto ciekawą fabułę ze sporą ilością charakterystycznych postaci rzuconych w spiralę przemocy i bezwzględności. To bardzo dobre czytadło, ale zapadające w pamięć.
Ultimate Spiderman t.5 - do rysunków Bagleya (pamiętając styl jego rysunków w TM-Semicowskich Pająkach) faktycznie trzeba się na nowo przyzwyczaić, do tego młodzieżowego sznytu, ale ogólnie dzięki przyzwoitemu scenariuszowi i psychologii postaci komiks jest dowodem na to, że nawet jeśli jest on skierowany do nastolatków może być niebanalny i frapujący. Jest coś fascynującego w śledzeniu menażerii znanych od lat łotrów i przyjaciół w nowym, uwspółcześnionym wydaniu. Tom 5 trzyma poziom poprzednich i nie ma tu czasu na nudę.
Smerf naczelnik - to z kolei przykład (jak wiemy jednego z milionów innych typu Asteriks, Fistaszki itp.) komiksu niby dla dzieci w których każdy dorosły znajdzie dojrzalszy humor, satyrę na rzeczywistość i mechanizmy funkcjonowania społeczności. Małe, krótkie i treściwe w dobrze znanym stylu.
Blame! -  kupiłem to z ciekawości i jestem oczarowany, zwłaszcza stroną graficzną - wielkie pejzaże futurystycznych miast (ogólnie jakichś ciał stałych) robią piorunujące wrażenie i są znakiem rozpoznawczym tej mangi. Przeczytałem dopiero pierwszy tom i fabuła się rozkręca, nie jest to na razie nie wiadomo co, ale całościowo idealnie pasuje do rysunków i przede wszystkim są tu tony klimatu oczekiwanego od tego typu pozycji.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Itachi w Pn, 13 Kwiecień 2020, 14:48:32
Ja trochę odejdę od formuły tematu, ale to dlatego, że nie wiem gdzie się podzielić tą opinią...

Największe zaskoczenie na plus, najlepszy komiks przeczytany.

(https://i.imgur.com/j7yK1bh.jpg)

Komiks Wybrani... leżał sobie kilka lat i jakoś nigdy go nie przeczytałem... autorzy zupełnie anonimowy, rysunki niespecjalne... ale się dzisiaj rano za niego wziąłem bo już dawno miałem zamiar go przeczytać i jakaż to była świetna decyzja. Fabuła jest absolutnie rewelacyjna, każdy etap historii jest dokładnie taki jaki powinien być, intryga rozwija się fenomenalnie i tak też się kończy. Autor wodzi czytelnika za nos przez całą historię by na końcu wbić go w fotel. Jeden z najlepszych komiksów jakie czytałem w ostatnim czasie, a może i w ogóle. Byłoby mocne 10/10 gdyby nie rysunki, a tak to 9/10. Szczerze polecam, perełka.

Na starej Gildii był o Wybranych oddzielny temat: https://forum.gildia.pl/index.php/topic,35579.0.html

Autorzy mocno się w nim udzielali, informowali na bieżąco o postępach w produkcji. Jak widzę sporo opinii się w nim pojawiło, także uważam że być może komuś się przydadzą. Moja też tam widnieje, ale obecnie pola do dyskusji nie podejmę bo ze scenariusza nie pamiętam już praktycznie nic. Ale chyba pod wpływem Twojego postu sobie przypomnę, bo dla mnie też był to całkiem udany debiut, bardzo przyzwoity i szkoda że nie pociągnięto dalej tej współpracy komiksowej.

Przed premierą miałem całkiem dobry kontakt z bodajże Łukaszem Gontarzem także udało mi się zdobyć egzemplarz z wrysem oraz autografami.

(https://i.imgur.com/k38PuDm.jpg)(https://i.imgur.com/lZIfkDu.jpg)

Boro w swoim wątku z kolekcją także niedawno wspominał o tym komiksie, także kto nie miał okazji ma polecenie od kilku forumowiczów, że warto się z Wybranymi zapoznać ;)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: rekinn w Cz, 23 Kwiecień 2020, 13:58:16
W tym miesiącu już nic więcej nie przeczytam, więc równie dobrze mogę nie czekać do jego końca. :/

Niezły kwiecień:

Batman: Heart of Hush- nie spodziewałem się, że będzie to takie fajne. Nie spodziewałem się też, że rysunki będą takie paskudne. :( Duży plus za Alfreda, ja bardzo lubię, gdy scenarzysta robi go takim, który potrafi sam się obronić i dać łupnia złoczyńcy. Ogólnie, mam pozytywne odczucia. Taki fajny średniak. Każdemu mogę polecić.

Dziewczyna znad morza tom 1 i tom 2: Mam mieszane uczucia, po przeczytaniu całości. Albo inaczej, to się średnio czytało w trakcie, natomiast, jak już się przeczytało, to stwierdzam, że było naprawdę fajne. Wszystko dzięki temu, że finał lektury był bardzo dojrzały i on robi największą robotę. A tak poza finałem, to nie jest źle. Największy minus za to, że bohaterowie są jakby wyprani z emocji, trochę zachowują się też jak dorośli przez to. Z drugiej strony nieraz gadają głupoty, takie typowo japońskie. No nie wiem. Już nie chce mi się przytaczać i zaglądać do komiksu, ale to takie naprawdę typowe, typowe rzeczy. Jeśli ktoś lubi mangę w ogóle, to jest to spoko lektura, można tu znaleźć radochę. Jak ktoś nie trawi mangi, to ten tytuł z pewnością tego nie zmieni, będzie gorzej. ^^ Komiks to tylko dwa tomiki, więc suma sumarum, jako, że cały czas finał ze mną jest w głowie, myślę, że za tę forsę się bardzo opyla.

The less than epic adventures of TJ and Amal Omnibus Edition: Ale autorka wymyśliła długi tytuł. :P Bardzo, ale to bardzo fajny komiks! Super bohaterowie, bardzo ludzcy, można ich bez problemu polubić, bez problemu się utożsamić. Plusy: rewelacyjne projekty bohaterów, ogromy talent rysowniczki. Posacie wyglądają jak z Disneya, cała gama min i emocji na ic twarzach, prawdziwy czad. Coś jak Blacksad, albo Mirka Andolfo. Naprawdę super! No i te dialogi! Wiecie, jak to jest gdy w komiksie są gadające głowy, kupa tekstu i czujesz, że czytasz bardziej książkę niż komiks. Tu tego nie ma, tutaj jest wartka wymiana zdań. Właściwie, to gotowiec na film młodzieżowy. Jest tu wszystko na miejscu.
Jeden minus wg. mnie- to było rysowane ołówkiem. Tzn. odhaczam to jako minus, ale prawdę powiedziawszy, projekty postaci są tak genialne, że po dwóch stronach zupełnie o tym zapomniałem.
Polecam abosolutnie każdemu, nie wiedziałem, że to będzie tak wspaniały komiks!

Pan żarówka- Strasznie podoba mi się ten komiks jako całość. Okładka, format, czarne wykończenie stron no i wnętrze są tak spójne, że chyba autor długo nad tym główkował. Sama historia jest bardzo ok. Rysunki też są spoko. Polecam każdemu, bez wzgędu na wiek. Miałem dużą satysfakcję gdy skończyłem czytać. Komiks jest tak dobry, że nie widzę w nim nawet jednego minusa. Tzn. to nie tak, że uważam go za najlepszy z tych co przeczytałem w tym miesiącu, bo lepiej się bawiłem przy tym powyżej, ale Pan żarówka jest jak książka Kinga. No nie zawiedziesz się, chcesz więcej, ale wiesz, że to nie Szekspir. ^^
Zastanawia mnie tylko, mam pytania, do tych którzy już czytali:
Co to znaczy, że
Spoiler: PokażUkryj
gł. bohater świecił? No bo ojciec miał wypadek i matka się bała, że syn ma to co ojciec. No, ale to by sugerowało, że syn miałby coś odziedziczy,ć genetycznie. I jak to było z matką? To, że została złamana znaczy, że się załamała i trafiła do psychiatryka, czy po prostu miała wypadek typowo fizyczny? Czy jedno i drugie?


Trochę mi głupio, że w sumie pytam o główne założenie komiksu, ale co poradzę, że chyba nie zrozumiałem? :P

Black Hole- odświeżyłem sobie po latach. Nie mam pojęcia o czym był ten komiks. Jestem potwornie zawiedziony. Historia zupełnie nie ma sensu, jest głupia jak but.  No bo co tu mamy?
Spoiler: PokażUkryj
Była dziewczyna, spotkała chłopaka, o umarł no i nie miała się gdzie podziać i w sumie to koniec.
To są jaja jakieś? Ja wiem, że w międzyczasie coś tam się dzieje, że są inni bohaterowie, ale ich historie są absolutnie o niczym. A idź pan w ... z taką historyjką. Jedynie rysunki są spoko, robią klimat niepokoju. Wyglądają jak odbitki z drzeworytów, bardzo fajne. Tylko, że czasem dobre rysunki potrafią podnieść komiks poziomy wyżej, jak np. w PTSD, a tutaj to jest taka lipa, że szok.
Nikomu nigdy nie polecę tego komiksu.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: misiokles w Cz, 23 Kwiecień 2020, 14:12:55
Pan Żarówka operuje na poziomie abstrakcji, nie ma co się w nim doszukiwać typowej logiki i praw fizyki rządzącym naszym światem.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Pt, 01 Maj 2020, 00:22:10
Kwiecień
 
Astonishing X-Men: Życie X – sprawnie zrealizowana, eksplozywna rozrywka z udziałem jednego z najciekawszych (w moim rzecz jasna przekonaniu) adwersarzy spadkobierców idei Charlesa Xaviera. Jestem na „tak” i chcę więcej.
 
Green Lantern: Galaktyczny stróż prawa
– kolejny dowód na zasadność zaistnienia zjawiska znanego jako tzw. brytyjska inwazja. Bardzo udane otwarcie nowego etapu w dziejach Korpusu Zielonych Latarni. Do tego z rozmachem zilustrowane.
 
Krucjata Nieskończoności – najmniej udane „ogniwo” tzw. Trylogii Nieskończoności, niemniej i tak warte rozpoznania. Choćby z tego względu, że stanowi świadectwo metod realizacji wielkich wydarzeń uniwersum Marvela we wczesnych latach 90. XX w. 
 
Noc Świętego Bartłomieja. Rzeź hugenotów – jeszcze jeden przejaw antykatolickiej agitacji, pełen uproszczonych i nieprawdziwych wręcz ocen sytuacji w demontowanej rewolucją protestancką Francji. Szkoda, bo autorzy tego przedsięwzięcia dysponują dobrym warsztatem i stać ich było na znacznie więcej niż tylko utwór propagandowy i w gruncie rzeczy ahistoryczny.
 
Superbohaterowie Marvela: Ironheart – nawet gdy Bendis „jedzie” na przysłowiowej rezerwie (a tak jest w przypadku niniejszego przedsięwzięcia) spodziewać się można, że zaproponuje on względnie niezłą rozrywkę z udziałem wyrazistych postaci. Tak też jest tym razem dzięki czemu niniejszy zbiór okazał się satysfakcjonującym czytadłem. Szkoda tylko, że całości nie zilustrował Mike Deodato Młodszy.
 
X-O Manowar t.1 – bardzo udane nowe (a u nas pierwsze) otwarcie jednego z flagowych tytułów wydawnictwa Valiant. Do tego zarówno w wymiarze plastycznym jak i fabularnym. Szczególne brawa należą się za wykreowanie kompleksowej i przekonującej rzeczywistości przedstawionej. Przynajmniej na etapie pierwszego wydania zbiorczego w tym przedsięwzięciu zagrało po prostu wszystko.
 
Divinity – niewiele brakowało a w natłoku obecnej rynkowej oferty przegapiłbym tę propozycje wydawniczą. A szkoda by było, bo zrealizowana z dużym wyczuciem opowieść o sowieckim kosmonaucie u którego pasja ku rozpoznaniu krańców stworzenia przegrała z jeszcze szlachetniejszym imperatywem przynajmniej na mnie wywarła duże wrażenie. Do tego stopnia, że z niecierpliwością wypatruję zapowiedzianej kontynuacji. Notabene świetny materiał wyjściowy na niebanalny film science fiction.

Kapitan Ameryka: Steve Rogers t.1
– kolejny zakręt w życiu flagowego (dosłownie i w przenośni) herosa Ameryki. I co więcej, przynajmniej na etapie niniejszego tomu, można śmiało rzec, że znów się udało. Z jednej bowiem strony znać tu nawiązania do blisko osiemdziesięcioletniej tradycji tej postaci: dziedzictwa II wojny światowej i zimnowojennych rozgrywek udanie komponujących się z superbohaterskim sztafażem. Z drugiej natomiast rozwojem zastanych motywów i ich umiejętnym reorientowaniem. Krótko pisząc: mocna pozycja.
 
Bloodshot Odrodzenie t.4 – jeszcze jeden popis scenopisarskiej sprawności Jeffa Lemire’a. Wspomagany przez zdolnych (i pracowitych zarazem) plastyków (na „pokładzie” realizacji m.in. Mico Suayan) zaproponował opowieść od której nie tylko trudno się oderwać, ale też w przekonujący sposób poszerzającą „strefę” Bloodshota w ramach uniwersum Valiant. Na szczególną uwagę zasługuję przedruk tzw. rocznika specjalnego w którym zebrano utrzymane w różnorodnej konwencji nowelki z udziałem nie tylko tytułowego protagonisty ale też innych osobowości wspomnianego świata kreowanego.

X-O Manowar t.2 – już ilustracja zdobiąca okładkę pierwszego wydania zbiorczego tej serii sugerować mogła, że wielbiciele komiksowych produkcji osadzonych w uniwersum Star Wars także w tej realizacji odnajdą cenioną przez nich nastrojowość. Przy pełnym zachowaniu unikalności świata przedstawionego „X-O Manowar” przyznać trzeba, że zbliżony „klimat” faktycznie jest tu odczuwalny. Równocześnie następuje rozwój postaci (w tym zwłaszcza tytułowego bohatera) oraz politycznej rozgrywki stanowiącą oś fabularną niniejszego przedsięwzięcia. Do tego w pełni przekonująca warstwa plastyczna.

Liga Sprawiedliwości t.1 – Scott Snyder to scenarzysta o wyraźnej skłonności do rozmachu i epickości. Dał temu wyraz zarówno w trakcie jego stażu w miesięczniku „Batman vol.2” jak i wydarzeniu znanym jako „Metal”. Co prawda nie wszystkie jego koncepty sprawiają wrażenie sensownych; trudno jednak wyzbyć się w trakcie ich lektury poczucia uczestniczenia w autentycznie wielkim przedsięwzięciu. Tak też się sprawy mają w przypadku tego tytułu, z uwzględnieniem zarówno „plusów” jak i „minusów” charakteryzujących twórczość tego autora.
 
Liga Sprawiedliwości t.2 – chwilowe przekierowanie uwagi czytelnika na zagrożenie powiązane z zamierzchłymi dziejami Atlantydy okazało się widowiskowe acz nie w pełni wykorzystujące potencjał tej opowieści.

X-O Manowar t.3 – niniejsza odsłona losów Arica z Dacji to jeszcze jedna ilustracja starego porzekadła w myśl którego „(…) chleb władcy jest chlebem troski”. Protagonista tej serii przekonuje się o tym aż za dobrze, a tymczasem czekają nań już kolejne dotkliwe wręcz wyzwania.
 
Liga Sprawiedliwości t.3 – dosycenie w liczne wątki i motywy, umiejętne korzystanie z zasobów fabularnych uniwersum DC przy równoczesnym ich rozwijaniu, fachowa robota rysowników oraz poczucie uczestniczenia w wydarzeniach po których faktycznie nic już nigdy nie będzie takie same. Krótko pisząc: im dalej tym lepiej.
 
Flash t.9 – udanej rozrywki ciąg dalszy. Plus zwłaszcza za przekonujące prowadzenie Pułkownika Chłoda, który okazuje się zdecydowanie kimś więcej niż tylko swoistym dublerem Leonarda Snarta. 

Batman Który się Śmieje t. 1
– ten tytuł warto poznać już tylko za sprawą ledwie jednej, krótkiej sceny w trakcie której tytułowa postać spotyka Trybunał Sów. Choć oczywiście są też inne atrakcje, a kolejny Batman z alternatywnej rzeczywistości (tzw. Ponury Rycerz) okazjonalnie kradnie show. Do tego warstwa plastyczna (na „pokładzie” Jock i Eduardo Risso) na bardzo wysokim poziomie.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: bibliotekarz w Cz, 07 Maj 2020, 14:21:19
Podsumowanie dwóch miesięcy z X-Men. Ostatnio czytałem coś z ich udziałem jakoś niecały rok temu i skończyłem na latach 90-ych. Teraz do nich wróciłem i na biurku znalazły się: Saga o Niedźwiedziu Demonie (SM: New Mutants), Fatalne Oddziaływania (X-Men 1-3/97), Dorwać Mystique (SM: Wolverine), Z jak zagłada, Astonishing X-Men t. 1-2 (J. Whedon), Ród M (WKKM), Avengers kontra X-Men 1-3 (WKKM).

Najlepszy przeczytany: Astonishing X-Men Whedona. Oto ogłoszona zostaje wiadomość o odkryciu leku na mutację. Nie jest to jednak dzieło przypadku a za wszystkim okazuje się stać jakiś nieznany kosmita mający wobec mutantów wrogie intencje. Nie jest to run równy. Cykl Niebezpieczni fabularnie nieco odstaje od reszty. Przeciwnik, jego motywacje, sposób w jaki zostaje pokonany wyglądają jak wyciągnięte z jakiejś kreskówki z lat 70-ych. Ale za to cała reszta... Whedon ma talent do prowadzenia postaci. Inteligentnie rozgrywa interakcje pomiędzy nimi, dialogi, wytwarza napięcie emocjonalne. Na tym podkładzie stwarza humorystyczne wstawki czy sceny OMG. Członkowie X-Men wielokrotnie wracali do życia i jest to w tej serii już nudny powtarzalny banał. A jednak nawet to Whedon potrafi pokazać z wyczuciem. Scena kiedy Kitty Pride odnajduje Colossusa mistrzowsko delikatnie wygrywa emocje bohaterki. I takich scen jest wiele. Choćby końcowa, kiedy ziemia ma być zniszczona (który to już raz?) a superbohaterowie szykują się do jakiegoś banalnego bum pierdut by ją ocalić. A jednak finał zaskakuje i nie pozostawia obojętnym. Swoją drogą najlepiej Whedonowi wyszły postacie nie Wolverine'a, nie Cyclopsa czy Orda a Kitty Pride i Emmy Frost. I opinia ta nie powinna nikogo zniechęcić, bo ja po przeczytaniu komiksu żałowałem, że żadnej z nich nie mogę spotkać. Ocena 7,5/10

Najgorszy przeczytany: Fatalne Oddziaływania. Pogrzeb Magik przerywa pojawienie się Magneto wygłaszającego swoje bla bla bla monologi i wszczynającego burdę bo musi znowu oddać mutantom należne im miejsce. Pogrzeb to oczywiście świetne miejsce i moment na takie rzeczy. Jakie ten Magneto ma wyczucie, to rzeczywiście musi być człowiek, za którym warto podążać. X-Men nie mogą nic zrobić bo Magneto panuje nad żelazem w ich krwi. No żeż ja p... Ten Magneto to chyba mógłby swoją mocą nawet zawrócić wodę w Wiśle. Dzieciarnia będzie zachwycona. Historia okazuje się być znana i pamiętana chyba tylko i wyłącznie ze względu na scenę adamantium wysysanego ze szkieletu Wolverine'a. Ciekawostka jest taka, że rysowało to na zmianę wielu utalentowanych artystów i niektóre strony narysowane są naprawdę ekstra. Aż się żałuje, że nie można tego obejrzeć w lepszej jakości. Historia ta, jak chyba żadna inna, przypomniała mi dlaczego przestałem kupować komiksy w latach 90-ych. Gdyby znów zaczęli wydawać coś takiego to znów bym to zrobił. 4/10

Zaskoczenie na plus: Dorwać Mystique. Raven zdradziła X-Men i Cyclops wysyła Wolverine'a by ten ostatecznie z nią skończył. I bez tego Wolverine czuje się wystarczająco zmotywowany. Zaczyna się bezwzględny pościg. Mystique się ukrywa a Logan co i rusz wpada na jej trop. Oboje są zdeterminowani by dopiąć swego nawet kosztem niewinnych ofiar. Obawiałem się znów jakiegoś gniota znanego tylko dlatego, że ktoś tam ginie (po raz dziesiąty) albo coś w tym stylu. Tymczasem to sprawnie napisana historia, mająca swoje zwroty, mocno wygrywająca charaktery obu postaci. Fajna, nieco mroczna opowiastka na wieczór. 6/10

Zaskoczenie na minus: Avengers kontra X-Men. Ku Ziemi kieruje się Phoenix by wcielić się w córkę Cyclopsa i Jean Grey. Cyclops chce to rozwiązać we własnym gronie. Jednak Avengers są mocno zaniepokojeni tym zagrożeniem dla całego i świata i uważają, że trzeba szukać rozwiązania w znacznie szerszym gronie. Czytając wcześniej o tej historii dowiedziałem się, że konflikt będzie miał głębsze dno, nie będę pewny komu kibicować i będę zmieniał fronty w trakcie lektury. Otóż nic z tych rzeczy. Szczególne dno to pierwszy tom. Po nim miałem ochotę przestać czytać i sprzedać całość. Ważą się losy całego świata więc odpowiedzialne za niego dwie supergrupy... zachowują się jak dzieciarnia w piaskownicy - co chwila sypią w siebie piaskiem i packają łopatkami. Szeregowi członkowie podążają bezmyślnie za swoimi liderami jak stado baranów. Jedyna myśl jaka krążyła mi po głowie przez cały pierwszy tom to żeby pojawił się tam w końcu jakiś dorosły, ściągnął pas i rozgonił całe to towarzystwo na cztery wiatry. Tyle z kibicowania. Na szczęście dwa pozostałe tomy są ciut lepsze. Na tyle, że da się je przeczytać bez dużego bólu (bardziej jednak daje się je oglądać) i wytrwać jakoś do tego zakończenia na zasadzie setny poziom medytacji i super hiper cios kung-fu. I tak najlepsza z tego całego eventu jest jednostronicowy pojedynek Cyclops kontra Kapitan Ameryka "Wojna słowna". 5,5/10

Saga o Niedźwiedziu Demonie. Dani, członkinię New Mutants, prześladuje w snach Niedźwiedź Demon. Dziewczyna postanawia wreszcie stawić mu czoła, co nie kończy się dla niej dobrze. Historyjka dosyć przeciętna. Robotę robią rysunki Sienkieiwcza. Są specyficzne, nietypowe dla komiksu ameryakńskiego. Bardziej jak ilustracje z peerelowskich książek dla młodzieży. Jeśli ktoś nie boi się takich eksperyementów to trzeba to obejrzeć. 6/10

Z jak zagłada. W dżungli ukrywają się dzikie sentinele i nieznany super mutant. Atakują X-Men i Genoshę dokonując ogromnych zniszczeń. Czyta się to równie dobrze jak Whedona. Morrison przywiązuję uwagę do pewnych konsekwencji jakie powinno wywoływać istnienie mutantów - teorie spiskowe w społeczeństwie, żądza przejęcia ich mocy i wykorzystania do własnych celów, pojawianie się mutacji niezbyt przydatnych militarnie. Wiarygodnie przedstawia sztuczki psioniczne, interakcje między bohaterami. Końcówka zmierza nieco w stylistykę komiksu europejskiego (coś a la Bilal). Są też pewne wpadki, przede wszystkim tytułowa zagłada. Ot przylatuje sentinel i wszystko rozwala i ani X-Men, ani Magneto, ani mutanci z Genoshy nijak nie potrafią obronić miasta. Dotąd rozwalali tych sentineli na pęczki. WTF? Duży plus dla Morrisona za ogromny przełom jakiego dokonał w jakości scenariuszy w stosunku do lat 90-ych. 7/10

Ród M. Scarlet Witch ma problemy psychiczne. Avenegers postanawiają w związku z tym jej dopilnować, ale jej ojciec i brat z kolei ją ukrywają. Scarlet Witch wypowiada zaklęcie, dzięki któremu cały świat się zmienia i wszyscy otrzymują w nim to, czego dotąd pragnęli. Znów umiejętnie rozpisana historia, wyważona, z kilkoma naprawdę świetnie rozegranymi scenami. I świetne rysunki, takie typowe dla superhero, ale dopieszczone. 7/10

Na liście mam jeszcze kilka tytułów do nadrobienia, ale teraz sam nie wiem. Na stówę dokupię resztę runu Morrisona, kiedy tylko wyda go Mucha. Chyba sprawdzę Age of Apocalypse. Zobaczę jak wrażenia po pierwszym tomie. Nie mam już na to dużego ciśnienia po odświeżeniu sobie jakim fabularnym mułem były lata 90-te dla X-Men. Na długo z tego powodu odpuszczam sobie brakujące zeszyty z TM-Semic. Rozważam początkowe tomy z Uncanny X-Force, Wczorajszych X-Men i Życie X, bo widzę trochę pozytywnych opinii acz nie jestem przekonany czy to nie będzie wtopa.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Cz, 07 Maj 2020, 14:40:03
Te iksmeny to wszystkie takie same, albo kupujesz konwencję, albo nie. Jak wcześniejsze średnio podchodzą to nie nastawiałbym się na jakieś szczególne doznania.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w So, 09 Maj 2020, 10:50:22
  Podsumowanie kwietnia. W tym miesiącu sporo czytania, głównie nadrabianie kolekcji. UWAGA UWAGA mogą pojawić się SPOILERY!!!


1. Najlepszy:
 
  "Invincible tom 3" - Robert Kirkman, Ryan Ottley. Kirkmanowego tasiemca będącego połączeniem Spider-Mana, Green Lantern, Beverly Hills 90210 oraz Flasha Gordona ciąg dalszy i dalej na wysokim poziomie. Autor konsekwentnie rozwija stare wątki, wprowadza nowe i będę szczery nawet nie mam pojęcia kiedy te ponad 300 stron zdążyłem przeczytać. Nie będę się więcej w tym miejscu bez sensu rozpisywał, w końcu to "prawdopodobnie najlepszy komiks superbohaterski na świecie" i to w zupełnie inny sposób niż Carlsberg będący prawdopodobnie najlepszym piwem. Ocena 8+/10.


  "Star Wars kolekcja - Mroczne Imperium 1,2" - Tom Veitch, Cam Kennedy, Jim Baikie. Nie będę ukrywał dawno, dawno temu w tej samej galaktyce zakochałem się w tym komiksie natychmiast jak go kupiłem w wydaniu Tm-Semicowym i ta miłość okazało się trwa do dzisiaj. Jedna z najbardziej kontrowersyjnych produkcji ze świata Star Wars, swego czasu znienawidzona za powrót Imperatora (skądś to znamy), dzisiaj zaliczana do ścisłego topu gwiezdnowojennych historii. Jej największym problemem jest to, że jest to jedna z pierwszych wielkich "epopei" gwiezdnowjennych stworzona po "Powrocie Jedi" i z racji tego, że nie istniał wtedy nikt dbający o spójność uniwersum a każdy z autorów sam sobie rzepkę skrobał, Dark Empire bardzo mocno koliduje z innymi komiksami i książkami. Sprawy nie ułatwia sam autor, który rzuca czytelnika na głęboką wodę i w przeciwieństwie do większości kolegów po fachu nie ustanawia Sojuszu w roli triumfatora, tylko wyraźnie zaznacza że jest on w wielkich opałach tracąc swoją stolicę Coruscant na rzecz Imperium ( a właściwie dwóch jego odłamów prowadzą ze sobą bratobójczą wojnę jednych ze ścisłego kręgu zmarłego Imperatora i drugich twierdzących że Imperator ssał na maksa i czas na zmiany). Cóż, z pewnością niektórzy fani mają też za złe wejście Luke'a w Ciemną Stronę Mocy, po wydarzeniach z ostatniej części trylogii jakby nie ma to sensu, ale mi to szczerze mówiąc nie przeszkadzało, dla mnie naprawdę kanoniczne są tylko filmy a sam komiks oceniam pod wyłącznie pod względem przyjemności jaką daje a Mroczne Imperium czyta się ciągle świetnie. Chyba jeszcze bardziej fandom został podzielony przez "Dark Empire 2" i tutaj również rozumiem zarzuty jakie stawiają przeciwnicy, kolejna superbroń niszcząca planety, wojownicy Ciemnej Strony schodzący po jednym strzale czy zbyt dużo postaci i wątków fabularnych umieszczonych naraz. Dla mnie większość tych minusów to tak naprawdę plusy. Fakt następny niszczyciel planet jest trochę słaby, ale mi brakowało wcześniej nieco więcej walk na miecze a tutaj mamy ich pod dostatkiem zwłaszcza, że jest to poparte całkiem interesującym pomysłem, że Imperialni to wcale nie szkoleni Sithowie tylko najbardziej spaczeni członkowie kamaryli Palpatine'a, którzy stanowią przekaźniki jego mocy i woli. Nowi uczniowie Luke'a może i mają faktycznie krótkie życiorysy, ale wystarczające na tyle, aby określić ich charaktery i szczerze mówiąc ta mieszanka młodości ze starością o całkowicie odmiennym pochodzeniu i niespecjalnie kolorowej przeszłości o wiele bardziej przypadła mi do gustu niż młodzież z Akademii. Na scenariusz składają się trzy wątki, pierwszy to Han i Leia pragnący odzyskać Sokoła Millenium i uciekający przed Bobą Fettem, drugi to rebelianci atakujący fortecę Imperatora, planetę Byss oraz trzeci Luke z przyjaciółmi poszukujący artefaktów Jedi. Scenariusze, scenariuszami ale "Dark Empire" nie miało by chyba połowy swojego czaru gdyby nie genialne rysunki Cama Kennedy, on nie tylko wyróżnia się oryginalnym, zadziornym stylem prosto z łamów 2000AD, ale wprost uwodzi przygnębiająco zimną i ubogą paletą barw. Rysunki jeszcze bardziej niż fabuła odbiegają od kanonicznych klimatów Star Wars, Kennedy kreśli obraz Galaktyki z jej najbardziej odrażającej i ponurej strony, trzeba przyznać że autorzy dobrali się w korcu maku. Tutaj należałoby przejść do mniej przyjemnego momentu a mianowicie oprócz dwóch części "Mrocznego Imperium" dostajemy też ich epilog w postaci dwuzeszytowego "Kresu Imperium". Strasznie dziwaczne jest to dziełko za scenariusz dalej odpowiada Veitch, ale rysownikiem jest również znany z 2000AD Jim Baikie, kończy ono ostatecznie historię Mrocznego Imperium i odrodzonego Palpatine'a ale jednocześnie jest tak "ściśnięte" że ledwo zachowuje jakikolwiek sens. Z ciekawości przeszperałem solidnie internet chcąc się dowiedzieć, dlaczego wygląda to jak wygląda i według specjalistów (chyba) od Expanded Universe początkowo miało to być pełnoprawne 6-zeszytowe Dark Empire 3, ale z racji bardzo słabej sprzedaży wydawnictwo nakazało natychmiast zakończyć miniserię na drugim zeszycie. Nie jest do końca przekonany czy to prawda, ten komiks od samego początku czyta się dosyć dziwnie. Na dodatek rysunki Baikiego wyglądają jakby machnął te 40 stron w kilka godzin, stara się on naśladować nieco styl Kennedyego ale raczej z marnym skutkiem, większość ilustracji jest po prostu słaba a przecież Baikie to nie jest gość z pierwszej lepszej łapanki tylko naprawdę utalentowany artysta. Podsumowując jeżeli ktoś ma ochotę przeczytać jeden z najbardziej odważnych (na swoje czasy z pewnością za bardzo) aczkolwiek niekoniecznie kojarzący się z tym z czym zwykle kojarzą się  komiksy ze świata Star Wars komiksem to powinien, a jeżeli chce obejrzeć najlepiej narysowany to wręcz musi. Ocena za dwa pełnoprawne rozdziały, bez epilogu 8/10.


  "Conan Barbarzyńca - Kolekcja" tomy 42-52, autorzy różni. Dosyć spore zdziwienie, okazuje się że od komiksów umieszczonych w numerze 42 funkcję scenarzysty całkowicie przejął Chuck Dixon, znajdziemy tutaj zaledwie trzy opowiadania napisane przez mojego ulubieńca Dona Kraara oraz jeden Jima Owsleya vel Larry Yakaty. Rysownicy serii pozostali na swoich stanowiskach dalej większość rysuje Gary Kwapisz i Ernie Chan, chociaż nie zabraknie nowych nazwisk pokroju Andy Kuberta (raczej wszyscy znają), Geof Isherwood (rewelacyjny, natychmiast zdobył moje uznanie), Tom Grindberg (bardzo dobry) czy Dale Eaglesham (jego prace wyglądają jakby to był nauczycielem Romity Jr., za piękne to one nie są, za to z pewnością przyciagają wzrok). Szczerze mówiąc Dixon, sprawia wrażenie jakby nie bardzo znał wcześniej świat Hyborii ani jego bohaterów, mamy więc takie kwiatki jak Conana zabijającego nemedyjskiego imperatora, akwilońskie i nemedyjskie marynarki wojenne, Valerię zachowującą się jak portowa dziwka i tym podobne. Wspomnieć można również o takich radosnych głupotkach jak stado mięsożernych szympansów żyjące w kanałach, wilki wbiegające po drabinach, Conan zostający wodzem plemienia pantero-ludzi i uczący ich używania narzędzi oraz wielu, wielu innych podobnych rzeczach. W pewnym momencie można zauważyć, że Kwapisz podawany jest również jako współscenarzysta, więc można przypuszczać, że Marvel kazał mu Dixona pilnować, aby ich komiksy były zgodne mniej więcej z kanonem. Żeby nie było Kraar, który dotychczas sprawiał wrażenie naprawdę zorientowanego w uniwersum też popełnia wielbłąd i twierdzi, że w Hyperborei czarownictwo z pewnymi wyjątkami jest zakazane, podczas gdy byli to bezpośredni spadkobiercy Imperium Acheronu i sprymitywniałe, plugawe szamaństwo i nekromancja były tam rozpowszechnione, zresztą sami Hyperborejczycy zaklinający się na Mitrę i Ishtar też lekko zasysają. Za to jedno trzeba Dixonowi przyznać, on po prostu potrafi napisać przygodową historię, przymykając oko na pewne niedorzeczności czytelnik raczej się nie znudzi. Samemu Conanowi zmieniony zostaje nieco charakter, jest on nieco mniej superbohaterski za to nieco bardziej cyniczny, interesowny i skłonniejszy do agresji (o ile wogóle to możliwe). W samych przygodach odnajdziemy sporo więcej humoru niż u poprzedników, ale i całkowicie na poważnie nowy scenarzysta potrafi stworzyć historię. Po naturalistycznych i z reguły ponurych komiksach Kraara to w sumie przyjemna odmiana. Dosyć sporym nowum, jest również to, przynajmniej z początku historie się zazębiają ze sobą, da się je z reguły czytać całkowicie oddzielnie, ale wyraźnie jedna zaczyna się w miejscu gdzie kończy się druga dopiero później jest nieco skakania po linii czasowej tak jak wcześniej. Co jest jeszcze fajnego? Nareszcie odwiedzimy tereny przyszłej Turbo Lechii czyli Brythunię, poprzedni autorzy na czele z samym Howardem, raczej tego regionu unikali, no i nowe zawołanie bojowe Conana "Cromie licz zabitych" brzmi "stylowo". Dalej się to świetnie ogląda i bardzo dobrze czyta. Ocena 8/10.



2. Zaskoczenie na plus:

   
  "Divinity" - Matt Kindt, Trevor Hairsine. Szczerze mówiąc założenia komiksu wydawały mi się nieco głupkowate, czarnoskóry kosmonauta w latach 50-tych w ZSRR wyglądał trochę niewiarygodnie. Autor nie tłumaczy wcale w jaki sposób Adam Abrams pojawił się tam gdzie się pojawił z wyjątkiem tego, że jest podrzutkiem niewiadomego pochodzenia i zostaje członkiem radzieckiego programu kosmicznego, który ma na celu wsadzanie ludzi w kapsuły utrzymujące ich w stanie pół-zamrożenia i wystrzeliwanie ich w przestrzeń na kilkadziesiąt lat by "śmiało dążyć tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek." Gdzieś tam gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek, Adam trafia na coś (nie jest wyjaśnione co) przez co zostaje obdarzony nadludzkimi mocami. Właściwie nadludzkimi to zbyt mało powiedziane, właściwsze byłoby boskimi. Nasz dzielny bohater rodem z "Sajuzu" jest valiantowym odpowiednikiem Dr. Manhattana ze swoimi zdolnościami kontrolowania czasu, przestrzeni i materii. Powraca on na Ziemię osiada w Australii gdzie zgodnie z doktryną powszechnej równości i szczęśliwości  zaczyna obdarowywać wszystkich chętnych tym czego najbardziej pragną (w sumie raczej tym czego najbardziej potrzebują - efekty są czasami dosyć upiorne), nic więc dziwnego że rządy świata uznają przybyłego za potencjalne zagrożenie i wysyłają na rozpoznanie (bojem) grupę specjalną. Pozytywnie można się z pewnością na temat grafiki, Hairsine to żaden geniusz, który złotymi zgłoskami zapisze się w historii komiksu ale solidny rzemieślnik na którego z lekka szarpaną kreskę patrzy się nie bez pewnej dozy przyjemności, a kilka patentów mających ukazać niezwykłość boskiego świata jest naprawdę ciekawie pomyślanych. Całkiem niezłą robotę wykonuje też kolorysta David Baron, całość jest radośnie pstrokata a bardzo dobre wrażenie sprawiają kolory nałożone w kosmosie zwłaszcza na anomalię na którą natknie się bohater. Szczerze mówiąc, całością byłem dosyć zaskoczony spodziewałem się jakiejś odrębnej opowieści sf, a okazało się że komiks jest jak najbardziej integralną częścią superbohaterskiego uniwersum Valianta, z wyjątkiem Bloodshota pojawią się najbardziej prominentne postacie, które wystąpiły w wydanych u nas "Walecznych". Zauważyć można jedną całkiem sporą wadę. Komiks jest zdecydowanie zbyt krótki, są to zaledwie 4 zeszyty i całość aż się prosi o poważniejsze potraktowanie większości wątków i postaci widać tutaj jednak mocny efekt kompresji. Kindt trzeba przyznać dosyć umiejętnie rozpisał fabułę, przez pierwszą połowę ciągłe skakanie po liniach czasowych mocno wprawiło mnie w zakłopotanie i sprawiło że uznałem że lektura jest cokolwiek bezsensowna natomiast druga część sprawia że całość wyraźnie układa się w sensowną mozaikę, chwyt niby strasznie często stosowany w kinie, ale rzadko kiedy wychodzi to dobrze a tutaj się udało. Autor jednak wyraźnie stanął w rozkroku pomiędzy zleceniem na napisanie komiksu bohaterskiego a zabawieniem się motywami z Odysei Kosmicznej 2001 i przyznam szczerze żałuję że trochę bardziej nie poszło to w kierunku hard sf, z tego co się orientowałem tytuł jest jednak kontynuowany więc może tam się wszystko rozwinie. Podsumowując jeżeli ktoś ma ochotę się przekonać jak wygląda połączenie Avengers z produkcją Kubricka (nie ukrywam, dla mnie komiksy stoją o wiele bliżej dziesiątej muzy niż tej pierwszej), to powinien. Dla mnie to drugi przeczytany tomik Valianta od KBoomu i drugi który upewnił mnie że to dobrze wydane pieniądze, mam nadzieję że sprzedaż idzie świeżemu wydawnictwu dobrze i będzie okazja przeczytać kolejne tytuły. Ocena 7+/10.

  "Niesamowita Dokręcana Głowa i inne kurioza" - Mike Mignola. Właściwie nie jestem pewien czy powinienem tu mówić o jakimkolwiek zaskoczeniu, po lekturze zdziwiłem się, że ten komiks nie jest żadnym spin-offem Hellboya. Bez problemu mógł by to być origin BBPO, tytułowy Dokręcana Głowa jest no cóż faktycznie mechaniczną dokręcaną głową, która na zlecenie samego Abe'a Lincolna zajmuje się likwidacją paranormalnych problemów. Tym razem Głowa będzie musiał się przeciwstawić Cesarzowi Zombi, żywemu trupowi który wraz z dwójką pomagierów będzie chciał przeczytać starożytną inkantację i przejąć władzę nad światem, historyjka jest raczej pretekstowa i stanowi tylko pole do prezentacji całkiem sporej ilości udanych dowcipów, absurdalnych rozwiązań fabularnych oraz groteski i makabry połączonych z klimatem gotyckiego weird westu. Tyle połowa albumu, druga połowa to kilka krótkich nowelek luźno powiązanych z Dokręcaną Głową oraz pomiędzy sobą, z których najbardziej do gustu mi przypadły uroczo-smutna wymyślona jakoby przez 7 letnią córkę Mingoli "Czarodziej i Wąż" oraz absurdalnie zabawna nawiązująca do "Wojny Światów" historia o tym jak Doktor Snap i Profesor Cyclops uratowali Ziemię przed inwazją z Marsa. W tym miejscu ostrzegam w tym przypadku identycznie jak w czytanym przeze mnie miesiąc temu "Profesorze Higginsie...", jeżeli ktoś zważa na takie rzeczy to stosunek ceny do długości lektury, to nie jest on specjalnie fantastyczny. Dokręcana Głowa jest niby dwa razy obszerniejszy, ale tekstu jest chyba jeszcze mniej, więc za jakieś 40 złotych mamy jakieś 20 minut radochy. Ocena 7+/10.

  "Star Wars kolekcja Dziedzictwo 1-6" - John Ostrander, Jan Duursema i inni. Kolejna potężna epopeja dwojga twórców, których mocno chwaliłem poprzednim razem i po raz kolejny się nie zawiodłem. Akcja komiksu zaczyna się, aż 130 lat po bitwie o Yavin, czyli długo po śmierci większości bohaterów OT. Nie przedłużając, w Galaktyce znowu nie dzieje się dobrze, władzę przejęli Sithowie pod wodzą stojącego na czele nowego Imperium Darth Krayta, który postanowił zerwać z zasadą mistrz-uczeń i przywrócić starożytne państwo do życia (znowuż jak tysiące lat temu jest ich sporo). Problemem jest to, że stare Imperium wcale się z tym nie pogodziło i pod wodzą byłego zdetronizowanego Imperatora Roana Fela prowadzi z nimi wojnę. W międzyczasie o przeżycie walczy resztka republikańskiej floty oraz rozbity zakon Jedi, których zniszczenie ich świątyni na Coruscant rozgoniło po całej znanej Galaktyce, ale którzy jeszcze mieczy swoich nie złożyli. Bohaterem komiksu jest Cade Skywalker prapotomek wiadomo kogo, który o śmierci ojca podczas ataku Sithów, przystąpił do bandy podrzędnego gangstera, rozpoczął karierę łowcy nagród i uzależnił się od narkotyków którymi próbuje odciąć się od wyczuwania Mocy. Nie oszukujmy się czasy beztroskiego (powiedzmy) hasania po kosmosie na wiecznym haju w towarzystwie zeltrońskiej mechanik i najlepszego kumpla speca od bijatyk będą musiały odejść w niepamięć, Galaktyka jest w potrzebie a krew nie woda. W tym momencie muszę niestety włożyć szpilę w pracę rysowniczki, o ile sama kreska to ciągle naprawdę solidna rzemieślnicza robota, to już autorskie projekty właściwie czegokolwiek są bardzo słabe. Sithowie wyglądają jak najbardziej żenująca podróbka Manowar na czele z samym szefem Kraytem, który swój image pożyczył od wokalisty grupy Lordi. Śmieszy image samego Cade'a, który wygląda jak perkusista jakiegoś nu metalowego bandu z samego początku lat 90tych. Statki kosmiczne w większości nie dość że są po prostu brzydkie to jeszcze pod względem funkcjonalności nie wydają się sensowne, dopiero teraz człowiek naprawdę doceni eleganckie prace dizajnerów od Lucasa. Nie jest to komiks bez innych wad niż rysunki. Więcej, jak go zaczniemy rozkładać na czynniki pierwsze to on tych wad ma całkiem sporo. Drażniący protagonista, z którym nie wiedzieć po co autor zatacza ze trzy razy koło od bohatera do zera umieszczając go w punkcie wyjścia, słabo wykreowany antagonista przy którym Ostrander zapomniał znanej zasady, że mniej najczęściej znaczy lepiej, obdarzając go originem będącym pomieszaniem z poplątaniem w którym nawet miejsce na znajomość z Obi-Wanem się znajdzie (z Krayta to nawet duchy starożytnych Sithów toczą przysłowiową "bekę"). Tak wielka mnogość odnóg fabularnych, że nie wszystkie znajdą satysfakcjonujące rozwiązanie (zeszyt ze świeżo opierzonym szturmowcem, jest świetny, ale co on tam robi?), zakon Rycerzy Imperium który stanowi połączenie byłej imperatorskiej gwardii z zakonem Jedi, niby fajnie, ale oni uznają Imperatora jako żywe wcielenie Mocy i to na dodatek jej jasnej strony (na jakiej zasadzie miałoby to działać?). Nie wykorzystanie potencjału części postaci i sporo, naprawdę sporo innych mankamentów. Natomiast, jeżeli spojrzymy na "Dziedzictwo" jako na całość, to trudno nie docenić ogromu pracy jaką autorzy w swoje dzieło włożyli. Na łamach tych kilkudziesięciu zeszytów, Ostrander napisał całkiem nową trylogię, po odpowiednich zmianach można by z tego nakręcić bez problemu trzy filmy. Mało tego on nie tylko dokładnie przedstawił czytelnikowi dlaczego sytuacja w Galaktyce wygląda tak nie inaczej (czego nie zrobił za bardzo Veitch w "Dark Empire" i wcale Disney w swojej nowej trylogii), ale na dodatek zrobił to najzupełniej sensownie. Fabuła nie dość, że ma przysłowiowe "ręce i nogi" to jest naprawdę wciągająca a świat zaludniony żywymi i świetnie (z kilkoma wyjątkami oczywiście) napisanymi postaciami. Ostrander wyciągnął wszelkie przydatne czy charakterystyczne motywy z oryginalnej trylogii oraz prequeli i przekuć je w swoje naprawdę dobrej jakości autorskie dzieło, czerpiące całymi garściami z filmów George'a, ale jednocześnie mocno stojące na swoich własnych nogach. Ocena (gdyby nie rysunki byłoby wyżej) 7+/10.

  "Star Wars kolekcja - Inwazja 1,2" - Tom Taylor, Colin Wilson. Już od dawna zastanawiałem się o co chodzi z tymi Yuuzhan Vongami, na każdym portalu filmowym na którym była mowa o którymś z nowych filmów zawsze znalazł się, ktoś kto biadolił, że lepiej by nakręcili inwazję Yuuzhan Vongów, no i dzięki kolekcji miałem okazję dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi. Yuuzhan Vongowie to wojownicza rasa spoza Galaktyki, która ma na celu wchłonąć lub zniszczyć wszystko i wszystkich więc niezbyt oryginalnie. Pewnym novum jest to, że nienawidzą normalnej techniki i wykorzystują zaawansowaną biotechnologię, są niewidzialni dla Mocy i oprócz tego z wyglądu przypominają nieco Orków z trylogii Petera Jacksona skrzyżowanych z Predatorami. Komiks stawia nowego czytelnika w dosyć niekomfortowej sytuacji, niby jest to atak nieznanej rasy a z drugiej strony coś dosyć sporo osób ich zna, chwila szperania w internecie i okazało się, że tytułowa inwazja jest bytem istniejącym w postaci książek a niniejsza komiksowa seria jej powiedzmy, że spin-offem. W każdym razie na leżącą na zadupiu znanego kosmosu planetę Artorias nadleci potworna flota w celach wiadomych. Planetą rządzi posiadający dwójkę dzieci król Galfridian, okazuje się były kumpel Luke'a który jako pilot Snowspeedra uczestniczył w bitwie na Hoth. Planeta jest w tym stopniu zamieszkana przez pacyfistów (dosyć dziwnie dobrze uzbrojonych i potrafiących walczyć), że pada dosyć szybko. Od tego momentu jego potomstwo awansuje na głównych bohaterów historii. Syn Finn, uratowany przez Luke'a dołącza do Akademii Jedi a córka Kaye wraz z matką - Królową zostaje porwana w niewolę przez Vongów. Z dwojga rodzeństwa bardziej przypadła mi do gustu zadziorna i mająca ognisty charakterek (zdecydowanie po mamie) dziewczyna, Finna też daje się polubić bo i jemu przekorności trudno odmówić, ale on cierpi na ten sam syndrom zajebistości, który położył postać Rey. Streszczać nie będę, ale historia jest naprawdę wciągająca, na przemian będziemy obserwować dwójkę bohaterów a czasem zboczymy nieco z głównych ścieżek aby spojrzeć co się dzieje w innym miejscu, zobaczyć że Republika zatoczyła koło i znowu nadaje się do obalenia, czy na chwilę pobyć z klasycznymi bohaterami. Jest kilka całkiem fajnych fabularnych twistów, no i świetna końcowa bitwa w której siły Sojuszu i resztek Imperium będą się musiały ze sobą sprzymierzyć widok, X-Wingów ściągających z Tie Fighterów ogień na siebie, czy Szturmowców umierających podczas osłaniania ewakuacji cywilów "bezcenny". O ile fabularnie "Inwazja" stoi zdecydowanie ponad przeciętną, to rysunki...robią to również. Nie jest to żadne wiekopomne dzieło, ale ja lubię ten styl charakteryzujący się nerwowym na pozór niedbałym stawianiem sporej ilości kresek. Bardzo fajnie oddano sceny batalistyczne i na pochwałę zasługują (zwłaszcza podczas bitwy na tej planecie z jakimś kwaśnym deszczem czy czymś) projekty broni czy pancerzy, nareszcie wyglądają jak narzędzia do robienia krzywdy bliźniemu. Na koniec, "Inwazja" interesująca historia w dosyć ponurych i brutalnych klimatach, której minusem jest to, że stanowi tylko poboczny fragment większej całości i jak się skończyła wojna z przybyszami z innej galaktyki nie będzie nam dane zobaczyć. Ja bawiłem się naprawdę dobrze. Ocena 7+/10.

  "Star Wars kolekcja - Karmazynowe Imperium 1,2" - Mike Richardson, Randy Stradley, Paul Gulacy. Kupiłem niegdyś kilka pojedynczych numerów SWK i miałem okazję przeczytać początek tego cyklu, kto by pomyślał, że tyle lat później w końcu będę miał okazję go dokończyć. Trzeba przyznać, że zapowiadało się ciekawie. Fabuła dosyć bezpośrednio wywodzi się z "Dark Empire" i chociaż można spokojnie czytać bez jego znajomości, bo wszystko jest wytłumaczone to jednak dobrze byłoby prace Veitcha znać. Głównym bohaterem jest Kir Kanos (przed)ostatni członek Czerwonej Gwardii Imperatora, który ściga Carnor Jaxa byłego przyjaciela z oddziału (z braku innego określenia to przyjaciel, na końcu zostanie to wyjaśnione), którego określa jako zdrajcę, który doprowadził do śmierci innych gwardzistów a także pomógł samemu Palpatine wyciągnąć nogi. Jax od tamtych pięknych czasów mocno obrósł w piórka i z lokaja zmienił się w jednego z imperialnych Panów Wojny,  mającego chrapkę na zajęcie pierwszego miejsca w wyścigu po spadek po swoim byłym pracodawcy. Ba nawet nauczył się on podstaw posługiwania się mocą, chociaż to co umie sprowadza się do zgniatania kulek, nic wartego wspomnienia raczej. Po drodze będzie oczywiście ruch oporu z gorącą panią kapitan ze słabością do złych chłopców, zdrajcy w ich szeregach, pościgi, bijatyki itp. Cała historia jest sprawnie i co najważniejsze rozsądnie napisana, największym plusem napewno możliwość zajrzenia za kurtynę tajemnicy zakrywającej Imperialną Gwardię, na minus czarny charakter, sprawia wrażenie nieco generycznie stworzonego "ostatniego bossa", ale za to chociaż fajnie wygląda, więc niech będzie. W drugim rozdziale "Karmazynowe Imperium 2:Rada we Krwi" dowiemy się, że Kir Kanos wcale nie udał się na zasłużone wakacje, tylko jako ciągle wierny swojemu zmarłemu władcy żołnierz, ciągnie swoją wendettę, chcąc uśmiercić radę rządzącą rozpadającym się Imperium jako bezpośrednio lub pośrednio odpowiedzialnych za śmierć tegoż że władcy. W międzyczasie rozzuchwalone bałaganem w Galaktyce Czarne Słońce również zamierza coś ugrać na sytuacji. Kanos na swój cel weźmie zatem członków rady na czele z kojarzącą się z Neronem marionetką jakiegoś tajemniczego zakapturzonego śmierdzącego Sithem przybysza oraz Grappę najgłupszego przedstawiciela rodziny Hutt. Ze smutkiem stwierdzam, że to nie jest dobry komiks, dosyć infantylny z niesatysfakcjonująco bądź wcale nie rozwiązanymi wątkami, autor wyraźnie zbyt wiele srok chciał naraz złapać za ogon, na dodatek brakuje tutaj silnego czarnego charakteru, choćby tak stereotypowego jak Carnor Jax. Lekko się poprawia w trzecim rozdziale "Karmazynowe Imperium 3:Imperium Utracone", gdzie nasz antybohater wejdzie w drogę kolejnemu imperialnemu renegatowi mającemu chrapkę na tron (niestety jeszcze słabszemu niż antagonista z pierwszego KI) oraz zaplącze się w dyplomatyczną awanturę mającą pogodzić Sojusz z częścią "ludzkiej twarzy" Imperium, czyli siłami Admirała Pelleaona. W sumie o samej fabule cyklu "Karmazynowe Imperium" mogę się dosyć ciepło wypowiedzieć, bardzo dobra pierwsza część, raczej średnia ale ciągle nadająca się spokojnie do czytania druga czy całkiem przyzwoite zakończenie trzymają poziom, niestety nie mogę tego samego powiedzieć o rysunkach. Rysunki Gulacy'ego są naprawdę słabe, cała stylistyka kojarzy się z komiksem dla dziecięcego czytelnika, tyle że musiało by to być dziecko z kompletnie zaburzonym odczuciem piękna. Brzydkie kwadratowe twarze, wyraźne problemy z perspektywą i rysunkami innymi niż rzut "z przodu" oraz "z boku", plaga zeza która nawiedziła Galaktykę i wiele innych poważnych bądź nie mankamentów. Jedyne za co mogę pochwalić faceta to całkiem nieźle oddane sceny akcji a zwłaszcza walk na miecze, nie jest to łatwe patrząc się na inne komiksy z kolekcji a jemu to się naprawdę udaje, tyle że co z tego skoro jak się kończą bić to zaraz zaczynają rozmawiać i znowu trzeba patrzeć się na te zbliżenia twarzy? W "jedynce" i "dwójce" sytuację od biedy ratują kolory nałożone przez P. Craiga Russela, w "trójce" zajął się nimi niejaki Michael Bartolo wyraźnie zachwycony możliwościami technologicznymi kart VGA i ich 256 kolorów, przez co całość wygląda dosyć koszmarnie, za to Gulacy wyrobił sobie chyba rękę, bo kreska chociaż niepiękna to jednak lepsza niż w pierwszych dwóch. Podsumowując to całkiem dobry komiks jest, gdyby tylko dostał go do narysowania ktoś bardziej utalentowany i nieco bardziej przemyślano ogólną konstrukcję fabularną mogło być naprawdę znacznie lepiej. Ocena 6+/10.



3. Najgorszy przeczytany:

   "Star Wars kolekcja - Akademia Jedi" - Dosyć gruby tom złożony z trzech segmentów. Pierwszym jest "Lewiatan" przygotowany przez Kevina J. Andersona, którego znam z powieści o niezniszczalnych myśliwcach zmiatających jednym strzałem całe układy słoneczne oraz serii gwałtów dokonanych na "Diunie" a narysowana przez Dario Carrasco Jr. Nie jest to z pewnością najgorszy komiks jaki w życiu czytałem, ale za dobry to on też nie jest, zwykła przygodówka jakich setki. Grupa młodocianych Jedi z Akademii Luke'a poluje na jakiejś planecie na wielkiego potwora który zniszczył całą osadę górniczą. Anderson oczywiście nie mógł się powstrzymać od swoich fajansiarskich pomysłów w stylu potwór żywi się duszami zabitych, które przetrzymuje w jakichś pęcherzach, a jeden kolega zostawia drugiego śpiącego w labiryncie po którym krąży potwór bo tam ma być "bezpieczniejszy". Cóż, wiem że mogło być gorzej. Drugim rozdziałem jest "Związek" Michaela A. Stackopole, którego nazwisko skądś znam, tylko nie pamiętam skąd. Ma on przedstawić ślub Luke'a Skywalkera z Marą Jade i nie rozumiem dlaczego do w sumie tak ważnego wydarzenia wybrano faceta z wyraźnymi ciągotami w kierunku grafomanii. Ten komiks jest tak bełkotliwie napisany, że w sumie miałem problem z domyśleniem się co się dzieje aktualnie i o czym dane postacie rozmawiają. Napewno wybierali sukienkę dla Mary i grupa imperialnych kojarzących się z Gangiem Olsena na czele których stoi podobno były moff mieszkający w kanałach chce dokonać zamachu. Lektury nie ułatwiają rysunki Roberta Teranishiego, ja ogólnie jestem wielkim fanem takiego stylu podchodzącego pod Jae Lee, tyle że w tej akurat historii raz, że one nie pasują, dwa artystę to jeszcze jakieś 10 lat praktyki przy sztalugach powinno czekać przed przyjęciem zawodowego kontraktu. On wszystkie twarze rysuje dokładnie tak samo, z całej gamy postaci rozpoznawałem jedynie Luke'a, Hana i Mon Mothmę po fryzurze, jeżeli któraś z tych postaci nie pojawiała się na panelu, albo w dymku nie pojawiło się konkretne imię to dzięki genialnie przejrzystemu "scenariuszowi" nie byłem w stanie stwierdzić czy oglądam właśnie Rebeliantów czy Imperialnych. Wielki "plus" za równie "genialne" zakończenie, poważnie to komiks poniżej wszelkiej krytyki. Trzecim rozdziałem jest "Chewbacca" różnych autorów będący zbiorem kilku krótkich nowelek będących wspominkami różnych postaci znanych lub nieznanych, oddających hołd najbardziej znanemu w Galaktyce mieszkańcowi Kashyyk. Ku mojemu zdziwieniu okazuje się, że tragicznie zmarłemu, nie miałem pojęcia że ktoś, kiedyś, gdzieś zabił Chewbaccę, dziwne że komiksu o jego śmierci nie dano w kolekcji to tak na zdrowy rozum bardzo ważny moment był. W sumie ten rozdział był całkiem fajny, sprowadzał się do tego że Chewbacca był zajebisty, w sumie wszyscy wiedzą że był zajebisty więc nie było to strasznie potrzebne, ale jako lektura sprawdzało się całkiem nieźle no i na tle reszty wygląda jakby wyszło spod pióra Tołstoja. Ocena całości 4/10.


4.   Zaskoczenie na minus:

 "Podwodny Spawacz" - Jeff Lemire. Rzecz o Jacku Josephie facecie, który zarabia na życie prowadząc prace podwodne na platformie wiertniczej, spodziewa się on dziecka a ta sytuacja go wyraźnie przerasta. Podczas pracy na głębokości, przydarza mu się wypadek połączony z dziwną wizją (?) po którym zostaje on wysłany na urlop do domu. Żona jest wyraźnie zadowolona z tego stanu rzeczy, licząc że Jack będzie stanowił dla niej oparcie w czasie mającego zaraz nastąpić porodu, ale Jackowi jest to zupełnie nie w głowie, zajęty jest on w tej ważnej chwili całkowitym odjazdem w głąb swoich wspomnień o ojcu miejscowym pijaczku i jednocześnie doskonałym płetwonurku, który któregoś dnia wszedł do oceanu i już z niego nie wyszedł. Będę szczery dosyć ciężko mi było określić czy wydarzenia o których czytałem są jakimś nadprzyrodzonym zjawiskiem, czy jedną wielką halucynacją bohatera, czy może jakimiś jego wewnętrznymi przemyśleniami. Rysunkowo nie do końca mi podszedł ten album, napewno przypadły mi do gustu podwodne ujęcia oraz rewelacyjne plansze oddające melancholijny klimat opustoszałego nadmorskiego miasteczka. Nie podobały mi się postacie i ich twarze, ja rozumiem że to nie jest mainstreamowy komiks, ale to nie oznacza automatycznie że musi wyglądać jakby autor spędził nad każdą stroną jakieś 5 minut i dał natychmiast po skończeniu do druku nie nanosząc żadnych poprawek. Komiks jest fajny, ma inteligentnie skonstruowane postacie, rozsądnie przedstawiony chociaż dosyć niestandardowy sposób na przepracowanie traumy z dzieciństwa i napewno imponuje pewną dawką odautorskiej szczerości (czuć przez skórę, że to dosyć osobisty komiks). Natomiast to wszystko jest trochę zbytnio przewidywalne, brakuje tu jakiegoś efektu zaskoczenia i nie wiem może większego stopnia skomplikowania? Znam oczywiście prościutkie historyjki, które pokochał cały świat ale one z reguły są wybitne, ten komiks w moim przekonaniu wybitny nie jest. Chyba się jednak trochę zbyt dużo nasłuchałem o jego genialności i mimo że raczej nie daję się raczej na takie haki łapać to nie sprostał on moim podświadomym oczekiwaniom. Tym niemniej lektura z pewnością warta swojego czasu. Wydanie Kboom na poziomie, papier offset, kilka rysunków w dodatkach, bełkotliwie brzmiącego tłumaczenia nie zauważono. Ocena 7/10.
 
  "Star Wars kolekcja Dziedzic Imperium 1,2" - Mike Baron, Olivier Vatine, Terry Dooson, Davin Biukovic. Komiksowa adaptacja, chyba najsłynniejszej powieści ze świata Star Wars, czytałem to jako dzieciak (zresztą do dzisiaj mi zostały tamte egzemplarze), ale skłamałbym jakbym powiedział, że wiele z tej lektury zapamiętałem. Co do jej rzekomej genialności to byłem zawsze dosyć pełen sceptycyzmu, z lektury wiele nie zapamiętałem, ale słowo "łał" takie jak po pierwszym czytaniu dajmy na to "Władcy Pierścieni" to bym raczej zapamiętał, zresztą znam kilka innych utworów Zahna, facet to zwykły wyrobnik jakich dziesiątki. Tak czy inaczej  trzeba przyznać, że historia zmagań Sojuszu z ostatnim Wielkim Admirałem zdychającego Imperium jest interesująca. Są wielkie bitwy, są bijatyki i pościgi na mikroskalę, są fabularne twisty, są również szpiegowskie akcje i wielka polityka, znajdzie się również miejsce na pojedynki na miecze świetlne całość wprowadza mocno prominentne postacie do uniwersum, zatem znajdziemy tutaj wszystko co potrzebne a całość trzyma się kupy i nie nudzi. Natomiast co tutaj zawodzi? To co w przypadku większości tego rodzaju adaptacji, zbyt mała objętość. Oryginał to 3 dosyć grubaśne tomy, tutaj skompresowane do 17 zeszytów i jest to wyraźnie zbyt mało. Komiks jest przegadany a i tak nie otrzymujemy wystarczającej ilości informacji (fragment z bitwą o Sluis Van czytałem dwa razy a i tak nie załapałem o co tam chodzi), sporo wydarzeń potraktowanych jest wyraźnie "po łebkach", miejsca okazało się tak mało, że najgenialniejszy strateg Imperium, dostał najbardziej żenującą scenę śmierci jaką widziałem, czyli taką której nie widziałem bo zabili go poza kadrem. Jeżeli miałbym się czegoś czepić tak sensu stricte "fabularnego" to właśnie ta genialność Thrawna, która raczej zahaczała o przewidywanie przeszłości i nie udało jej się przebić przez mój poziom przyjmowania kitu, oraz postać Joruusa C'Baotha szalonego Jedi, który prawdopodobnie miał być groźny, ale tutaj zachowywał się jak klaun i tak samo był rysowany, za każdym razem jak się pojawiał na obrazku to zaczynałem nucić "Yakety Sax", nie wiem może u Zahna było inaczej. Pod względem graficznym nie jest źle, za oprawę odpowiada trzech rysowników, dzielących się pracą mniej więcej po równo. Najmniej przekonujący jest pierwszy, styl może i elegancki ale pasujący raczej do komiksów dla młodszego czytelnika, jako drugi wkracza znany już polskiemu czytelnikowi i przeze mnie nie bardzo lubiany Dodson, ale tutaj jego o wiele bardziej realistyczny niż w późniejszych produkcjach dla Marvela i DC styl sprawdza się najlepiej, trzecia część to kompromis pomiędzy dwoma poprzednimi stylami. Suma summarum rysunki raczej na plus, chociaż drażnią różnice pomiędzy trzema artystami (u każdego Thrawn wygląda inaczej, a Noghri to już wogóle są nie do rozpoznania). Na koniec wciągająca lektura, której napewno daleko do przypisywanej jej niesamowitości, ale też i w sumie nieco lepsza niż to czego się spodziewałem, która jednak zapada się pod ciężarem własnej konstrukcji, jestem przekonany że dodatkowe 3-4 zeszyty mocno by pomogły całości. Ocena 6+/10.

  "Star Wars kolekcja X-Wingi:Eskadra Łotrów 1-5" - Michael A. Stackpole i inni. "Nieźle się zaczyna" pomyślałem, jak zobaczyłem w spisie treści nazwisko gościa, który odpowiadał za wesele Luke'a. I w pewien sposób nie pomyliłem się, facet ma wyraźne kłopoty z logicznym rozpisaniem ciągu przyczynowo-skutkowego. Odniosłem wrażenie, że on ma w głowie dokładnie zaplanowany przebieg wydarzeń, tylko nie bardzo to potrafi przelać na papier. Napewno jest lepiej niż w przypadku w/w wesela i przygody eskadry Łotrów są o wiele sensowniejsze, ale dalej zdarzają się całe sekwencje zdarzeń przy których drapałem się po głowie (historia ze świątynią Sithów, niektóre momenty na akademickiej planecie, porwane dziecko w ostatniej historii, wewnętrzna przemiana Hrabiego Fela). Nie ma nad czym deliberować, zainteresowani wiedzą, że Łotr to kodowa nazwa star warsowego odpowiednika Dywizjonu 303, czyli najlepszych z najlepszych, przydzielanych do ciężkich zadań. Na te pięć tomów, składa się kilkanaście opowiadań z których niektóre są dłuższymi ciągami fabularnymi. Poziom ich jest różny, ale w większości wypadków zadowalający. Napewno zaletą jest to, że raz członków (i członkinie rzecz jasna) eskadry naprawdę da się polubić to mimo tego że oczywiście zgodnie z gatunkiem potrafią zestrzeliwać całe klucze Tie jednym naciśnięciem spustu, nie są oni nieśmiertelni. Stackpole potrafi od czasu do czasu zabić bohatera z którym już zdążyliśmy się zżyć, dwa mają jasno określone i nie pozbawione zwykłych ludzkich przywar charaktery. Scenarzysta nie popełnił błędu czyniąc z nich nadludzko odważne maszyny do zabijania, np. bohaterowie wyraźnie chcą uniknąć walki ze swoimi odpowiednikami z Imperium a jedna z pilotek w którymś momencie wyraźnie twierdzi, że chce odejść bo śmiertelność w eskadrze jest zbyt wysoka i ona po prostu się boi. Na minus to, że jednak widać często spore uproszczenia fabularne dla młodego czytelnika, a także Tie Fightery ze sklejki i płótna niczym samoloty z I WŚ, da się je zestrzelić z ręcznego blastera, ba jeden nawet spada po trafieniu rzuconym kamieniem. Z rysowników najbardziej przypadł mi do gustu John Nadeau ze swoimi pracami i w sumie całkiem przyzwoity Darko Macan, chociaż nie ma mowy tutaj o żadnym zachwycie. Niestety seria rysunkami nie stoi i to widać, za to możemy popodziwiać naprawdę śliczne okładki. Z ciekawostek, uwaga uwaga aż mnie przytkało ze zdziwienia...w pierwszym tomie znajdują się dodatki!!!! Po raz pierwszy od początku kolekcji po prawie sześćdziesięciu numerach znajdziemy trochę tekstów o statkach kosmicznych i przedstawione sylwetki bohaterów i złoczyńców występujących w serii (radzę ominąć, to właściwie streszczenia kolejnych zeszytów). Do tego Wedge tłumaczący się, dlaczego uciekł z korytarza na Gwieździe Śmierci (w końcu ktoś zauważył, że to w sumie tak jakby była haniebna spierdolka). Jakby co nie zarażać się pierwszym tomem, seria z zeszytu na zeszyt rozwija (raczej rozkłada) skrzydła. Na koniec, cykl X-Wing nie powinien raczej znaleźć się w tym podpunkcie, po prostu przyjąłem założenie które uznaję przy zakupie każdego interesującego mnie komiksu, że jest to komiks co najmniej dobry. A ten jest po prostu przyzwoitym czytadełkiem, w sumie nie nudziłem się chociaż jest w kolekcji kilka o wiele lepszych tytułów. Ocena 6-/10.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: rekinn w Śr, 20 Maj 2020, 10:36:36
Beznadziejny maj:

- Batman: Court of Owls Essential Edition; nawet fajne, ale Metal bardziej mi się podobał. Znam popularne zarzuty wobec komiksu, np. o to, że Gacek nie wiedział o sowach, a dzieci od lat recytowały wierszyki na ulicy. Mam wrażenie, że to czepialstwo, mnie tam to nie przeszkadzało. Mam za to spory problem ze sceną, gdzie Bruce daję w mordę Dickowi. W pierwszej chwili jest mi po prostu przykro, że Snyder pomyślał, że takie coś może się spodobać, czytelnikowi, że traktuje mnie jak barana. Potem, z przerażeniem zastanawiam się, że może i to sam Snyder myśli, że to jest cool, a to by oznaczało, że jest baranem i dzieckiem. Poza tym komiks spoko, mogę każdemu polecić.

- Royal City 1-3; wszystko pięknie, ładnie, ale JA TO JUŻ CZYTAŁEM!!! Tzn. nie do końca czytałem, ale znam tą historię!!! Takiej kalki pomysłu dawno nie widziałem. Oglądaliście "Nawiedzony dom na wzgórzu", ten miniserial, co go Netflix wypuścił? Przecież to jest prawie to samo. To by oznaczało, że Lemire zerżnął pomysł z książki. Ja nawet nie twierdzę, że zrobił to specjalnie i z premedytacją.
I tu i tu członkowie się zbierają, bo tragedia w rodzinie. I tu i tu jojczą i się miotają. I tu i tu jest brat uzależniony od używek. I tu i tu jest też brat pisarz, który ma problemy ze swą nową książką. I tu i tu brat pisarz kończy opowieść. No nawet i tu i tu brat pisarz ma problemy małżeńskie. No ludzie. Ostatni raz kupiłem Lemire. Poza tym spoko komiks, mogę polecić każdemu, kto nie czytuje zbyt dużo Kinga i nie zna "Nawiedzonego domu na wzgórzu".
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: misiokles w Śr, 20 Maj 2020, 12:21:55
Nawiedzony dom na wzgórzu - książka a Nawiedzony dom na wzgórzu - serial to dwie różne opowieści. Można by powiedzieć, że twórcy serialu zżynali z Lemire'a :)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: bibliotekarz w Śr, 20 Maj 2020, 12:30:30
Znam popularne zarzuty wobec komiksu, np. o to, że Gacek nie wiedział o sowach, a dzieci od lat recytowały wierszyki na ulicy. Mam wrażenie, że to czepialstwo, mnie tam to nie przeszkadzało.
A nie przeszkadzały Ci takie sceny jak np.
Spoiler: PokażUkryj
kiedy Batman w pełni sił i sprawności daje się pokonać Szponowi i krąży wiele dni uwięziony w labiryncie nie potrafiąc nijak się z niego wydostać a potem nagle wygłodniały i wycieńczony nagle po prostu rozwala labirynt kopniakiem i pokonuje przeciwnika?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Wt, 02 Czerwiec 2020, 23:21:07
Maj
 
Thor Niegodny
– próba okrężnego powrotu Syna Odyna do roli Thora wpadła całkiem udanie, choć na pointę tej opowieści będzie trzeba jeszcze trochę poczekać.   

Punisher MAX t. 8 – Aaron „przebił” Ennisa. Nie każdy może to o sobie powiedzieć.
 
Argentyna – powrót mistrza Andreasa w autentycznie udanym stylu. Nastrojowo gęsta, mozaikowa fabuła z użyciem motywów znanych z jego najbardziej cenionych prac. 
 
Multiwersum – fascynująca galeria wieloświatów nasycona erudycją scenarzysty, rozmachem i nieszablonowym poczuciem humoru. Znakomicie spisali się także oddelegowani do tego przedsięwzięcia rysownicy. Aż żal że część spośród zawartych tu konceptów Morrisona (np. realia Ziemi-20) nie doczekały się kontynuacji w pełnowymiarowych seriach lub przynajmniej mini-seriach.
 
Superbohaterowie Marvela: X-23 – zgrabnie rozpisana opowieść acz z kategorii takich do których na ogół już się nie wraca. Ponadto rozrysowana w nieprzesadnie udolnie imitowanej stylistyce w swoim czasie wielbionego przez część czytelników Mike’a Turnera.
 
Harleen – autorska interpretacja upadku Harleen Quinzel w wykonaniu Stjepana Šejića zapewne nie doczeka się statusu dzieła kanonicznego. Mimo tego i tak warto ten tytuł rozpoznać; choćby z racji starannie wykonanej warstwy plastycznej i konsekwentnie prowadzonej fabuły.
 
Daredevil Franka Millera t.3
– absolutny „musiszmieć”. Crème de la crème millerowskiego mocnego uderzenia oraz rewolucji, która dokonała się w superbohaterskim komiksie w toku lat 80. Do tego z udziałem m.in. oszałamiającego jakością swojej pracy Billa Sienkiewicza.
 
Conan – Miecz Barbarzyńcy t.1 – nowe otwarcie komiksowych dziejów Cymeryjczyka w wykonaniu Gerry’ego Duggana być może ustępuję równolegle publikowanej interpretacji Jasona Aarona. Niemniej tzw. klimat oryginalnych opowieści o tej postaci (a przy okazji z odniesieniami do tekstów z udziałem Kulla) został uchwycony, a sama fabuła przekonująco poprowadzona.
 
Kryzys bohaterów – jeszcze jeden dowód na zdecydowanie zbyt dobrą prasę odpowiadającego za scenariusz tego tytułu Toma Kinga. Jedno z najbardziej niedorzecznych i po prostu niepotrzebnych przedsięwzięć we współczesnym komiksie superbohaterskim. Tylko wysiłku zdolnych plastyków żal i straconego czasu czytelników.
 
Alix Senator t.3 – udana kontynuacja fachowo i z polotem realizowanego przedsięwzięcia, którym okazało się przybliżenie według współczesnych standardów perypetii jednej z klasycznych osobowości komiksu frankofońskiego.
 
Gideon Falls t.3 – nie wiem jak Lemire to robi, ale z tomu na tom jest coraz lepiej. Konsekwentnie rozbudowuje realia przedstawione serii, a przy okazji udowadnia, że z mocno obecnie eksploatowanego motywu da się jeszcze wiele wykrzesać.
 
Bractwo Magów – pomimo talentu i błyskotliwości Mark Millar nie uniknął kilku autorskich „wpadek”. Niniejszy tytuł w żadnym wypadku nie jest jedną z nich. Mało tego, w moim przekonaniu jest to jeden z najbardziej zgrabnie rozpisanych utworów w dotychczasowym dorobku szkockiego autora. Jest napięcie, fabularne zawirowania i przekonujące swoją motywacją osobowości. Dobry materiał wyjściowy na telewizyjny serial ku czemu wspomniany scenarzysta zdaje się usilnie zmierzać.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: chch w Śr, 03 Czerwiec 2020, 08:20:16
@SkandalistaLarryFlynt
Michael A. Stackpole napisał całą serię powieści o eskadrze łotrów (raczej dobrze ocenianą). A Chewbacca zginął w pierwszej powieści opowiadającej o inwazji Yuuzhan Vongów pt. Wektor Pierwszy.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pt, 05 Czerwiec 2020, 13:58:39
  Podsumowanie maja. W tym miesiącu całkiem sporo czytania, i znowuż głównie nadrabianie kolekcji. Tym niemniej udało mi się po WKKM zamknąć drugą kolekcję czyli Star Wars, czas chyba na dokończeniu WKKDC. UWAGA UWAGA mogą pojawić się SPOILERY!!!


1. Najlepszy:

  "Zabij albo Zgiń" - tomy 1-4 - Ed Brubaker, Sean Phillips. Cóż pewnie się narażę kilku osobom na forum, ale jakimś wielkim fanem Brubakera to ja nie jestem. Owszem trudno zaprzeczyć, że facet jest ponadprzeciętnym scenarzystą tak samo jak nie zaprzeczę że gra w komiksowej pierwszej lidze, natomiast w/g mnie do miejsc premiowanych udziałem w Lidze Mistrzów to mu sporo brakuje. Tak czy inaczej będąc za to fanem stylu  jakim operuje Phillips, zainteresowany treścią (tutaj ostrożnie, bo Fatale wydawało się że trafia w 10 w przypadku mojego gustu a kompletnie mi nie podeszło) no i nie oszukujmy się powiązaną z wydawcą Non Stop Comics zasadą Cena Czyni Cuda, zakupiłem całą zawartą w czterech tomach serię. Bohaterem i jednocześnie narratorem historii jest Dylan student będący na etapie zdobywania tytułu doktora, pogrążony w stanie permanentnej depresji na dodatek beznadziejnie zakochany w dziewczynie swojego współlokatora, który postanawia popełnić nie pierwszą zresztą w swoim życiu próbę samobójczą dokonując skoku z kamienicy w której cała trójka wspólnie mieszka. O dziwo skok nie wysyła go do kostnicy a jedynie do szpitala a Dylanowi ukazuje się demon, który składa mu ofertę nie do odrzucenia, bohater będzie utrzymywał się przy życiu dopóty, dopóki będzie zabijał jedną osobę miesięcznie. Protagonista, może i niezbyt w pełni zdrowia psychicznego ale jednocześnie jest na tyle zdrowy żeby zdawać sobie sprawę, że ta sytuacja jest tak dziwna że może być tylko omamem jego chorego mózgu. Halucynacje czy nie, Dylan postanawia jednak przystać na prawdziwą bądź nie propozycję, na cel swoich morderstw przyjmując bardziej akceptowalne moralnie środowisko przestępcze. Pod względem ilustracji, albumy wyglądają świetnie, realistycznie oddająca bohaterów a jednocześnie oszczędna bez zbędnych ozdobników kreska idealnie pasuje do kryminalnego charakteru całości, piękne kadry ukazujące miasto z oddali zwłaszcza te w czasie opadów śniegu oraz umiejętne operowanie światło-cieniem, to znak firmowy. Podejrzewam, że rysunki sporo by straciły ze swojego czaru gdyby nie praca kolorystki Liz Breitweiser, zimne, wyblakłe kolory mają za zadanie ukazanie zimnego, smutnego świata Dylana ożywianego jedynie czerwienią jego kominiarki, krwi mordowanych ludzi oraz rudością włosów wybranki jego serca Kiry. Owszem można powiedzieć o tym komiksie, że nie jest jakoś strasznie oryginalny i związaną z tym pewną przewidywalność. Można też zarzucić momentami tanie filozofowanie połączone z równie tanim moralizatorstwem. Na dodatek w moim mniemaniu komiks jest nieco zbyt długi (lub lekko niewłaściwie skonstruowany, chyba więcej miejsca można było poświęcić pani detektyw) i przy czytaniu trzeciego i czwartego tomu byłem już lekko zmęczony ramką z napisem "teraz was zaskoczę". Tym niemniej to nadal kawał naprawdę dobrej roboty. Brubakerowi udało się połączyć gatunki takie jak dramat psychologiczny, dreszczowiec połączony z horrorem (raczej urban fantasy), kryminał neo-noir, obyczajowy romans czy w końcu klasyczną sensację w zgrabną wciągającą historię. Wśród tych wszystkich fabularnych zmyłek i wybiegów które stosuje autor w celu podrzucania nam fałszywych tropów znajdzie się również miejsce na polemikę z mitem mściciela-superbohatera. Ocena końcowa miała być niższa, ale co tam to naprawdę dobry komiks jest. 8/10.


2. Zaskoczenie na plus:

  "Batman Biały Rycerz" - Sean Murphy. Zdaje się pierwszy u nas wydany w ramach DC Black Label czyli linii przeznaczonych dla nieco starszego czytelnika komiksów. Kolejna interpretacja związków łączących Batmana i Jokera wciśnięta w ramy elseworldu i to kolejna udana interpretacja. Punktem wyjściowym jest fakt, że Joker podczas kolejnej rozróby rozkręconej z Człowiekiem Nietoperzem "zażywa" leki psychotropowe, które leczą go z jego szaleństwa i przywracają na łono społeczeństwa jako normalnego porządnego obywatela. Joker teraz już pod nazwiskiem Jack Napier na byciu normalnym porządnym obywatelem pozostać nie zamierza i chce odpłacić za swoje poprzednie uczynki rozpoczynając polityczną karierę oraz oczyszczając miasto z korupcji, przestępstw i nędzy a przede wszystkim pozbywając się Batmana, którego szaleńcza krucjata nabiera coraz większego tempa. Dodawać nie trzeba, że Batman nie znany ze swojej przesadnej wiary w bliźniego jest przekonany, że twarz Napiera wystarczy lekko poskrobać palcem aby znaleźć pod spodem biały makijaż, więc ta dwójka musem się znajdzie na kursie kolizyjnym, a tymczasem z ciemności wypełznie na świat całkowicie nowo/stary wróg. Podczas lektury "Chrononautów" zakochałem się w rysunkach Murphy'ego i tutaj wcale moje uczucia się nie zmieniły, momentami można się zastanawiać czy ostra nieco przeważająca szalę na korzyść animacji bardziej niż korzyść realizmu kreska pasuje do koncepcji albumu ale rzadko mi to zgrzytało. Postacie wyglądają wyraziście, tła co bardzo lubię pełne szczegółów. Rewelacyjnie w batmanowy klimat wpasowuje się kolorysta Matt Hollingsworth, bure, ponure i wyprane kolory doskonale podkreślają atmosferę pogrążonego w degrengoladzie Gotham (aczkolwiek zastanawiam się czy nie można było tego w kilku momentach ożywić). Obydwaj panowie sięgają do najzupełniej klasycznej mitologii miasta wypełniając je budynkami w stylu art-deco bądź też takimi w duchu szkoły bauhausu co w połączeniu z wiecznie zadymionym lub zamglonym niebem oraz powybijanymi szybami oraz ogólnym ruderowatym stanem uboższych dzielnic sprawiło, że w końcu poczułem się jakbym się znalazł w prawdziwym Gotham. Z pewnością warto zwrócić uwagę na ogrom ogólno-batmanowych nawiązań, w jaskini stoją wszystkie modele batmobili jakie kiedykolwiek znalazły się na ekranach, lub będziemy mieli okazję zobaczyć steampunkowe lodowe działo rodem z Batman & Robin. Murphy niby nie starał się wymyślić koła na nowo nakreślając więzi łączące Batmana i Jokera, to dalej dwaj zafiksowani na swoim punkcie osobnicy nie potrafiący zaprzestać swojego śmiertelnego tańca przy którym depczą i tak już znękane miasto, ale potrafił dodać coś nowego i ciekawego od siebie (Joker zakochany w Batmanie, ma to pewien sens i urok). Tak naprawdę ten komiks stoi rewelacyjnie napisanymi postaciami. Mamy nareszcie świetnie napisanego Batmana (nie snyderowskiego nudziarza ani kingowskiej ofermy) i równie dobrze (chociaż kontrowersyjnie) pisanego Jokera,  doskonały występ Barbary (takoż Dicka i Gordona, czuć że oni Bruce'a się naprawdę obawiają!!!) czy fantastycznie poprowadzoną Harley Quinn (a właściwie dwie, w tym świecie funkcjonują dwie Harley). Do tego pełno smaczków dla fanów w stylu świetnie pomyślanej historii ostatniego spotkania Jokera i Jasona Todda. O ile pod względem kreacji postaci i świata ten komiks to mistrzostwo to pod względem samej fabuły momentami się przewraca. Sam fakt, że Joker może być przez jakiegokolwiek mieszkańca Gotham uznany za tego dobrego wydaje się mocno bezsensowny (oczywiście możemy tu uznać zasady rządzące elseworldami, w/g fabuły Jokerowi nigdy nie udowodniono morderstwa), komiks w drugiej części zmienia się w typowego akcyjniaka superhero, można się uczepić przekombinowanego i nazbyt komiksowego sposobu w jaki zostaje przejęta kontrola nad przestępcami w Gotham a zakończenie jak na mój gust jest trochę przesłodzone, ciężko będzie też ukryć fakt, że historia jest skierowana jednak do mocno obeznanych w uniwersum fanów. Natomiast w tym konkretnym przypadku warto na to wszystko przymknąć oko, zawiesić na chwilę nieco wyżej poziom niewiary i dać się ponieść lekturze. Ja osobiście dawno nie miałem takiej radochy z lektury komiksu o Batmanie. Nie jestem pewien czy ten album znajdzie się w ścisłym kanonie przygód Człowieka Nietoperza, ale jak na moje oko amatora jakieś szanse są, dla fanów batka ta pozycja "powinieneśpoznać". Pewnie w innym momencie byłbym bardziej surowy, ale biorąc pod uwagę, że sporo minusów da się wytłumaczyć tym, że to tylko wariacja na temat Batmana a także biorąc pod uwagę miałkość ostatnich regularnych serii wystawiam ocenę 7+/10.

   
  "Star Wars kolekcja - Boba Fett 1-3" autorzy różni. Trzy tomy w których zebrano przygody najsłynniejszego łowcy nagród w Galaktyce. Zbiór zaczyna się od "Wroga Imperium" Johna Wagnera, narysowanego w stylu znanego z "Kryształowej Szpady" Crisse, świetnej historii opowiadającej o pierwszym zadaniu jakie wykonał Boba dla Dartha Vadera. Znajdziemy tu sporo humoru, ale całość zdecydowanie ma przypomnieć czytelnikowi że obydwaj panowie to warte siebie ponure sukinsyny. Drugą połowę pierwszego tomu otwiera "Yaviński Artefakt" Mike'a Kennedy, przygodowa historyjka w której Fett tak naprawdę jest drugoplanowym bohaterem. Co się pierwsze rzuca w oczy to rewelacyjne rysunki Carlosa Meglii kojarzące się w warnerowskimi Animkami, średnio mi ten komiks przypadł do gustu, raczej przygodówka dla młodszego czytelnika. Tom drugi to dokończenie artefaktu i kilka krótszych opowiadanek z których każde pod względem fabularnym stoi na naprawdę dobrym poziomie a za rysunki odpowiadają takie nazwiska jak Carlos Ezquerra czy Cam Kennedy tak więc paluszki lizać. Trzeci tom prawie w całości poświęcono efektom współpracy Johna Wagnera i Cama Kennedy i pomimo wyglądu rodem z "Dark Empire" komiks a właściwie trylogia ma o wiele luźniejszy klimat (chociaż przemocy również nie brakuje) i dotyczy perypetii Boby wmieszanego w porachunki huttyjskiego gangstera, jego przyszłego teścia oraz piratów, do ocalenia będzie też "piękna" księżniczka. Ostatnią krótką historyjkę znowuż narysował Kennedy chociaż kto inny nakładał kolor więc wygląda mocno odmiennie a za scenariusz odpowiada John Ostrander i o ile sama w sobie jest całkiem niezły, to pomysł z obozami koncentracyjnymi Imperium uważam za nietrafiony. Podsumowując, trzy bardzo dobre tomy będące jednym z najmocniejszych punktów całej kolekcji. Na plus z pewnością to, że nie przemieniono Boby Fetta w jakiegoś małomównego twardziela ze złotym sercem w stylu Clinta Eastwooda. Owszem ma swój specyficzny kodeks, owszem zdarzają mu się z rzadka jakieś przypływy szlachetności i sprawia wrażenie faceta który potrafi odróżnić dobro od zła ale to cały czas bezlitosny morderca, raczej uodporniony na nagłe przypływy uczuć. No i oprócz dobrej lektury, jest też naprawdę na co popatrzeć. Ocena 7/10.


3. Najgorszy przeczytany:

   "Belit - Era Conana" - Tini Howard, Katarzyna Niemczyk. Katastrofa pod każdym względem. Scenariusz to jakiś nonsens, Belit jeszcze jako młoda dziewczyna okazuje się córką jakiegoś pirackiego admirała ze zdaje się Asgalunu przerobionego na Asgulin oraz z handlowego portu pod kontrolą teokracji na jakąś odmianę Tortugi. Ojczulo podobno jest potężnym pirackim królem, ale przychodzi kilku chłystków odebrać jakiś dług czy coś i bez problemu przykuwają go do skały, chyba po to żeby się utopił a wszyscy mają to wyraźnie w dupie. Ojciec nie chce żeby Belit go uwolniła bo to "dług honorowy, grzech przeszłości" (znowu chyba), ale żeby mu poderżnęła gardło to się zgadza. Belit później trafia na jego flagowy okręt gdzie chce dowodzić, ale niby nie tego nie robi a gdzie czytelnik dowie się, że odczuwa ona jakąś nadnaturalną potrzebę zabijania a także wyczuwania obecności morskich potworów, które podobno już nie istnieją. Po upolowaniu jednego z potworów cała załoga trafia do Kush gdzie na oczach czarnej królowej Belit mieczem zabija innego potwora i zostaje nadwornym łowcą morskich potworów. Akcja przeskakuje kilka lat do przodu, okazuje się że Belit przez ten czas wcale nie zabijała potworów (tu już się pogubiłem) tylko łupiła porty i okręty. Królowa w końcu się orientuje w tym procederze i wysyła za piratami pościg, ci trafiają do Stygii (w międzyczasie Belit morduje starego kapitana oraz wielką murzynkę robiącą za bosmana), gdzie w "Królowej Czarnego Wybrzeża" zakochuje się równie czarny kapłan Seta po czym rzuca na nią klątwę i traci głowę na koniec. Rysunki naszej rodaczki wypadają niestety równie słabo. Styl typowy dla marvelowskiego komiksu skierowanego dla młodocianych czytelniczek, tyle że nieciekawie wyglądający, słabe modele postaci wśród których brak jakiegokolwiek rozróżnienia etnicznego, problemy z perspektywą czy dziwaczne kolory dzięki czemu "Belit o alabastrowej skórze" wygląda jak Joker, jak wspomnę tutaj podobne pod względem formy rysunki Fiony Staples z czytanego w zeszłym miesiącu przeze mnie "Archiego", to niestety widać tu różnicę ze trzech klas na niekorzyść panny lub pani Katarzyny. Na dodatek poraża wręcz tutaj kompletna anachroniczność, "Tygrysica" to najzwyklejszy w świecie szkuner a w Czarnych Królestwach powszechnie są stosowane galeony, piraci chodzą w trójgraniastych kapeluszach i przeciwdeszczowych płaszczach rodem z Moby Dicka oraz używają kompasów oraz składanych lunet, można tak wymieniać i wymieniać. Zastanawiam się jaki był cel wydania tego komiksu przez Marvel, nie wiem może jakaś dywersyfikacja tej linii wydawniczej o ile w dużych Stanach jestem w stanie sobie wyobrazić że znajdą kilka tysięcy nastolatek przyszłych feministek do których tytuł tego typu mógłby trafić, to w naszym kraju krąg potencjalnych nabywców zadowolonych z zakupu musi być mikroskopijny. O takich rzeczach jak parytety w obsadach okrętów ze względu na płeć i kolor skóry (murzynki z różowymi włosami nawet nie skomentuję) nie powinienem już nawet wspominać. Wątłe, bezsensowne i banalne dziełko przygotowane przez dwie panie o zerowym pojęciu na temat howardiańskiego uniwersum oraz o wiedzy o piratach nabytej chyba podczas oglądania gołych pirackich klat w "Black Sails" (dobrym żeby nie było), na dodatek z bohaterką która nie posiada ani jednej pozytywnej cechy, której nie da się absolutnie polubić. Powinienem dać jedynkę, ale podejrzewam że mogło być jeszcze gorzej, unikać jak ognia, fani Conana nie mają tu absolutnie czego szukać. 2/10.


4. Zaskoczenie na minus:

  "WKKDC Punkt Krytyczny" - Geoff Johns, Andy Kubert. Jeden z tzw. Kryzysów DC, ustawiających uniwersum w nowym punkcie startowym. Barry Allen budzi się w czasie drzemki w pracy i okazuje się, że nie posiada mocy Flasha, ba nikt tutaj o żadnym Flashu nigdy nie słyszał tak samo jak zresztą o Supermanie i ogólnie o Lidze Sprawiedliwości, na dodatek zaraz po wyjściu z biura Barry natyka się na swoją zamordowaną matkę. Wyjaśnienie jest tylko jedno Flash po raz kolejny wylądował w alternatywnej linii czasowej i nie jest ta rzeczywistość sielanką. Pomiędzy królestwami Aquamana i Wonder Woman toczy się wojna, która pochłonęła niemalże całą Europę, a na ulicach Stanów z powodu braku bohaterów rządzą przemoc i nędza, nic więc dziwnego że nasz bohater zapragnie odzyskać swoje moce oraz naprawić rzeczywistość w tej właśnie kolejności, czyli nic czego ktoś oglądający tv serial "Flash" by nie znał. Rysunki Kuberta wyglądają naprawdę nieźle, ja osobiście nie jestem fanem takiego stylu, ale muszę przyznać że w komiksach stricte "superbohaterskich" się on sprawdza, artysta wyraźnie wzorując się na Jimie Lee nie ma się w porównaniu do swojego mistrza czego wstydzić, ba momentami wyglądają one nawet lepiej, postacie często są "możliwsze" z anatomicznego punktu widzenia, kompozycja kadrów też jak bardziej udana, trochę słabiej za to, mniej szczegółowo wyglądają tła. Śmieszy też czasami to, że co druga postać stoi z wkurzoną miną na dodatek, łypiąc groźnie spod brwi, ale cóż taka konwencja. Przyzwoicie wygląda praca kolorysty Alexa Sinclaira chociaż momentami wygląda to dosyć śmiesznie, chłop wyraźnie stoi pomiędzy chęcią stosowania jak najwięcej pstrokatych kolorów aby dobitnie podkreślić przynależność gatunkową, jednocześnie powlekając wszystko ciemnawym "lakierem" mającym uwydatnić mrok przedstawianego świata. Podsumowując, Johns może nie pisze genialnych historii, ale słabych również nie biorąc jego komiks do ręki mam świadomość że otrzymam conajmniej niezłą porcję rozrywki i tak jest w tym przypadku. Historia jest dobrze napisana i wciągająca, twist fabularny z Profesorem Zoomem chociaż nie byłby znany chyba tylko komuś kto ostatnią dekadę przesiedział w piwnicy pomysłowy, jest świetny niestroniący od zabijania Batman, doskonały pomysł na los "znikniętego" Supermana oraz wzruszające zakończenie. Natomiast całkowicie nie w porządku jest to, że tak naprawdę ten świat nie jest odpowiednio przedstawiony co powinno w przypadku elseworldów być podstawą. Oprócz wojny pomiędzy Atlantydą a Temiskirą, która na dobrą sprawę nie wiadomo dlaczego wybuchła oraz przeszłości jednej czy dwóch głównych postaci nie widzimy jaki te wszystkie zmiany mają wpływ na rzeczywistość.  Ot kilku bohaterów nie ma, kilku jest zmienionych, niektórzy superłotrzy są bohaterami lub na odwrót, Johns pokazuje kilka pobocznych wątków, ale nie wiadomo po co bo one ani początku ani końca nie mają. Iluzja przedstawionego świata w przypadku alternatywnych rzeczywistości musi być na tyle silna, żeby czytelnik/widz bez problemu przyswoił zasady nią rządzące i jednocześnie wciągnął się w zabawę zestawiając różnice pomiędzy nią a oryginalnym światem. Tutaj tło sprawia wrażenie jedynie filmowej scenografii, to co rewelacyjnie udało się Murphy'emu w "Białym Rycerzu" (aczkolwiek on tam mocno ułatwił sobie zadanie, zmieniając jedynie postacie a nie cały świat), udanie podłożyło nogę Johnsowi. Problematyczna może być też ilość występujących postaci, nie dość że jest ich sporo to jeszcze autor sięgnął po te mniej znane, modyfikując często nieznacznie ich wygląd, co może wprowadzić nieco w konfuzję czytelnika nie będącego naprawdę oblatanym ekspertem od komiksów DC, mnie wprowadziło. Ergo dobry komiks, tyle że zamiast ok. 140 stron powinien mieć jakieś 280 aby autor mógł bardziej rozbudować tło dla interesującej historii. Ocena 6+/10.


5. Suplement

Przeczytać się powinno:

  "Conan Barbarzyńca - kolekcja 53-61" autorzy różni. Dalej Chuck Dixon ilustrowany przez Kwapisza głównym scenarzystą serii, ale wydawnictwo postanowiło chyba odciążyć dwójkę twórców i mniej więcej na jeden komiks ich autorstwa przypada jeden-dwa stworzony przez innych twórców. Powracają stare nazwiska jak Thomas, Alcala, Chan, Gil, DeZuniga czy Williamson, pojawiają się zupełnie nowe. Niezależnie od tego kto pisze i rysuje, niezmiennie polecam 8/10.

  "The Black Holes" - Borja Gonzalez. Krótka, kompaktowa opowieść spinająca losy żyjącej przed epoką wiktoriańską dziewczyny marzącej o pisaniu strasznych historii a trzema dziewczynami z teraźniejszości planującymi stworzyć punkową kapelę. Rzecz o dorastaniu, nieprzystosowaniu społecznym i spełnianiu marzeń. Połączenie komiksu obyczajowego z gotycką powieścią grozy oraz baśnią. Rzecz absolutnie pięknie wyglądająca, skrzyżowanie rysunków Mignoli z komputerową grą Prince of Persia. Gonzalez rezygnuje z rysowania twarzy co sprawia, że cały ciężar ukazania emocji spoczywa na oszczędnych dialogach oraz sylwetkach. Dzięki temu wbrew zdrowemu rozsądkowi rysunki nabierają jednocześnie realistycznego wyglądu i zachowują swosity bajkowy urok. Kupiłem raczej z myślą o późniejszej odsprzedaży, ale zostawiam na półce. Może i tytuł nie dla wszystkich, ale to czarująco melancholijna graficzna perełka opowiadająca o "zagubionych dziewczętach". 7+/10.

   "Aliens - Zbawienie/Ofiarowanie" - Dave Gibbons, Mike Mignola, Peter Milligan, Paul Johnson. Dwie niedługie historie umieszczone w jednym tomie, obydwie zahaczające o temat religijności. Wbrew opisowi na okładce pierwsza "Zbawienie" autorstwa Gibbonsa i Mignoli wcale nie jest "...jedną z najwybitniejszych i najgłębszych opowieści z uniwersum..." i sprowadza się głównie do naciskania spustu przez religijnego fanatyka, nie jest oczywiście zła bo to całkiem przyjemna nowelka, ale gdyby nie rysunki Mignoli podejrzewam, że dosyć szybko popadła by ona w zapomnienie. Zdecydowanie ciekawszy jest drugi scenariusz autorstwa Milligana o kobiecie która po katastrofie statku trafia do zagubionej w dżungli kolonii pełnej osadników skrywających brudny sekret. Subtelniejsza, bardziej wielowymiarowa i po prostu bardziej inteligentna. Za to gorzej wyglądająca, Johnson próbuje naśladować McKeana, ale wychodzi mu to różnie. Tym niemniej naprawdę udany album 7/10.


Przeczytać można ale niekoniecznie:

  "WKKM Batman/Huntress - Żądza Krwi" - Greg Rucka, Rick Burchett. Ten Batman w tytule to tylko dla zmyłki, tomik powinien się nazywać Huntress bo jest tu ona jedyną pierwszoplanową bohaterką. Owszem występuje tutaj Batman i pełni fabularną funkcję, ale na tej samej zasadzie występują jeszcze Robin czy Nightwing. W Gotham ktoś zaczyna zabijać członków mafii i to tych którzy wymordowali rodzinę Heleny Bertinelli czyli Huntress, nic więc dziwnego, że stanie się ona jedną z głównych podejrzanych dla Batmana. Helena oczywiście jest niewinna i mimo że sama miała zrobić dokładnie to samo to chcąc nie chcąc będzie musiała zagadkę morderstw rozwiązać. Żeby tego dokonać będzie musiała z pomocą bohatera-detektywa nazywającego się Question oraz jego nauczyciela rozliczyć się ze swoją przeszłością. Rysunki w porządku nawiązujące do stylistyki z lat 50-tych oraz prac Darwyna Cooke, chociaż to oczywiście nie ten poziom. Rucka trochę się zapędził wkręcając na maksa w tematy mafijne przez co w pewnym momencie komiks wygląda jak pastisz "Ojca Chrzestnego", śmieszy też fakt, że Helena nabyła swoich umiejętności będąc trenowaną przez młodocianego mafiozę w jakiejś stodole na Sycylii. Ale tak poza tym to naprawdę przyzwoita lektura 6+/10.


  "Star Wars kolekcja Darth Maul tom 1,2" - autorzy różni. Pojęcia nie mam dlaczego te dwa tomy nazwano jak nazwano. Pierwszy składa się z trzech komiksów. Pierwszym w kolejności jest skierowany do młodego czytelnika humorystyczny pseudo-kryminałek Qui-Gon i Obi-Wan Aurorient Express, który szczerze mówiąc spłynął po mnie jak po kaczce, drugim znowu przygody Qui-Gona i Obi-Wana tym razem w konwencji quasi-westernu, które nieco bardziej przypadły mi do gustu, trzecim i w/g mnie zdecydowanie najlepszym "Rada Jedi" Randy Stradleya opowiadająca o wojnie Jedi z rasą jaszczuroludzi w którą zostali wmanewrowani poprzez machinacje Palpatine'a. I tylko w tym jednym komiksie pojawia się Darth Maul i to nawet nie w trzecioplanowej roli. W tomie drugim większość miejsca zajmują przygody mistrza Ki Adi Mundiego zanim stał się członkiem rady i są całkiem dobre chociaż koło Alana Moore na półce bym tego nie postawił. Dopiero w drugiej części tomu dostaniemy w końcu "mięso" czyli komiks o postaci z tytułu. Darth Maul dostanie od Dartha Sidiousa zadanie rozmontowania organizacji Czarne Słońce. Maul chłop szczery i prosty do bólu, nie wymyśla lepszego planu niż wjechać do ich kwatery głównej na pełnej TTździe i wszystkich pozabijać, dzięki czemu oszczędza nieco pracy scenarzyście. O samej postaci nie dowiemy się nic więcej niż to co było pokazane w filmie czyli dalej nie będziemy wiedzieć niczego, ale za to możemy pooglądać jak się bydlak napina bez T-shirtu. Rysunkowo cały zbiorek stoi mniej więcej identycznie jak fabularnie czyli jest nieźle i nic poza tym. Lektura w porządku, ale to było chyba trochę zmarnowanie miejsca w kolekcji, z pewnością znalazłoby się coś ciekawszego 6-/10.


"Star Wars kolekcja Droidy tom 1,2" - autorzy różni. Przygody R2D2 i C3PO na kilka lat przed spotkaniem Luke'a. Komiksy całkiem niezłe, ale oceniać nie będę, bo może z wyjątkiem ostatniego krótkiego opowiadania wszystkie są skierowane do dzieci.  Obydwa tomy to kilka historii, ale stanowiących jedną ciągłość fabularną, z ciekawostek jako jeden z rysowników pojawi się znany z m.in. Dredda Ian Gibson.


  "Star Wars kolekcja Opowieści Jedi: Złoty Wiek Sithów tomy 1-4" - autorzy różni. "Nieźle się zaczyna" pomyślałem widząc w pierwszym tomie nazwisko autora czyli jednego z moich "ulubieńców" Kevina Dżej Andersona. Tom pierwszy opowiada o wydarzeniach dziejących się 5 tysięcy lat przed E IV, a jego bohaterami jest rodzeństwo Doragonów, wiecznie pechowych ściganych długami odkrywców kosmicznych szlaków oraz Naga Sadow jeden z Lordów zapomnianego Imperium Sithów do którego wcześniej wspomniani brat i siostra znajdą przypadkiem drogę. W tomie drugim znajdziemy dokończenie sagi rozpoczętej w pierwszej a także dwie dziejące się tysiąc lat później pośrednio powiązane z tą pierwszą historie napisane przez Toma Veitcha, wprowadzające nowe ważne dla dalszych tomów a także podejrzewam całego uniwersum postacie czyli Nomi Sunrider i Ulica Quel-Dromę. Tom trzeci pisany wspólnie przez Veitcha i Andersona zaplata wszystkie wątki z poprzedniego tomu szykując Galaktykę do wojny z odrodzonymi Sithami która wybuchnie i się zakończy w tomie czwartym w którym dodatkowo znajdziemy dziejący się 10 lat później prolog. Pod względem rysunków jest oswojony z faktem, że seria Star Wars raczej nie jest silna w Mocy więc może to wynik obniżonych wymagań, ale jest dosyć przyzwoicie na plus dosyć realistyczne prace Davida Roacha oraz cóż pewnie ukazujące pewne braki warsztatowe, ale mające własny autorski pazur rysunki Chrisa Gosseta. Same komiksy zaskoczyły mnie swoim przyzwoitym poziomem, pierwsza saga jest raczej średnia do dołu, para głównych bohaterów jest pozbawiona właściwie jakichkolwiek cech charakteru i praktycznie nic nie robią, zasady na których działa Imperium Sithów i oni sami tak niejasno określone, że musiałem skorzystać z internetu o innych dyskusyjnych pomysłach w stylu miecze świetlne na kablach, statki kosmiczne z żaglami i masztami nie wspominam. Natomiast dalej jest już tylko lepiej o ile napisana przez Veitcha przygoda dziejąca się na Onderonie raczej niespecjalnie wyróżnia się wśród typowych gwiezdnowojennych komiksów to już jej dalsze konsekwencje są naprawdę niezłe. Konflikt jest odpowiednio rozdęty i czuć wielką stawkę, postacie mimo że nie nadmiernie rozbudowane są wyraziste a i spora dawka sithyjskiego mistycyzmu działa na plus. Minusem jest postać Exar Kuna, która nie ma jakiejkolwiek podbudowy, on się od samego początku zachowuje jakby Jedi w swojej akademii wytrenowali sobie bezpośrednio Mrocznego Lorda, zresztą nie ma czasu się nad tym zastanawiać bo odrazu przechodzi od słów do czynów. Nie do końca wyszła też postać Ulica, on akurat został przedstawiony dosyć dobrze, ba nawet ma logiczny powód aby przejść na ciemną stronę, tyle że na jednym obrazku jest Jedi a na drugim zabija jakichś przypadkowych ludzi. Zresztą inni nie są lepsi, dajmy na to wpada sobie Kun z powrotem do Akademii i zabiera dwudziestu Jedi nawet nie mówiąc po co z wyjątkiem "lećcie ze mną, coś wam pokażę" i oni też przechodzą na Ciemną Stronę. Ale ogólnie poza tą pewną skrótowościo-umownością to całkiem interesująca lektura, gdyby dać jej trochę więcej miejsca i przeszlifować odpowiednio tu i ówdzie byłaby naprawdę dobra, ale i tak wyżej średniej jest. "Złoty Wiek Sithów" to całkiem przyzwoite zakończenie kolekcji 6+/10.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Arion Flux w Pt, 05 Czerwiec 2020, 15:42:07
Mały komentarz do recki Larrego na temat Belit, partytow i ze "nie da sie polubic". I nie chodzi o sam komiks, bo go jeszcze nie czytalem, tylko o pierwozor. Otoz u Howarda Belit tez nie da sie polubic, ze tak powiem - z definicji, bo to po prostu krawawa i pazerna suka byla. Wszycy ja nienawidzili, oprocz gromady jej prymitywnych czarnych zalogantow, z ktorymi uprawiala proceder, bo ci czcili ja jak boginie. Jej milosny epizod z Conanem polegał na tym, ze oddala mu serce, bo bardzo ładnie powypruwał mieczem flaki co najmniej tuzinowi (a pewnie i wiecej) jej czarnych zalogantów, gdy Tygrysiaca napadla na statek, ktorym Conan płynał. Jedyna scena, ktora być moze moze nastroic czytelnika pozytywnie do Belit, to scena ostatnia, w ktorej za sprawa sily swej zwierzęcej milosci do Conana, i zreszta tak jak ongis to zapowiedziala w milosnym uniesieniu, Belit juz po swej smierci ratuje mu życie, jako duch, przed atakujacym go nietoperzowym potworem. Tak czy siak, sam oryginal tez pozostawia wiele do zyczenia, moze w roku 1933 byl ok, ale dzis juz sie bardzo zestrzał i w swej naiwnosci jest raczej ciezkostrawny.   
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pt, 05 Czerwiec 2020, 15:49:10
Znam pierwowzór tyle że należało tutaj dokonać pewnych korekt, nie da się napisać przygodowej serii w której głównej bohaterki nie da się opisać ani jednym pozytywnym przymiotnikiem. Tzn. da się, ten gówniany komiks jest tego przykładem.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Pt, 05 Czerwiec 2020, 15:51:45
Skandalisto, dlaczego jeszcze żaden portal nie zrekrutował Cię w swoje szeregi? Chyba, że coś przegapiłem...
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pt, 05 Czerwiec 2020, 16:00:57
A bo za taki szczerozłoty talent, trzeba by zapłacić niemałe pieniądze.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Arion Flux w Pt, 05 Czerwiec 2020, 16:03:39
Znam pierwowzór tyle że należało tutaj dokonać pewnych korekt, nie da się napisać przygodowej serii w której głównej bohaterki nie da się opisać ani jednym pozytywnym przymiotnikiem. Tzn. da się, ten gówniany komiks jest tego przykładem.
Jak najbardziej sie da - lubimy antybohaterow wlasnie dlatego, ze sa taki skqrwysynami, że "nie da ich sie polubic". Źle jest wtedy, gdy (anty)bohater jest nijaki, nie wzbudza w nas zadnych emocji, no moze poza rozdraznieniem. I tak jest pewnie wlasnie przypadku przedmiotowego komiksu, i poniekad u Howarda też. 
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pt, 05 Czerwiec 2020, 16:12:17
Wymień chociaż jednego takiego.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Śr, 01 Lipiec 2020, 23:20:30
Czerwiec
 
Criminal t.3 – rzecz co prawda nie aż tak udana jak tom poprzedni; niemniej zachowuje pełnię charakterystycznej stylistyki sprawdzonego zespołu twórczego. 
 
Borka i Sambor t.4 – kontynuacja jednej z najciekawszych komiksowych serii tworzonych obecnie z myślą o młodym czytelniku. Legendarne dzieje wczesnopiastowskie „podrasowane” odrobiną dyskretnie przemyconej magii okazały się bardzo udanym „mariażem”. Do tego wdzięcznie zilustrowanym.
 
Superbohaterowie Marvela: Killraven – gratka dla fanów zarówno talentu Alana Davisa jak i wielbicieli retro-fantastyki w stylu „Wojny Światów” H.G. Wellsa (a przy okazji także jej oficjalnej kontynuacji pt. „Masakra ludzkości” S. Baxtera) oraz cyklu Barsoom (czy jak kto woli: marsjańskiego) E. R. Burroughsa. Im dalej tym lepiej i aż żal, że niniejsza opowieść nie przeobraziła się w pełnowymiarową serię. Tym bardziej, że potencjał ku temu był, a z każdym kolejnym rozdziałem świat kreowany stawał się pełniejszy i coraz bardziej przekonujący.
 
Bernard Prince t.3 – jeszcze jeden popis możliwości frankofońskich klasyków ze Złotego Okresu tamtejszej prasy komiksowej. Mimo dyskretnego posmaku retro tego typu komiksy niezmiennie czyta się jednym tchem, a ich walor stricte rozrywkowy zachowuje większość ze swej pierwotnej siły „rażenia”. Do tego jest okazja by przejrzeć się stylistycznej i warsztatowej ewolucji jednego z najwybitniejszych twórców europejskiego (a w gruncie rzeczy nie tylko europejskiego) komiksu.
 
Jessica Jones: Martwy punkt – z miejsca trzeba się nastawić, że mamy do czynienia z utworem gruntownie odmiennym od tego z czym mieliśmy do czynienia w przypadku wspólnych dokonań Bendisa i Gaydosa (uzupełnionych przez Bagleya). Niemniej cieszy okoliczność, że tytułowa bohaterka przynajmniej na ten moment nie podzieliła losu licznych osobowości, które utknęły w komiksowym Limbo. Niniejsza realizacja jest tego przejawem i oby tak dalej.
 
Binio Bill i Szalony Heronimo
-  ostatni ukończony album mistrza Jerzego (do tego uzupełniony o kolory, których nie zdążył już nałożyć) wypada nie mniej udanie niż poprzednie opowieści. Humor, przygoda i posmak Dzikiego Zachodu w autentycznie udanym stylu.
 
Potężna Thor: Wojna Asgardu z Shi’ar – zespół zaangażowanych w ten projekt twórców niezmiennie utrzymuje wysoki poziom. Razi co prawda nieco trywialna (i pretensjonalna zarazem) wizja społeczności bóstw sformatowana według standardów mentalnych osoby „wydestylowanej” z choćby śladowych potrzeb religijnych. Niemniej scenarzysta nadrabia tę okoliczność dosyceniem fabuły w emocjonujące sekwencje zmagań tytułowych, skonfliktowanych stron oraz umiejętnie prowadzonym rozwojem powierzonych mu postaci – w tym zwłaszcza (jakżeby inaczej) aktualnej dysponentki Mjolnira.
 
Papieże w Historii: Jan Paweł II – sprawnie zrealizowany przegląd dokonań jednej z najważniejszych osobowości XX w. Tymczasem nie było to zadanie wcale łatwe; choćby z racji ogromu zachowanych źródeł dotyczących tej postaci oraz wieloaspektowości dokonań Jana Pawła II. Udanie prezentuje się także ujęta lekką kreską warstwa plastyczna. Dobre otwarcie interesująco zapowiadającej się serii.

Awantura w wiosce Smerfów
– jeszcze jedno potwierdzenie fabularnej mocy bajek jako nośnika istotnych treści. Tym razem Papa Smerf zmuszony będzie podjąć się arcyryzykownego planu by zaniechać tytułowych swarów wśród swoich podopiecznych. I co więcej niniejsza opowieść zrealizowana została z fachowością zasłużonych klasyków.
 
Kick-Ass: Nowa – z pozoru po tym tytule spodziewać się można tzw. odgrzanego pulpeta w celu wygenerowania kolejnych zysków. Coś w tym jest; jednak rzecz „zaserwowano” w na tyle umiejętny sposób, że nawet politpoprawne wstawki (zresztą nie tak znowuż częste) nie rażą aż tak bardzo. Krótko pisząc: zacna sieka.

Papieże w Historii: Leon I Wielki – w ofercie polskich wydawców odnajdujemy już jeden tytuł przybliżający kulisy spotkania najsłynniejszego wodza Hunów i Leona Wielkiego („Attyla i papież Leon” Jacka Widora). Zagadnienie jest na tyle jednak istotne, że nic dziwnego iż twórcy inicjatywy „Papieże w Historii” także zdecydowali się na prezentacje tego epizodu. Uczyniono to profesjonalnie i bez coraz częściej występującego w kulturze popularnej antykatolickiego „najeżenia”. A nie da się ukryć, że ta okoliczność nie tylko sprzyja obiektywnemu spojrzeniu na ów moment dziejowy, ale też najzwyczajniej cieszy.

Superman: Rok pierwszy – autorski tandem w swoim czasie wzbudzający zachwyty przybliżonymi przez nich początkami Matta „Daredevila” Murdocka (czyli rzecz jasna Frank Miller i John Romita Młodszy) tym razem podjął się tego zadania w kontekście Człowieka ze Stali. Uczciwie trzeba przyznać, że z racji licznych wcześniejszych interpretacji genezy pierwszego w dziejach herosa (a przy okazji także początków jego aktywności), łatwego zadania nie mieli. I chociaż owo przedsięwzięcie, w odróżnieniu od „Człowieka Nieznającego Strachu” czy „Powrotu Mrocznego Rycerza” raczej nie zasili ścisłego kanonu komiksu superbohaterskiego to jednak okazało się nadspodziewanie świeżym (a co za tym idzie: udanym) spojrzeniem na początki Supermana.
 
Superbohaterowie Marvela: Cable – pomimo obaw rozczarowania (solowe opowieści z „Kablem” w roli głównej na ogół nie ścinały mnie swoją jakością z nóg) lekturę tego tomu zaliczam do satysfakcjonujących. Okazał się bowiem całkiem zgrabnie „skrojoną” postapokaliptyką z udziałem w swoim czasie wzbudzających we mnie sporo sympatii postaci (Bishop, tytułowy bohater). Dobry przyczynek do poszerzenia swojego oglądu na „krajobraz” uniwersum Marvela tuż po wydarzeniach przybliżonych w historii „Ród M”.

New X-Men: Piekło na Ziemi – Grant Morrison mocnym wejściem z poprzedniego tomu wykazał, że w temacie mutantów ma on bardzo wiele do zaoferowania. Kontynuacja „Z jak Zagłada” to jeszcze mocniejsze potwierdzenie tej okoliczności, a przy okazji żywiołowego talentu szkockiego scenarzysty. Można wręcz śmiało rzec, że to właśnie za sprawą jego stażu opowieści o wychowankach Charlesa Xaviera nabrały nowej dynamiki, a echa dokonań Morrisona znalazły swoje odbicie w późniejszych cenionych realizacjach takich jak „Astonishing X-Men vol.1” i „Uncanny X-Force”.
 
Akt # 24 – fani TM-Semic z całą pewnością nie doznają rozczarowania, bo niniejsza odsłona tegoż magazynu to pod tym względem autentyczna gratka. Ponadto kontynuacje przygód dobrze znanych czytelnikom „AKT-u” osobowości pokroju m.in. Grabarza Józefa i Willa Billa.

Doom Patrol t.3 – dopełnienie twórczego stażu Granta Morrisona w kontekście z całą pewnością osobliwych perypetii tytułowego zespołu wypada równie udanie co poprzednie zbiory. Być może tym razem nieco więcej poczucia schyłkowości oraz depresyjnych konstatacji. To jednak dodaje tej opowieści dodatkowych walorów. Aż szkoda, że to już koniec tego jak dotąd najbardziej udanego etapu w dziejach „Bohaterskich Dziwolągów”.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: rekinn w Pt, 03 Lipiec 2020, 11:59:40
Czerwiec

Wonder Woman New 52 Azzarello run- wreszcie przeczytałem. Odkładałem to i odkładałem, a całkiem niepotrzebnie. Super historia, każdemu polecam. Bawiłem się lepiej niż przy większości Batmanów jakie czytałem. Chyba nawet nie większości, a wszystkich. Podoba mi się w tym komiksie wszystko! Podoba mi się, że WW jest bohaterką do szpiku, że scenarzysta i rysownik jej nie seksualizowali, że nie ma tu dla niej wątku romantycznego, natomiast potraktowali postać jak na to zasługuje, z szacunkiem. Jest przygoda i akcja i ciekawa historia. Jakby ktoś chciał dać komiks córce, to strzał w dziesiątkę. Jedynie zakończenie na minus, bo nie wiem jak mozna zrobić finisz w stylu, dobra koniec, dziękuję do widzenia, na trzech stronach. Poza tym wszystko cacy.

Zna ktoś jeszcze jakieś dobre runy z WW? Zacząłem przeglądać run z Odrodzenia, ale tam już bohaterka wszędzie świeci dupą. Nie zrozumcie mnie źle, jak chcę oglądać dupę to oglądam, np. w Druunie, czy Manarze, czy w czymś podobnym, ale jak czytam WW/ Batgirl/ Supergirl czy coś w tym stylu, to mi się to potwornie gryzie, takie zabiegi. Oczekuję, że postać nie jest jedynie zabawką w rękach twórcy. Z Batmanem w końcu nie mogą robić co im się żywnie podoba, nie?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: perek82 w Pt, 03 Lipiec 2020, 14:00:09
Takie małe podsumowanie czasu kwarantanny (nie żeby się zaraza skończyła, ale wakacje, chwila odpoczynku od siedzenia na kanapie, odrabiania lekcji i udawania, że się ciężko dla korporacji pracuje):

ABC Warriors: Wojna Volgańska (3/5) - skusiłem się na jakąś promocję bo chciałem przeczytać choć jeden komiks z robotami. Nie podeszło mi za bardzo. Może jakby była cała historia, to coś więcej bym z lektury wyciągnął. Dużo hałasu, chaosu. Oprawa graficzna budzi zaciekawienie. Chyba nie dla mnie ta seria.

Stickleback (3/5) - więcej sobie obiecywałem po tym tytule i w sumie może źle nie jest, ale ten styl rysunków męczy mnie. Często nie mogłem się dopatrzeć, co się właściwie w kadrach dzieje. Nie wiem, może mam jakąś taką wadę. Zazwyczaj czytam tekst a rysunki przelatują mi przed oczami jak film. Specjalnie się na nich nie skupiam (no chyba, że coś naprawdę wymiata). A tutaj musiałem wytężać wzrok, żeby coś zobaczyć.

Berlin (3 tomy Lutesa) - w trakcie czytania jeszcze. Ciągle mi coś przeszkadza, ale też lektura do łatwych nie należy. Tytuł daje trochę do przemyślenia, co się może dziać gdy ideologie zaczynają kierować ludźmi (nie komentuję kampanii wyborczej, tylko takie ogólne stwierdzenie).

Bruno Brazil (4/5) - świetnie się czyta, dużo humoru (nie wiem czy zamierzonego, czy wynikającego z 50 lat, które minęło od czasu stworzenia komiksu). Wartka akcja, świetne rysunki, kadrowanie. Klasyk gatunku.

Criminal vol. 3 (4/5) - seria cały czas trzyma poziom, a ten tom chyba nawet najbardziej mi podszedł bo czytałem do oporu po nocy, co mi się raczej nie zdarza. Przyszła mi nawet taka myśl, że to godny następca Sin City w swoim gatunku.

Czarny Młot '45 (3,5/5) - kolejny spinoff głównej serii, co już zaczyna trochę męczyć. Do przeczytania, chociażby dla nieco innej stylistyki. Ale spinoff to nie to samo co główna seria.

Daredevil Millera (4/5) - z każdym tomem jest coraz lepiej. Nawet teraz się to świetnie czyta. Nie dziwię się, że to była trampolina do wielkiej kariery dla twórcy. Dla mnie najlepsze jednak przed nami, bo jak rozumiem Born again i man without fear będą w następnym tomie. To mam w oryginale i pewną zagwozdkę, czy kupić po polsku. Nie lubię dubli:)

Fatale (3,5/5) - super pomysł na serię, przemyślany scenariusz, napięcie. Wszystko niby jest. A jednak do satysfakcji trochę zabrakło. Można było więcej wycisnąć i zakończenie też takie sobie. Ale nie żałuję - znalazłem na allegro w niezłej cenie, bo ominąłem przy premierze.

Hellblazer Ennisa (4/5) - właściwie każdy tom mi podchodzi. Wydawanie wybranych runów sprawia, że nie przeszkadza mi, że charakter bohatera się zmienia co jakiś czas. Traktuję to jako osobne historie. No i czekam na kolejne tomy.

Szoki przyszłości (3,5/5) - taki zapychacz trochę, ale jakoś mam słabość do takich składaków krótkich historyjek. Trzeba docenić autorów że na kilku stronach potrafią sprzedać jakąś opowieść. Jak ktoś to robi z humorem, to już całkiem fajnie wychodzi.

Mroczne miasta gorączka urbikandyjska (4/5) - przepięknie narysowane. Historia trochę abstrakcyjna, niby niewiele się dzieje, a jednak człowiek nie może się oderwać. Duży plus za oryginalność.

Providence (4,5/5) - tak się złożyło, że akurat czytałem 2 duże zbiory opowiadań Lovecrafta i będą w kimacie wciągnąłem i komiks. Można powiedzieć, że mało się dzieje, akcja wolno się rozwija, ale to właśnie mi się spodobało. Plus niezliczona liczba odniesień do rzeczy, które jeszcze miałem w pamięci.

Silver Surfer Przypowieści (4/5) - gdyby zostawić w tym tomie 2 historie (Przypowieść i Requiem), to by na tym nie ucierpiał. Jak czytałem to miałem dość duży zgryz ze sposobem przedstawiania kobiet w jednej z historii - dużo podtekstów seksualnych jak na zwykłe superhero. Chyba, że to taki okres, w którym tak to się robiło.

Trzeci testament Juliusz (4,5/5) - z pewną obawą kupiłem ale okazało się, że komiks jest znakomity. Wciąga jak najlepszy film przygodowy. Mnóstwo się dzieje, ciągle jest następna góra, następna pustynia do przebycia. Z rozmachem wszystko zrobione i dobrze przemyślanymi postaciami. Czekam na oryginał, ale nie wiem czy sprosta moim oczekiwaniom.

Twardziel (4/5) - Kolejny klasyk od Lemire'a. Drobny minus za pewną wtórność (Essex i Podwodny spawacz mają wiele wspólnych elementów).

Wiek Evy (4,5/5) - myślę, że nie każdemu podejdzie ten komiks - dużo eksperymentowania z formą i rysunkiem. Ja byłem oczarowany, chociaż nie od początku. Chwilę musiałem się przyzwyczaić i zobaczyć o co właściwie chodzi. A poza tym pięknie wydane.

Zaćmienie (4,5/5) - dlaczego to ja opuściłem przy premierze to nie wiem, ale na szczęście jakaś dobra dusza sprzedawała na allegro. Dla mnie to jest komiks, do którego odnoszę wszystkie inne z tego gatunku. Perfekcja w każdym calu. Majstersztyk. Super dodatki w formie ciekawych historii z tamtej epoki.

Ziemia swoich synów (3,5/5) - komiks wypychający czytelnika ze strefy komfortu. Ukazany świat w wielu aspektach wygląda gorzej niż w koszmarach. Minus za zakończenie, które jakoś mam wrażenie niedopracowane i zupełnie bez zaskoczenia.

Argentyna (3/5) - nie przemówił do mnie ten komiks. Po prostu. Nie poczułem się wciągnięty w historię. Może nie przyłożyłem się do lektury tak jak powinno się przy Andreasie.

Jim Cutlass (3,5/5) - zaryzykowałem, chociaż fanem westernów nie jestem (poza Bluberrym). Trochę głupawy bohater i te jego przygody mi się wydały. Odpuszczam tę serię. Spróbuję z Cartlandem. Ciągle szukam komiksu, który by mnie tak zastrzelił jak filmowy Bez przebaczenia Eastwooda.

Niesamowita dokręca głowa ... (3/5) - kilka krótkich historyjek "ze świata Hellboya" czy też raczej w podobnym klimacie. Łyknąłem między zupą a drugim daniem. Nie przemówił ten komiks do mnie. Nie jestem zadeklarowanym fanem Mignoli (chociaż Hellboye zajmują półkę).

Superman rok pierwszy (2,5/5) OMG, nie wiem na co liczyłem biorąc się za to - że to będzie kolejny fajny origin Supermana (po Man of Steel i For All Seasons, filmach)? Twórcy mnie skusili, ale nawet to nie pomogło. Chcę wyrzucić to z pamięci i nie mogę - Superman w (nie wiem jak ukryć spojler, więc nie wpiszę, gdzie w tym komiksie trafił i co robił).

Chyba wszystko.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: eferce w Pt, 03 Lipiec 2020, 14:20:44
A gdybyś został zmuszony wobec nieprzewidzianych okoliczności, jednemu dać 5/5 to któremu?
Kto byłby królem kwarantanny?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: perek82 w Pt, 03 Lipiec 2020, 14:33:32
5/5 to jest top of the top.
U mnie to mają: Maus, Sandman, Prosto z piekła i Potwór z bagien Moore'a
Królem kwarantanny jest chyba Zaćmienie. Juliusz obok.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pt, 10 Lipiec 2020, 14:38:55
  Podsumowanie czerwca. W tym miesiącu sporo czytania, i po raz kolejny głównie nadrabianie kolekcji. Powoli zbliżam się do końca WKKDC oraz rozpocząłem w końcu transformery. UWAGA UWAGA mogą pojawić się SPOILERY!!!


1. Najlepszy:

  "WKKDC - Potwór z Bagien tom 1,2" - Alan Moore, Stephen Bissette, John Totleben. Wejście "z buta" gwiazdy rynku brytyjskiego na poletko DC no i cóż można więcej powiedzieć o tym, że w tym wypadku nie tylko drzwi wyleciały razem z futryną ale i cała ściana w której były zamontowane się obaliła. Cóż zapewne niektórzy mogliby ten komiks nazwać typowo moore'owską dekonstrukcją ja bym raczej określił go mianem redefinicji postaci. W sumie dla polskiego czytelnika nie ma to większego znaczenia bo z wyjątkiem dwóch filmów jeszcze z ery vhs oraz ostatnio serialu tv postać raczej nie była szerzej znana w naszym kraju, zresztą jest to na tyle jasno napisane, że nie ma problemu zorientować czymś się różni nowy Potwór od starego. Znając autora byłem na dużo przygotowany ale mimo wszystko nie na to co od niego dostałem. Moore nie starał się zmienić horrorowatej natury oryginału, ale przekształcił ją na swoją modłę i wycisnął z tematu wszelkie soki. Scenariusz składa się z kolejnych sekwencji budujących ciągnącą się jednym ciągiem historię, natomiast każdy taki blok "zbudowany" jest w innym stylu. Zaczyna się od body-horroru czegoś czego zresztą spodziewać się można po tym tytule, ale dalej dostaniemy i horror okultystyczny i klasyczną powieść gotycką i rozdział silnie inspirujący się prozą Stephena Kinga i psychologiczny dreszczowiec, ba nawet znajdzie się i miejsce na historię z wyglądającymi i zachowującymi się jak postacie z kreskówek kosmitami i podróże zaczerpnięte prosto z mitologii...i w sumie wkładamy rękę do torebki i nie mamy pojęcia jaki cukierek z niej wyciągniemy. Przy tym wszystkim Moore absolutnie nie wstydzi się superbohaterskich korzeni (celnie!!!)serii serwując nam naprzykład Ligę Sprawiedliwości (będą i inne postacie ze świata DC) i właściwie już na początku pojedynek na pięści w którym stawkę będzie życie całej planety a to wszystko podlane nienatrętną ekologią. Co najlepsze wszystko to jest strasznie naturalne, nie czuć tutaj tej pewnej dozy pretensjonalności która jest obecna u autorów czasami porównywanych do "Czarownika z Northampton" a którzy w mojej opinii nie mogą w żadnym wypadku się z nim równać. Komiks czyta się jakby Moore siadł gdzieś na słońcu, zjadł odpowiedni specyfik i po prostu zaczął opowiadać, ciężko ukryć lektura to jeden, wielki, psychodeliczny lot który kulminację znajdzie na końcu drugiego tomu w opowiadaniu sięgającym głęboko do filozofii erotyki rodem z Ery Wodnika. Nie będę zgadywał co Alan Moore przy pisaniu spożywał, ale jestem przekonany że podzielił się tym uczciwie z Bisettem i Totlebenem. Pod względem graficznym ten komiks to arcydzieło, prace obydwu panów wyglądają jak dzieło życia szalonych naukowców co zresztą idealnie pasuje do fabuły. Ciężko nie zauważyć nawiązań do stylu Bernie Wrightsona, wielu czytelnikom mogą się wydać archaiczne i zbyt dziwaczne (i dobrze się skojarzą dzisiaj nigdzie może z wyjątkiem niszowych zinów się tak nie rysuje), wiele razy niechlujne i być może w wielu przypadkach po prostu brzydkie. Ale mimo, że do pewnego stopnia zgodzę się z tym wszystkim to osobiście jestem tym groteskowo-makabrycznym stylem zachwycony, naprawdę wiele razy zatrzymywałem się przy obracaniu stron aby podziwać te niepokojąco odrealnione kadry. Strach i szaleństwo wyzierające z rysunków to znak firmowy. Byłem ostrzeżony że to zajebisty komiks, sam siebie przekonałem że to zajebisty komiks ale nie spodziewałem się że aż tak zajebisty, to zdecydowanie najlepsza pozycja z jaką miałem do czynienia w tym roku i jedna z najlepszych wogóle. Czy ma jakieś wady? A pewnie kto ich nie ma? Ciężko mimo wszystko nie zauważyć, że Saga jest jednak bezpośrednią kontynuacją komiksu innego autora i momentami żałowałem, że nie zapoznałem się z pracami poprzednika, ponadto Moore w podejrzanie wygodny sposób pozbywa się męża Abbey robiącego za zawalidrogę w czym zresztą zdaje się orientuje po czasie i w dosyć sprytny sposób go przywraca. Pewnie i coś by się jeszcze znalazło, ale ja nie bardzo miałem ochotę szukać.  To głęboko egzystencjalna powieść grozy korzystająca z rekwizytów...właściwie z każdego rekwizytu jaki przyjdzie autorowi do głowy, tajemnicą nie jest że Alan Moore to zawodowy erudyta a jego komiksy to pod względem czysto literackim zawsze niezwykle wysoki poziom. W tle nieustannie panującego strachu czy to metafizycznego czy czysto cielesnego, znajdziemy opowiadania o całkowicie przyziemnych lękach i niepokojach toczących każdego codziennie każdego z nas. Nie boję się tego przyznać to wielka literatura czasami obrazoburcza a czasami i odrażająca i po tylu lat ciągle świeższa niż to co pisze się w dzisiejszych czasach. Cóż "Czarownik" po raz kolejny rzucił swój urok, ten facet chyba podpisał kontrakt z diabłem. Ocena 9+/10.


  "Catwoman - Rzymskie Wakacje" - Jeph Loeb, Tim Sale. Przeleżało to na półce, przeleżało aż w końcu "nadejszla wiekopomna chwila". Dodatek do "dyptyku" dwójki autorów składającego się z "Długiego Halloween" i "Mrocznego Zwycięstwa", których znajomość do lektury nie jest właściwie potrzebna. Selina Kyle vel Catwoman postanawia odpocząć od coraz bardziej nieprzyjemnej atmosfery Gotham i przenieść się na chwilę do Europy aby nie spędzać jednak czasu całkowicie bezproduktywnie spróbuje dowiedzieć się co nieco na temat swojej przeszłości i sprawdzić co łączy ją z mafijną rodziną Falcone. Do towarzystwa dobierze sobie dosyć nieoczekiwanie i na dobrą sprawę nie do końca wiadomo dlaczego Eddiego Nygmę czyli Riddlera. Dla dręczonej dziwacznymi snami Seliny misja nie rozpocznie się najszczęśliwiej bo oto jeden z mafijnych bossów jej informator od razu na starcie rozmowy zejdzie z tego padołu w sposób nie do końca naturalny co zrzuci podejrzenia o jego zamordowanie na bohaterkę i uczyni z niej tarczę strzelniczą dla całej "familii". Z pomocą przyjdzie jej mafijny cyngiel Blondas oraz jako betonowe koło ratunkowe, Eddie który w tym komiksie otrzymał wyjątkowo komediową rolę. Rysownikiem jest Sale więc rysunków jego nie muszę reklamować...stop, wróć właśnie że muszę. To najlepiej narysowany komiks Tima Sale jaki widziałem, autor znany ze zdolności operowania cieniem niemalże na poziomie Mignoli oraz genialnego wyczucia momentu przejścia z niewielkiego kadru do pełnej planszy wspina się tu na wyżyny umiejętności, czemu z pewnością pomaga Dave Stewart, który zajął się nałożeniem koloru. Barw jest sporo więcej niż w Halloween chociaż są one zgodnie z duchem powieści mocno stonowane, kolorysta stosuje też o wiele płynniejsze przejścia pomiędzy nimi co często podkreśla miejsca w których Sale użył ołówka i co "rozmiękcza" nieco kanciastość zwykle kojarzoną z rysownikiem. Zapewne zgodnie ze stereotypem panującym w USA, że w Europie ludzie niczym innym się nie zajmują tylko seksem cały album jest dosyć mocno (jak na komiks DC oczywiście) rozerotyzowany, Sale nie szczędzi nam kadrów z coraz bardziej pozbawioną odzienia i znajdującą się w coraz bardziej wyuzdanych pozach Seliną (ba nawet udało mu się przymycić jej nagi tyłeczek, byłem mocno zdziwiony szczerze mówiąc). Na minus momentami zbytnio upodobnienie Catwoman do Elektry, za to absurdalnie cudowna całostronicowa plansza ze zdziwioną Seliną narysowaną w stylu pin-up girl wynagradza wszelkie niedociągnięcia, zresztą tam jest więcej kadrów w stylu powiększyć-oprawić w ramę-powiesić na ścianie. Nie będę nikogo przekonywał, że to najlepszy komiks świata. W/g mnie Loeb często o wiele lepiej radzi sobie z dialogami i ogólnym klimatem niż z sensownością całości lub logicznością pewnych wydarzeń i to samo tyczy się tego komiksu. Historyjka nie jest specjalnie skomplikowana, część postaci (co u tego autora dosyć częste) wydaje się wyciągnięta z kapelusza a sceny na jachcie kompletnie bezsensowne. Natomiast całość jako całość broni się naprawdę fajnie, komiks jest wyraźnie lżejszy niż jego dwaj poprzednicy i ma taki  luźny wakacyjny klimat, sporo humoru ale i świetne gorzkie zakończenie rodem z powieści noir-hardboiled które niewątpliwie stanowiły wzór dla autorów. Na dodatek świetne występy Batmana z pewnym niedopowiedzeniem czy to rzeczywiste wspomnienia Seliny czy jej erotyczne fantazje. Muszę przyznać, że Loeb znakomicie wychwycił pewną perwersję w kontaktach i ogólnie w samych postaciach Kotki i Nietoperza. Żaden kamień milowy, ale polecam. Ocena końcowa 8/10.
 

2. Zaskoczenie na plus:

  "WKKDC Superman/Shazam - Pierwszy Grom" - Judd Winnick, Joshua Middleton. Miniseria kompletnie nieznanych mi autorów opowiadająca o pierwszym spotkaniu Supermana oraz Kapitana Marvela, akcja dzieje się nie długo po rozpoczęciu ujawniania się drugiego rzutu bohaterów DC. W Metropolis ktoś dokonuje serii nadnaturalnych napadów na muzea kradnąc nieznanego przeznaczenia artefakty, trop prowadzi do Fawcett City gdzie właśnie ujawnił się nadnaturalny obrońca tego miasta Shazam. Fabuła nie jest jakoś nadmiernie skomplikowana, chociaż też nie można powiedzieć aby sprowadzała się wyłącznie do lania po mordach. Co mi najbardziej przypadło do gustu to to, że ten komiks to jeden wielki list miłosny do superbohaterszczyzny z czasów silver age, nie znajdziemy tu krwawiących bohaterów czy nie zobaczymy jak biegają pobici w podartych kostiumach tylko zawsze wyprasowanych i wypranych z kwadratowymi szczękami czyli tak jak powinni wyglądać, nikt też nie będzie molestował ich psychiki ani sprowadzał siedmiu egipskich plag. Będą za to wielkie roboty oraz najzupełniej klasyczny pakiet przeciwników czyli retro pełną gębą, tyle że w nowoczesnej formie. Żadnych nieporozumień tutaj nie wprowadzają też rysunki, kreska prosta, czysta, o dosyć cartoonowym zacięciu wyraźnie nawiązująca do klimatów klasycznego superhero co można zauważyć zwłaszcza w scenach akcji. Mi osobiście się podoba chociaż mam dwa zastrzeżenia twarz Billy Batsona często-gęsto wygląda dosyć koszmarnie co jest o tyle dziwne, że wszystkie pozostałe twarze wyglądają normalnie, do tego rysownik mógłby chyba poprosić o pomoc zewnętrznego kolorystę, momentami komiks wygląda jakby był złożony z kadrów jakiejś niespecjalnie dopracowanej animacji. Co mogę więcej powiedzieć, ten komiks jest po prostu czarujący, obydwaj superbohaterowie zachowują się jak harcerze, nie ma żadnego umraczniania czy też wprowadzania realizmu na siłę, świetnie nakreślono powstawanie więzi działającej na zasadzie starszego i młodszego brata łączącej tytułową dwójkę. To po prostu taki megasympatyczny komiks z pozytywnymi wibracjami w sam raz na lato i na odtrucie się po tych wszystkich Daredevilach, Visionach czy Watchmenach. Ocena 7+/10

  "WKKDC JSA - Złoty Wiek" - James Robinson, Paul Smith. Nie miałem żadnego problemu, aby określić czym ten komiks jest, w moim mniemaniu najodpowiedniejszym słowem jakiego miałbym użyć w tym przypadku jest "Bieda-Watchmen". Mamy do czynienia tutaj z dosyć bezczelną podróbką najbardziej znanego tworu Alana Moore umieszczonego w chyba kolejnym alternatywnym wszechświecie DC (chyba, ja już się dawno pogubiłem w tych wszystkich uniwersach i chyba wolę się nie odnajdywać). Akcja komiksu rozpoczyna się tuż po zakończeniu II WŚ, Ameryka zaczyna na pozór wracać do normalności ale tuż za rogiem czai się kolejne niebezpieczeństwo, senator McCarthy wraz ze swoją komisją czai się aby pogrążyć "Land of the Free" w ciemności tudzież ciemnocie. Większość superbohaterów wraz z członkami All-Star Squadron oraz Amerykańskiego Stowarzyszenia Sprawiedliwości (w nieco innym składzie niż te mi znane) zniknęła z życia publicznego toteż największy amerykański wojenny bohater Tex Thomspon - Americommando pupilek wszystkich Amerykanów na czele z prezydentem Trumanem postanawia podarować społeczeństwu nową generację utworzonych dzięki rządowemu naukowemu programowi strażników sprawiedliwości. Cóż wystarczy już na pierwszym kadrze spojrzeć na jego mundur mimo że przyozdobiony amerykańską flagą to jednoznacznie kojarzący się z SS oraz wąsik a la Clark Gable żeby się domyślić że będzie on złoczyńcą. W tym samym czasie emerytowani bohaterowie zajmują się robieniem pieniędzy, pisaniem artykułów uderzających w opresyjne rządy konserwatystów, chlaniem, ćpaniem oraz biciem żon czyli wszystkim tym, czego możemy się spodziewać od mniej więcej połowy lat 80-tych od bezrobotnych superbohaterów. W kwestii rysunków szczerze mówiąc też przypomina kopię "Watchmen" nieco podobna kolorystyka, bardzo podobny układ kadrów a i sama kreska też się kojarzy z dziełem Dave'a Gibbonsa, chociaż ma momentami chwilowe ciągoty w stronę stylu rysowania z lat 60-70 co dosyć przyjemnie koreluje ze scenariuszem. Zaznaczyć muszę, że same w sobie rysunki charakteryzują się dosyć sporym wahaniem poziomu, naprawdę świetny rysunek potrafi sąsiadować z naprawdę okropnym, Smith ma wyraźne problemy w rysowaniu twarzy odwracających się "od czytelnika". Owszem można zarzucić komiksowi brak oryginalności, można stwierdzić że powód zniknięcia superbohaterów nie ma sensu, można zarzucić autorowi że jego porównania i przenośnie są pisane z gracją bijących się Andrzeja Gołoty i Johna Ruiza, że ogólnie jego polityczne przekonania na których oparty jest scenariusz są grubymi nićmi szyte (mi to aż tak mocno nie przeszkadza, za każdym razem jak czytam coś autorstwa człowieka z Zachodu o życiu w opresyjnym systemie to się uśmiecham). Ja osobiście uważam za dosyć oburzające to jak potraktowano na koniec Josepha McCarthy niezależnie od błędów jakie on popełnił tudzież niepopełnił i dziwię się, że włodarze DC puścili coś takiego niezależnie od sympatii. Natomiast sama historia jest naprawdę niezła, postacie prowadzone ciekawie a ostatni zwrot fabuły muszę przyznać że mnie mocno zaskoczył, nigdy bym na coś tak dziwacznie głupiego nie wpadł. No i spójrzmy prawdzie w oczy, wbrew pozorom na naszym rynku nie mamy zbyt wielu komiksów podobnych tematycznie do Watchmen. Żebym nie zapomniał, Robinson żeby go nie posądzić o całkowity plagiat to ostatni rozdział zerżnął raczej z "Miraclemana". Przymykamy oko na minusy i otrzymujemy naprawdę wciągającą historię. Ocena 7/10.


3. Najgorszy przeczytany:

   "WKKDC Green Lantern - Zemsta Green Lanternów" - Geoff Johns, Carlos Pacheco, Ivan Reis, Ethan Van Sciver. Na początku wyjaśnię to nie jest wcale jakoś strasznie zły komiks, można go spokojnie przeczytać tyle że kompletnie nie rozumiem powodów umieszczenia go w kolekcji. Głównym bohaterem jest Hal Jordan, który właśnie dochodzi do siebie po zmartwychwstaniu i przebojach ze swoją inkarnacją jako Parallax, komiks podzielono na trzy rozdziały, dwa pierwsze nieco krótsze dzieją się na Ziemi i przybliżą nam nieco próbę przywrócenia stosunków z byłymi przyjaciółmi z Ligi Sprawiedliwości do normalności. Najpierw Hal wspólnie ze swoim najstarszym kumplem Ollie Queenem zmierzą się z synem Mongula i biorąc pod uwagę, że chwilę wcześniej dostaliśmy w kolekcji Supermana Alana Moore w którym jest historia z identycznym patentem spowoduje to, że za wielkiego wrażenia to ona nie robi (ok rodzinne zakończenie było całkiem sympatyczne). Później Latarnia wraz z Batmanem zmierzą się z jakimś 3-ligowym łotrem i gdyby nie to, że będzie scena w której Nietoperz nałoży pierścień (nie wnikam czy to ma sens czy nie) byłaby do zapomnienia jeszcze szybciej niż ta pierwsza. Trzecia najdłuższa i zdaje się tytułowa przenosi nas na planetę OA, gdzie Hal dowie się, że kilkoro z Green Lanternów których jakoby zabił po tym jak zwariował tak naprawdę żyje i jest przetrzymywana w zakazanym sektorze opanowanym przez zbuntowane roboty, które były poprzednikami korpusu Latarni. Ktoś inny mógł by pomóc w odbiciu byłych przyjaciół w strefie do której Strażnicy zabronili zaglądać jak niezawodny Guy Gardner? Być może, ale Guy jest pod ręką akurat i jak zawsze ma ochotę kogoś zlać na dodatek mimo że głęboko stara się to ukryć jest w gruncie rzeczy porządnym facetem więc obydwaj łamią wszelkie przepisy Korpusu i lecą gdzie trzeba, gdzie na miejscu dowiedzą się, że złymi robotami dowodzi Hank Henshaw czyli Cyborg Superman. Dlaczego Hank miałby na najgorszym zadupiu kosmosu knuć plan zniszczenia wszechświata za pomocą masy zwariowanych robotów? Nie mam nomen omen zielonego pojęcia, w każdym razie dostanie po swojej paskudnej facjacie a Hal przy okazji odzyska swoją byłą dziewczynę blond latarenkę z elfimi uszami i wielkim biustem. Wszyscy trzej rysownicy są dosyć znani nawet na naszym rynku więc nie ma tutaj co wymyślać. Jak ktoś szuka w rysunkach artystycznych doznań, to nie ma tu czego szukać, jak ktoś lubi typowe dla gatunku obrazki to nie będzie rozczarowany. Jak już wcześniej wspomniałem, da się to czytać ale ten komiks jest straszliwie wyrwany z kontekstu. Widać, że początek jest kontynuacją jakichś wcześniejszych wydarzeń a w historiach wprowadzane jest mnóstwo wątków, które znajdą rozwiązanie lub wogóle nabiorą sensu gdzieś dalej. To taki dosyć częsty przypadek w każdej serii, kiedy autor jest dopiero na etapie projektowania historii i kiedy zaczyna rozstawiać dopiero pionki na szachownicy a że musi przecież coś pisać to pisze takie łubudubu w którym niby wszystko szybko się dzieje, ale tak naprawdę jest tego niewiele. Taki typowy zapychacz, którym ten komiks jest, a którego musi być kilka numerów aby autor był gotowy przejść do sedna. Aha kompletnie nie mogę zrozumieć o co chodzi w tytule tomu, jacy Green Lanterni, za co się mścili i w którym momencie to nastąpiło? Nie mam pojęcia, tak samo jak nie mam pojęcia po co zajęto jedno miejsce w kolekcji akurat tym komiksem. Ocena 5+/10.


4. Zaskoczenie na minus:

  "WKKDC Batman - Czarna Rękawica" - Grant Morrison, JH Williams III, Tony S. Daniel. Za każdym razem jak pisze o komiksach Granta Morrisona to przynudzam, że nie jestem jego fanem bo niektóre jego komiksy mi podchodzą a niektóre wręcz odwrotnie. Ostatnimi jednak czasy podeszło mi naprawdę kilka komiksów tego autora pod rząd tak że zacząłem myśleć, że jeżeli nie wielkim fanem to zostanę może chociaż takim malutkim ale tym razem zostało mi wylane na głowę może nie kubeł, ale pół szklanki wody. Tom podzielony jest na dwie części. Pierwsza to dosyć klasyczny kryminał w którym Batman wraz Robinem udają się na samotną wyspę leżącą gdzieś w Europie na coroczne spotkanie Międzynarodowego Klubu Bohaterów czyli grupy herosów z różnych stron świata wzorujących się na Batmanie, którzy w latach 50-tych (czasu rzeczywistego nie tego w komiksie) współpracowali z nim w zwalczaniu zbrodni. Dosyć szybko bohaterowie zostaną odcięci od świata zewnętrznego oraz padnie pierwszy trup, no ale w końcu skoro tylu detektywów zgromadziło się w jednym miejscu odkrycie sprawcy zbrodni nie powinno być zbyt trudne. Trzeba przyznać, że historyjka jest wciągająca ma fajny klimat kryminałów Agaty Christie połączony z bieganiem po nawiedzonej rezydencji w stylu Scooby-Doo, natomiast co jest normalną przypadłością wśród autorów próbujących stworzyć tego typu historię, ale nie zajmujących się tym zawodowo nie daje niestety czytelnikowi szansy na rozwiązanie zagadki samemu, od początku do końca jesteśmy skazani na inwencję autora. Z pewnością warto też zwrócić uwagę przy lekturze na pracę rysownika, Williams znakomicie operuje całym wachlarzem styli zmieniając je zależnie od potrzeb scenariusza. Przy ukazywaniu całych postaci w świetle z racji na dosyć absurdalne klasyczne stroje bohaterów przeskakuje na lekko uproszczoną kreskę, w zbliżeniach na twarz lub scenach dziejących się w ciemnościach (rewelacyjna operacja cieniem) rysunki stają się realistyczniejsze, w scenach retrospekcji z przygód bohaterów prosto ze Srebrnej Ery rysunki przybierają wygląd klasycznych komiksów z lat 50-tych, gdzie potrzeba dostaniemy bardziej surrealistyczne kadry będzie też kilka w czerni i bieli. Z pewnością jest czym nacieszyć oko. Druga część to zakończenie historii duchów rozpoczęty o ile dobrze pamiętam w tomie "Batman i Syn" i to takie typowo morrisonowe wizje i mieszanie w głowie i Batmana i czytelnika, sama konkluzja opowieści jakiegoś specjalnego sensu też nie ma, za to na plusik występ niepokojąco wyglądającego Bat-Mite. Za stronę wizualną odpowiada Tony Daniel, który ciężko ukryć jest o wiele lepszym rysownikiem niż scenarzystą więc nie ma na co pod tym względem narzekać. Dochodzi do tego jeszcze ostatni zeszyt z jakimś absurdalnym czarnym charakterem, który wypadł chyba z notatnika z niewykorzystanymi postaciami z Doom Patrolu oraz odkryciem sekretnej tożsamości Bruce'a przez jego aktualną kochankę. Zauważyłem to już wcześniej a ten komiks jest tego kolejnym potwierdzeniem Grant Morrison bardzo chciałby być Alanem Moore tyle, że to nie ten kaliber autora, dostaliśmy już dwa tomy jego serii i to jest chyba wystarczającej wielkości próba aby się na ten temat wypowiedzieć i więcej się szczerze mówiąc spodziewałem po tym tytule. Natomiast cały czas jest to lepsze niż aktualna seria. No i wbrew temu co można by sądzić po tytule nie dowiemy się za wiele na temat tajemniczej Czarnej Rękawicy, sądząc po nazwie to jakaś organizacja. Jest Ras Al-Ghul, jest jakiś doktor Hurt więc może to oni? Ocena 6+/10.

  "Transformers Kolekcja G1" - tomy 1-9, autorzy różni. Powrót znanej i lubianej serii do naszego kraju, tym razem w dwóch idących równolegle postaciach, czyli serii amerykańskiej i brytyjskiej. W założeniu zdaje się amerykańska seria jest tą podstawową a brytyjska ma do niej nawiązywać bez wprowadzania jakichś ważnych wątków i oczywiście bez zaprzeczania tej pierwszej, tyle że jest to nieco problematyczne. Historie są ustawione niby chronologicznie, ale ja osobiście zastanawiam się czy nie wolałbym oddzielnie czytać wersji US i UK bo to jak one są ułożone w tomach czyni lekturę strasznie szarpaną, Brytyjczycy czasami nawiązują do serii amerykańskiej kontynuujac jej wątki, ale zazwyczaj tego nie robią a później zaczynają się bawić skokami w czasie i robi się jeszcze mniej przejrzyście czasami pomagają odredakcyjne teksty umieszczane w każdym tomie, które starają się wyjaśnić fabularne zawiłości. Czasami też nawet one nie pomagają. Kolekcja zaczyna się od pierwszej miniserii wydanej i u nas przez Tm-Semic pisanej przez znanego z Marvela Boba Mantlo a kończone przez Jima Salicrupa. Nie da się ukryć że historia nieco dzisiaj trąci myszką no i z racji tego, że ma w gruncie rzeczy stanowić katalog reklamowy dla zabawek może nieco drażnić manierą powtarzania co chwila imion robotów. Natomiast dla mnie osobiście historyjka trzyma się całkiem nieźle, dobrze wprowadza nas w świat robotów a sama jest sensowna na tyle, że jako czytelnik nie musiałem się krzywić. Rysownicy zmieniają się co zeszyt i sami do końca nie wiedzą jak mają wyglądać niektóre roboty. Od drugiego tomu funkcję scenarzysty przejmuje dotychczasowy redaktor Bob Budiansky i w historiach również znanych z Tm-Semic zaczyna budować transformerową "mitologię" czyli wjeżdżają anonsowane już wcześniej Dinoboty pojawia się Shockwave, koncepcja matrycy, Josie Beller aka Circuit Breaker czy G.B. Blackrock. Rysownicy dalej się zmieniają co chwila i będzie to jeszcze trochę trwało do momentu przyjścia Dona Perlina (żałuję, że stałym rysownikiem nie został William Johnson, ten który rysował pojedynek Ratcheta z Megatronem to chyba najlepiej wyglądało ze wszystkich tych zeszytów). Tymczasem dosyć zaskakujące okazały się brytyjskie zeszyty pisane od prawie samego początku przez stałego scenarzystę Simona Furmana, naprawdę niezły "Człowiek z Żelaza" (to akurat jednorazowy występy Steve Parkohouse'a) w klimacie quasi-horroru, późniejsze zeszyty to takie trochę zapychacze czasami niezłe czasami nie bardzo, za to gorzej wyglądające niż kuzyni zza Wielkiej Wody, którzy przecież też strasznie piękni nie są. Niestety im dalej w las tym więcej drzew i o ile Furman wyraźnie z zeszytu na zeszyt zaczyna się rozkręcać to Budiansky zaczyna się skręcać. Podejrzewać można, że sporo w tym winy wydawcy który nie tylko wymusza wprowadzanie nowych Transformerów w miarę lądowania nowych wzorów na sklepowych półkach to jeszcze dba o to aby seria nie wykroczyła poza ramy komiksu dla dzieciaków. O ile Budianskiemu idzie całkiem nieźle pisanie pojedynczych zeszytów takich jak "Tygiel" (jednorazowy wystrzał, zapewne zbyt ponury dla włodarzy Marvela) czy nawet takie typowe dla małoletniego czytelnika jak historia z myjniami tak absurdalnie głupia, że aż fajna. To po pierwszych całkiem solidnych story-arcach całość wyraźnie zaczyna tracić sens. Przeciąganie na siłę wątku walki o władzę Megatrona z Shockwavem nie ma żadnych racjonalnych przesłanek, co chwila zmieniają się na swoim stanowisku kompletnie bez powodu, albo i obaj dowodzą naraz w jednym momencie. Co chwila pojawiają się nowe roboty, czasami nawet nie wiadomo skąd i co gorsza większość z nich w przeciwieństwie do tych z pierwszych składów nie posiada już jakichkolwiek cech charakteru, niektóre nawet nie dostają chyba żadnego dialogu. Co jeszcze słabsze, na dobrą sprawę nie wiadomo co się dzieje z tymi starymi, do momentu do którego doczytałem z pierwszego składu Autobotów funkcjonują tylko Bumblebee/Goldbug, Wheeljack, Dinoboty oraz Ratchet i Prowl którzy właściwie też się przestali pokazywać co się stało z resztą? Z wyjątkiem Sunstreakera, który już wcześniej został ciężko uszkodzony i Jazza, któremu usmażyło mózg nie wiadomo, u Decepticonów to samo. O takich żałosnych momentach jak śmierć Optimusa Prime (jadąc na monocyklu jednocześnie żonglując płonącymi pochodniami, napisałbym coś lepszego) czy historyjka z samochodzikami wolę zapomnieć. Inaczej sprawa ma się w serii UK, która wygląda coraz fajniej. Przede wszystkim skierowana została chyba do nieco starszego czytelnika, Transformery są tam o wiele łatwiej zniszczalne, co prawdopodobnie miało oznaczać znacznie większą ilość robocich trupów niż ta która ma miejsce. Same roboty sprawiają też wrażenie agresywniejszych, Hot Rod rozstrzeliwujący powalonych wrogów, Autoboty przemalowujące trzymanego w Arce nieprzytomnego Skywarpa aby Galvatron mógł go rozedrzeć na strzępy jako Starscreama, czy oddział Wreckers zajmujący się zabijaniem najpotężniejszych lub najbardziej bestialskich Decepticonów to pomysły raczej bez szans w wydaniu amerykańskim. Tak samo jak zagadnienie uczuć w przypadku kontaktów międzygatunkowych (Sprzedawcy 2 się kłaniają) o ile w przypadku najgłupszego Dinobota Sludge'a i pewnej blondynki sprawa jest raczej humorystyczna i na poziomie King Konga, to już w przypadku Ultramagnusa i przygodnie zabranej autostopowiczki chociaż też przedmiotem żartów,  całkowicie świadoma sympatia wykraczająca poza normalne "lubię Cię" to całkiem interesujący koncept. Same historie też wydają się póki co ciekawsze naprawdę niezły Cel 2006 i chyba nawet jeszcze lepiej napisany, chociaż już wtórny Poszukiwany Megatron czy też kolaboracja z G.I.Joe to przyzwoite historie, za to średnią decyzją było nie wydanie w kolekcji komiksowej wersji Transformers:The Movie (o ile taka istnieje), od Celu seria Furmana kontynuuje wątki z tego filmu. Za to wersja angielska ma jeszcze jeden spory plus. Świetnie wyglądające rysunki Geoffa Seniora. Rozczarowałem się tą serią na tyle że zrezygnowałem z prenumeraty, nie tyle może z powodu że to są strasznie złe komiksy, tyle że nie są wystarczająco dobre aby zajmować miejsce na półce którego nie ma nigdy zbyt wiele, doczytam to co mam i się zastanowię co z tym zrobić, może sprzedam, może zostawię. Te zeszyty, które czytałem za czasów tm-semic dalej czyta się całkiem fajnie, ale ja już wcale nie jestem zdziwiony skąd się wzięły takie przeskoki w serii, te historie z kombinowanymi Transformerami są fatalnie słabe. Roboty wprowadzane często bez polotu i bez jakichkolwiek fabularnych funkcji, a całość strasznie męczy swoją chaotycznością i kręceniem się w kółko. Ocena 6/10


5. Gratisowy dodatek


Przeczytać się powinno:

  "WKKDC Superman - Co się stało z człowiekiem jutra?" - Alan Moore, George Perez, Rick Veitch, Dave Gibbons. Zbiorek wszystkich komiksów o Supermanie jakie dla DC napisał Alan Moore, niestety nie było tego zbyt dużo to tylko cztery zeszyty i jeden annual, które dzielą się na trzy nowele i jednocześnie tworzą jeden z najcieńszych tomików w kolekcji. Pierwsze tytułowe opowiadania to pożegnanie z Supermanem (którym? nie mam pojęcia). Akcja rozpoczyna się 10 lat po jego śmierci, do mieszkania Lois Lane, która przez ten czas zdążyła założyć rodzinę trafia reporter, który chce aby opowiedziała ona o ostatnich dniach bohatera Metropolis. Cóż treść jest nieco szokująca, chyba nawet dzisiaj toteż zakończenie daje nam znać żeby całość potraktować z lekkim przymrużeniem oka, na ile to sympatia Moore'a do Supermana a na ile nacisk DC ciężko stwierdzić. Druga najkrótsza historia to spotkanie śmiertelnie otrutego Supermana ze Swamp Thingiem na bagnach Luizjany. A trzecia to wycieczka Wonder Woman, Batmana i Robina do arktycznej samotni. Cóż wiele lat minęło a te komiksy dalej się bardzo dobrze czyta, dalej są świeże i dalej porusza o wiele bardziej skomplikowane i głębsze tematy niż 99% innych komiksów o tej postaci. Nie jest to z pewnością najlepszy komiks Brytyjczyka ale dla fanów postaci istny must-have to takie dogłębne uczłowieczenie Kal-Ela i jednocześnie wzruszająca laurka dla niego. Ocena 7+/10

  "WKKDC Superman/Batman - Legendy Najlepszych na Świecie" - Walter Simonson, Dan Brereton. Totalnie oldschoolowy komiks od weterana Marvela, fabuła jest tak klasyczna, że bardziej już chyba być nie mogła. Simonson nie tylko sięga do klimatów okultystyczno-metafizyczno-ezoterycznych prosto do lat 70-tych to jeszcze serwuje nam motyw wymiany osobowości pomiędzy bohaterami. Niemniej czyta się to z przyjemnością, historia potrafi zaskoczyć no i mamy ciekawe rozwinięcie postaci Silver Banshee, ale tak naprawdę warto sięgnąć po tę pozycję z uwagi na piękne malunki Breretona. Ach w dzisiejszych czasach już tak komiksów się nie robi, to se ne vrati powinno się powiedzieć, ja jednak mam nadzieję że od czasu do czasu vrati. Ocena 7/10.

Można czytać spokojnie:

  "Śmierć Stalina" - Fabien Nury, Thierry Robin. Tragi-farsa rozgrywająca się pomiędzy głównymi szyszkami KC KPZR po wylewie Józefa Wissarionowicza. Raczej przerażająca i przygnębiająca niż zabawna. Nie trzyma się ściśle faktów historycznych ani też nie bardzo próbuje przedstawić w jaki sposób wyprodukowano człowieka sowieckiego, może to i zresztą lepiej bo autor tak naprawdę pojęcia o tym zapewne nie ma (chociaż ciągle jest szansa że się w końcu dowie). Za to zdaje się dosyć wiarygodnie oddaje wydarzenia, które działy się lub mogły się dziać w tamtym momencie. Rysunki przyjemne, karykaturalne ale w większości przypadków wiernie oddające rzeczywiste postaci, drażnią momentami komputerowe kolory. W podobnym klimacie i temacie poleciłbym bardziej absurdalnego "Czerwonego Monarchę" Jacka Golda, ale tutaj mamy dobry komiks, świetnie wydany w niskiej cenie i o treści raczej nieczęsto spotykanej na naszym rynku, więc nic tylko brać. Ocena 7/10.

  "WKKDC Amerykańska Liga Sprawiedliwości - Siła Wyższa" - Doug Moench, Dave Ross. Elseworldowy tytuł stojący jeszcze mocno jedną nogą w latach 90-tych. Z początku założenia opowieści wydawały mi się nieco idiotyczne, ale biorąc pod uwagę całość oraz zakończenie trochę jednak zaskakujące przekonały mnie do siebie. Owszem znajdziemy tutaj nieco głupstw, owszem nie wszystkie postacie zachowują się logicznie czy zgodnie z charakterem a autor mógłby się nieco bardziej przyłożyć do psychologicznych zagadnień, tyle że sama historia jako historia po prostu jest ciekawa. Dobrze się to czyta, rysunki całkiem zacne a większość różnic można sobie wytłumaczyć tym, że to w końcu alternatywny wszechświat. Grunt, że bawi a przecież o to zdaje się w tym sporcie chodzi. 6+/10

  "WKKDC JLA/JSA - Cnota i Występek" - David S. Goyer, Geoff Johns, Carlos Pacheco. Nieco nowszy od poprzedniego tytuł, ale jeszcze bardziej czerpiący z klimatów nineties. Dwie grupy superbohaterów spotykają się na imprezce po czym zostaje ogłoszony alarm, bohaterowie wspólnymi siłami ocalą prezydenta Lexa Luthora po czym połowa z nich zwariuje i rzuci się z pięściami na drugą połowę. Bedą walki, będą wycieczki do Limbo, będzie "zagadka". Komiks jest przyjemny, nieskomplikowany i absolutnie bezpretensjonalny niczym biust Power Girl. Johns potrafi pisać typowe superbohaterskie komiksy a i Goyer chociaż nie jedno można mu zarzucić potrafi sceny akcji pisać. Rysunki dają radę. Ocena 6/10.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: ramirez82 w Pt, 10 Lipiec 2020, 15:10:27
WKKM - Potwór z Bagien tom 1,2

WKKM Superman/Shazam - Pierwszy Grom

WKKM JSA - Złoty Wiek

WKKM Green Lantern - Zemsta Green Lanternów

WKKM Superman - Co się stało z człowiekiem jutra?


...kompletnie nie rozumiem powodów umieszczenia go w kolekcji.

Ja to w ogóle nie rozumiem umieszczenia tych wszystkich komiksów w WKKM! ;)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pt, 10 Lipiec 2020, 15:20:53
Już poprawiam!!! Albo to przez Kołodziejczaka albo przez Bazyliszka. Zakulisowe machinacje, chemtrails, lasery orbitalne mieszające w mózgu, program MK Ultra. Te sprawy.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: bibliotekarz w So, 18 Lipiec 2020, 14:39:05
Miesiąc ze Spider-Manem

Przeczytane:
TM-Semic - Formalności pogrzebowe (7/93), Zemsta Złowieszczej Szóstki (8-9/93), Zmysły (1-3/95), Podziemne miasto (9/95), Najlepsi wrogowie (10/95), Stracone lata (3/97)
WKKM - Marvels, Powrót do domu, Niebieski
Ultimate Spider-Man t. 1

Najlepsze: Marvels. Historia superbohaterów Marvela opowiedziana z perspektywy pewnego fotoreportera jako reprezentanta zwykłych ludzi. Cztery rozdziały poświęcone różnym postaciom - pierwszym superbohaterom (Human Torch, Namor, Captain America), X-Men, Fantastic Four i Spider-Manowi. Zarazem każdy rozdział zwraca uwagę na inny element oddziaływania społecznego superbohaterskiej działalności - wywoływane poczucie bezradności i braku znaczenia wobec starcia potęg, strach będący siłą napędową nienawiści do innych, niewdzięczność, podejrzliwość i teorie spiskowe, wreszcie nadzieja. Ludzka perspektywa oddana jest bardzo trafnie. Czytając cały czas odnosiłem wrażenie, że tak właśnie by było, tacy właśnie są ludzie. Nawet refleksja, że starzenie się i rosnący bagaż doświadczeń wpływa na postrzeganie otoczenia została uchwycona w komiksie. Drobny minus tej całej opowieści to jej gorzki wydźwięk i nieprzeliczona mnogość odniesień do wydarzeń z historyjek Marvela (przydał by się na koniec jakiś po nich przewodnik, czego w wydaniu WKKM zabrakło). Doskonała warstwa wizualna. Realizm i malarstwo nie sprawdzają się w komiksie, który jest osobnym medium i ma własne wymagania. Malarskie ilustracje rozmywają się w drobnych kadrach. Alex Ross jest jednym z niewielu artystów, który jednak wybronił komiks w konwencji malarskiej. Odbiorca nie "gubi się" a realizm ilustracji współgra z realistyczną wymową scenariusza. 9/10

Niebieski. Smutna historia o wesołym Spider-Manie (blue w angielskim oznacza również smutek). Opowieść o śmierci Gwen Stacy, w której sama scena śmierci miga jedynie na początku a zaskakujący i przejmujący finał nie jest wcale efektownym pojedynkiem. Nie znaczy to, że superbohaterskich pojedynków w tym komiksie brakuje. Spider-Man mierzy się z Green Goblinem, Vulture, Rhino i kilkoma innymi przeciwnikami. Jednak starcia te są raczej przerywnikami w opowieści tłumaczącymi dlaczego romans Petera i Gwen mimo, nomen omen, chemii między nimi od samego początku rozwijał się tak wolno. Loeb porusza wiele wątków, wplata w fabułę mnóstwo dowcipnych dialogów, świetnie uwypukla relacje między bohaterami. Naprawdę kibicuje się Peterowi w jego walce z przeciwnościami losu. Przenikanie się jego dwóch tożsamości sprawia, że i pojedynki "w rajtuzach" nabierają innego wymiaru i stają się bardziej emocjonujące. No i rysunki Sale'a. Nie wiem jak on to robi. Stawia kilka kresek i w oczach cioci May widać troskę. Jego kadry są proste, ale skoncentrowane na tym, co ma do przekazania. Mają niezwykłą siłę wyrazu trafiając zawsze w sedno subtelnego przekazu. Kilka kresek i mamy jak na dłoni skromność domku May i Petera, przebojowość Mary Jane, niewinność Gwen, dzikość Kravena. 8/10

Najgorsze: Zmysły. Podziemne miasto. To wielowątkowy temat do długiej dyskusji, ale McFarlane mimo niewątpliwego talentu i wyrazistego stylu mi nie podchodzi. Facet nie miał szczęścia do scenarzystów a jego własne osiągnięcia na tym polu są niezbyt zajmujące. W 5-odcinkowych Zmysłach akcja toczy się wokół morderstw dzieci w kanadyjskich lasach, o które niesłusznie podejrzany zostaje Wendigo. Wszystko to zarysowane zostaje w pierwszej części. Przez kolejne właściwie nic się nie dzieje a przede wszystkim absolutnie nikt nie prowadzi żadnego śledztwa, choć policja, chmara dziennikarzy, Spider-Man i Wolverine pojawiają się właśnie w związku ze śledztwem. W ostatniej części nagle wszystko się wyjaśnia. Mamy tu więc niezły pomysł na mroczny klimat opowieści i nic poza tym. Podobnie w Podziemnym mieście, które na szczęście jest znacznie krótsze. Najważniejsza sprawa to rysunki, z którymi mam pewien zgryz. Z jednej strony to artysta niezwykle ważny dla Spider-Mana, wart odnotowania w historii amerykańskiego komiksu (i stworzył w tych historiach kilka naprawdę niezłych kadrów). Z drugiej strony późny McFarlane to przerost formy, mnóstwo drobnych dodatkowych pociągnięć ołówkiem, które nic nie wnoszą do całości obrazu. Do tego ta odrzucająca maniera łączenia dziecięcej infantylności z makabrą. Potwory mają dziecięce rąsie-pąsie. Obrzydliwi starzy mordercy stylizowani są na klaunów. Rozkładające się dziecięce zwłoki wyciągane z ziemi. Pozytywnego wrażenia nie robi to żadnego, jedynie każe się zastanowić, czy autor aby pod kopułą ma wszystko okay i czy nie powinno mu się uniemożliwić kontaktów z dziećmi. 5,5/10

Zaskoczenie na plus: Formalności pogrzebowe. Najlepsi wrogowie. Duet DeMatteis/Buscema wypada trochę jak Loeb/Sale. Na pozór proste rysunki, z którymi trzeba się nieco oswoić plus scenariusz eksplorujący psychologiczne niuanse i zawiłe interakcje trykociarzy. W latach 90-ych Buscema mnie do siebie nie przekonał. Teraz patrzę na niego jak na artystę, który czuje komiksowe medium całym sobą. Maksimum przekazu przy minimum środków. W kilku klasycznych kadrach potrafi oddać zmiany emocji bohaterów, nastrój chwili. A DeMatteis potrafi stworzyć historię przekonującą, nabierającą pewnej głębi. Widzimy jak bezwzględny jest Sęp w zemście a nieporadny w próbach uzyskania przebaczenia u kresu swego życia. Jak druga tożsamość Osborna wpływa na relacje jego rodziny z innymi, ale też jest dla niego szansą na otrząśnięcie się. Historie te okazują się znacznie lepsze po wgłębieniu się w nie niż wydają się po pierwszym przekartkowaniu. 6,5/10

Zaskoczenie na minus: Powrót do domu. Za Spider-Manem podąża tajemniczy Ezekiel, który zna jego tożsamość i ma zbliżone moce. A do Nowego Jorku przypływa wampir energetyczny mocno nawiązujący do Drakuli. Dowiadujemy się również, że pająk mógł celowo przekazać Parkerowi swoją moc a Spider-Man i jego wrogowie są zwierzęcymi totemami dysponującymi energią tychże totemów. Okay, jest tu trochę oryginalnych pomysłów. Sam pojedynek z Morlunem jest też ciekawie poprowadzony i mimo długiego trwania tej bijatyki nie nuży. Niemniej przynajmniej część z tych nowych pomysłów jest ledwie zarysowana i nie bardzo się kleją (albo nie wiadomo w jaki sposób mają się zacząć kleić). Romita rysuje w porządku i tyle. Ogólnie wychodzi z tego przyzwoite czytadło, nic więcej. 6/10

Warto odnotować:

Ultimate Spider-Man. Na nowo opowiedziany origin Pająka w wersji dla nastolatków. Bendis pisze to świetnie, czuje swoich bohaterów, wartko prowadzi akcję, nie nuży ani na moment. Umiejętnie przedstawia problemy wieku dojrzewania. Opowieść, mimo iż znana, niesamowicie wciąga i trudno się od niej oderwać. Gdybym miał z tych wszystkich komiksów wybrać jeden na kilkugodzinną podróż pociągiem to byłby to właśnie USM. Zleciało by szybko. Rysunki w porządku, takie akurat do komiksu akcji dla nastolatków. 6,5/10

Zemsta Złowieszczej Szóstki. W latach 90-ych choć byłem mocno zaskoczony stylem McFarlane'a to właśnie on mi najlepiej pasował z rysowników Spidera. Na Buscemę, Saviuka i Larsena kręciłem nosem. Przy ponownej lekturze uderzyło mnie jak bardzo nie doceniłem talentu Larsena. A ZZS to jego najlepsze dzieło jakie widziałem. Narysowane z rozmachem, w stylu komiksów Image. Niezły akcyjniak. Niestey akurat niepotrzebnie pocięty przez Semika. Braki w drugim zeszycie są mocno odczuwalne i psują lekturę. 6/10
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w So, 18 Lipiec 2020, 16:04:23
  "Niebieski" to mój ukochany komiks o Spidermanie i jeden z ulubionych marvelowych komiksów wogóle. Ma wszystko co potrzeba i ani grama czegoś zbędnego. Jeżeli nie czytałeś to koniecznie "Żółty" prawie równie dobry, "Szary" słabszy od pozostałej dwójki, ale i tak przyzwoity. "Białego" nie czytałem jeszcze podobno dużo słabszy, biorąc pod uwagę że starsza trójka to klasyczne melodramaty, nie mam pojęcia dlaczego akurat postawiono na Kapitana Amerykę i Bucky'ego.
  Uwielbiam McFarlane'a, kupiłem to egmontowe wydanie i jeszcze nie czytałem, ale tak sprawdzałem kiedyś w internecie moje ulubione Pająki z tamtego okresu i te rysowane przez Todda wszystkie były pisane przez Micheliniego, także faktycznie różnie może być. Chociaż sprawdzałem opinie w internecie i tom został bardzo pozytywnie przyjęty i to nie tylko przez weteranów TM-Semic.
  Spider Straczyńskiego nie przekonał mnie jakoś, niby nawiązywał do klasycznie dramatycznego tonu oryginalnej produkcji Lee/Kirby, ale chyba trochę przesady jednak w tym było. A próba mieszania tymi totemami w orginie najbardziej ikonicznego superbohatera na tym globie była idiotycznym pomysłem.
  Buscemy z początku nie lubiłem, ale dosyć szybko się do niego przekonałem a De Matteis jeżeli nie pracował pod batem redaktora to był kozak, Rodzina Osbornów to były niezłe świry chociaż nie aż tak jak te dziwolągi z MTV.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: bibliotekarz w So, 18 Lipiec 2020, 18:12:45
Akurat zabieram się za Daredevila (Człowiek nieznający strachu i Odrodzony) i chyba mnie przekonałes by dorzucić Żółty do koszyka.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Nd, 19 Lipiec 2020, 10:58:00
dorzucić Żółty do koszyka.
Zdecydowanie!!! Ja również polecam. Przeczytałem wszystkie komiksy z kolorowej serii i jeśli miałbym oceniać, to wygląda to tak: Niebieski 9/10, Żółty 8/10, Szary 5/10, Biały 5/10. Niebieski to również jeden z moich ulubionych komiksów ze ścianołazem i bodajże jedyny, na którym łza zakręciła mi się w oku.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Arion Flux w Nd, 19 Lipiec 2020, 11:30:25
Wymień chociaż jednego takiego.
[Dopiero teraz zobaczyłem Twojego posta, wiec e.g.:]
Anton Chigurh, Judge Holden, Kane, Lobo, Torpedo, mafijni bohaterowie grani przez Joe'a Pesci'ego... Lubi się ich własnie za to, że są aż takimi skurczybykami, że ich polubienie jest niemożliwością. A jednak...

(https://alchetron.com/cdn/anton-chigurh-838d329a-0e53-4283-b502-920d6a98671-resize-750.jpeg)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Nd, 19 Lipiec 2020, 12:10:17
Anton Chigurh
Temat na osobny wątek, ale nie mogę przejść koło niego bez komentarza.
Dosłownie tydzień temu obejrzałem "To nie jest kraj dla starych ludzi" i zdecydowanie nie polubiłem Chigurtha. Owszem, emocje wzbudza (dzięki temu rola Bardema jest tak wyjątkowa), ale wyłącznie te negatywne (no może poza sceną gdy rozwala kolesi z kartelu). Nie kibicowałem mu w ogóle, a jedyne co chciałem zobaczyć, to jak dostaje w dupsko od Brolina albo Lee Jonesa.
Co innego typowe filmy gangsterskie, w których policjanci w ogóle się nie pojawiają lub stanowią jedynie tło. Przywołany przez Ciebie Pesci to faktycznie świetny przykład bad assa, którego nie da się nie lubić. Ostatnio obejrzałem "Gentelmanów", gdzie kapitalny w tej roli McCounaghey to facet, którego kochamy (jakkolwiek by to nie brzmiało) od pierwszej sceny. Podobnie miałem w przeczytanej niedawno "Księżycówce" - Lou Pirlo to koleś, który od samego początku wzbudza wyłącznie pozytywne emocje.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: ramirez82 w Nd, 19 Lipiec 2020, 12:39:32
Chigurh, chyba mój ukochany badass!
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Arion Flux w Nd, 19 Lipiec 2020, 13:32:51
No widzisz, Ramirez. A już się zaczynałem bać, że tylko ja jestem tu normalny. Też bardzo kocham i podziwiam Antona, tak mocno, że postanowiłem, że po pandemii zrobię sobie taki fryz jak on, a u żony już zamówiłem sobie pod choinkę ten pneumatyczny super sprzęcik dla krówek. Do zobaczenia na najblizszej komiksowej Wawie - zabawy będzie co niemiara!
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Bender w Nd, 19 Lipiec 2020, 14:06:26
Oczywiście "lubić" to trochę naciągane w tym przypadku. Bo lubisz jak postać jest zagrana i napisana. Nie poszedłbyś z nim na piwo. To pewne.

Dla mnie anti-hero numer 1 to Tony Soprano.  Ma jakieś tam pozytywne cechy ale w gruncie rzeczy to drań. Niemniej zmienił archetyp serialowego bohatera na zawsze. Bez Tony'ego było by Breaking Bad i całej rzeszy dzisiejszych tytułów.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Pn, 20 Lipiec 2020, 01:18:25
Zdecydowanie!!! Ja również polecam. Przeczytałem wszystkie komiksy z kolorowej serii i jeśli miałbym oceniać, to wygląda to tak: Niebieski 9/10, Żółty 8/10, Szary 5/10, Biały 5/10. Niebieski to również jeden z moich ulubionych komiksów ze ścianołazem i bodajże jedyny, na którym łza zakręciła mi się w oku.

U mnie Żółty z oceną 9/10 [ach, te tancerki :D], Niebieski 8, Szary 7, Biały 5...ale i tak wszystkie warto mieć na półce.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pn, 20 Lipiec 2020, 14:43:57
  Bez żartów Kane'a, Lobo, Torpedo czy Joe Pesciego wszyscy lubią, pisząc o pozytywnych cechach nie miałem na myśli że są bohaterami pozytywnymi tylko o cechach za które da się ich polubić. Chigurha teoretycznie nie da się polubić, ale i on wprowadza pewne elementy (bardzo) czarnego humoru no i przynajmniej jest straszny a to już coś. Mowa była o Belit z komiksu Howard i Niemczyk, która poza tym że jest żałośnie wkurzająca nie ma żadnych innych przymiotów.
  Bibliotekarz, koniecznie bierz zwłąszcza jak się masz zamiar zabrać za czytanie DD, Żółty to takie trochę streszczenie jego życia od zdarzeń z "Człowieka bez Strachu" do momentu zamiany kostiumu z żółto-czarnego na czerwony i podsumowanie znajomości z Karen Page.
  Lordzie, łapsia za scenę z tancerkami też się uśmiechnąłem.
 
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: LordDisneyland w Pn, 20 Lipiec 2020, 15:38:26
:)

Słuchajcie, kariera Danny'ego de Vito wystartowała, gdy w serialu Taxi zagrał rolę dyspozytora, skruwesyna i mendy co się zowie, nikczemnego faceta bez cech pozytywnych. Ludzie lubią, czy wręcz nawet kochają takie postacie- po części dlatego, że sami czują się lepiej, a po części dlatego, że na tle postaci zachowujących się mniej lub bardziej zrozumiale łajdakiem jesteśmy po prostu zaciekawieni,  to taki przybysz z innego świata, nie działający wedle ogólnie przyjętych [a tym samym dla odbiorcy jakoś tam zrozumiałych ] zasad...to chyba zresztą cecha osób z zaburzeniami psychopatycznymi  jako takich :) Spotkawszy takiego jegomościa zazwyczaj zwiewamy z podkulonym ogonem i oddychamy z ulgą dopiero 100 kilosów dalej*...ale mając swoisty komforcik i bezpieczeństwo z chęcią zajrzymy do jego świata.
Swoją drogą- jeśli jakiś scenarzysta komiksowy czy filmowy spieprzy czarny charakter, najczęściej go na jakiś czas skreślam, wielce poirytowany :D

A serialu Taxi nie polecam, da się oglądać tylko de Vito- niestety, chwalonych wówczas Kaufmana, Hirscha, Danzy i Lloyda już nie.


Tak myślałem o komiksach Sale'a, w zeszłym miesiącu skończyłem ''Legendy Mrocznego Rycerza". Z jednej strony świetny komiks dla takich gości jak ja, których gdzieś ,kiedyś, styl rysownika zauroczył- mamy tu w sumie dość dobrze pokazany rozwój kreski. Z drugiej strony- nie nada się ten tom na pierwszy komiks z Batmanem czy na pierwszy kontakt z rysownikiem, bo po prostu może do niego zrazić...Czy kupiłbym to ponownie? Nie. Czy przeczytam to w całości za czas jakiś? Też nie, ale na pewno z chęcią wrócę do paru kadrów i kilku scen. Takie 5/10, bo fanem Sale'a jestem i po lekturze :)



PS-
*- tych stu kilometrów to nie przemyślałem, u mnie wypadałoby to gdzieś w Radomiu ;)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Cz, 30 Lipiec 2020, 23:57:29
Lipiec

Hrabstwo Harrow t.8 – kulminacja konfliktu pomiędzy skonfrontowanymi przedstawicielkami nadprzyrodzonej „rodziny” wypada efektownie. Trudno jednak wyzbyć się odczucia, że mieliśmy do czynienia z przedsięwzięciem w wymiarze fabularnym aż nazbyt często improwizowanym i na siłę rozciągniętym. Natomiast warstwa plastyczna w wykonaniu Tylera Crooka niezmiennie urzekająca.
 
X-Men: Era Apocalypse’a t.1 – jedno z najważniejszych i najlepiej prowadzonych wydarzeń Domu Pomysłów doby lat 90. nareszcie w polskiej edycji! Przynajmniej początek tej opowieści prezentuje się nadspodziewanie udanie i tym bardziej, że polscy czytelnicy nie mieli sposobności zapoznać się z nią w toku Ery TM-Semic. Istnieje niemałe prawdopodobieństwo, że byłaby to jedna z najbardziej kultowych pozycji nieodżałowanego wydawcy.
 
Snowpiercer t.1 – autentyczna gratka dla fanów dystopii, postapokaliptyki i fantastyki socjologicznej. Kolejny nieznany u nas dotąd klasyk z zasobów frankofońskiego komiksu okazał się nadspodziewanie wymowną i przekonującą narracją na której czas odcisnął nieznaczne tylko piętno.
 
Droga ku wieczności t.1 – niniejszy album ma co najmniej dwa walory, które czynią go wartym uwagi. Pierwszy dotyczy ambicji scenarzysty do wykreowania kompletnego i oryginalnego zarazem świata przedstawionego. Drugi natomiast to zjawiskowe wręcz ilustracje Jerome Opeñi, który ewidentnie nie szczędził swego trudu i talentu. Problemem natomiast okazał się dla mnie sposób prowadzenia narracji przez scenarzystę tego przedsięwzięcia w osobie Ricka Remendera. Już wcześniej miałem wobec jego metody obiekcje. Może zatem to tylko efekt mojej osobistej awersji…
 
Twardziel – co prawda plastyczna maniera przejawiana przez Jeffa Lemire’a w moim przekonaniu zdecydowanie ustępuje jego scenopisarskim talentom. Niemniej jakość tej zajmującej i przekonująco prowadzonej fabuły w pełni kompensuje ewentualne utyskiwania pod adresem warstwy graficznej tej realizacji. Klimatyczna opowieść.
 
Śmierć Kapitana Ameryki – Ed Brubaker czyli właściwy człowiek na właściwym miejscu. Tyle w temacie.
 
Superbohaterowie Marvela: Deathlok – trzecioligowcy Domu Pomysłów nie przekonują w równym stopniu co ich odpowiednicy z uniwersum DC (a przynajmniej nie w moim przypadku). Cieszy jednak okoliczność, że także dla nich znalazło się w tej kolekcji nieco miejsca. Zawarta tu mini-seria nie ścina z nóg i z dzisiejszej perspektywy jest już bardziej świadectwem momentu rozwojowego konwencji niż w pełni satysfakcjonującą lekturą. Obyło się jednak bez znużenia i poczucia straconego czasu.
 
Flash t. 10 – mocna, dosycona fabuła, raz jeszcze wykazująca ambicje scenarzysty na znaczącą i daleko sięgającą swoimi konsekwencjami reinterpretacje mitologii Szkarłatnego Sprintera. 
 
Promethea. Księga 3 – zwieńczenie jednego z najwybitniejszych przedsięwzięć Alana Moore’a i zarazem uniwersum America’s Best Comics. De facto mamy do czynienia z czymś na kształt fabularyzowanego traktatu quasi-okultystycznego w którym rzeczony dał wyraz nie tylko swej erudycji i scenopisarskiemu talentowi, ale też rozczarowaniu kierunkiem rozwoju komiksowego medium. Ponadto wielkie brawa dla autora ilustracji w osobie J.H. Williamsa III.
 
Superbohaterowie Marvela: Secret Avengers – perypetie częściowo już rozpoznanej u nas utajnionej jednostki w ramach Mścicieli także tym razem okazały się solidnie zrealizowaną propozycją wydawniczą. Tym bardziej godną uwagi, że z udziałem Warena Ellisa oraz tak wyróżniających się plastyków jak Michael Lark i David Aja.
 
Silver Surfer: Przypowieści – bardzo zacny zbiór, na upartego z powodzeniem mogący posłużyć za przekrojowe zdefiniowanie tytułowej postaci. Różnorodne interpretacje w wykonaniu tak znakomitych autorów jak Stan Lee, Jean „Moebius” Giraud i J. Michael Straczynski. Kosmiczna moc w zaiste dużym nasyceniu.
 
Książę Nocy t.5 – bardzo się cieszę, że jedna z najbardziej udanych serii wypromowanych jeszcze w magazynie „Świat Komiksu” jest wciąż przez polski Egmont publikowana. Początkowo obawiałem się, że zaangażowanie do jej realizacji rysownika innego niż Swolfs okaże się rozwiązaniem trudnym do zaakceptowania. A jednak im dalej tym pod tym względem lepiej. Usytuowanie miejsca akcji na Rusi Kijowskiej u schyłku panowania Włodzimierza Wielkiego to jak dla mnie strzał w dziesiątkę. Spore wrażenie zrobiła na mnie także kreacja świadomego wampirycznego zagrożenia mnicha Artemiusa. Podsumowując: jedna z bardziej udanych odsłon kroniki losów tytułowego Księcia Nocy.
 
Kapitan Ameryka: Steve Rogers t.2 – mimo rozmachu i znacznego potencjału tej opowieści scenarzysta jakby nieco się pogubił. Stąd Steve Rogers w jego ujęciu to postać niespójna i nieprzekonująca mimo że w poprzednim zbiorze rokował pod tym względem znacząco lepiej. Niewykorzystana szansa na epickie political fiction.
 
Conan Barbarzyńca t.68 – zbiór interesujący choćby z tego względu, że zawierający pełną adaptacje powieści „Conan i bogowie gór” Rolanda Greena, kontynuacji klasycznych „Czerwonych ćwieków” Roberta E. Howarda. Co prawda ów utwór okazał się umiarkowanym osiągnieciem literackim. Niemniej jego komiksowa wersja to zbiór często brawurowo rozrysowanych scen, stylistycznie nawiązujących do wczesnych prac Barry’ego Windsor-Smitha (czyli okresu, gdy adaptował on na „mowę” komiksu właśnie „Czerwone ćwieki”).

Ja, Smok – jeszcze jeden dowód na to, że przedwcześnie zmarły Juan Gimenez znacznie lepiej sprawdzał się w roli fenomenalnego wręcz ilustratora niż jako scenarzysta. Podobnie bowiem jak w przypadku „Czwartej siły” także tutaj fabuła sprawia wrażenie snutej ociężale, acz im dalej tym pod tym względem lepiej. Na pewno nie sposób zgłaszać zarzutów wobec warstwy plastycznej tego przedsięwzięcia, jak zawsze w wykonaniu argentyńskiego mistrza malarsko wysmakowanej i natychmiast rozpoznawalnej. Brawa ponadto za wysoką jakość edytorską tego albumu.
 
Moon Knight – błyskotliwe studium kiełznania szaleństwa w wykonaniu jednego z najzdolniejszych i najbardziej zapracowanych scenarzystów współczesności. Jeff Lemire (bo o nim oczywiście mowa) raz jeszcze udowodnił, że ewentualny syndrom zawodowego wypalenia wciąż nie jest jego udziałem. Spójna, a przy tym brawurowo zilustrowana opowieść przybliżająca przełomowy moment w dziejach tytułowej osobowości. Do tego odrobinę nostalgicznej klasyki w przedrukowanym epizodzie pierwszej solowej serii poświęconej „Księżycowemu Rycerzowi”.

„Komiks i My” nr 11 – w nie tak znowuż już krótkiej historii tego magazynu (ponad cztery lata rynkowego bytu) nie raz już przytrafiały się bardzo udanie „zakomponowane” odsłony (by wspomnieć chociażby numer czwarty). Także przy tej okazji ma się poczucie trafnego doboru zaprezentowanego materiału. Swoisty „mix” nowych realizacji (kontynuacja „Darko Futuro”, a zwłaszcza okładkowy „Ładunek” wraz z reedycją „Księgi Miecza” wypadł wręcz znakomicie.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Pn, 31 Sierpień 2020, 22:40:07
Urlopowanie zrobiło swoje i tym sposobem komiksowych lektur przyswoiłem sobie nieco mniej niż w poprzednich miesiącach:
 
Sierpień
 
„Tajne Imperium” – obiecujący pomysł wyjściowy, dobre otwarcie i niestety rozczarowujące prowadzenie (nie wspominając już o finale). Ponadto szczególnie dotkliwie dało o sobie znać pogubienie Domu Pomysłów co do zmian wprowadzonych w okresie All-New, All-Different Marvel - vide Sam Wilson w funkcji Kapitana Ameryki czy Inhumans jako jedna z czołowych formacji Marvela (nieporozumienie w każdym calu). Widać tu jak na dłoni pośpieszne wycofywanie się z tych kompletnie nietrafionych pomysłów.

„Faithless” t.1 – przejaskrawiona pod każdym względem kpina z wewnętrznej pustki współczesnych autolubisiów określanych niekiedy mianem pokolenia „Brawo Ja!”. Trzeba przyznać, że Brian Azzarello (scenarzysta tej realizacji) poradził sobie pod tym względem niemal równie dobrze co William Friedkin w prezentacji środowiska zapamiętałych homoseksualistów („Zadanie specjalnym” z brawurową rolą Ala Pacino).

„Komiks i My” nr 12 – numer w dosłownym rozumieniu tego słowa specjalny. A to z racji rzeczowego przybliżenia zaczątków komiksowego medium na przykładzie dokonań m.in. Artura Grottgera i Cypriana Kamila Norwida. Do tego publicystka na poziomie merytorycznym rzadko u nas spotykanym.
 
Stumptown część 1 – scenarzysta tego przedsięwzięcia w osobie Grega Rucki ma to do siebie, że w rolach głównych swoich fabuł bardzo lubi obsadzać mniej lub bardziej miłe panie (by wspomnieć chociażby serię „Lazarus”, a po części także powstałą przy współpracy z  Edem Brubakerem „Gotham Central”). Tym razem coś jednak poszło nie tak. Komiks owszem ma swoje dobre strony, ale szczerze pisząc po jego lekturze trudno opędzić się od poczucia straconego czasu. Może w kolejnych zbiorach będzie lepiej.
 
Kapitan Żbik: Kryptonim Walizka – kolejna, nieco absurdalna (acz równocześnie spójna) fabuła stanowiąca mieszankę opowiastki milicyjnej z odrobiną gierkowskiej propagandy sukcesu. A do tego z niezapomnianą frazą: „Jestem członkiem ORMO, czy mogę w czymś pomóc?”. Na swój sposób klasyka.
 
Kapitan Szpic i Tajemnica Złotej Naczepy – duet Ruducha/Koziarski w niezmiennie świetnej formie! Tym razem na „czoło” opowieści wysuwa się pułkownik Czekoladka i to właśnie on okazał się najbardziej zajmującym (do tego dosłownie i w przenośni) „składnikiem” tej odsłony humorystycznego cyklu. I co więcej są widoki na… więcej :)

Vasco. Księga 5 – seria w swojej klasie wprost znakomita i nie inaczej sprawy mają się także tym razem. Gęste, dosycone w liczne wątki i motywy fabuły, a do tego skrupulatne, wręcz benedyktyńskie w precyzji wykonania rysunki.
 
Śpioch t.1 – z miejsca znać, że punkt wyjściowy dla tej opowieści (tj. powiązanie jej z realiami uniwersum studia WildStorm) nie szczególnie scenarzyście tej opowieści podszedł. Niemniej efekt finalny jego scenopisarskich wysiłków okazał się nad wyraz udany i z powodzeniem angażujący ewentualnego czytelnika. Warto także z racji rysunków jak zwykle starannie operującego światłocieniami Seana Phillipsa.
   
Jim Cuttles t.I – pomimo tzw. wielkich nazwisk (na „pokładzie” tego przedsięwzięcia znalazł się Jean-Michel Charlier i Jean Giraud) rzecz okazała się umiarkowanie udaną, a chwilami wręcz nużącą. Niemniej fani komiksowego westernu rozczarowania raczej nie doznają.
 
Smerfy na letnisku – jak zwykle w formule bajki autorski zespół zawarł przekonującą refleksje o trendach uchwytnych w modelu obyczajowym społeczeństw współczesnego zachodu. Do tego nieco trafnie ujętego napięcia (Gargamel!) oraz sytuacyjnego humoru.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Cz, 03 Wrzesień 2020, 14:00:37
  Podsumowanie lipca-czerwca. Lipiec tradycyjnie miesiącem w którym raczej odpuszczam komiksy, sierpień w sumie niewiele bogatszy, toteż podsumowanie zbiorcze i w nieco zmienionej formie.

Przeczytane:

  "Transformers Kolekcja G1" - tomy 10-17, autorzy różni. Seria wchodzi na jeszcze wyższy poziom abstrakcji (jednak się dało), roboty razem ze swoją wojną trafiają na obcą planetę zamieszkałą przez wysokorozwiniętą pokojowo nastawioną obcą cywilizację. Mieszkańcy kosmicznego raju szybko dzielą się na dwa stronnictwa i aby pomóc swoich nowych sojuszników opracowują technologię zamieniania się w ich głowy (działa to na zasadzie zdaje się jednego kolektywnego umysłu złożonego na zasadzie człowiek-robot), pomysł był chyba zbyt dziwaczny bo dosyć szybko większość roboto-ludzi znika ze stron a w zamian za to wprowadzani są ludzie zamieniający się w silniki i broń (koncept nie mniej dziwny i tak na zdrowy rozum zupełnie idiotyczny), do tego dostaniemy nowy patent czyli zbroje przypominające ludzi, potwory czy też ogólnie nie wiadomo co w które wciskają się roboty. Wycinek serii Budiansky'ego dotyczący planety Nebulon będzie dosyć długi w czasie jego trwania powróci w końcu Optimus Prime (chociaż nie ukrywam, ze dla mnie jego unowocześniony projekt wyglądał i dalej wygląda nieco fajansiarsko) a zaraz później dostaniemy rzeczy znane z TM-Semic czyli kilka pojedynczych nowelek np. te z Kosmicznym Cyrkiem, łowcami na motocyklach czy Decepticonem - gwiazdą filmową a później historię o Wszechbazie po której przyjdzie jeszcze kilka pojedynczych zeszytów i nastąpi przejęcie serii przez brytyjskiego autora. Furman w tym czasie oprócz jednozeszytowych albo i mniej przerywników oraz dłuższego etapu dotyczącego zombie-robotów na Cybertronie będzie konsekwentnie ciągnął historię Galvatrona aż do jej wielkiej konkluzji "Wojen w Czasie", w której trzeba będzie ocalić wszechświat a później po przejęciu serii US od Budiansky'ego dostaniemy od niego rzeczy również wcześniej u nas wydane czyli powrót Megatrona i obudzenie się Primusa oraz bardzo dobre "Poszukiwanie Matrycy" z kilkoma opowieściami wyraźnie nawiązującymi do znanych dzieł popkultury. Tak jak poprzednio bardziej przypadają mi do gustu rzeczy pisane przez Simona Furmana, ostrzejsze, z większym pazurem bez wiszącego nad głową cenzora. Facet ma naprawdę sporo dobrych pomysłów, wymyśla całkiem rozsądną genezę Transformerów (napewno rozsądniejszą niż to założenie, że są dziełem ewolucji, na dodatek nie kłócącą się z resztą uniwersum Marvela), daje tropy wskazujące na istniejącą filozofię Decepticonów (czyli w końcu nie są źli bo są źli), ukazuje nam ich "ludzkie" oblicze na przykładzie Soundwave'a i Ravage'a, czy też przejścia na stronę tych dobrych dwóch Decepticonów Carnivaca i Catilli oraz kilka innych podobnych patentów. Historie na dodatek dobrze się czyta same w sobie, naprawdę fajna ze Swoopem szukającym starego wroga (nareszcie Grimlock pokazał iż jest prawdziwym hardkorowcem), wcześniej wspomniana z mechanicznymi zombiakami o wiele sensowniejsza niż to brzmi, powrót Unicrona czy komediowe ze Starscreamem uczącym się czym jest świąteczny nastrój albo originem "kobiety" Transformera Arcee. Żeby nie było, że się nadmiernie znęcam nad Bobem Budianskym jego komiksy szczerze mówiąc też mi się czytało lepiej. Story-arc dziejący się na Nebulonie co prawda jest strasznie toporny, ale dalej wyraźna zwyżka formy. Szczerze mówiąc Amerykaninowi o wiele lepiej wychodzą pojedyncze zeszyty niż ciągi fabularne, owszem jest to skierowane do młodszego czytelnika niż komiksy jego brytyjskiego odpowiednika, ale czuć ten klimat Kina Nowej Przygody i jakoś lepiej mi wchodziły niż to co było we wcześniejszych tomach. Wady ciągle te same, pewna chaotyczność, niby tu się trochę wzięli autorzy w karby, serie wyraźnie starają się już siebie unikać ale i tak miałem kłopoty zwłaszcza w serii brytyjskiej ze stwierdzeniem co się dzieje kiedy, no i dalej roboty wyskakujące z pudełka. Na minus momentami rysunki. Geoffa Seniora zastąpił w większości Lee Sullivan, który stara się naśladować poprzednika krzyżując jego styl ze stylem Sala Buscemy i chociaż wygląda to nienajgorzej, jakoś mniej mi przypadło do gustu, Geoff to jednak Geoff. Na szczęście po jakimś czasie on  wraca i mam nadzieję że na dłużej, będzie też kilku nowych jakby już nowocześniejszych stylowo artystów. Nie będę przedłużał,  bawiłem się lepiej niż przy pierwszych dziewięciu tomach. Ocena 7/10.

  "Conan Barbarzyńca Kolekcja" - tomy 63-65, Roy Thomas, John Buscema, Ernie Chan i inni. Dokończenie story-arcu z khitajskimi korsarzami Li-Zyą i Pou-Chunem, co mnie szczerze mówiąc nieco zasmuciło bo zdążyłem polubić tę parę (na dodatek nie udało mi się dojść do żadnych konkluzji na temat zasady działania kamizelki Li-Zyi) oraz początek dwóch nowych ze znanymi już barachańskimi piratami Strombannim i Czarnym Zarono oraz również znanym z wcześniejszych przygód Imhotepem Niszczycielem Światów, plus kilka pojedynczych przygód. Z pewnością warto zwrócić uwagę na umieszczony w numerze 64, jubileuszowy zeszyt 200, w którym na przemian pokazane nam zostaną przygody Conana Cymmeryjczyka oraz w rzeczywistym świecie jego autora Roberta E. Howarda. Nie oszukujmy się to już niemal siedemdziesiąt numerów ciągle tego samego ale z racji tego że lektura wchodzi jak zimne piwo w upalny dzień (no chyba że ktoś piwa nie lubi, to dajmy na to jak zimna woda, oranżada lub cokolwiek innego) ja nie mam serca ocenić tego na mniej niż 8/10.

  "Snow Blind" - Ollie Masters, Tyler Jenkins. Nie będę się rozwodził specjalnie bo i specjalnie nie ma nad czym, raczej rozczarowanie. Nie będę ukrywał, że po "Grass Kings" miałem dosyć wysokie oczekiwania co do tego tytułu. Co prawda scenarzysta inny, ale rysownik ten sam, wydawnictwo te same i w podobnych klimatach miał się komiks obracać. Największą bolączką tej pozycji jest to, że jest ona dosyć sztampowa, nie ma tutaj nic czego nie widzielibyśmy wcześniej. Po każdym kolejnym zwrocie akcji, równie zaskakującym niczym wyczyny naszych klubów w europejskich rozgrywkach, przewidujemy dosyć dokładnie w jakim kierunku potoczy się akcja. Jasne da się na takiej bazie zbudować świetną powieść, ale wtedy musi ona posiadać inne zalety, gęsty klimat, bohaterów z krwi i kości, intrygującą scenografię itd, itp wiadomo o co chodzi. Niestety i na tym polu wygląda to średnio, całość jest po prostu zbyt mało obszerna. Autor nie znalazł miejsca na odpowiednie rozwinięcie bohaterów o których nawet nie bardzo jesteśmy w stanie powiedzieć czy ich polubiliśmy czy też nie, przedstawienie pewnego kontekstu wyjaśniającego dlaczego robią to co robią ani zresztą na nic innego, akcja pędzi jak szalona chociaż tak naprawdę niewiele się dzieje, kluczowych dla fabuły węzłów fabularnych łącznie z związaniem akcji i zakończeniem jest łącznie ze cztery. Rysunki czy też raczej malunki Jenkinsa po raz kolejny zachwycające. Owszem ma ten komiks pewne zalety oprócz wyglądu, małomiasteczkowy klimat nienajgorzej oddany a całość mimo, że oglądana lub czytana już dziesiątki razy sprawia wrażenie, że dałoby się coś z tego wyciągnąć gdyby scenarzysta nie postanowił sprzedawać streszczenia jako pełnoprawnego komiksu. Historia Królestwa Traw o wiele, wiele lepsza. Podsumowując świetnie wyglądający przeciętniak 5+/10.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: perek82 w Śr, 30 Wrzesień 2020, 18:07:40
krótkie podsumowanie wakacyjno-wrześniowego kwartału. Mało wyszło mi przeczytanych komiksów. Nic mi nie zalega (oprócz Berlina, którego chyba zacznę od początku któregoś wieczora w oczekiwaniu na finały NBA).

Trzeci testament - 3/5 - no niestety zrobiłem sobie nadzieję Juliuszem, a oryginał okazał się taki sobie nijaki. Naciągane to wszystko strasznie się wydaje, mnóstwo zasadzek, pościgów potyczek i w tym wszystkim klimatu nie ma. Plus głównych bohater nie do zdarcia, każdą przepaść przeskoczy, będzie walczył z 10 wrogami, jechał konno i trafiał kuszą w jabłko na czyjejś głowie itd.

Aliens Dead Orbit / Dust to Dust - 3,5/5 - tak sobie spróbowałem z ciekawości. Fajne czytadła, nic może specjalnego, ale klimat trzymają, trochę jatki, trochę suspensu.

Aliens Labirynt - 4/5 - zachęcony trochę wspominkami niektórych z czasów TM-Semic wziąłem i to. Bardzo mi się podobało. Rysunki takie na jakich się wychowywałem, bez nadmiaru grafiki komputerowej, a przez to chyba nawet lepiej pasujące do historii o potworach w kosmosie. Gdybym to kupił ze 20 lat temu to pewnie bym dobrze zapamiętał ten tytuł.

Aliens Opór / Ratunek - 3/5 - przeczytałem w złej kolejności (jakoś nie załapałem, że są ze sobą powiązane). Nie wiem, czy to wpłynęło zbytnio na ocenę. Pozbyłem się ich bez żalu po przeczytaniu. Rozczarowanie, bo nazwisko scenarzysty dobrze znane.

Bogowie z gwiazdozbioru Aquariusa - 3,5/5 - bardzo fajny zbiór. Tytułowa historia to chyba najczęściej maltretowany przeze mnie komiks w dzieciństwie. Miałem pierwszą część i dużo czasu minęło, aż przydybałem drugą. Z przyjemnością wciągnąłem na tzw. home office. Nie widzę powodów do narzekania, że format zły, że jakość nie taka. Polecam.

Czarny Młot (1-4) - 4/5 - uwielbiam ten komiks, niespieszną akcję. Każdy bohater ma swoją rolę, osobowość, coś do powiedzenia, jakąś motywację. Nie jest przegadany, nie ma za dużo akcji. Wszystkiego jest w sam raz. Nawet zakończenie mi pasuje - miałem nadzieję, że tak się skończy, chociaż twist akcji w pewnym momencie bardzo mnie zaniepokoił. Ale spin-offów już mam dosyć.

Metronom - 3,5/5 - jak zwykle pięknie wydane, w środku piękne rysunki. Tylko historia nie chwyciła do końca. Lekki niedosyt. Jakby zabrakło nie wiem pomysłu albo odwagi, żeby zrobić krok dalej i czymś zaskoczyć. Akcja płynie wartko, ale właśnie brakuje tej kropki nad i, że przewracasz kartkę i nagle "o k@#$a, no tego się nie spodziewałem".

Palcojad - 3,5/5 - czyta się to szybko, jest tajemnica, którą odkrywamy z bohaterami. Rysunki są trochę plastikowe, jakby się jakąś animację oglądało - wolę bardziej realistyczną kreskę. Sama historia momentami bardzo odrealniona (ten zabił 50, ten 30, ten zjada palce, ten podpala biblioteki itd.), trochę jak scenariusz serialu dla starszej młodzieży. Ale pomimo tych zastrzeżeń chętnie to przeczytałem i kolejne zeszyty mijały niepostrzeżenie, więc w sumie tak źle wcale nie było.

Promethea - 4,5/5 - tutaj miałem chwilę zwątpienia (nawet dość długą bo przez cały drugi tom), czy ta historia do czegoś zmierza. Z drugiej jednak strony nawet dłużyzny Moore'a i jego filozoficzne wstawki okraszone zostały pięknymi rysunkami i wieloma ciekawymi pomysłami. Ja wsiąkłem bardzo szybko w ten świat, czytałem przez 2 dni w każdej wolnej chwili - pamiętam, że tak miałem z Sandmanem kiedyś, że od pierwszej strony zadziałała magia komiksu i do skończenia tomu nie odpuszczała. Dla mnie jedna z lepszych pozycji tego roku.

Końcówka roku to dla mnie przede wszystkim Potwór Bilala, Animal Man, kolejne Hellblazery, może Potwór z bagien, Omega Men czy Zegar zagłady. Batman B&W chodzi po głowie, ale trudno mi się zdecydować. Poczekam do grudnia i zobaczę, czy będzie wtedy dostępny.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: eferce w Śr, 30 Wrzesień 2020, 22:34:56
Wrzesien był u mnie przeobfity, dlatego wymienię tylko tytuły kwalifikujące się do 5 kategorii +1.

Najlepszy zakupiony:
Lazarus. Prawdopodobna wizja przyszłości z ciekawymi hipotezami społeczno-polityczno-technologicznymi - tego poszukuję i to dostałem.
Zachowane są idealne proporcje między gadającymi głowami a akcją.
Postacie są nakreślone są w taki sposób, że kiedy zachowują się inaczej niż by to wynikało z ich wstępnej "jednowymiarowości" muszę się zastanawiać, analizować motywy i odkrywać "wielowymiarowość".
Wszystko to sprawiło, że dawno w nic tak się nie wciągnąłem.

Najlepszy Przeczytany
Saga o Potworze z bagien faktycznie "niezakupiony" bo wypożyczony z biblioteki po miesiącach polowań. Zawsze był tylko tom 2 i/lub 3. W końcu trafiłem 1.
Podchodziłem z dystansem (bo stare, bo fanem potwora ani horrorów nie jestem) ale faktycznie lekkość z jaką zostałem wciągnięty w świat a następnie bogactwo i różnorodność kolejnych historii - warta jest stawiania z wzór.
Od razu poprawiłem "Dniami pośród Nocy" Gailmana bo chciałem jak najdłużej potaplać się w tym bajorku.
Nie dziwie się, że wielu forumowiczów ma Sagę w swoim ścisłym topie.

Najgorszy
East of West TP vol. 1-3. Nie lubię komiksów o omnipotentnych bohaterach - Bogach, Supermenach, Demonach których nie da się zabić a jedynie można "odesłać" itp. Nie zdawałem sobie sprawy, że wpakuje się tu na tego typu minę.
Liczyłem chyba na komiks o jeźdźcach apokalipsy pełnych wątpliwości, kwestionujących swoja misję - może w stylu Amerykanskich Bogów Gailmana, alegoryczny, umiarkowany… Trafiłem na "wręcz przeciwnie".
O ile tom 2 i 3 już były nieco mniej wypełnione obrażającymi inteligencję akcjami to końcówka T1 mnie skutecznie zniechęciła
Spoiler: PokażUkryj
Skoro Śmierci nie da się zabić i każdy o tym wie to po co wysyłać na niego całą Chińska armię, żeby została pokonana przez Śmierc i jego dwójkę padawanów? Po co teksty padawanów na rozgrzewce: "jest ich dużo i będzie ciężko" skoro niezależnie od ilości i technologii nic im nie mogą zrobić?


Największe zaskoczenie na minus
Black Monday Murderers - miałem wielkie nadzieje, zakładałem, że na komiks ten wskoczy u mnie, gdzieś w stratosferę z komiksami Brubakera…
Liczyłem na fajnie opisane mechanizmy rynku, to że najbogatszych jest coraz mniej ale maja co raz więcej, że to nie ciezka praca czy dziedziczone fortuny sprawiają że 1% najbogatszych ma 60% zasobów itd..
Dostałem: w ramach faktów wymienione światowe kryzysy i masę mambo-dżambo, rytuałów i niedopowiedzeń.
Może za dużo hajpu dawałem po recenzjach albo może -patrz podsumowanie. Ilustracje nie wliczają się do zaskoczenia na minus.

Największe zaskoczenie na plus
Niewidzialna Republika - na tle innych tytułów - historia wciągająca - logiczna, prawdopodobna, papier gruby, format duży ;D
Wbrew dyskfalifikujacym komentarzom - raz natknąłem się na niepoprawne tłumaczenie i raz trafiłem na litery umieszczone w dymku w sposób utrudniajacy czytanie.
Rozumiem, że istnieją ludzie odpowiedzialni za liternictwo i tłumaczenie i że ich  błędy w tych dziedzinach mogą dyskwalifikować komiks. Ale jestem jeszcze na szczęście lub nieszczęście na etapie, gdzie takie błędy nie wpływają na mój odbiór historii (grafiki i scenariusza).
Bardziej przyczepiałbym się merytorycznie
Spoiler: PokażUkryj
-dlaczego są statki kosmiczne na okładce a w środku nie. Albo czy faktycznie za 800 lat nadal będziemy używać miodu, komórek i karabinów na kule..
Czekam niecierpliwie na kolejną część.

Poza kategoriami wspomnę Little Bird. Przedstawia bliską dystopijną przyszłość, mieli pulpowe amerykańskie motywy a upadku cywilizacji upatruje w dominacji kościoła (ala podkręcone Pamiętniki Podręcznej) Bardzo mocno inspirowany jest Gwiezdnymi Wojnami, ukazuje grzechy członków zarówno Imperium jak i Rebelii.
To takie słowa-klucze, gdyby ktoś poszukiwał "czegoś w rodzaju". Mnie ten komiks pozostawił obojętnym - nie straciłem na niego czasu ale też nie pozostawił za wiele po sobie - been there, done that - masę razy wcześniej.
Aha- kreska kojarzy mi się z Prophet Remission: swobodno-niechlujna ale kreująca klimat.

Podsumowując


Zawiodłem się na oryginałach Image. Faktycznie trzeba wciskać wszędzie rewolwery, rendzerów, wojnę z Kanadą, zemstę-alaTarantino i wudu? (Od razu odpowiem -wiem, że trzeba, żeby się tam sprzedało). Jednak tyle potencjału w pomysłach a tak mierne wykonanie (dla czytelnika spoza USA).
Doceniam selekcje przeprowadzoną przez rodzimych wydawców. Tzn. że z najlepszymi tytułami od Image mogłem zapoznać się po naszemu.
Przede mną w październiku Planetary t1.a z Image: Drifter, Copperhead (oby był to komiksowy "Firefly") i Black Road. Oczywiście o ile dojdą  :) Jak nie to Wielki Martwy w ramach odskoczni.

Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Cz, 01 Październik 2020, 12:32:17
Wrzesień

Kajtek i Koko w Kosmosie t.6 – kolejny tom realizacji nieprzypadkowo uznawanej za opus magnum mistrza Janusza jak zwykle nie zawodzi. 
 
Zbir t. 0 – mała przypominajka po latach wypadła nie najlepiej. Pod względem plastycznego przygotowania twórcy tej serii nie można nic zarzucić. Znać w jego pracy rozrysowanie i spory potencjał w zakresie karykatury. Niestety płaski humor oparty na zgranych motywach z filmów o zombiakach z dzisiejszej perspektywy po prostu nuży.
 
Astonishing X-Men t.2 – odpowiedzialny za scenariusz tego tytułu Charles Soule ponownie sięgnął po adwersarza mutantów z czasów klasycznych przygód X-Men w wykonaniu Chrisa Claremonta i Johna Byrne’a. Efekt końcowy jest jednak nieco groszy niż w poprzednim tomie. A szkoda, bo potencjał na zajmującą opowieść był. Do tego raczej umiarkowanie spisali się uczestniczący w tym przedsięwzięciu rysownicy. Niemniej znać znamiona większego zamysłu, który być może doczeka się satysfakcjonującego zwieńczenia w kolejnym zbiorze.
 
Conan Barbarzyńca t.71 – rzecz godna uwagi już tylko z racji zróżnicowanej stylistyki warstwy plastycznej poszczególnych z zawartych tu opowieści. Od pełnych pasji rysunków Johna Buscemy i emanujących wrażeniowością plansz w wykonaniu Colina Macneila po niekoniecznie udane trendy (acz na swój sposób także ciekawe) zaistniałe w pierwszej połowie lat 90. mienionego wieku (Robert Brown/Rey Garcia). Także fabuły nie zawodzą; o ile rzecz jasna nie ma się obiekcji wobec specyfiki scenariuszy w wykonaniu Roya Thomasa.
 
Globalne pasmo
– realizacja może nie aż tak udana jak „The Authority” (nie wspominając już o znakomitym „Planetary”), niemniej i tak warta rozpoznania. Odnajdujemy tu m.in. szybkie tempo prowadzonej narracji, precyzyjne, dopracowane co do każdego szczegółu scenariusze oraz intrygujące koncepty rodem z almanachów paranormalnych osobliwości (choć nie tylko). Czyli krótko pisząc crème de la crème charakterystycznej stylistyki nieprzecenialnego Warrena Ellisa.
 
Superbohaterowie Marvela: Niewidzialna Kobieta
– staż Johna Byrne’a na kartach „Fantastic Four vol.1” dawno temu powinien być już u nas w całości wydany. Dobry zatem chociaż ów fragment, który prezentuje się znakomicie zarówno od strony fabularnej jak i plastycznej. Klasyka w każdym calu.
 
Cartland-Wydanie Zbiorcze 1 – jeszcze jeden dowód na niezwykłą biegłość frankofońskich autorów komiksu w zakresie tworzenia westernów. Starannie nakreślony świat przedstawiony oraz niejednoznaczne i gęste zarazem fabuły z liczną obsadą przekonujących osobowości.
 
Conan Barbarzyńca t.72 – tom interesujący już tylko z racji stylistycznej różnorodności udzielających się tu plastyków. Szczególnie udanie prezentuje się zwłaszcza pochodna pracy Alfredo Alcali, jednego z najbardziej cenionych przedstawicieli tzw. szkoły filipińskiej. Ponadto cieszy także perspektywa gościnnego występu (w kolejnym tomie) króla Valuzji w osobie Kulla. 

Descender t.6 – satysfakcjonujące zwieńczenie jednej z najbardziej udanych komiksowych inicjatyw sygnowanych przez Jeffa Lemiere’a. Tym bardziej trzeba trzymać za słowo polskiego wydawcę, który de facto zapowiedział ciąg dalszy tegoż przedsięwzięcia w postaci kontynuacji tej serii („Ascender”). Dla fanów klasycznej science fiction w wykonaniu m.in. Isaaca Asimova i Alfreda Eltona van Vogta (a przy tym takich, których nie odstręcza komiksowe medium) zdecydowane „musiszmieć”.
 
Wounded t.2 – prace nad kontynuacją zachęcająco rozpoczętej serii co prawda nieco się przedłużyły; niemniej warto było czekać. Na jakości zyskały zarówno rysunki jak i warstwa fabularna, spójna i pomimo odniesień do poprzedniego albumu, w pełni zrozumiała także dla ewentualnych, nowych odbiorców tej inicjatywy.
 
Zbigniew Kasprzak: Bogowie z Gwiazdozbioru Aquariusa – bardzo miło wiedzieć zbiór prac także tego autora w ramach prezentacji klasyki rodzimego komiksu. Jest fantastycznie. Do tego dosłownie i w przenośni. A co więcej w wymiarze formalnym (a na ogół także fabularnym) zebrane tu utwory jakościowo nadal się bronią.

Zbir t.1 – powrót po latach do świata kreowanego autorstwa Erica Powella w pełni potwierdza odczucia po lekturze tomu „zerowego”. Humor w wykonaniu tego autora niemiłosiernie się zestarzał, tytułowy Zbir nadal jawi się jako osobowość bez wyrazu, a intrygi z jego udziałem rażą przesadnym schematyzmem. Całość ratuje warstwa plastyczna w wykonaniu rzeczonego w której znać zarówno talent jak również twórczą odwagę i swoistą zadziorność.
 
Najemnik t.5 – najbardziej emocjonująca z dotychczasowych odsłon tej serii. Do tego zilustrowana z niezmiennym mistrzostwem mistrza Segrellesa.
 
Berserker uwolniony – nazwiska realizatorów tego projektu zobowiązują. Niestety tym razem zarówno Jeff Lemire jak i Mike Deodato Młodszy zawiedli po całości. Stąd parafraza motywu krewkiego barbarzyńcy okazała się kompletnym fiaskiem. Tytuł do gruntownego i jak najszybszego zapomnienia.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w So, 10 Październik 2020, 10:55:41
  Podsumowanie września. Wrzesień, tradycyjnie dla mnie miesiącem komiksu polskiego, tyle że po przegrzebaniu półek okazało się, że właściwie niewiele tych polskich komiksów posiadam do przeczytania. Noc cóż, życie potrafi kopnąć w jaja, może za rok będzie lepiej?

1. Najlepszy:

  "Nightwing tom 4 - Starzy i nowi wrogowie" - Tim Seeley, Javier Fernandez, Miguel Mendonça. Zbiorcze wydanie dwóch zbiorczych wydań (masło maślane) kończących serię Seeleya a całość podzielona jest na trzy rozdziały. W pierwszym Do Bludhaven, trafia nowy gracz pragnący dostać się na sam szczyt przestępczej piramidy, świeżo wypuszczony z dłuższej odsiadki w Blackgate facet będący kolejną wariacją Jekylla i Hyde'a nazywający siebie Blockbuster. Postać nieco niejednoznaczna moralnie co z pewnością wychodzi jej na dobre. W drugim autor sięgnie do agenturalnej przeszłości Dicka i wyśle go na konfrontację z jego byłą agencją wywiadowczą Spyral w której pomoże mu Helena Bertinelli - Huntress, która od czasu kiedy ją ostatnio widziałem nie tylko zmieniła twarz na taką jakby bardziej orientalną to jeszcze na dodatek bardzo dużo czasu spędziła na słońcu. Rozdział trzeci to "Le Grand Final" w którym wezmą udział praktycznie wszyscy bohaterowie z wyjątkiem Bruce i Damiana Wayne'ów oraz Barbary jacy pojawili się na łamach serii a stawką będzie jak najbardziej klasycznie los całego miasta. Za rysunki odpowiada Fernandez znany z wcześniejszych tomów oraz Mandoca który podmienił Marcusa To. Rysunki tego drugiego mniej mi przypadły do gustu, jego styl to taki typowy plastik-fantastik superhero aczkolwiek bez jakichś większych błędów technicznych, jak ktoś lubi taką konwencję powinien być usatysfakcjonowany, chociaż moim zdaniem poprzednik był nieco lepszy. O wiele lepiej podeszły mi rysunki Fernandeza, który o ile już w poprzednich tomach starał się mocno czerpać ze stylu uwielbianego przeze mnie śp. Norma Breyfogle tak tutaj kopiuje już bez skrępowania. Owszem można by mu zarzucić, zwykłe naśladownictwo, ale skoro zabrakło oryginału... Naprawdę bardzo fajna seria, Seeley przede wszystkim jest mocny się w pisaniu bohaterów, polubiłem niemalże wszystkie które pojawiły się na jej łamach, sympatyczny bohater tytułowy, dwóch naprawdę przyzwoicie skonstruowanych gagatków czyli Blockbuster oraz Raptor, który od początku interesujący w czwartym tomie został dodatkowo rozwinięty w interesującą stronę, do tego cała masa sympatycznych postaci drugo i trzecioplanowych. Momentami czuć, że nieco zabrakło miejsca jak w przypadku Shawn, której nie dość że nie polubiłem wcale, to jeszcze została kochanką Dicka właściwie z nieznanych mi przyczyn i tak samo z niespecjalnie rozsądnych przyczyn się z nim rozstała. Jednym słowem fajny, napisany z polotem i bez zadęcia mariaż komiksu superbohaterskiego, wydziwów w stylu Granta Morrisona, obyczajówki, komedii (na szczęście bez przesady) i kryminalnej sensacji. Jakby ktoś się interesował to ostatni tom nie jest ucięty siekierą jak dajmy na to Aquaman, autor zostawia wiele furtek pootwieranych dla dalszych autorów, ale całość sprawia wrażenie zakończonej z elegancją. A ja sobie czekam na "Graysona" w DC Deluxe. Ocena 7+/10.

 

2. Zaskoczenie na plus:

  "Kapitan Żbik - Wydanie I tom zbiorczy" - autorzy różni. Wstyd się przyznać (żartowałem, nie wstydzę się), ale nie znałem za bardzo Kapitana Żbika, tytuł to nie moje czasy a jako dziecko jakoś mi nie wpadły te komiksy w ręce (przeczytałem dwa zeszyty, nie wiem jakie ale nic z tego tomu). W każdym razie wraz ze zbiorczym wydaniem Ongrysu przyszła okazja łyknąć nieco wiedzy na ten temat a jako, że jestem fanem "milicyjnego" kina oraz podobnej literatury z lat 60-70 nie żal było widać tych kilkudziesięciu złotych. W pierwszym tomie, zawartych jest pierwszych dziesięć zeszytów serii, no może nie do końca zeszytów bo pierwszy to zbiór pasków komiksowych z Kuriera Szczecińskiego. Zbiór sensacyjno detektywistyczne komiksy z polskim Jamesem Bondem skrzyżowanym z Supermanem oraz inspektorem Kojakiem. Żbik wszystko potrafi, wszystko wie i na wszystkim się zna czyli istny człowiek socjalistycznego renesansu, chociaż i on czasem staje w obliczu bezradności wobec perfidii przestępców więc jakieś pozory realizmu zostają zachowane. Szczerze mówiąc właśnie niedostatki realizmu były rzeczą, która mnie zadziwiła, nastawiałem się raczej na coś bardziej przyziemnego i mocniej stojącego obydwiema nogami na ziemi, a tutaj większość opowiadań ma zdecydowanie przygodowe zacięcie i nie wydaje się specjalnie wiarygodna. Wyjątkiem jest ostatni ciąg fabularny (fabuły potrafią przeskakiwać z zeszytu na zeszyt pomimo różnych tytułów), który faktycznie tak na zdrowy rozsądek pokazuje jak mogło wyglądać śledztwo i jak wyglądał pościg za bandytami. Tym niemniej wszystkie zeszyty mają swój sens, na tym tle kompletnym kuriozum jest pierwszy rozdział "Pięć Błękitnych Goździków" tak napisany, że nie bardzo wiedziałem o co w nim chodzi na dodatek mający na celu chyba ukazanie Milicji jako kretynów i nieudaczników. Pod względem graficznym tom wygląda interesująco, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że artyści z braku czegoś co można by określić "polską szkołą komiksu" (która zdaje się do dzisiaj nie powstała) poruszali się po istnej terra incognita. Przyciągające wzrok, dające znać że mamy do czynienia z utalentowanym plastykiem chociaż drażniące brakiem teł rysunki Zbigniewa Sobali (w dalszych nieco bardziej dopracowanych zeszytach, wyglądają niestety nieco słabiej), dynamiczne kadry Jana Rockiego, pierwszy występ na scenie Grzegorza Rosińskiego (facet przebył baaaaaardzo długą drogę) i nieco realistyczniejsze prace Mieczysława Wiśniewskiego z których sporo zaczerpnął Jerzy Wróblewski mogą się podobać. Powiem więcej byłem całkiem przyjemnie zaskoczony niezłym poziomem rysunków, jakoś tak nastawiłem się że to będzie gorzej wyglądało. Kwestie propagandowe do przemyśleń, głęboko wierzę że harcerze po zorientowaniu się, że ktoś chce uciec z socjalistycznego raju nie lecieli na komisariat z donosem. Zresztą przyznam szczerze, to jest tak napisane że przyłapałem się na tym iż obserwując dysproporcję sił i możliwości pomiędzy państwem a przestępcami, to o ile nie zabili kogoś postronnego to kibicowałem tym drugim. Żeby w tamtych czasach zdecydować się na popełnienie ciężkiego przestępstwa trzeba było być prawdziwym twardzielem, albo prawdziwym desperatem (najpewniej jednym i drugim naraz). Wydanie Ongrysowe bardzo przyjemne, wydanie solidne, spora ilość ciekawych dodatków - "list" od Żbika będący jednocześnie jego życiorysem, sylwetki twórców wraz ze zdjęciami, okładki, propagnadowo-edukacyjne plakaty, krótkie paski komiksowe itp. Kupiłem wersję z regularną odsądzaną tutaj od czci i wiary okładką. Na żywo prezentuje się całkiem fajnie, gdyby nie natrętnie komputerowe kolory, uznałbym ją za bardzo udaną. "Kapitan Żbik" to jednak część historii polskiego komiksu, bawiłem się nieźle i czekam na tom drugi. Ocena 7/10.

  "Superman - Action Comics tomy 1-4" - Dan Jurgens i inni. Z pewną taką nieśmiałością podszedłem do tytułu, miałem ochotę na regularną serię z Supermanem bo od czasów Tm-Semic takowej żadnej nie czytałem, od pierwszego tomu Tomasiego nieco się odbiłem, Lois w batzbroi naparzająca się w "tajnej bazie" Batmana na Księżycu z Eradicatorem który zjadł Krypto to było dla mnie nieco zbyt dużo, na dodatek album straszył rysunkami. Pomyślałem, że Jurgens może stanowić nieco mniejszy szok poznawczy dla weterana mojego pokroju i w pewnym sensie się nie pomyliłem. Chociaż z drugiej tom pierwszy "Ścieżka Zagłady" jednak stanowił dla mnie niezły szok, poczułem się jakbym ostatnie ponad dwadzieścia lat spędził pod lodem (Jurgens też zresztą). Na początku widzimy Luthora ubranego w zbroję Supermana, przemawiającego w tv, na co Superman reaguje słowami "o nie Lex Luthor...tak być nie może, zaraz mu skuję mordę" (to mniej więcej jego słowa) i leci zamienić słowa w czyn. Trochę mało to supermanowe jak na mój gust, chyba powinien wziąć pod uwagę, że skoro to inny wszechświat to i Lex może być inny ale dobra niech będzie. Jak mówi tak robi i w samym środku szkolnej bijatyki wyskakuje jak przysłowiowy diabeł z pudełka kto?...Doomsday. W tej chwili, lekko z niedowierzaniem, przetarłem oczy i zerknąłem w kalendarz, ale nie to cały czas był 2020 rok. Nie dość, że wyskakuje ten Doomsday to jeszcze zaczyna się prać z Supermanem i robią to do samego końca albumu, oczywiście Action w tytule zobowiązuje, ale to była lekka przesada w tym tomie nie dzieje się nic z wyjątkiem nieustannego lania (przy okazji dowiedziałem się, że nieco chyba przepisano origin Doomsdaya, który ma teraz nieco więcej sensu). Mimo wszystko poczułem się znowu jak dzieciak czytający teemsemikową "Śmierć Supermana". Drugi tom "Powrót do Daily Planet" da czytelnikowi nieco odetchnąć, dla odmiany nie znajdzie się w nim ani jedna bijatyka. Scenarzysta porozstawia nieco figury na szachownicy, skupiając się na powrocie rodziny Kent (vel Smith) do Metropolis oraz drugim Clarku Kencie, który okazuje się być normalnym człowiekiem bez śladu jakichkolwiek wspomnień Supermana. W tomie trzecim "Ludzie ze Stali" Superman i Lex zostaną porwani na inną planetę przez dwóch obcych, którzy wykonują wyroki na przyszłych zbrodniarzach i którzy oskarżą Lexa, że w przyszłości z pomocą posiadanego motherboxu zostanie następcą Darkseida i wymorduje dziesiątki cywilizacji (trochę dziwny patent z tym, że Superman po kilku godzinach bez naszego słońca zaczyna tracić moce, kiedyś spędzał po kilka miesięcy w kosmosie i mu to nie przeszkadzało) a my będziemy mogli poobserwować naradzajacą się quasi-przyjacielską więź pomiędzy dwoma bohaterami. Tomie czwarty "Nowy Świat" to historia zawiązania się antysupermanowej koalicji  składającej się z Generała Zoda, Eradicatora, Cyborg Supermana, Mongula, Metallo i jakiegoś nie znanego mi pasującego tutaj jak pięść do nosa telepaty Blanque. Supek oczywiście zbierze swoją paczkę więc będziemy świadkiem sporego tag-teamu pod koniec. Rysunkowo seria wygląda przyzwoicie, DC nie popełniło błędu znanego z innych tytułów, wirtuozów ołówka jest sporo ale nie wystawiło ekipy różniącej się drastycznie stylami, większość wygląda na naśladowców Jima Lee i muszę przyznać że sprawdza się to tutaj całkiem nieźle.Wiadomo są całkiem nieźli wśród nich specjaliści jak i całkiem kiepscy ale całość nie wprowadza niepotrzebnego zamieszania, więc oceniam ich pracę pozytywnie. Obwawiałem się nieco czy seria Action Comics nie będzie się zbyt mocno krzyżować z Supermanem i da się ją czytać oddzielnie i muszę przyznać z przykrością, że tak trochę jest. Przez pierwsze trzy tomy, byłem przekonany że clou programu będą tajemniczy ktoś, który wydaje się sterować zza kurtyny wszystkimi wydarzeniami i drugi Clark, który będzie w jakiś sposób z nim powiązany, tymczasem w czwartym tomie okazało się że sprawa drugiego Clarka została rozwiązana na łamach bratniego tytułu. Trochę to słabe, odniosłem wrażenie że był tutaj kreowany na ważną fabularnie postać. Cóż, nie ma się co oszukiwać nie jest to klasyk, który u każdego fana postaci będzie stał na honorowym miejscu, ale lekkie, niezobowiązujące retro-czytadełko z ogranymi pomysłami w nieco uwspółcześnionym wydaniu w sam raz do kibelka, dobrze że Jurgensowi jeszcze się chce i co najważniejsze jeszcze może. Jeden z tytułów, które zakupowałem raczej z myślą o dalszej odsprzedaży, ale póki co zostaje na półce. Kończę resztę i w następne zamówienie wrzucam AC od Bendisa. Ocena 6+/10.



3. Najgorszy przeczytany:

  Nic naprawdę kiepskiego w tym miesiącu mnie nie trafiło.


4. Zaskoczenie na minus:

  "Jeż Jerzy - dzieła zebrane tom 1 i 2" - Rafał Skarżycki, Tomasz Leśniak. Przygody jednego z najbardziej znanych bohaterów polskiego współczesnego komiksu, swego czasu na tyle popularnego, że dostał własny film animowany. Tak jak i Żbik średnio mi wcześniej znanego, czytałem z pewnością ten komiks w którym wystąpił Szatan, ale za Chiny nie mogę sobie przypomnieć gdzie i kiedy. Cóż mogę powiedzieć, po prostu mnie ten komiks nie oczarował, w założeniu podejrzewam satyryczny, jak dla mnie wypełniony najczęściej niespecjalnie zabawnymi sucharami, na dodatek powtarzanymi do bólu. Owszem uśmiechnąłem się kilka razy, występy kilku znanych postaci z kręgów polityki i szeroko pojętej kultury, spotkanie księdza z harekrysznowcem, kurs samoobrony, koncert Cool Kids of Death, gościnny występ Majora Żbika i ogólnie większość scen w których pojawia się Policja, skinheadzi Stefan i Zenek ze swoim "odstąp jeśliś Polak" i okazjonalne występy Bandy Łysego są całkiem fajne ale zadziwiająco niewiele takich momentów jak na dwa stu-kilkudziesięcio stronicowe tomy, najśmieszniejszym momentem była dla mnie lektura wstępniaka do drugiej części autorstwa Jakuba Demiańczuka, całość jest chyba bardziej interesująca pod względem fabularnym niż zabawna. Problemem jest dla mnie w sumie jakaś taka "płaska" postać Jerzego, większość drugoplanowych bohaterów takich jak Inspektor Stein, Naczelnik Puszka, Przemysław R., Pietia Pawłow czy Ksiądz Egzorcysta jest najzwyczajniej w świecie ciekawsza. Pod względem rysunków Leśniaka również mam mieszane uczucia, o raczej paskudnawy wygląd pierwszych szortów nie ma się co czepiać, komiks im dalej w las tym lepiej wygląda. Tyle, że obok kadrów będących istnymi perłami, które naprawdę fajnie wyglądają leżą takie przy których mamy wrażenie, że autor popełnił je w minutę siedząc na wucecie, o tak dopracowanych cudeńkach jak naprzykład okładka pierwszego tomu w środku możemy zapomnieć. Wydanie w niewielkim formacie ale całkiem ładne, papier offset, galeria interesujących dodatków wśród których znajdziemy nie tylko wszelakie okładki na których pojawił się Jerzy, ale i świetny pomysł w postaci różnych jego wariantów narysowanych przez znanych bardziej lub mniej polskich rysowników (jest też zdaje się praca jednego z naszych forumowych kolegów). Na minus zbyt mocno ściśnięty w stosunku do okładki grzbiet, co sprawia że mające się układać w panoramę tomy są oddalone od siebie o dobre ponad pół centymetra. Cóż nie wypada nie mieć na półce chociaż jednego tomu z było nie było bardzo prominentnym bohaterem z naszego nieszczególnie wielkiego podwórka, więc sprzedawać komiksów nie będę, ale już chyba raczej nie mam ochoty na kolejne. Zresztą patrząc na tempo wydawania i zdaje się brak zapowiedzi tomu trzeciego, to nie jest chyba jakiś wielki hit sprzedażowy Kultury Gniewu więc kto wie czy się ukażą wogóle. Aha, jeżeli ktoś liczy na efekt nostalgii za latami 90-tymi to "Osiedle Swoboda" działa o wiele lepiej na tym polu. Ocena 5+/10.


5. Całkowicie darmowy dodatek


  "Sex Story - Historia seksu od małp do robotów" - Philippe Brenot, Laetitia Coryn. Komiksowy "podręcznik" dotyczący ludzkiej seksualności, jak w tytule obejmująca całkiem spory przedział czasu. Całość kojarzy się mocno z filmami animowanami z cyklu "Było sobie...", autor po kolei "zalicza" (tadam, po raz kolejny udało mi się dobrać odpowiednie słowo) kolejne epoki, opowiadając jak seks wpływał na wierzenia, systemy społeczne, polityczne czy też filozoficzne. Napisane to to z humorem, nie nudząco i momentami lekko wulgarnie czyli tak jak trzeba by zainteresować czytelnika. Jednym z problemów albumu może być to, że scenarzysta mimo że jest wykładowcą seksuologii to raczej nie pozwala sobie na naukową bezstronność i dosyć mocno przedstawia na jego łamach swoje poglądy, część jego twierdzeń sprawia wrażenie mniej opartych na naukowych dowodach a bardziej na osobistym "widzimisię", dlatego niespecjalnie traktował bym komiks jako wyrocznię ostateczną w dziedzinie historii erotyki i historii wogóle. Drugim problemem, nieco wyraźniejszym i chyba poważniejszym jest to, że wymaga on całkiem sporej wiedzy ogólnej na temat historii ludzkości, bez tego czytelnik może się pogubić nieco w tych wszystkich przedstawianych koncepcjach. Tyle, że potencjalny czytający posiadający taką wiedzę, niewiele znajdzie tam rzeczy o których by nie wiedział a całość zaczyna się sprowadzać do serii ciekawostek, rysunkowych gagów i zabawnych bon-motów. Rysunki Coryn przyjemne dla oka, również kojarzą się z wcześniej wspomnianymi francuskimi filmami rysunkowymi oraz ilustracjami Davida Macaulaya. Ładne wydanie, format duży i na szczęście udało mi się kupić wersję z nielimitowaną okładką. Nie jest to pozycja którą każdy koniecznie musi mieć na półce, ale ja bawiłem się przy lekturze całkiem dobrze, a kilka faktów (być może), faktycznie mocno mnie zaskoczyło. Ocena 7/10.


  "Legia Akademicka - Drogi do Wolności" - Juliusz Woźny, Martin Venter. Jeden z trzech darmowych komiksów przygotowanych przez Wojskowe Centrum Edukacji Obywatelskiej na okazję 100-lecia odzyskania niepodległości. Komiks historyczny przybliżający kulisy powstania Legii Akademickiej czyli formacji składającej się głównie z ochotników z warszawskich uczelni wyższych, która przeformowana w 36 Pułk Piechoty brała udział w ofensywie na Lwów oraz Bitwie Warszawskiej oraz ogólne wydarzenia mające miejsce podczas formowania się nowego państwa polskiego. Fabuły jako takiej tu nie ma, raczej typowo dla komiksu historycznego mamy wyrywkowe scenki ukazujące historię z bliższej lub dalszej perspektywy bohaterów zarówno historycznych jak i wymyślonych. Całkiem nietypowo zaś wygląda oprawa graficzna, co do której mam mieszane odczucia. Ilustracje, utrzymane są w barwach jakby mocno podkręconej sepii i przypominają kolaże McKeane'a pociągnięte mocnym konturem. Tyle, że świetnie wyglądające kadry leżą zaraz obok w sąsiedztwie paskudnych i ciężko powiedzieć od czego to zależy, jednym słowem komiks wygląda bardzo nierówno. Wychodzi na to, że dostajemy całkiem przyzwoity niewielki (48 stron) historyczny komiks w zadziwiająco oryginalnej formie. Na minus Piłsudski, Paderewski i Dmowski w kadrach a brak wzmianki o Daszyńskim, Korfantym i Witosie powiedziałbym, że to trochę nieładnie ze strony autora, ale to wręcz bardzo nieładnie. Wrażliwych ostrzegam, będą Orlęta Lwowskie czyli dzieci z karabinami. Całkiem udany i całkiem oryginalny sposób promocji, na dodatek przybliżający mało znane fakty i postacie z tamtych ważnych dni, mam nadzieję, że WCEO skorzysta z tej formy w przyszłych projektach.

Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: bibliotekarz w So, 10 Październik 2020, 21:18:19
Akurat nie tak dawno przeczytałem dwa pierwsze tomy Tomasiego, więc lekko się skonfrontuję.
od pierwszego tomu Tomasiego nieco się odbiłem, Lois w batzbroi naparzająca się w "tajnej bazie" Batmana na Księżycu z Eradicatorem który zjadł Krypto to było dla mnie nieco zbyt dużo
Tu akurat zupełna zgoda. Aczkolwiek ta walka z Eradicatorem to druga połowa pierwszego tomu i dopóki do niej nie dochodzi czytało mi się to całkiem nieźle. Postacie są sympatyczne, czyta się lekko. Sporo humoru i bezpretensjonalnej rozrywki. Podchodziło mi to całkiem jak... hmm, Spider-Man Bendisa. Później rzeczywiście - Eradicator wszystko połyka i wypluwa, dusze potępionych Kryptończyków zawodzą przeciągle, wszystko w rytm rozwleczonej na kilkadziesiąt stron kopaniny. Im więcej było tej "akcji" tym szerzej ziewałem. W drugim tomie wszystko na szczęście wraca na właściwe tory, Supek jest takim bohaterem z sąsiedztwa, zakłopotanym ojcem i pechowym mężem, znów autorzy stawiają na zabawne interakcje między postaciami, trochę mrugania okiem do czytelnika (np. do fanów Nowej Granicy). Tylko może trochę za dużo Superboya i treści dla młodszego czytelnika.

Supermana rzadko dobrze mi się czytało. Jest niezniszczalny, może wszystko i we wszystkim jest najlepszy. Trudno wymyślić dla niego odpowiedniego przeciwnika, bo właściwie z góry wiadomo, że z każdym wygra. Pisanie Supermana wymaga nabrania do niego dystansu. Zastanowienia się, gdzie pomoc kogoś takiego przyjęta została by z największą życzliwością. Nazbyt często autorzy stawiają wyłącznie na konfrontację z kimś napakowanym i szkicowy anturaż (niech teraz przeleci przez jakiś Jurassic Park a potem przez miasteczko na Dzikim Zachodzie). Wokół postaci takiej jak Superman nie tworzy to żadnego napięcia.

na dodatek album straszył rysunkami.
Tu zupełnie nie wiem o co chodzi. Rysunki jak najbardziej miłe dla oka, nowoczesne, przejrzyste, energiczne, odpowiednie do superhero.

(przy okazji dowiedziałem się, że nieco chyba przepisano origin Doomsdaya, który ma teraz nieco więcej sensu)
Po przeczytaniu Śmierci Supermana chyba wszyscy zastanawiali się kim jest Doomsday i skąd się wziął. A po zapoznaniu się z jego originem palm face wydawało się jedyną właściwą reakcją. Dobrze, że ktoś go zmienił, bo chyba nie dało się go bardziej spartaczyć.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: bibliotekarz w Nd, 01 Listopad 2020, 00:50:40
Daredevil vs Sędzia Dredd

Zajęło mi to trochę ponad miesiąc i przez ten czas zapoznałem się z komiksami o Daredevilu i Sędzi Dredd (coś tam jeszcze wpadło, ale nie będę robił z tego powodu zamieszania). Po Diabła sięgnąłem ponieważ Człowiek nieznający strachu wygrał top listę TM-Semic (a jestem fanem Semika, więc nie mogłem tego nie poznać), zaś Żółty miał trzymać podobnie wysoki poziom jak Niebieski (który mi się ogromnie podobał). Ostatecznie przeczytane: Człowiek nieznający strachu, Odrodzony, Żółty. Postać Dredda nie przypadła mi dotąd do gustu. Czytałem spotkania z Batmanem (Sąd nad Gotham, Uśmiech Śmierci) i jakieś krótkie historie ze Świata Komiksu. Krótko mówiąc Dredd to tępy buc, który może i bywa nieźle rysowany, ale scenariusze są nawet nie tyle słabe co po prostu debilne. Skąd więc taka popularność? Postanowiłem to sprawdzić sięgając po najbardziej cenione historie. Ostatecznie przeczytane: Kompletne Akta 14 (Necropolis), Ameryka, Mandroid, Oddział PSI - Szambala.

Zaskoczenie na plus: Odrodzony. Eks-narzeczona Matta Murdocka popadła w narkotykowy nałóg i sprzedała jego tajną tożsamość. Odtąd Kingpin starannie przygotowuje plan zniszczenia mu życia. Matt traci pracę, mieszkanie a nawet przyjaciół i ląduje na ulicy. To była szeregowa seria a Frank Miller podszedł do jej prowadzenia nie szczędząc starań. Stopniowo rozgrywa kolejne akty dramatu bohatera i śledząc jego upadek mamy wrażenie obcowania z poważnym wydarzeniem, innym niż tysiące "poważnych" marvelowskich wydarzeń na zasadzie zabili go i uciekł. Przy tym rysunki Mazzuchellego też niczego sobie. Są nawet fajne eksperymenty z rozkładem kadrów na kolejnych stronach. Jak na fragment szeregowej serii wyszło to ponadprzeciętnie. 7/10

Zaskoczenie na minus: Człowiek nieznający strachu. Origin Daredevila. Po prostu i tyle. Jakoś to się czyta, ale daleko mu do takich originów pisanych przez Millera jak Batman: Rok pierwszy. Rysunkowo też dobrze i tyle. Dlaczego akurat ten komiks wygrał top listę? Nie mam pojęcia. 6/10

Najlepszy przeczytany: Szambala. Na ulicach Mega City One nagle pojawiają się i znikają dzikie zwierzęta zabijające ludzi. Na całym świecie rozgrywają się podobne tajemnicze zdarzenia i nikt nie wie co jest ich przyczyną. Może ktoś jednak wie, ale aby to sprawdzić należy opuścić Amerykę i udać się na niebezpieczną wyprawę do Tybetu. Tytułowa historia okazuje się jednak niezbyt długa i tom wypełnia wiele innych (najdłuższa opowiada o powrocie Szatana na Ziemię). Niby jest w nich jakaś akcja, strzelanina, itp., ale zawsze sednem jest coś innego. Zwykle to jakieś pomysły z pogranicza surrealizmu oryginalnie wykorzystujące tropy kulturowe, religijne, filozoficzne. Do tego świetnie narysowane. W trakcie lektury objęło mnie dojmujące uczucie żalu. Dlaczego nie mogłem tego przeczytać mając 15-20 lat? Uwielbiałem takie rzeczy. Kształtowały mój sposób myślenia. To wylądowałoby na półce moich ulubionych lektur. Dziś już trochę na to za późno, choć oczywiście dzieło doceniam. 8/10

Najsłabszy przeczytany: Człowiek nieznający strachu. Może ex aequo z Necropolis.

Kilka słów na temat reszty.

Żółty. W sumie to najlepszy DD jakiego przeczytałem. Rzeczywiście twórcy SM: Niebieski wciąż trzymają poziom. Trochę się jednak różni od poprzednika. Rysunki są bardziej subtelne, bardziej szczegółowe, bardziej przystępne. Znów motywem przewodnim jest miłość życia superbohatera, choć tym razem nieco więcej w tym optymizmu. Znacznie lepiej poprowadzony origin niż ten Millera. Doskonale się to czyta i ogląda. Szkoda tylko, że historia taka jakby urwana. 8/10

Ameryka. Świeżo przybyli włoscy emigranci nadają swojej córce imię Ameryka, na cześć kontynentu, który ich powitał. Życie w Mega City One okazuje się jednak nie nastrajać pozytywnie. Problemy socjalne, ogromna przestępczość a nad tym wszystkim dyktatura sędziów. Mała Ameryka wcześnie zaczyna się odważnie buntować, kiedy jej przyjacielowi Beenyemu "ukradli gitarkę". Beeny się w niej zakochuje, Ameryka przepada na wiele lat a Beeny w tym czasie robi karierę w showbiznesie w symbiozie z systemem. Kiedy wreszcie przypadkiem ją spotyka, w pierwszej chwili wydaje się, że Ameryka pracuje jako prostytutka. Prawda okazuje się być inna, choć niekoniecznie lepsza. Mocna historia o dyktaturze, buncie i osobistej tragedii. Z mocnym, p#&;@*!m zakończeniem. Dopełniają ją dwie kontynuacje, ale już znacznie słabsze pod każdym względem. 7,5/10

Mandroid. Dzielny sierżant Slaughterhouse jako jedyny przeżywa bitwę, choć przypłaca to utratą większej części ciała. Odchodzi ze służby a wraz z nim żona. Wojsko sponsoruje mu jednak nowe mechaniczne ciało, coś na kształt Robocopa. Slaughterhouse zamieszkuje z żoną i synem w Mega City One w tanim blokowisku. Od razu doświadcza przykrości życia w takim miejscu. Zdecydowanie nie jest tu bezpiecznie i to na każdym kroku - od rodzinnych kłótni począwszy, poprzez wymuszenia a skończywszy na najcięższych przestępstwach. Wkrótce znika żona a sierżant nie tylko musi jej szukać, ale poradzić sobie z zawziętym na niego lokalnym przestępcą i opiekować się synem. Ostatecznie nasz bohater nie jest tylko inwalidą, ale urodzonym żołnierzem, którego ciało stało się bronią a kolejny wypadek losu może przechylić u niego szalę goryczy. To nie jest skomplikowana historia, lecz Wagner świetnie sobie radzi z opowiadaniem jej. Uderza we właściwe nuty by wzbudzić współczucie i zrozumienie dla sytuacji bohatera. To świetny akcyjniak s-f. Tylko rysunki mogłyby być nieco lepsze. 6,5/10

Necropolis. Do Mega City przybywają Siostry Śmierci. Ich celem jest sprowadzenie Mrocznych Sędziów. Nad miastem zapada noc a na ulice wylewa się fala śmierci. Dredda w tym czasie nie ma. Dręczony wewnętrznymi rozterkami udał się na wygnanie. W mieście pozostał jego klon, Kraken, którego Dredd wydalił ze służby, choć wszyscy inni sędziowie uznali tę decyzję za niesłuszną. Być może Dredd się nie mylił, gdyż siostry przejmują nad Krakenem kontrolę. Pierwsze strony szły opornie. Jednak historia jest prowadzona sprawnie i gdy się do niej przyzwyczaiłem czytało się to dalej całkiem spoko. Z jednej strony nie ma w niej niczego fikuśnego, efektownych scen, trafnych komentarzy społecznych, ciętych dialogów itp., ale zarazem nie ma też mnóstwa głupot i fabularnych mielizn jakich pełno w superhero. Jest mroczny klimacik i czyta się bez bólu. Tylko rysunki i kolory wyglądają jak wyjęte z połowy lat 70-ych. 6/10

Morał: Po zapoznaniu się z Daredevilem raczej już mi wystarczy. Nie wiem czy powstało coś równie dobrego jak Odrodzony czy Żółty a sama postać na dłuższą metę nie przyciąga mojej uwagi. Nieco inaczej jest z Dreddem. Komiksy o nim okazują być nie tylko stawianiem tępego buca w kolejnych groteskowych sytuacjach. To pewien komentarz polityczny - republikańskie rządy twardej ręki trzymające w ryzach całe społeczeństwo, w tym "płaczliwych demokratów" - niestety cyzelowany i jakiś taki na pół gwizdka. Otwiera się tu pole do popisu dla przemycania przeróżnych uwag politycznych, społecznych, kulturowych, ale twórcom albo zabrakło odwagi, albo de facto niewiele w tej materii mają do powiedzenia. Niemniej wykreowany świat wciąż ma potencjał. Tak więc Dredda nie przekreślam i raczej sięgnę w przyszłości również po Powrót do Szambali, Mrocznych Sędziów i Bezprawie.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Leyek w Nd, 01 Listopad 2020, 00:58:50

Ameryka. (...) Dopełniają ją dwie kontynuacje, ale już znacznie słabsze pod każdym względem. 8/10

Trochę krzywdząca Twoja opinia. Czytałem już dawno, też uważam, że pierwsza historia zdecydowanie najlepsza. Ale wg mnie kontynuacje też były bardzo w porządku. Aż byłem zdziwiony jak fajnie wyszły, mimo, że pierwowzór wydawał się zamkniętą historią. Rysunkowo po przekartkowaniu odstawały, ale podczas czytania ładnie się wszystko układało. Tak jak głównej historii dałbym  9-9+/10 to kontynuacje są lekko na 8(-) - 8/10. I całościowo to najlepszy Dredd jakiego dostaliśmy od Studia Lain.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: bibliotekarz w Nd, 01 Listopad 2020, 01:10:56
Sam późniejszy pomysł z tym, co się dzieje z ciałem Beenyego to jeszcze była zaskakująco udana koncepcja rodem z oryginalnej Ameryki. Cała reszta jednak mocno rozwodniona, żadnej oryginalności. Z dialogów nic kompletnie nie zapada w pamięć, podobnie jak żadna ze scen. Mamy jakiegoś typowego złola, Dredd prowadzi śledztwo, potem strzelanka - jak przeciętny zeszyt Batmana.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Nd, 01 Listopad 2020, 16:44:43
Październik

Storm t.9 – jedne z najbardziej udanych odsłon tej serii nic nie straciły na swojej wysokiej jakości. Do tego zarówno w wymiarze fabularnym jak i plastycznym. Znakomita realizacja.
 
Conan Barbarzyńca t.73 – jak zawsze interesująco prezentują się prace Johna Buscemy, Erniego Chana i Mike’a Docherty’ego. Natomiast zdecydowanie gorzej sprawy się mają w przypadku Marka Penningtona i Jasona Minora oraz Freda Harpera. W pochodnej ich dokonań znać bowiem nie tylko niedostatki warsztatowe (w tym zwłaszcza nieumiejętność nakreślania skrótów perspektywicznych), ale też trendy z wczesnych lat 90., które bardzo szybko źle się zestrzały.
 
Zbir t.2 – zdecydowanie najbardziej udany tom tej serii spośród wydanych przez Taurusa. Tym razem Eric Powell wykazał się nie tylko plastyczną biegłością, ale też znacznie bardziej wysublimowanym humorem niż miało to miejsce w poprzednich dwóch tomach.
 
Dylan Dog: Mater Morbi – jeśli komuś zdawało się, że na tzw. SOR-ze (tudzież w szpitalu jednoimiennym) gorzej być nie może to na swój sposób ma racje: zdawało mu się. Tytułowy bohater trafia bowiem w jeszcze bardziej upiorne miejsce dla niepoznaki tylko imitujące placówkę medyczną. Jedna z najbardziej udanych z dotąd wydanych u nas odsłon tej serii.
 
Star Wars Komiks Kolekcja t.1 – rzecz w dwójnasób interesująca. Po pierwsze w aspekcie stricte historycznym (wszak to pierwsza komiksowa adaptacja klasycznej „Nowej Nadziei”); po drugie z racji dostrzegalnego tu procesu wizerunkowego rozwoju świeżo zaistniałej marki, która z czasem doprowadzić miała do zaistnienia największego fandomu na świecie. Liczne niedorzeczności skumulowane w opowieściach z udziałem Hana Solo (królik Jaxxon…) paradoksalnie dodaje temu przedsięwzięciu dodatkowego smaczku i kolorytu.
 
Jessica Jones: Fioletowa córka – pomimo braku na „pokładzie” tego przedsięwzięcia pomysłodawców pokręconych losów tytułowej bohaterki utwór ten, pomimo drobnych mankamentów, okazał się nadspodziewanie umiejętnie rozpisany, pełen zaskakujących zwrotów akcji i trafnego „użytkowania” całkiem licznej obsady. Naprawdę warto.
 
DC Odrodzenie: Superman-Action Comics t.4 – także w tym przypadku można śmiało mówić o umiejętnie dobranej i takoż właśnie prowadzonej obsadzie. Zod, Eradicator, Metallo. Mało? Spokojnie; tego typu „przyjemniaczków” jest tu więcej. Do tego w trafnym ujęciu motywów znanych z kart przedruków TM-Semic (vide „Rządy Supermanów”). Nic w tym zresztą dziwnego skoro za „sterami” serii sam Dan „Zabiłem Supermana” Jurgens.
 
Star Wars Komiks Kolekcja t.2 – ciąg dalszy swoistej improwizacji twórców skrzykniętych pod szyldem Marvela w zakresie rozwijania przestrzeni przedstawionej wówczas ledwie jedynego filmu z przyszłego uniwersum Lucasa. Przyznać trzeba, że pomimo nieco archaicznego „posmaku” zespołowi realizacyjnemu szło pod tym względem nadspodziewanie udanie. Do tego stopnia, że po raz kolejny żal iż znaleźliśmy się po zdecydowanie gorszej stronie żelaznej kurtyny nie mając tym samym możliwości względnie bieżącego rozpoznawania tej serii. W czasach jej publikacji musiała wywierać niesamowite wrażenie. 

Smerfy i smok z jeziora – udane poszerzenie „uniwersum” Smerfów przy równoczesnym nawiązaniu do serii z której koncept niebieskich „chochlików” wyrósł (tj. „Johan i Piłit”)
 
Conan Barbarzyńca: Życie i śmierć Conana – Księga druga – interpretacja krzepkiego Cymeryjczyka w wykonaniu Jasona Aarona nie jest co prawda wolna od pewnych mankamentów. Niemniej i tak warto rozpoznać jego sposób widzenia tej postaci; zwłaszcza że uzupełnił on losy Conana o drobne acz trafnie wkomponowane wątki i motywy. 
 
Batman: Ostatni Rycerz na Ziemi
– powrót twórczego zespołu odpowiadającego za serię „Batman vol.2” w trakcie okresu „Nowego DC Comics” okazał się niestety wielkim rozczarowaniem. O ile bowiem trudno cokolwiek zarzucić fachowości plastyków uczestniczących w tym projekcie, o tyle suma fabularnych niedorzeczności wprost wskazuje, że kryzys twórczy z którym od pewnego czasu boryka się Scott Snyder nadal nie został przezwyciężony.
 
Liga Sprawiedliwości t.4 – po nadspodziewanie udanych trzech zbiorach w „Szóstym Wymiarze” scenarzyście jakby nieco się pogubili. Niemniej nie sposób odmówić im rozmachu ich wizji oraz uzupełniania dziejów multiwersum o kolejne istotne informacje.
 
Green Lantern tom 2 – druga odsłona perypetii Hala Jordana w wykonaniu Granta Morrisona i Liama Sharpa delikatnie ustępuje pierwszej. Mimo tego i tak jest mocno ekscytująco, z rozmachem i pełną kontrolą scenarzysty zarówno nad materią opowieści jak i jego niekiedy aż nazbyt rozbuchanym temperamentem twórczym.
 
Na polach Grunwaldu – kolejna autorska realizacja Mariusza Moroza, specjalisty od tematyki krzyżackiej. Tendencja zwyżkująca została utrzymana i tym samym mamy do czynienia z jedną z najbardziej udanych komiksowych produkcji historycznych ostatnich lat.
 
Chorągwie pod Grunwaldem – co prawda w tym przypadku mamy do czynienia nie tyle z produkcją komiksową co raczej tytułem towarzyszącym komiksowi Na polach Grunwaldu; niemniej właśnie z tego względu rzecz zasługuje na znalezienie się na tej liście. A przyznać trzeba, że opracowanie jawi się wręcz imponująco. Do tego zarówno pod względem zgromadzonego materiału faktograficznego (a przy tym bardzo przystępnie zaprezentowanego) jak i wysokiej jakości ilustracji. Aż chciałoby się rzec: „Fantastyczna sprawa!” gdyby nie okoliczność, że mamy do czynienia z opracowaniem historycznym.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pt, 20 Listopad 2020, 17:05:18
  Podsumowanie października, kilka dni wolnych więc czasu co nieco miałem na lekturę. Kilka nowości (dla mnie, ci co czytają na bieżąco pewnie już dawno zapomnieli), kilka tytułów które leżą od wieków na półkach i nie będę ukrywać, że na celu miałem sprawdzenie kilku pozycji w celu lekkiego przewietrzenia półek. No i przy "okazji" zbliżającego się Halloween starałem się sięgnąć po pozycje około horrorowe. Uwaga jak zwykle pojawia się pewne SPOILERY!!!


1. Najlepszy:

  "The Goon Kolekcja tom 1" - Eric Powell. Powinien się raczej znaleźć w punkcie poniżej czyli w zaskoczeniach, ale to najlepszy komiks jaki w zeszłym miesiące przeczytałem więc niech będzie tutaj. I pomyśleć, że niewiele brakowało a minęła by mnie taka dawka radochy, potencjalnie byłem komiksem zainteresowany, ale też nie do końca przekonany. Zbir w mojej liście zakupowej siedział na ławce rezerwowych (a 90% tych co tam siedzą pozostaje na niej na zawsze), dopóki ktoś na forum nie wrzucił przykładowej strony z gangiem ryboludów, jak zobaczyłem te pyski wiedziałem natychmiast że komiks na 100% trafi w mój gust. Nie przedłużając The Goon to z grubsza rzecz biorąc pastisz Hellboya (który przecież sam w sobie jest pastiszem, zresztą sam Hellboy też się w tym komiksie znajdzie) połączony z gangsterką konwencją. Akcja komiksu rozgrywa się w jakimś bliżej nieokreślonym mieście (nad oceanem) i raczej nieokreślonym czasie (patrząc się na styl ubiorów/techniki) mniej więcej przełom lat 50/60, ale jednocześnie wszystko to kojarzy się z czasami prohibicji. Tytułowy Zbir to prawa ręką gangstera Labrazzia trzęsącego całą okolicą. Tutaj mamy mocny ukłon w stronę Ojca Chrzestnego Zbir i jego kumpel Franky (tutaj dosyć przewrotnie Zbir jest małomównym osiłkiem ale jednocześnie mózgiem a wygadany Franky to mały i agresywny kretyn), których bazą wypadową jest najpopularniejszy w okolicy pub, nie tylko dbają o typowe mafijne biznesy, ale i jednocześnie z powodu braku policji która o ile wogóle to zjawia się tam jedynie po łapówki stanowią ochronę i jako taką gwarancję spokoju całej dzielnicy (raczej typową dla początków twórczości Scorsese Ulicą Nędzy tudzież typowo robotniczym miasteczkiem). A mają z tym pełne ręce roboty, bo tuż bok ulicą Samotną rządzi ich i ich szefa arcy-wróg szalony naukowiec i jednocześnie czarnoksiężnik Kapłan Zombie, zajmujący się zgodnie z pseudonimem tworzeniem zombie i wysyłaniem ich w celu dręczenia żywych. Świat The Goon to świat w którym nikogo nie dziwią spacerujące po ulicach żywe trupy czy olbrzymi pająk w meloniku zajmujący się grą w pokera. Co znakiem rozpoznawczym komiksu Powella? Cóż przede wszystkim humor, wisielczy, obrazoburczy, często klozetowy, autor powtykał między kartki naprawdę dużo dowcipów i to naprawdę z każdej półki, znajdą się i naprawdę inteligentne dowcipy a znajdzie się i najtańsza szydera najniższych lotów. Obśmiane zostanie wszystko i wszyscy, momentami miałem wrażenie że autor dopisywał na bieżąco wszystko co mu się wydało śmieszne, niektórych taka konwencja może męczyć do mnie to trafiło zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Powell na bezczelnego nie bierze jeńców i nie ma dla niego żadnej świętości. Samo tomiszcze to zbiór krótkich historyjek czasami na dwie-trzy strony co sprzyja zamienianiu większości z nich w durne skecze, które czasami zachowują ciągłość fabularną a czasami są kompletnie wyrwane z kontekstu. Co dosyć ciekawe pomimo mocnego nagromadzenia tych wszystkich mniej, bardziej lub czasem wcale nie zabawnych wiców, komiks potrafi wejść na całkiem dramatyczne ścieżki, chociaż z reguły jak udało mi się już wkręcić w klimat to natychmiast dostawałem po głowie kolejnym durnym żartem i śmiałem się sam z siebie, że kolejny raz dałem się nabrać, mimo wszystko Powell potrafi od czasu do czasu zaskoczyć poważnym podejściem do tematu. Drugą ciekawostką jest to, że mimo nagromadzenia różnego rodzaju pierdół historia wcale nie traci swojego gangsterskiego czaru z pełnym poszanowaniem, chociaż przedstawionych w nieco krzywym zwierciadle prawideł gatunku. Równie znakomicie jak w kwestii scenariusza komiksy wyglądają pod względem rysunków i stanowią jednocześnie równie dziwaczny patchwork stylu typowo cartoonowego, pół-kreskówkowego kojarzącego się z komiksem superbohaterskim czy całkiem naturalistycznego, gdzie postacie wyglądające na różne sposoby potrafią koegzystować na jednym kadrze i absolutnie się ze sobą nie gryźć. Powell potrafi zmieniać techniki rysunku jeszcze szybciej niż rękawiczki ze standardowego line artu pokrytego kolorem do kadrów rysowanych kredkami, szkiców ołówkiem czy zwykłych zdjęć w zależności jak to uzna za stosowne. Zaskakująca jest również dbałość o szczegóły, owszem jest sporo kadrów bez żadnego tła, ale tam gdzie trzeba autor potrafi zaskakująco szczegółowo odwzorowywać "okoliczności przyrody" zachowując cały czas odpowiednią stylizację wszystkich bohaterów. Zgodnie z konwencją większość kolorów mocno przygaszona w tonacji zgniłych zieleni/brązów. Podsumowując komis równie ładny co fajny. Wydanie NSC bardzo ładne, dodatków sporo, chochlików drukarskich brak, z tłumaczeniem żadnych problemów nie zauważyłem, całość sprawia solidne wrażenie. Cóż mogę na koniec powiedzieć dla mnie rewelacyjny choć mocno specyficzny melanż horroru, groteskowej komedii, satyry, kryminału noir, buddy movie, Lovecrafta i dramatu połączonego z pulpowym science fiction równie ostry co kosa w oku, jedyne czego mi brakowało to odrobiny wulgaryzmów. Ubawiłem się setnie w każdym razie. 8+/10.
 

2. Zaskoczenie na plus:

  "Miracleman - Złota Era" - Neil Gaiman, Mark Buckingham. Często to wspominam, ale ja lubię się powtarzać więc powiem to jeszcze raz, nie jestem specjalnym fanem Neila Gaimana, chociaż nie mogę zaprzeczyć że kilka rzeczy udało mu się rewelacyjnie. Dlatego bez specjalnie wygórowanych oczekiwań podszedłem do jego Miraclemana z góry zakładając, że nie będzie on w stanie osiągnąć poziomu oryginalnego komiksu (czasami zastanawiam się czy nie uważam go za lepszy niż uznawany za opus magnum Moore'a "Watchmen"). Na dodatek tamta opowieść raczej nie sprawiała wrażenia jakby chciała być kontynuowana, zresztą pamiętam jeszcze z poprzedniego forum, że choć Era została przyjęta dosyć ciepło to jakichś strasznych zachwytów nie było a jedna czy dwie osoby uznały ją za przeciętny komiks. W każdym bądź razie daję Gaimanowi spory plus, dosyć rozsądnie założył że na 99.99% mu się to nie uda i nawet nie próbował konkurować, rozwinął kilka oryginalnych motywów z Cudownego Człowieka, zachowując swoje scenariusze w duchu tamtej opowieści bez zbędnego udowadniania kwadratury koła. Komiks można uznać za bezpośrednią kontynuację "Miraclemana" i składa się z kilku nowel opowiadających o zwykłych ludziach którym przyszło żyć w epoce cudów, tytułowego bohatera jest tu naprawdę niewiele. Jest o facecie, który z grupką nieznajomych wspina się na szczyt Olimpu aby dostąpić zaszczytu audiencji u nowego Boga, jest o młynarzu (?) którego kochanką była Miraclewoman, jest o szerzącej się wśród młodzieży modzie na upodabnianie się do Johnny Batesa, jest klon dr Gorgunzy dyskutujący z androidalnym Andy Warholem, plus kilka innych. W ostatnim rozdziale bohaterowie spotkają się na wielkim festynie. Bardzo dobre wrażenie album robi również dzięki rysunkom. Buckingham zmienia styl stosownie do każdej opowieści, jest rozdział w kryminalno-szpiegowskich klimatach? Rysunki kojarzą się z pracami Seana Philipsa. Jest rozdział w formie bajki dla dzieci? Są rysunki jak z bajki dla dzieci itede, itepe. Momentami czuć tu fascynację Andreasem innym razem widać wpływy Moebiusa, jest interesująco wyglądający fragment narysowany kredkami na czarnych kartkach. Nie mówię, że wszystkie rysunki mi podeszły, bo trochę rzeczy mi się nie podobało, ale widać że rysownik solidnie przysiedział nad wizją tego jak komiks ma wyglądać i całość pomimo sporej różnorodności sprawia wrażenie koncepcyjnie spójnej. Nie wiem, zapewne trochę osób to co ja uznałem za plus może uznać za minus. Złota Era to komiks spokojny i raczej skupiający że się tak wyrażę "do wewnątrz", nie ma w nim jakichś wielkich wydarzeń, specjalnie zaskakujących zwrotów akcji czy jakichś niesamowicie oryginalnych pomysłów. Gaiman skupia się na ludzkim wnętrzu i tym, że pomimo nastania utopii to wnętrze się specjalnie nie zmieniło. Z jednej strony mamy pokazane, że czasy które nastały pod rządami Miraclemana to faktycznie Epoka Cudów i Dobrobytu z drugie strony czuć to pęknięcie rzeczywistości, które sprawia wrażenie, że mamy cały czas do czynienia z koszmarem który dopiero zaczyna się wydobywać na światło dzienne. Z tego co wyczytałem autor zaplanował całość na trzy serie. Drugą zaczął pisać, ale nie dokończył coś tam zostało wydane, ale przerwane etc. W każdym razie, podobno coś się w temacie dzieje i jest szansa, że jeszcze w tym roku dostaniemy kontynuację drugiej serii. W dodatkach kilka przyjemnych okładek stworzonych przez innych artystów i kilka przepięknych plakatów promocyjnych autorstwa Buckinghama, wielka szkoda że Mucha wydała obydwa komiksy jeszcze w czasach pre-powiększonych.  Cóż, ja się bawiłem ku mojemu zaskoczeniu naprawdę dobrze i czekam na Srebrną i Brązową Erę. Ocena 8/10. 

  "Luc Orient tom 1" - Eddy Paape, Greg. Kolejny komiks, który kupowałem w ciemno i nie ukrywam sięgnąłem po niego teraz z myślą, że może mi jednak nie podejdzie i będzie okazja odzyskać trochę miejsca na półce. Pierwsze wydanie zbiorcze zawiera 4 tomy startujące nową (nową w latach 60-tych) serię sf autorstwa dwóch belgijskich twórców. Tytułowy Luc Orient to francuski wundermensch czyli wysportowany niezwykle inteligentny przystojniak (na początku sprawia wrażenie nadpobudliwego dupka, ale dosyć szybko przechodzi wewnętrzną przemianę) pracujący dla laboratoriów Eurocristal i ich szefa profesora Kali. W pierwszym tomie będącym dosyć standardową dla swoich czasów przygodówką (kto czytał Boba Morane i jemu pokrewne tytuły będzie wiedział o co chodzi), Luc uda się wraz z resztą ekipy do dżungli w poszukiwaniu bardzo ważnego wyraźnie radioaktywnego nieznanego minerału. Po drodze standard groźne zwierzęta, ruchome piaski, dzikie plemiona no i oczywiście stary wróg Luca i Profesora czyli Doktor Argos (facet jest stary,brzydki, łysy i na dodatek przygarbiony aby czytelnik nie miał wątpliwości że to naprawdę czarny charakter) wraz ze swoimi przygłupimi pomagierami. Można się uśmiechnąć na widok pewnych patentów, które dzisiaj już niekoniecznie by przeszły w stylu Luca cwanie wciskającemu wynajętym na przewodników Indianom toboły do dźwigania, służącego Tobo, którego jedynym celem istnienia jest poświęcenie swojego bezwartościowego życia w celu ochrony swoich białych panów, czy nawet magicznego napoju sporządzonego przez tubylców, który jednocześnie chroni przed promieniowaniem i pozwala rozumieć ich język. W drugim tomie okazuje się, że za radioaktywnymi nieznanymi na Ziemi kamieniami stoją kosmici, którzy rozbili się na naszej planecie tysiące lat temu. Bohaterom znowuż zacznie bruździć Argos, na szczęście kosmici (ci co przeżyli) okażą się przyjaznymi i wspólnymi siłami uda się pokonać oprycha. Ten album był raczej najsłabszy nie dość, że przegadany (wszystkie są przegadane to w końcu komiks z lat 60-tych, ale tutaj jest to szczególnie widoczne) to na dodatek jeszcze niepotrzebnie zamotany, po tej lekturze skłaniałem się raczej w stronę opcji sprzedaży serii. W tomie trzecim nasza dzielna drużyna czyli Luc, Profesor, Tobo i asystentka Profesora Lora (obowiązkowo laseczka wyglądająca jak skrzyżowanie Bardotki z Audrey Hepburn, komiks nie powiedział tego wprost ale możliwe że dziewczyna Luca bo jak wiadomo ładni ludzie trzymają się razem), ruszają na planetę Terango wspomóc nowych przyjaciół w walce z tyranem, który zdobył władzę podczas ich snu na Ziemi i który chce teraz sięgnąć po resztę znanego kosmosu. Od tego momentu akcja nabiera zdecydowanie rumieńców będą pościgi, będą wybuchy, będą kolejne obce rasy, nowi sprzymierzeńcy ale i zdrajcy i ogólnie cały pakiet atrakcji jakiego możemy się spodziewać po gatunku. Szczerze mówiąc całość okazała się nieco brutalniejsza niż sądziłem a także nieco bardziej epicka niż wskazywały na to początki, bohaterowie rozwijają się pod względem charakterów (tak Tobo też) więc jak najbardziej na plus, co dosyć ciekawe pomimo tytułu Luc niekoniecznie jest tutaj głównym bohaterem, wszyscy członkowie ekipy dostają sporo czasu "antenowego" a on robi po prostu robotę "silnorękiego". Równie dobre okazały się rysunki Greg, jakoś tak założyłem z góry że będzie to przypominać komisy superbohaterskie z USA i bardzo się pomyliłem. Rysunki niewątpliwie eleganckie, pełne szczegółów i całkiem nieźle oddające dynamikę akcji (oczywiście nie w sposób nowoczesnego komiksu), co dosyć zabawne o ile kosmonauci z Terango chociaż humanoidalni to posiadający fizjonomie  kojarzące się raczej z Moai z Wysp Wielkanocnych niż z człowiekiem to ich kobiety to dosyć klasyczne ślicznotki tyle że niebieskowłose z blado-niebieską cerą, zresztą jedna z nich Granya robiąca maślane oczy do Luca szybko dołączy do drużyny. W każdym bądź razie oglądający rysunki nie powinien się zawieść nawet ktoś kto za starzyzną nie przepada. Cóż zapewne w marzeniach Taurusa "Luc Orient" to tytuł, który miał zastąpić Valeriana i spójrzmy prawdzie w oczy nie było na to szans, ani tak znany na naszym rynku, ani tak dobry, ani tak nowatorski i trącący jednak nieco naftaliną więc raczej nie dla każdego, tym niemniej to dalej kawał starego klasycznego przygodowego science-fiction z naprawdę fajnymi rysunkami, o ile następne tomy utrzymają poziom z albumów 3-4 to czekam spokojnie na ostatni i obowiązkowo pozostawiam na półce. 7+/10.

  "Opowieści z Czasów Kobry" - Enrique Fernández. Baśń dla dorosłych, przynajmniej tak jest napisane na okładce ja się niekoniecznie z tym zgadzam, owszem jest kilka brutalnych scen, nieco nagości a nawet jedna czy dwie sceny seksu ale wszystko to podane w takiej stylistyce że trudno to uznać za jakieś wyjątkowo hardkorowe rzeczy (kto w dawnych czasach będąc dzieckiem, nie krył się przed rodzicami z pełną zawartością Szninkla niech pierwszy rzuci kamieniem). W każdym razie jak w to baśniach często bywa mamy do czynienia z parą młodych zakochanych, Ona to najpiękniejsza dziewica w całym kraju, On to najzręczniejszy akrobata, między nimi oczywiście przysięga miłości do grobowej deski. Niestety kraina w której żyją to nie tęczowy Neverland, rodzice sprzedają ją do targu niewolnic, On oczywiście przysięga ją uwolnić. Niestety z przyczyn w 100% zależnych od niego ale jednocześnie takich w których możemy chociaż po części zrozumieć jego postępowanie nie udaje mu się uwolnić jej na czas za co ona przeklina go na wieki a jemu dostaje się kara śmierci. Z katowskiego pieńka ratuje go wojownik zwany Bykiem, najpotężniejszy i najbardziej bestialski mocarz na świecie, wybiera sobie on akurat ten moment na wszczęcie wojny domowej dzięki której pragnie wszystkim zawładnąć. Przygarnia do swojej zaciężnej armii Akrobatę i wykorzystując jego rozpacz i nienawiść a także klątwy nad nim ciążące przemienia go w demona dzięki czemu już wkrótce podbija sześć z siedmiu królestw. W czasie podbijania przedostatniego królestwa do żył Akrobaty dostaje się trucizna, która przemienia go z powrotem w człowieka, ten przerażony swoimi czynami chowa się w stolicy nowego cesarstwa. W tym czasie ostatnie siódme królestwo której król poślubił kupioną na targu wybrankę serca Akrobaty, dzięki potężnemu murowi i silnej armii nie poddaje się podbić Bykowi. Ten aby zyskać jeszcze większą potęgę zaczyna testować na sobie magiczne eliksiry produkowane z ludzi, dzięki czemu wkrótce zdobywa odporność na wszelkie trucizny i nadaje sobie imię Cesarza Kobry. Akrobata przemieniony już w najlepszego Złodzieja w całej krainie spotyka karła - aktora teatralnego - zawodowego rewolucjonistę z którym się szybko zaprzyjaźnia i postanawiają wspólnie zakończyć rządy terroru Kobry, w tym samym czasie w krainie pojawia się ponury pielgrzym o jasnym zaroście a całość zaczyna powoli zmierzać do wielkiego finału w którym wystąpią wszyscy bohaterowie. O ile sama fabuła jest naprawdę fajnie sklecona to rysunki w tym albumie to prawdziwy klejnot. Piękna disneyowska kreska rodem z jego najlepszych klasycznie animowanych lat kojarząca się z Herkulesem czy Mulan. Niesamowicie soczyste a mimo to nie rażące kolory i doskonałe odwzorowanie dynamiki scen tego właśnie wymagajacych. Oglądanie tych plansz to prawdziwa radość dla oczu i duszy. Co mi się nie podobało? Twarze nieco zbyt "geometryczne" i trochę projekt "Onej", miała być taka strasznie piękną a odniosłem wrażenie, że kilka dziewcząt z drugiego i trzeciego planu było atrakcyjniejszych. Wspomniano też o arabskich sceneriach i klimatach, nic takiego w komiksie się nie znajduje, nawet imiona się nie zgadzają. Jeżeli szukać na Bliskim Wschodzie to znacznie wcześniej bohaterowie kojarzą się bardziej z jakimiś Asyryjczykami czy Babilończykami z solidną domieszką klimatu starożytnych Chin. Nie do końca przypadła mi też sama konstrukcja utworu. Album składa się z dwóch tomów i mam wrażenie, że autor chyba okroił nieco rozmiar w stosunku do pierwotnego planu. Całość sprawia wrażenie jakby powinna być rozplanowana na trzy. Do pierwszego nie mam żadnych zastrzeżeń tempo jest odpowiednie, a w drugim nagle ciach-prach i dostajemy zakończenie, głównych bohaterów z ich wielkim planem który polega na braku planu, nie do końca określonym zakończeniem i traci na tym nawet Cesarz Kobra, który wcześniej przedstawiany jako niejednowymiarowy czarny charakter nagle staje się nawet nie półwymiarowym.  Wydanie przez Studio Lain bez zarzutów, dodatków brak. Podsumowując pięknie wyglądający, fantastyczno-bajkowy komiks, który jednak pozostawia pewne uczucie niedosytu, dlatego "tylko". 7/10.


3. Najgorszy przeczytany:

  "Sambre" - Bernard Yslaire, Balac. Kolejny komiks do sprawdzenia tym razem miałem do czynienia z historyczno-mistycznym melodramato-thrillerem (jakkolwiek by to nie brzmiało). Przejdźmy do konkretów, XIX wieczna Francja, Bernard potomek podupadającego arystokratycznego rodu zakochuje się w kłusowniczce Julii córce prostytutki, ten płomienny romans (powiedzmy) będzie kanwą całego albumu. Dlaczego oni się w sobie zakochali? Nie mamy pojęcia, ona ma jeszcze coś co można by uznać za przyczynę, on ją chyba widzi pierwszy raz na oczy. Dlaczego wogóle córka paryskiej prostytutki mieszka w jakimś lesie daleko od Paryża? Też nie wiadomo. Aha Julia ma czerwone oczy a ojciec Bernarda przed samobójczą śmiercią napisał wiekopomne dzieło "Wojnę Oczu" w której stwierdził, że od zarania dziejów ród Sambre prowadzi wojnę z klanem ludzi o czerwonych oczach. W zapiski te święcie wierzy siostra Bernarda, Sara co oczywiście sprawia, że postępowaniem braciszka nie jest zachwycona. Czy wspomniałem, że Julia zachowuje się jakby była ostro szurnięta a Bernard jako że przeciwieństwa się przyciągają jak lekko upośledzony? Chyba nie, to wspomnę to teraz, Sara zresztą też jest szurnięta. Na skutek zawirowań fabularnych Julia ucieka do Paryża a Bernard pod pozorem sprzedania starej kamienicy po ojcu wyrusza za nią. Ona trafia pod "opiekę" malarza Valdieu pragnącego namalować nową wersję Wolności wiodącej lud na barykady przypadkiem mieszkającego w wyżej wzmiankowanej kamienicy (oczywiście się nie spotkają) a w międzyczasie wybuchnie paryska Wiosna Ludów. Co do rysunków mam mocno mieszane uczucia, z jednej strony niektóre obrazki robią naprawdę dużo wrażenie, Yslaire ma doskonałe wyczucie kompozycji zwłaszcza kadrów rysowanych "z dalszej odległości", niektóre sceny na czele z paryskimi barykadami robią naprawdę dobre wrażenie przywodząc na myśl malarstwo batalistyczne,  z drugiej potrafią być naprawdę brzydkie, zwłaszcza często dziwacznie wykoślawione twarze. Ogólnie dobrze wyglądają tła, zwłaszcza dopracowany obraz nędznych dzielnic Paryża, oraz kontrastujące z nimi wnętrza bogatych arystokratycznych domów, za to postacie ludzkie już niekoniecznie. Dla zainteresowanych znajdzie się tu nieco erotyki. Co mnie przede wszystkim zraziło do tego komiksu? Bohaterowie, prawie wszyscy zachowują się jak opętani uciekinierzy ze szpitala psychiatrycznego, oczywiście można by to tłumaczyć rodową klątwą czy degeneracją arystokracji ale nie da się chyba tego zrobić w przypadku prawie wszystkich,  3/4 problemów dałoby się uniknąć gdyby ktoś tam usiadł i zastanowił się nad tym co robi. Drażnią te nadęte i histeryczne dialogi i monologi podejrzewam, że w zamierzeniu autora komiks miał stanowić skrzyżowanie Romea i Julii, Cierpień Młodego Wertera oraz Nędzników, tyle że z racji nonsensownie skomplikowanego scenariusza, niewiarygodnych wydarzeń i zachowań, oraz tego że jedynymi postaciami z krwi i kości są tam kuzyn Bernarda pan Guizot oraz modelka Olympia a cała reszta to wariaci wycięci z papieru ta konwencja jest zupełnie nietrafiona. Ogólny chaos fabularny pogłębia fakt, że autor wyraźnie sam nie miał pojęcia o czym ten komiks miał być. Nie jest tak, że nie ma tutaj żadnych plusów od czasu do czasu rysunki, całkiem ciekawe spostrzeżenia socjologiczne pod koniec i od czasu do czasu potrafi wciągnąć w wydarzenia dopóki znowu nas nie znuży nonsensownym bełkotem tych nawiedzonych ludzi, ale najważniejsze żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów a tych jest sporo. Acha absolutnie nie dowiemy się czym była Wojna Oczu i czy wogóle takie coś miało miejsce. Tak samo nie dowiemy się czy za część wydarzeń nie jest odpowiedzialna jakaś magia czy są to tylko nieszczęśliwe sploty okoliczności. Cóż akurat w przypadku tego tytułu coś mnie tknęło i nie wszedłem odrazu w całą serię tylko zatrzymałem się na pierwszym tomie do sprawdzenia i dobrze zrobiłem, z racji wydania tego w ramach serii Mistrzowie Komiksu na półce pozostawiam ale nie mam ochoty na więcej, nie mam już nawet ochoty dowiedzieć się czym jest słynna Wojna. Acha ten komiks ma jeszcze jedną zaletę, byłem wcześniej całkiem mocno zainteresowany lainowym XXe Ciel.com, po przeczytaniu tego albumu, dwóch pobieżnych streszczeń fabuły Wieku Ewy i obejrzeniu kilku kadrów już mi przeszło. Ocena 4+/10


4. Zaskoczenie na minus:

  "Frankenstein Żyje, Żyje" - Steve Niles, Bernie Wrigtson, Kelley Jones. Zdaje się ostatni komiks narysowany przez legendarnego Bernie Wrightsona, dokończony przez znanego u nas z Batmana Kelleya Jonesa. Komiks można uznać za bezpośrednią kontynuację "Frankensteina" Mary Shelley, co prawda na pierwszych stronach mamy wydarzenia dziejące się w cyrku, ale zaraz przeskakujemy do retrospekcji, które zaczynają się na arktycznym pustkowiu czyli w miejscu zakończenia oryginału. Streszczać dalej nie będę, bo opowiadanko jest tak krótkie, że same w sobie stanowi streszczenie. Cóż nie ukrywajmy największą zaletą tej pozycji są fenomenalne rysunki, to co wyprawia tutaj Wrightson przechodzi momentami ludzkie pojęcie, detale oddawane z tak obłąkańczą precyzją, że niektóre kadry przypominają stare zdjęcia nie są tutaj pojedynczymi przypadkami, szczególne wrażenie robią rysunki całą stronę oraz większe. Dosyć dziwnym zabiegiem wydaje się to, że niektóre fragmenty są wyraźnie czarne od tuszu, a niektóre wpadają bardziej w odcienie sepii, nie mam pojęcia dlaczego tak a nie inaczej, jakoś nie zauważyłem wyraźnego klucza. Niestety rysunki Jonesa w ostatnim rozdziale wypadają na tym tle dużo słabiej, bardziej "komiksowe" i na dodatek wyraźnie unikające szczegółów. Same w sobie oczywiście bardzo dobre, ale na tle ich poprzedników zdecydowanie schodzą z ringu na noszach. Niestety z obłędnymi rysunkami nie podążyła fabuła, to raczej dosyć bezpieczna powtórka z oryginalnego Frankensteina. Owszem jest klimacik gotyckiej grozy, mamy filozofowanie nad istotą natury człowieczeństwa, ale to wszystko bez tej przysłowiowej iskry, tematy przewałkowany już na tysiące sposobów i brak tutaj jakiejkolwiek oryginalności, niektóre przemyślenia stwora zahaczają momentami o tanią grafomanię. Na dodatek historyjka jest zbyt krótka na tych 70-80 stronach tak naprawdę niewiele się dzieje, odniosłem zresztą wrażenie że komiks wcale nie został dokończony, tylko po prostu przerwany z powodu śmierci Wrightsona. Wydanie KBOOM jak zawsze na tip-top, album solidny, jakość ilustracji więcej niż zadowalająca, jakichś problemów z tekstem nie zauważyłem, trochę dodatków, chociaż te rzadko kiedy mnie interesują. Końcowe wnioski album koniecznie do oglądania a niekoniecznie do czytania, dla mnie osobiście trochę zawód. 6+/10.


5. Całkowicie darmowy dodatek

Warto czytać:

   "Corto Maltese - Złoty dom w Samarkandzie" - Hugo Pratt. Wysoko oceniłem, poprzedni tom "Na Syberii", ale w/g mnie był on już nieco słabszy niż wcześniejsze, już się martwiłem że to znak wyczerpywania się serii, ale okazuje się że niepotrzebnie. Corto wraca na właściwe tory, chociaż można powiedzieć że wszystko to już było. Dzielny marynarz znowu będzie szukał skarbu który najprawdopodobniej nie istnieje, znowu spotka historyczne postacie, znowu towarzyszyć jego przygodom będą zupełnie niewiarygodne zbiegi okoliczności, znowu będzie musiał ratować z opresji przebiegłego Rasputina, znowu będziemy świadkami scen z pogranicza snu i jawy i znowu lektura będzie sprawiać nadzwyczajną przyjemność. Przy okazji dowiemy się że Corto i Rasputin chyba jednak faktycznie się lubią i znają od bardzo dawna. Czasem cieszę się, że pewne rzeczy się nie zmieniają 8/10.
 
  "Corto Maltese - Baśń Wenecka" - Hugo Pratt. Trochę nietypowy w stosunku do reszty serii album, wygląda on jakby Pratt tworzył go trochę w pośpiechu. Rysunki są jeszcze bardziej nonszalancko niechlujne niż zwykle a tekstu jest zdumiewająco mało (a seria jest znana raczej z "pewnego przegadania"). Nie świadczy to absolutnie o jakimkolwiek spadku jakości, Corto szuka kolejnego skarbu czyli biblijnego szmaragdu, na swojej drodze spotka jeszcze bardziej specyficzne postacie niż zwykle (dla lokalnych patriotów, Corto wpadnie w oko naszej rodaczce), historia będzie jeszcze bardziej oniryczna a tajemnicze uliczki jeszcze bardziej tajemnicze. Bohater szwendając się po oświetlonych światłem księżyca zaułkach (bajka dla kotów to cudowny pomysł) w poszukiwaniach kolejnych zagadek będzie łamał czwartą ścianę a świat okaże się teatralnymi dekoracjami. Nieco wyżej napisałem, że dobrze że się seria nie zmienia, ale mimo wszystko jednak dobrze że się czasami zmienia. Powiedziałbym, że to jeden z moich ulubionych albumów, ale lubię wszystkie. 8/10.

  "Tyler Cross - Miami" - Fabien Nury, Bruno. Tyler tym razem trafi na Florydę gdzie razem ze swoim prawnikiem spróbuje naciąć na grubszą forsę pewnego umoczonego w ciemne sprawki dewelopera. Szczerze mówiąc ten tom jakoś najmniej przypadł mi do gustu. Nie porusza aż tak ciekawej tematyki jak Black Rock, ani nie trzyma w napięciu tak jak Angola, sama historia trochę za bardzo przekombinowana. Niemniej to dalej kawał bardzo dobrego rewelacyjnie narysowanego sensacyjnego noir z obowiązkowym gorzkim chociaż w tym przypadku przewrotnie zabawnym zakończeniem. 7/10


Warto ominąć:

   "Black Monday Murders tom 1,2" - Johnatan Hickman, Tomm Coker. Z chęcią poleciłbym ten tytuł bo to naprawdę zacny komiks jest. Kryminalny horror kręcący się koło morderstwa popełnionego w banku, który okazuje się magiczną szkoło-sektą rządzącą wespół z innymi jej podobnymi całym światem i oddającą cześć Mammonowi za władzę i potęgę (coś dla fanów teorii spiskowych - Rotszyldy to szataniści). Postacie mimo, że stworzone z klisz na tyle umiejętnie ulepione, że spokojnie da się je lubić lub wręcz przeciwnie. Wciągająca jest zarówno część dotycząca śledztwa jak i ta mająca nas straszyć (trochę mi się kojarzył komiks z Harrym Angelem im głębiej schodzimy tym ciemniej i straszniej), chociaż w pewnym momencie stało się to trochę zbyt dosłowne. Komiks wymaga dosyć mocnego skupienia, sporo retrospekcji a i sama struktura banków jest nieco nieprzejrzysta, mimo wszystko prawie warto się starać. Rysunki również wypadają bardzo dobrze, taka wypadkowa stylu Seana Phillipsa i realizmu. To co jest nie tak? Seria nie jest dokończona i Bóg wie kiedy i czy wogóle będzie, rysownik zachorował (zdrowia życzę),projekt stanął i stoi już długiego czasu. Jedno wydanie zbiorcze NSC zawiera 3 zeszyty (na oko ponad dwa razy obszerniejsze niż amerykański standard), całość została zaplanowana na 12 z czego ukazało się 8, znaczy się nie ma materiału nawet na 3 tom. Jakiś czas temu przejechałem się na egmontowym Briggs Landzie teraz to, solennie sobie samemu obiecuję, że już więcej na jakieś niedokończone serie się nie piszę. Zachęcałbym, ale w obecnej chwili nie ma to żadnego sensu.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Łukasz A w Pt, 20 Listopad 2020, 21:41:05
 
4. Zaskoczenie na minus:

Na dodatek historyjka jest zbyt krótka na tych 70-80 stronach tak naprawdę niewiele się dzieje, odniosłem zresztą wrażenie że komiks wcale nie został dokończony, tylko po prostu przerwany z powodu śmierci Wrightsona.

I masz rację. Seria została zaplanowana na 13 zeszytów (https://www.forcesofgeek.com/2011/07/sdcc-steve-niles-and-bernie-wrightson.html ).
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w So, 21 Listopad 2020, 15:43:23
No to nic dziwnego, że jakoś takoś trochę to do końca sensu nie miało.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: death_bird w Nd, 22 Listopad 2020, 15:21:22
Żywcem nie potrafię zgodzić się z konkluzją dot. "Black Monday Murders". Szczególnie pierwszy tom sam w sobie jest wart tego żeby go przeczytać choćby (odpukać) seria nigdy nie została ukończona. Świetny klimat ma ta część. Później jest nieco słabiej, ale generalnie cieszę się, że nabyłem.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Nd, 22 Listopad 2020, 15:28:40
No jak kto lubi czytać książki czy tam oglądać filmy do połowy to warto.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: death_bird w Nd, 22 Listopad 2020, 15:36:30
Jak już coś to serial zdjęty(?) po dwóch seriach.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Nd, 22 Listopad 2020, 15:53:42
Zdecydowanie bardziej jak film do połowy.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: death_bird w Nd, 22 Listopad 2020, 23:13:59
Kwestia gustu. Przeczytałem i nie żałuję.
Jeżeli ta historia kiedykolwiek będzie miała jakiś finał to z satysfakcją przeczytam ponownie.
I nie skreślałbym z góry historii urwanych. W końcu taki Larsson planował "Millenium" na 10 tomów i nikt mi nie wmówi, że przez to że ukazały się jedynie trzy (oryginalne) lektura straciła na jakości.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: xanar w Pn, 23 Listopad 2020, 01:27:03
Tu jest jakieś info z września, że coś tam robią:

https://www.reddit.com/r/ImageComics/comments/ip3ueu/black_monday_murders_is_returning_hype/
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Pn, 23 Listopad 2020, 20:11:57
O proszę czyli jednak coś ruszyło i to w wykonaniu oryginalnego autora czyli pewnie mu się polepszyło. To dobre wiadomości a dla nas to oznacza trzeci tom.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: rekinn w Wt, 24 Listopad 2020, 03:46:28
Komiksy od czerwca do dzis

Straszna lipa, bo nie ma tego wiele. :)

Wąż wodny T. Sandoval- nie potrafię napisać nic poza tym, że jest jak zwykle u autora ładnie, fantastycznie, przepięknie graficznie i zarazem dosć przeciętnie i prawie, że nudno scenariuszowo.
Nadal jednak, rysunki to fenomen wg. mnie a przez to kupię chętnie więcej jego komiksów. Polecam pooglądać. Czytać też można, ale nie nastawiając się na nie wiadomo co. ^^

Chłopaki z 20 wieku + Chłopaki z 21 wieku- no więc skusiłem się na promocję w gildii na hanami i kupiłem 3 tomy, które u nas wyszły (czwarty olałem bo nie załapał się na -45%). No, a potem nie wytrzymałem nerwowo i przeczytałem skany po angielsku. Znaczy się, trzyma w napięciu. :D I tak kupię po polsku resztę i tak, bo było bardzo fajnie. Bardzo chcę jednak napisac cos sporo więcej od siebie o tym komiksie, niż zostawić temat na kilku zdaniach!

Nie wiem za bardzo od czego zacząć. To, że manga jest naprawdę dobra, to każdy kto się interesował, o tym doskonale wie. Pochwalnych recenzji jest od groma w necie, ja sam nie znalazłem żadnej negatywnej. A gdybym znalazł, to bym się strasznie zdziwił. Także nie chcę za bardzo chwalic komiksu tutaj, bo to nie ma sensu; jak to było? "Your reputation precedes you", nie? Jakos tak. Także, to że fabuła jest tip top i tak samo rysunki są tip top, to nawet nie wspominam.

Wolę napisac, jakie były wyłącznie moje wrażenia. Postaram się bez spoilerów:

Pozytywne:

- nietypowo jak na mangę, autor rysuje wyjątkowo duże nosy i dosć brzydkie twarze, co ma odzwierciedlenie w rzeczywistosci oczywiscie; zazwyczaj japonskie komiksy sa cukierkowate i wszystkie postacie bardzo ladne
- jestem zaskoczony jak bohaterowie są ze sobą mocno związani i jak potrafią stać ramię w ramię w obliczu zagrożenia. Scena gdy
Spoiler: PokażUkryj
Marou mówi wprost, że ma na sobie ładunki wybuchowe, a potem kolejna scena, gdy chce je odpalic, wspominając Kenjego jest naprawdę extra! Jeszcze ten spiewak, który mu mówi, żeby się nim nie przejmował i jesli tylko będzie miał szansę, niech odpala- cudo!
Momentami byłem poruszony!
- rozbicie akcji na trzy okresy czasowe, to raz, że jest niesamowicie ciekawe, dwa, że daje super perspektywę na zdarzenia, trzy, że w ogóle autor to ogarnął, naprawdę super!

Neutralne:

Komiks jest potwornie przykry; dużo postaci
Spoiler: PokażUkryj
było okropnie gnojonych jako dzieci. Bardzo źle mi się to oglądało.


Negatywne:

-mały zarzut1- no więc,
Spoiler: PokażUkryj
nie do końca kupiłem to, że Kenji był w oczach reszty aż takim bohaterem i wzorem do nasladowania. Kapuję o co chodziło autorowi, ale odnoszę wrażenie, że utworzenie z niego, prawie, że wzór cnót, to pewna przesada

-mały zarzut 2- uważam, że
Spoiler: PokażUkryj
postac spiewaka została mocno spłycona, przez to, że okazuje się, że to dawny znajomy Kenjego. Byłoby dużo fajniej, gdyby to był ktos z poza grupy dawnych znajomych, ktos kto jako dorosły potrafił uwierzyc w to co się dzieje i stanąć po własciwej stronie

-sredni zarzut- wiecie jak to jest, jak glądacie serial i na końcu jest cliffhanger? No wiadomo, chce się więcej. Ale tutaj, to kurde, było przegięcie. Przez prawie 250 chapterów mangi, na końcu każdego z nich jest cliffhanger. Momentami byłem naprawdę zmęczony ciągłą akcją i brakiem odpoczynku psychicznego od ciągłej gonitwy. Zaczynam wręcz doceniac chaptery- zapychacze w mangach, bo tutaj szło zdurniec czasami. Co rozdział, autor trzymał mnie za jaja i nie chciał puscic, a mnie już bolą. :(

-OGROMNY ZARZUT- ok, więc to jest cos co mnie totalnie rozwaliło na łopatki i tak jak przez 3/4 mangi miałem wrażenie, że rozumiem ten komiks, tak potem autor sporo stracił w moich oczach, a ja kompletnie nie rozumiem, czemu podjął takie a nie inne dycyzje.

Otóż, wg. mnie, dokładnie tak jak w serialu Twin Peaks, największą siła napędową tego komiksu było pytanie: kim jest Przyjaciel?

No i
Spoiler: PokażUkryj
 pierwszym przyjacielem okazuje się Fukubei. To ma sens. To ma nawet bardzo duży sens!!! Od samego początku mangi próbujemy sami zgadnąć, kto jest tym złym. Mamy kilka postaci i musimy wybrac. Ja sam bardzo dobrze się bawiłem, próbując zganąć. Rozpatrywałem naprawde przeróżne możliwosci. Niestety nie zgadłem.Tzn. nawet nie potrafiłem wytypowac kandydata. ^^ Ale, jestem zadowolony z tego, że faktycznie rozważałem możliwosć, że ta trójka dzieci to jaka sciema i to nie jest rodzina Fukubeia, więc byłem naprawdę blisko!!! :) Mylałem, że może to Kenji jest Przyjacielem, bo autor ze dwa razy daje taki "hint", np. gdy jeden z bohaterów- mangaka mówi, że sam tworzy mangę, gdzie gł. bohater okazuje się tym złym na samym końcu. Był jeszcze jeden hint tego typu, ale juz zapomniałem. Także Kenjego na serio rozpatrywałem, ale kompletnie mi się to kupy nie trzymało. No  bo gdzie, jak i dlaczego? :D Super zabawa!!!

No a potem, po smierci Fukubei, okazuje się, że jest drugi Przyjaciel. I teraz, co robi autor? Czy gra z czytalenikiem znów w tę samą grę? Czy znów dobrze się bawimy?  Czy znów próbujemy zganąć kim jest Przyjaciel?

Jedynie na ostatnie pytanie, odpowiadam twierdząco. Pewnie! Próbuję zgadnąć kim jest przyjaciel po raz drugi. Tylko, że tym razem autor nie gra fair play, tylko robi mnie w *****. Poprzednim razem mielismy pulę bohaterów, z posród których moglismy typować. A teraz?

Wyobraźcie sobie film o mafii, gdzie głównym wątkiem jest znalezienie szpiega wsród własnych szeregów. Przez 2 i pół godziny przeswietlacie wszystkich członków mafii, typujecie, mylicie, że jestescie coraz blizej. A na samym końcu, na samiusienkim koniuszku filmu, dosłownie w ostatnich dwóch minutach, scenarzysta wam mówi: to nie był żaden z członków mafii; to był sprzedawca lodów. Wy pytacie- jaki sprzedawca lodów, o czym ty mówisz? A scenarzysta na to- no sprzedawca lodów, ale taki z sąsiedniego miasta, w sumie to z innego kontynentu, albo K*&^@ planety.

No WTF?

Poważnie!!! To jest tak głupie, że aż strach!!! Drugim Przyjacielem okazuje się jakis no-name, którego nie widzielismy na kartach komiksu ani razu!!! Ani razu!!! Z dupy za przeproszeniem się wziął!!!
Nie możesz zgadnąc kogos kogo nie znasz! To nie jest fair-play! To tak jakby autor sam zburzył fundamenty na których oparł całe swoje dzieło. Poczułem się oszukany. I tak, owszem, w 21 ceuntry boys, motywy drugiego Przyjaciela są wyjasnione. tak, mają sens. Tak, trzyma się to kupy. Nie zmienia to jednak faktu, ze wygląda to wszystko jakby autor nie wiedział jak i kogo umiescic na sam koniec pod maską, więc na szybko stworzył nowego bohatera i dał mu motyw. Poczułem się zawiedziony.


No i co, no i koniec końców, ja zawsze oceniam komiks na zasadzie polecam/ nie polecam, bo ocenianie w skali 1-10 mi nie wychodzi. Powiedziałbym po prostu, że polecam, ale tak samo mówiłem o Batman: Court of Owls, albo Batman: Heart of Hush, czy też innych bzdetach.

Nie można stawiac takiej mangi jak 20th ceuntry boys obok takich tępych czytadeł jak te co wczesniej wymieniłem, więc powiem, że...

...polecam z całego serca i daję dodatkowo płetwę rekina jako znak jakosci! :)

PS: Mam już pierwszy tom Pluto, mam nadzieję, że będzie równie wciągający!
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Śr, 02 Grudzień 2020, 07:00:03
Listopad
 
Lewiatan – reinterpretacja Człowieka ze Stali według pomysłu transferowanego z Marvela Briana Michaela Bendisa miała być mocnym wejściem tego autora. Zamysł był faktycznie znaczny i obiecujący. Znać już jednak, że w swoim czasie niemal bezkonkurencyjny twórca komiksowych hitów najlepsze lata swej aktywności prawdopodobnie ma już za sobą. Rytm tej opowieści sprawia wrażenie zaburzonego i prowadzonego jakby bez energii i wiary w sukces przedsięwzięcia. A szkoda, bo wspomniany scenarzysta nie tylko dysponował grupą interesujących komiksowych osobowości, ale też zapewne otrzymał niemal wolną rękę od grona decydentów DC Comics. Stracona szansa na pamiętny tytuł porównywalny z marvelowskim „Rodem M”. 

Superbohaterowie Marvela: Mister Fantastic
– mocne wejście Marka Waida w zamiarze reanimacji podupadającej marki wypadło bardzo udanie. Odnajdujmy tutaj bowiem wszystkie najważniejsze elementy mitologii Pierwszej Rodziny Marvela. Dodatkowo „podrasowane” autorskimi rozwiązaniami wspomnianego scenarzysty. Satysfakcjonująca, rozrywkowa lektura bez tzw. zobowiązań.
 
X-O Manowar t.4 – przełomowy tom serii z racji radykalnej zmiany miejsca akcji. Drobne luki w scenariuszu i nieco mniej udana warstwa plastyczna niż do tej pory nie deprecjonują jednak tego przedsięwzięcia na tyle by obniżyć jego (przynajmniej jak na ten moment) wysokiej jakości. Brawo Panie Kindt!
 
Jeremiah t. 21 – w swoim czasie huczne narodziny owieczki Dolly najwyraźniej przykuły uwagę także Ardeńskiego Dzika i stąd właśnie motyw klonowania posłużył za wiodący w tym gęstym od akcji (a przy okazji także dialogów) albumie. Wizualnie rewelacja. Krótko pisząc mistrz Hermann jak zwykle w znakomitej formie. 

Iguana – nie wolna od perwersyjnych akcentów historia reportażu traktującego o nieżyjącym „cynglu” dyktatora latynoamerykańskiego państewka okazała się nadspodziewanie zajmującą i zarazem intrygującą lekturą. Udanie wypadły także rysunki wykonane wyrazistą, pewnie prowadzoną kreską. Dzieło wiekopomne z pewnością to nie jest, ale i tak godne rozpoznania.
 
The Old Guard-Stara Gwardia t.1 – Rucka jak to Rucka (tj. scenarzysta tego przedsięwzięcia), nie byłby sobą gdyby w przypływie niemal ZMP-owskiej gorliwości nie usiłował wykazać, że jest bardziej „postępowy” niż komasacja Oprhy Winfrey, Noemi Klein i jeszcze całego wora lansowanych w lewaryjskich mediach oszołomów. Stąd narzucanie się czytelnikowi z mało finezyjną propagandówką na rzecz homoseksualnej dewiacji i paru innych „wynalazków” trawionej oszalałym doktrynerstwem współczesności. Fabuła umiarkowanie udana przy wyraźnych śladach zależności wobec pamiętnego „Nieśmiertelnego”. Znać twórcze wypalenie tego autora, a warstwa plastyczna, delikatnie rzecz ujmując, nie porywa. 

New X-Men t.3 – wydawać się mogło, że w dwóch pękatych zbiorach Grant Morrison zdążył upakować już większość swoich pomysłów na swoją interpretacje mutantów Marvela. Ów autor ponownie zdołał pozytywnie zaskoczyć i tym sposobem otrzymaliśmy kolejny zestaw emocjonujących i rozrywkowych zarazem fabuł. Aż żal, że przed nami już tylko jeden tom tej jednej z najbardziej udanych odsłon dziejów wychowanków Charlesa Xaviera.

Punisher MAX t.9
– satysfakcjonujące dopełnienie „maksymalnej” serii, prawdopodobnie najbardziej udanego przedsięwzięcia w dotychczasowej popkulturowej egzystencji „Franciszka Zameckiego”. Jako kontynuator wizji Gartha Ennisa Jason Aaron spisał się znakomicie w czym nie przeszkodziło nawet standardowe dlań silenie się na mało finezyjne obrazoburstwo (ostatnia fabuła tomu). Będzie co wspominać.
 
Conan Barbarzyńca t.74 – kontynuacja wędrówki Conana i Czerwonej Soni przez czas i przestrzeń znowuż wypadła po myśli przynajmniej jednego odbiorcy tej fabuły. Nie tylko ze względu na brawurowe rysunki Mike’a Docherty’ego ale też okoliczność „przymusowego lądowania” pary wspomnianych osobowości w czasach świetności imperium Acheronu. 

Conan: Powrót do Cymerii
– również w tym opasłym tomiszczu cienie Acheronu dają o sobie znać. Najciekawiej dzieje się jednak w tytułowym mateczniku krewkiego Barbarzyńcy; także z racji retrospekcji z udziałem jego nie potrafiącego usiedzieć w jednym miejscu dziadka. Ogrom czytania na długie, jesienne wieczory.
 
Lucky Luke kontra Joss Jamon – nie pierwszy i nie ostatni raz gdy szybszy nawet od własnego cienia rewolwerowiec zmagać się musi z sitwami cwaniaków niecnie korzystających z niedowładu administracji na amerykańskim pograniczu. Jakość klasycznego cyklu w pełni zachowana.
 
Superbohaterowie Marvela: Jean Grey
– niewiele brakowało, a odpuściłbym zakup tego tomu. Raz że w zestawieniu z wczesnymi latami dziewięćdziesiątymi moja atencja wobec mutantów nieco przygasła; dwa – Jean Grey, nawet pomimo uczynienia jej centralną osobowością „Sagi o Mrocznej Phoenix” na ogół sprawiała na mnie wrażenie osobowości bezbarwnej. Tymczasem już tylko pierwsza z zawartych tu fabuł (geneza protagonistki) wypadła autentycznie udanie (także w wymiarze plastycznym) nie zaszkodziła też mała „przypominajka”, tj. przedruk znanego już polskim czytelnikom ślubu Jean i Scotta. Niemniej swoiste clue programu to opowieść osadzona w odległej przyszłości kiedy to owa para (i nie tylko oni) raz jeszcze zmuszeni są skonfrontować się z En Sabah Nurem znanym także jako Apocalypse. I co więcej zilustrowanej przez zjawiskowo utalentowanego Gene’a Ha.
 
Uniwersum DC Comics według Mike’a Mignoli – opowieść o przeciętnym rysowniku, który zdołał wypracować pomysł na samego siebie i za tą sprawą stać się jednym z najpopularniejszych współczesnych twórców komiksowego medium. Ponadto sporo całkiem zgrabnie rozpisanych fabuł prawdopodobnie z najbardziej udanego okresu w dotychczasowych dziejach DC Comics.
 
Papieże w historii: Święty Piotr – teoretycznie w tym przypadku mamy do czynienia z poprawną i całkiem zgrabnie kompozycyjnie „spiętą” opowieścią o życiu najbardziej wyróżniającego się spośród apostołów. Jak jednak przystało na tzw. ducha czasów bieżących także scenarzysta tego przedsięwzięcia nie podarował sobie odrobiny uszczypliwej nadinterpretacji pod adresem zarówno tytułowego bohatera tej odsłony niniejszej serii jak i jego Mistrza.
 
Bitwa Warszawska 1920 – kolejna bardzo udana realizacja jednego z najlepszych duetów twórczych polskiego komiksu. Przełomowy moment ujęty z dwóch perspektyw: tzw. wielkiej historii oraz zwykłych ludzi ciśniętych w jej często bezlitosne tryby. Jak zawsze fachowo prowadzona narracja i wzorcowo wykonana warstwa plastyczna. Oby jak najwięcej takich produkcji. 

Dymki z Tintina jak dymki z komina – znakomicie było sobie odświeżyć prace mistrza Tadeusza w ich pierwotnej wersji. Tego typu klasyki nigdy za wiele.

Authority t.1 – podobnie jak przy okazji opublikowanej w poprzednich latach serii „Planetary” także w tym przypadku mamy do czynienia ze szczytowym osiągnięciem konwencji superbohaterskiej. Ogólnie tytuły takie jak właśnie niniejszy czy powstające w ramach linii wydawniczej America’s Best Comics projekty Alana Moore’a okazały się dotąd niedoścignionym wzorem dla wspomnianego nurtu. Błyskotliwe, nie wolne od sardonicznego humoru dialogi i konstatacje od których spodnie opadają razem z kieszeniami. No rewelacja! A do tego skrupulatny i epicki zarazem Brian Hitch.
 
Królewska krew t.4 – zaskoczenia nie ma bo jak to standardowo w utworach tzw. Jodo bywa perwersja i okrucieństwo (do tego w imię częstokroć absurdalnych pseudoidei) także tym razem wręcz przelewają się z finezyjnie rozrysowanych kadrów. 
 
Papieże w historii: Klemens V – już tylko tytuł tego albumu („Ofiara Templariuszy”) sugerować mógł, że podobnie jak w przypadku m.in. serii „Ramiro” także tym razem będziemy mieli do czynienia z produkcją nie wolną od manipulacji typowej dla antykatolickiej propagandy „republikańskiej”. Faktycznie zarówno na planszach albumu jak i w posłowiu przytrafiają się tego typu żenujące nadinterpretacje i przekłamania. Materia wyjściowa dla niniejszej fabuły okazała się jednak na tyle trudna do tego typu obróbki, że zarówno tytułowy bohater jak i rycerze-mnisi jawią się tutaj według standardów zdecydowanie odmiennych niż w tzw. postępowej „literaturze” przedmiotu. Skala wyzwań z którymi Klemens V zmuszony był się zmierzyć była wręcz przytłaczająca, a mimo to pozostawił on po sobie Kościół znacznie wzmocniony. Scenarzysta umiejętnie ukazał te zjawiska i stąd kolejny tom tej serii okazał się lekturą najbardziej zajmującą (i wciągającą zarazem) z dotychczas u nas opublikowanych.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Śr, 02 Grudzień 2020, 11:45:07
@Nawimar, dzięki za skutecznie wyleczenie mnie z potrzeby zakupu The Old Guard  :)
Stumptown czytałeś?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Śr, 02 Grudzień 2020, 11:58:59
Laf, nie ma za co :) Choć niewykluczone, że jestem już do tego typu realizacji uprzedzony. Po prostu dla mnie jest już tego zbyt wiele i zbyt nachalnie suflowane. Stąd przesyt. Co do "Stumptown" to miałem okazję ten tytuł czytać i nie powiem abym jakoś szczególnie wyczekiwał kontynuacji. W moim przekonaniu jest to rzecz mocno przeciętna, z nieszczególnie wciągającą intrygą wiodącą oraz bezbarwną protagonistką. Rysownik też umiarkowanie się postarał. Szczerze pisząc byłem mocno zdziwiony gdy dowiedziałem się, że ktoś wpadł na pomysł adaptowania tej produkcji na potrzeby telewizji/netu. No ale co kto lubi.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Śr, 02 Grudzień 2020, 13:17:57
Z jednej strony cieszę się, że zaoszczędzę trochę na komiksowych zakupach, ale z drugiej trochę szkoda, że twórca tak świetnych serii jak Gotham Central czy Lazarus aż tak bardzo się wypalił.  :(
Niedługo biorę się za odświeżenie jego pierwszego runu w Wonder Woman i z tego co pamiętam to też nie była jakaś porywająca lektura.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: misiokles w Śr, 02 Grudzień 2020, 13:27:22
Gdyby się wypalił na Stumptdown to by później nie napisał cenionego Lazarusa, czyż nie?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Śr, 02 Grudzień 2020, 13:32:18
Misiokles, oczywiście nie powinienem wypowiadać się za Lafa, ale wydaje mi się, że z tym wypaleniem to mogło dotyczyć "Starej gwardii". Ze swej strony na pewno żałuję, że współtwórca tak udanych tytułów (choć też mam różne co do nich "ale") jak "Gotham Central" ostatnimi czasu "jedzie na rezerwie".
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Śr, 02 Grudzień 2020, 13:43:57
Dokładnie tak, chodziło mi o The Old Guard.
Co do Stumptown to dopiero teraz zauważyłem, że ta seria dostała Eisnera, może więc jednak się nią zainteresuję. Ale na pewno odpuszczam sobie Starą Gwardię.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: sad_drone w Śr, 02 Grudzień 2020, 14:14:51
Rucka w ogole sie nie wypalil, jego black magick ktore aktualnie pisze jest doskonale. Old guard nie czytalem wiec sie o jakosci nie wypowiem, moze wypadek przy pracy.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: laf w Śr, 02 Grudzień 2020, 15:15:17
Pocieszające jest to, co napisałeś  ;D
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Śr, 02 Grudzień 2020, 16:30:40
Mike Mignola absolutnie nie jest przeciętnym rysownikiem.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Death w Śr, 02 Grudzień 2020, 18:28:50
Mike Mignola absolutnie nie jest przeciętnym rysownikiem.
O ja... Jest wręcz rysownikiem kapitalnym. Przecież Sanktuarium z tego zbiorku i krótkie opowiadania w Hellboyu typu Wisielec to rysunkowa magia (scenariuszowa zresztą też).
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Śr, 02 Grudzień 2020, 23:24:50
Teraz juz nie jest, bo tak jak wspomnialem znalazl na siebie pomysl wypracowujac stylistyke, ktora za sprawa czestego operowania swiatlocieniami nie tyko generuje przekonujacy nastroj ale tez sprytnie kamufluje niedostatki jego warsztatu i talentu. Idealnie widac to wlasnie w tym albumie w ktorym uchwycono proces jego stylistycznej ewolucji: od nieporadnego imitowania maniery m.in. Johna Byrne'a (co latwo mozemy porownac dysponujac polska edycja mini-serii ,,Czlowiek ze Stali") po wlasna tozsamosc i unikalnosc artystyczna, ktorej zwienczeniem jest w tym przypadku ,,Sanctum", swoista ,,sluza" do ,,Hellboya".
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: bibliotekarz w Cz, 03 Grudzień 2020, 12:36:00
Nie widzę żadnych niedostatków warsztatowych w Gotham in gaslight. Nie przyszło mi też do głowy by styl znany z Hellboya służył maskowaniu czegokolwiek. Z czasem widzę po prostu zmęczenie materiału.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: amsterdream w Cz, 03 Grudzień 2020, 13:20:04
Najbardziej podobały mi się rysunki Mignoli z początku jego kariery. Czym dalej tym coraz bardziej zaczął je upraszczać.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Cz, 03 Grudzień 2020, 16:01:30
  Tzn. że Mignola nie ma talentu do rysowania komiksów?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Bender w Cz, 03 Grudzień 2020, 16:38:39
za sprawa czestego operowania swiatlocieniami nie tyko generuje przekonujacy nastroj ale tez sprytnie kamufluje niedostatki jego warsztatu i talentu.

To jest właśnie jego warsztat i talent.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Kapral w Cz, 03 Grudzień 2020, 18:08:39
Najbardziej podobały mi się rysunki Mignoli z początku jego kariery.

Mam dokładnie tak samo.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Cz, 03 Grudzień 2020, 20:06:42
Skandalisto, skoro mowa była o niedostatkach m.in. talentu tzn. że talent ogólnie jest, ale nieprzesadnie wysublimowany. Stąd sięgnięcie po stylizacje dzięki której Mignola zaczął rysować "po swojemu" skoro jako imitator takich twórców jak Byrne czy Ordway się nie sprawdzał z braku właśnie talentu i porównywalnego z nimi warsztatu. A że spora część komiksowej braci nie tylko uznała pochodną tej decyzji nie tylko za akceptowalną ale wręcz za oczekiwaną to na pewno warto mu pogratulować farta. Ten bowiem nie każdemu jest dany - by wspomnieć chociażby Marka Badgera ("Martian Manhunter vol.1"), który pomimo dość oryginalnej i ciekawej stylistyki takiej akceptacji nie uzyskał.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Kapral w Cz, 03 Grudzień 2020, 20:25:09
No nie, to kompletnie chybiona interpretacja. Wczesny Mignola to czysty geniusz z rewelacyjnym warsztatem. Nie wiem co mu potem odbiło, że zaczął upraszczać. Może lenistwo albo wada wzroku, bo w końcu w ogóle przestał rysować :)

(https://i0.wp.com/all-comic.com/wp-content/uploads/2018/02/unnamed-12.jpg)
(https://i.pinimg.com/originals/02/e0/b8/02e0b87c1a121954419f4c41ad2d26bd.jpg) (https://i.pinimg.com/originals/63/8c/fa/638cfaccd7c194828265ae9a9d30d3b2.png)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Cz, 03 Grudzień 2020, 20:42:45
Oczywiście jak zwykle "de gestibus...", ale mnie także ten "Corum" nie przekonał. W porównaniu z brawurowo rozrysowaną (i niewiele później prezentowaną) adaptacją "Hawkmoona" Mignola wypadł niczym uboższy krewny Rafaela Kayanana (autora warstwy plastycznej drugiego z wspomnianych tytułów).
 
(https://images-na.ssl-images-amazon.com/images/I/71j3P9LLDzL._AC_SL1011_.jpg)
 
P.S. Jak tak dalej pójdzie to wyjdzie nam osobny temat o "ojco-matce" Hellboya  8)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Cz, 03 Grudzień 2020, 20:57:16
  Ogólnie to zdaje się iz jest utarte, że jak jest mowa o niedostatkach talentu to z reguły chodzi o jego brak. Przyznaję, że nie rozumiem zupełnie tej konstrukcji myślowej, Mignola ma słabszy warsztat niż Byrne, bo właściwie co? Rysuje mniej realistycznie czy jak? Bo jego rysunki nie wyglądają jak rysunki Byrne'a? Może to Byrne ma słaby warsztat, bo jego rysunki nie wyglądają jak Mignoli?
  Jakoś nigdy za Moorcockiem nie przepadałem, ale przydało by się coś takiego na naszym rynku.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Death w Cz, 03 Grudzień 2020, 21:09:10
Tak z ciekawości. Pierwsze tomy Hellboya to już ten słabszy Mignola? :) A Sin City to już słabszy i uproszczony Frank Miller?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: HaVoK w Cz, 03 Grudzień 2020, 21:17:52
Każdy ma swój styl, który wypracowuje latami. Uważam, że Mignola rysował o wiele lepiej zanim zaczął rysować Hellboya. I nie wszystko co Mignola narysuje jest wspaniałe, chociażby taka adaptacja Draculi. Jednym będzie się podobał innym nie. Do Byrne'a nie ma startu, ale prace Mignoli w "Świecie Kryptona" bardzo mi się podobają. Pytanie na ile jest to zasługą współpracującego z nim inkera?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: bibliotekarz w Cz, 03 Grudzień 2020, 21:19:20
Wracamy właściwie do niedawnego wątku, gdzie mimochodem wspomniałem Picassa. Wg niektórych okazało się, że Picasso był świetny, bo potrafił najpierw rysować realistycznie. Niestety to nie za realizm Picasso jest ceniony i sam Picasso bardzo szybko uznał ten kierunek twórczości za banalny. Podobnie jest Mignolą i wieloma innymi artystami, którzy od realizmu zaczynali. Nie przykrywali w ten sposób żadnych swoich niedostatków - wręcz przeciwnie.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Cz, 03 Grudzień 2020, 21:20:02
Skandalisto, nie chcę czynić z siebie znawcę semantyki, bo nim oczywiście nie jestem; po prostu więc doprecyzuję, że chodziło o autora przeciętnego czyli takiego, który jakiś zasób talentu i warsztatu posiada (np. potrafi w miarę proporcjonalnie uchwycić ludzką sylwetkę, a nawet ująć w kadr fragment pleneru planety Krypton), ale w efekcie końcowym, tworząc porównywalne kompozycje do tych wykonanych przez Johna Byrne'a uzyskuje jakościowo gorszy efekt niż "Doktor Komiks". By się o tym przekonać proponuję w wolnej chwili porównać analogiczne kadry z zawartego w "Uniwersum DC Comics..." "Świata Kryptonu" z opublikowaną u nas dwukrotnie mini-serią "Człowiek ze Stali". O porównywalnych skrótach perspektywicznych w wykonaniu Ordwaya już nawet nie wspominam.

Mimo zasygnalizowanego braku zachwytu wobec współtworzonego przez Mignole "Coruma" też chętnie widziałbym ten tytuł w wersji polskiej, o "Hawkmoonie" już nie wspominając. Szkoda, że coś panowie Blondel i Recht dają ciała w kontekście kontynuacji znanego u nas "Elryka".
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: donT w Cz, 03 Grudzień 2020, 21:24:34
Mignola autorem przecietnym, dobrze kamuflujacym warsztatowe braki. Hmmm, bardzo ciekawe. Chcialbym wiecej komiksow od artystow na takim levelu.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Cz, 03 Grudzień 2020, 21:33:01
Nie będziesz miał problemu z wyborem bo takowych jest mnóstwo :) A co do stylistyki twórcy Hellboya także u nas, w minionej dekadzie (i w sumie nie tylko) kilku autorów ewidentnie wykazywało zależność stylistyczną wobec maniery "dojrzałego" Mignoli. Jestem zdania, że nieprzypadkowo :)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Cz, 03 Grudzień 2020, 21:51:40
  Ale Mignola absolutnie nie jest przeciętnym autorem, tylko gwiazdą i to naprawdę świecącą jasnym blaskiem. Talent to nie jest rzecz szczególnie mierzalna a napewno nie za pomocą zdolności do rysowania proporcjonalnych sylwetek i skrótów perspektywicznych, bo w ten sposób zaraz dojedziemy do Adolfa Hitlera i jego pomysłu, że cała sztuka powinna się na antyku wzorować. Latem nad morzem, w każdej miejscowości można spotkać pełno ludzi co za jakąś tam sumę (czasem za flaszkę jak ktoś ma obrotniejszy język) potrafią narysować wierny portret lub jego karykaturę, to by oznaczało w tym momencie, że mamy w naszym kraju setki ludzi zdolniejszych niż Mignola? Zresztą nie mylmy pojęć stylówy i umiejętności. Mike skończył wydział sztuki na kalifornijskim uniwersytecie, raczej nie puścili by z dyplomem faceta co nie potrafi człowieka narysować.

(https://www.google.com/url?sa=i&url=https%3A%2F%2Fpoltimes.pl%2Fvan-gogh-obledny-malarz-obledne-obrazy-obledne-ceny%2F&psig=AOvVaw1Os3h3sgQojHumz3ClqROm&ust=1607115244228000&source=images&cd=vfe&ved=0CAIQjRxqFwoTCICBk_rXsu0CFQAAAAAdAAAAABBl)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Kapral w Cz, 03 Grudzień 2020, 22:02:47
Szkoda, że coś panowie Blondel i Recht dają ciała w kontekście kontynuacji znanego u nas "Elryka".

Premiera IV tomu 28 kwietnia 2021.

A co do stylistyki twórcy Hellboya także u nas, w minionej dekadzie (i w sumie nie tylko) kilku autorów ewidentnie wykazywało zależność stylistyczną wobec maniery "dojrzałego" Mignoli.

Przychodzi mi do głowy tylko Ostrowski i Ambrzykowski. Ktoś jeszcze?
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Cz, 03 Grudzień 2020, 22:13:19
Skandalista - akurat w jakość uczelni artystycznych ostatnich czterech dekad to ja wierzę wiarą co najwyżej agnostyków :) Ale OK. Przyjmuję do wiadomości Twoją argumentacje swojej nie powtarzając.
 
Kapral: "Premiera IV tomu 28 kwietnia 2021"

I bardzo dobrze.

"Przychodzi mi do głowy tylko Ostrowski i Ambrzykowski. Ktoś jeszcze?"
 
Jeszcze Mariusz Zabdyr ("Alma") i wczesny Marek Oleksicki ("Odmieniec"), a po części także Grzegorz Pawlak ("Benedykt Dampc i skarb piratów"). W swoim czasie (gdzieś tak ok. 2004-2005 r.) widywałem zbliżone stylistycznie ilustracje m.in. w "Przekroju". Pech w tym, że nie jestem w stanie podać nazwisk ich autorów, bo po prostu ich nie pamiętam. Na 99 procent nie byli to jednak komiksowi twórcy, a przynajmniej mi ich nazwiska z żadną ówczesną komiksową realizacją się nie kojarzyły.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: misiokles w Cz, 03 Grudzień 2020, 22:38:24
Do Byrne'a nie ma startu,

Ale "którego Byrne'a"? Gdyż Byrne z lat 2000+ miał już dość toporną i zmęczoną kreskę, taką ćwierć wiedźmino-polchową.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: parsom w Śr, 09 Grudzień 2020, 10:52:32
Nieco inaczej jest z Dreddem. Komiksy o nim okazują być nie tylko stawianiem tępego buca w kolejnych groteskowych sytuacjach. To pewien komentarz polityczny - republikańskie rządy twardej ręki trzymające w ryzach całe społeczeństwo, w tym "płaczliwych demokratów" - niestety cyzelowany i jakiś taki na pół gwizdka. Otwiera się tu pole do popisu dla przemycania przeróżnych uwag politycznych, społecznych, kulturowych, ale twórcom albo zabrakło odwagi, albo de facto niewiele w tej materii mają do powiedzenia.

Ależ to w Dreddzie jest. W KA.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: bibliotekarz w Śr, 09 Grudzień 2020, 11:18:27
Mogę się wypowiedzieć tylko o tych, które czytałem (i wymieniłem je wszystkie). O ile zamysł jest zgrabnie wykorzystany w Ameryce, o tyle w pozostałych raczej pretekstowo (z KA 13 włącznie). Wiadomo - mamy dyktaturę sędziów, pogardę dla demokratów, ale refleksja nad tym systemem jest dosyć toporna. Ot gdzieś padnie uwaga sędziego, że szybkie i bezwzględne egzekucje na ulicach "w imię prawa" wcale nie przyczyniły się do zmniejszenia przestępczości. Odkrył Amerykę.  ???

Gdzieś tam oczywiście są wtręty całkiem z jajcem, komentarz o "płaczliwych demokratach" albo scysja sędziego z małą Ameryką i Beeny'm, ale niewiele tego.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: SkandalistaLarryFlynt w Śr, 16 Grudzień 2020, 17:00:54
  Podsumowanie listopada, ciąg dalszy nadrabiania kolekcji, dwie z nich już prawie na finiszu. Uwaga jak zwykle pojawia się pewne SPOILERY!!!


1. Najlepszy:

  "Transformers tom 18 - Na Krawędzi Zniszczenia" - Simon Furman, Jose Delbo. Andrew Wildman, Geoff Senior. Tom zawierający, ostatnie komiksy wydane swego czasu przez TM-Semic. Sporo już tu narzekałem na jakość komiksów w kolekcji, część nie wytrzymała próby czasu, większość zwłaszcza przeplatana wyjętymi z czapki komiksami brytyjskimi zmieniała się w jeden nonsensowny bełkot a te które już niemalże ćwierć wieku temu nie zostały wydane były w dużej mierze faktycznie albo głupkowate, albo po prostu nudne. Tym razem narzekać nie zamierzam, tak jako dzieciak z wypiekami na twarzy czytałem zakończenie historii Unicrona, tak tom 18 znakomicie mi tamte uczucia przypomniał. To jest po prostu świetnie napisane, Furman nie tylko postanowił dać czytelnikom świetne zakończenie potężnej epopei, ale i dodaje kolejne wątki, które już niestety z powodu nadciągającej kasacji serii nie miały szczęścia się zbytnio rozwinąć. Cóż mogę więcej powiedzieć, zdaje się najgrubszy póki co tom kolekcji (9 zeszytów) tak mnie pochłonął, że przeczytałem go chyba najszybciej ze wszystkich. Brak tu jakiegokolwiek zbędnego pomysłu, a już ostatni zeszyt mocno kojarzący się z Gwiezdnymi Wojnami z rewelacyjnymi występami Grimlocka, Scorponocka, GB i jego Neo Knigts to wisienka na torcie. Równie dobrze prezentują się rysunki, sporą szansę dostał nowy rysownik serii Andy Wildman i przyznaję że jego dosyć szczegółowe rysunki  przypadły mi do gustu. Zastrzeżenia mam jedynie do twarzy robotów, które uległy chyba zbytniemu uczłowieczeniu, przyzwyczajony jestem jednak do bardziej geometrycznych kształtów. Całkiem przyzwoicie wygląda też zeszyt, który narysował zdaje się jednorazowo pojawiający się w serii Dwayne Turner, mocno jeszcze osadzony swoim stylem w brudzie i mroku lat 80-tych Zakończenie dostał rzecz jasna Geoff Senior. spójrzmy prawdzie w oczy, to był jedyny sensowny wybór nikt by tego tak dobrze nie narysował. Cóż mogę powiedzieć, najlepszy tom w kolekcji, ogólnie polecam cały Quest for Matrix, jeżeli ktoś się odbił od początkowych tomów i zrezygnował z kupowania, to warto chyba zadzwonić do działu z archiwaliami Hachette i się zaopatrzyć w chociaż te bodajże 3-4 tomy. Ocena 8/10.

 "Transformers tom 21 - Odrodzenie" - Simon Furman, Andrew Wildman. Cóż po tomie 18 nie spodziewałem się nic podobnego poziomem, a tu totalne zaskoczenie dostałem coś takiego w swoje ręce niemalże natychmiast. Komiks to początek serii "Regeneration One" czyli dopisanemu po około 20 latach przez oryginalnych twórców wydanemu już przez IDW zakończeniu marvelowskiej serii. Wzorem Alana Moore akcja rozpoczyna się dokładnie po tylu latach ile w rzeczywistości minęło od wydania poprzednich komiksów, czyli circa 20 lat później. Wojna Autobotów i Decepticonów została zakończona, Cybertron ciągle liże rany po spotkaniu z Unicronem, ale jak się można domyślić krótka chwila wytchnienia zmierza właśnie ku końcowi. Decepticony zaczynają się nudzić czyli burzyć i podjudzane przez ukrywającego się Soundwave'a który pokumał się ze zbierającym swoją własną prywatna armię wygnanym Bludgeonem, przygotowują zamachy terrorystyczne. Tymczasem cierpiący na weltschmerz Optimus Prime nieskory do podejmowania jakichkolwiek decyzji siedzi zamknięty w stolicy Cybertronu a jego rządy w coraz szybszym tempie tracą poparcie. Zniecierpliwiony Kup wraz z resztą Wreckerami nad którymi objął przywództwo łamie rozkazy Naczelnego Wodza, wyrusza w kosmos chcąc odkryć szczegóły knowań Decepticonów i zaczyna te poszukiwania od Ziemi. Nasza planeta okazuje się zamieniona w nuklearną pustynię przez Megatrona, który w międzyczasie zdaje się zwariował do reszty i zamienił swoich byłych podwładnych w bezmózgie robo-zombie a jej ostatnią szansą  jest ruch oporu pod przywództwem starego już G.B. Blackrocka. Pod względem wyglądu ten komiks jest rewelacyjny, Wildman przez te 20 lat przeskoczył ze dwie epoki, właściwie wszystkie modele przeszły niewielki lifting, który jednocześnie nie zmieniając ich oryginalnego charakteru sprawia że wyglądają jeszcze lepiej niż wcześniej, rysunki są jeszcze bardziej szczegółowe a Andy zadbał o dodanie detali, których możemy spodziewać się po maszynach w stylu zawiasów czy przegubów. Poprawione zostały też twarze, których czepiłem się wcześniej, owszem zachowały swój ludzki charakter ale autor skręcił nieco bardziej w kierunku wielokątów niż owali. Na dodatek uwagę zwraca soczysta paleta barw i słusznie w końcu zgodne to z konwencją gatunku, chrom i żarówiaste kolory tak na zdrowy rozum w przypadku wielkich robotów są oczywiste. Żeby jeszcze bardziej zachęcić potencjalnego czytelnika to Furman po tylu latach w końcu zorientował się, że dwóch Megatronów to o jednego za dużo i dostaliśmy to na co wszyscy czekali od pierwszego numeru czyli ostateczny pojedynek dwóch tytanów Optimusa i Megatrona i jest on pokazany (niemalże) fantastycznie. Niemalże po w którymś momencie Prime nieco bez powodu zaczyna jojczeć, ale cóż ta łyżka dziegciu nie zepsuła tej beczki miodu. Do tego scenarzysta nieco bardziej, chociaż już wcześniej grzebał przy temacie wchodzi w temat filozofii Decepticonów w której nawiązuje do przedwojennej Cesarskiej Japonii i jej "Ery Oświeconego Pokoju", naprawdę dobry pomysł w mojej opinii. Cóż nie będę wymyślał, że to komiks bez wad ale o nich wspomnę jak przeczytam dalsze części serii, nie spodziewałem się że przeczytam coś dorównującego komiksowi z Unicronem a w tym przypadku dostałem coś conajmniej tak samo dobremu jak nie lepszemu. Regeneration vol 1, to nie tylko świetny komiks o Transformerach, ale świetny komiks wogóle. Ocena 8/10.
 

2. Zaskoczenie na plus:

  "WKKDC tom 71,78 - Międzynarodowa Liga Sprawiedliwości" - J.M. DeMatteis, Keith Giffen. Restart komiksów Ligi po Kryzysie na Nieskończonych Ziemiach, skład z wyjątkiem Batmana raczej drugo- a momentami trzecioligowy. Cóż wyszło na to, że lekkie komediowe serie w komiksie superbohaterskim nie są domeną tylko drugiej dekady XXI wieku, bo ta seria prosto z lat 80-tych właśnie taka jest. Nowy skład Ligi tym razem "Międzynarodowej" składa się właściwie ze znanych obywateli USA (i Marsa) plus jednej z Czerwonych Rakiet pochodzących z jeszcze wtedy ZSRR. Mierząc się z raczej trzecioligowymi przeciwnikami, W teorii raz lub dwa ratują świat ale jakoś wielkiego zagrożenia specjalnie nie czuć, fabuła bardziej niż na pojedynkach na pięści opiera się na relacjach pomiędzy postaciami i dobrze sobie radzi w tej kwestii. Wszyscy członkowie Ligi to postacie z krwi i kości a nie tylko jak to czasem się zdarzało kwiatek u kożucha Batmana i Supermana. Każdy ma swój niepowtarzalny wkład w działanie grupy tak samo jak każdy dostaje swoje własne momenty w scenariuszu (no i każdy nie lubi Guya Gardnera), pod tym względem nie ma się czego czepić. Zresztą ogólnie nie ma się czego czepić, pod względem żartów komiksy są równie fajne, przy czym bardziej mi się spodobał tom drugi, w pierwszym skeczy jest odrobinę zbyt wiele, jakby twórcy na siłę chcieli zrobić z tego najzabawniejszy tytuł w wydawnictwie w dalszych zeszytach humor jest jakby naturalniejszy i lepiej współgra z wydarzeniami. Komiks to jednocześnie całkiem niezła wycieczka w przeszłość, historia porusza dosyć sporo problemów tamtych czasów (niektóre wcale a wcale się nie zmieniły) a teksty w stylu "towarzyszu Batmanie" potrafią dzięki swej niemalże "antyczności" robić wrażenie. Rysunki Giffena to standard dla gatunku superbohaterskiego z lat 80-tych, choć na niektórych kadrach widać naleciałości szkoły europejskiej, czepić się można braku teł na sporej ilości kadrów. Co ma więcej pisać, seria luźna, fajna i z polotem w kolekcji w dwóch dosyć cienkich tomach ukazała się jej połowa, mógłby Egmont w końcu wziąć się za takie perełki, całość spokojnie dałoby się upchnąć w jednym tomie. Marzenia, marzenia. Ocena 7/10.

  "WKKDC tom 74 - Superman i Legion Superbohaterów" - Geoff Johns, Gary Frank. Cóż zawsze pojawia mi się uśmiech na twarzy jak zobaczę na obrazkach postacie w stylu Wildfire czy Chameleon, wiąże się to z faktem że legendarny "Superman 50 Lat" Almapressu był pierwszym komiksem superbohaterskim jaki widziałem na oczy w naszym języku i co za tym idzie był pierwszym który był dla mnie zrozumiały. Z tego powodu już na starcie podszedłem do komisu z bardziej pozytywnym nastawieniem niż zwykle i na szczęście autorzy niewiele zrobili żeby mi je zepsuć. Fabuła nie jest nadmiernie skomplikowana ot na początku mamy historię przybycia na ziemię Supermana przedstawioną w krzywym zwierciadle i z zupełnie innym epilogiem, dalej Supek zostaje wciągnięty do XXXI wieku gdzie przyjdzie mu zmierzyć się nowym wcieleniem Ligi Sprawiedliwości, która jak się można łatwo domyślić sprawiedliwość ma tylko w nazwie. Dla mnie osobiście założenia początkowe to lekki rzyg ile razy można czytać o złych ksenofobicznych prostakach, zapewne rodem z USA-B i szlachetnych wielbicielach multi-kulti? Otóż póki to dobrze napisane i nie łamie swojej wewnętrznej logiki to można wiele przyjąć tego na klatę. Johns nie odkrył ognia po raz drugi, właściwie żadna strona, ani żaden fabularny twist nie będzie dla nas jakimkolwiek zaskoczeniem, ale czyta się to naprawdę dobrze. Zastrzeżenia? Dwa główne, raz cały motyw z przekłamaniem historii Supermana jest dosyć dziwny, bo rządy złej Ligi trwają zaledwie kilka lat a w komiksie wygląda jakby wszyscy padli ofiarą zbiorowej amnezji, orwellowscy teoretycy ingsocu byliby zachwyceni takimi możliwościami. Dwa znowu Supek traci moce jak spędzi godzinę nie pod "naszym" słońcem, wychodzi na to, że w nocy nie powinien działać. Rysownika znamy już z któregoś innego numeru kolekcji, jego prace mogą się podobać, czysta, elegancka i szczegółowa, zwłaszcza biorąc pod uwagę gatunek kreska. Pewne niepokojące wrażenie sprawiają twarze postaci a konkretniej ich wytrzeszczone i dosyć szeroko rozstawione oczy sprawiają, że mamy wrażenie że oglądamy lekko naćpanych psychopatów, do czarnych charakterów to pasuje, do bohaterów już niekoniecznie. Plusik za upodobnienie twarzy Supermana do Christophera Reeve, a także za projekty postaci z przyszłości i ich kostiumów jednocześnie dostosowanych do naszych czasów i zachowujących ten swój kiczowaty charakter Złotej Ery. Naprawdę dobry tom, myślę że historia zyskała by jeszcze więcej jakby była obszerniejsza, zasady działania rządzącej junty, moralne dylematy co do sposobu działania Legionu Superbohaterów w stosunku do ewentualnych kandydatów, nieco więcej polityki, z pewnością można by komiks rozszerzyć w jeszcze innych kierunkach, ale ogólnie jest naprawdę ok. 7/10.


3. Najgorszy przeczytany:

  Nic strasznie złego mnie nie spotkało na szczęście.


4. Zaskoczenie na minus:

  "WKKDC tom 75 Nastoletni Tytani - Przyszłość jest teraz" - Geoff Johns, Mike McKone. Komiks niezły, nawet lepiej niż niezły a wylądował w tym punkcie bo to był materiał na świetne historie które zmieniły się w festiwal niewykorzystanych szans. Tom podzielony na dwie mniej więcej różne części będące niemalże (niemalże wyjaśnię dalej) ciągłym wycinkiem serii Nastoletnich Tytanów. W pierwszej Tytani wracający z kolejnej podróży w czasie trafiają omyłkowo do przyszłości w której spotkają starsze wersje siebie działające już jako Liga Sprawiedliwości. Cóż w takich przypadkach możemy spokojnie założyć, że przyszłość nie jest sielska-anielska, no i nie jest. Tamtejsza wersja Ligi to w rzeczywistości grupa, która stworzyła policyjny reżim i pod płaszczem prawa terroryzuje swoją sprawiedliwością (wszelkie podobieństwa absolutnie zamierzone) większość Stanów Zjednoczonych. Znaczy się grupka superbohaterów, będzie musiała się skontaktować z miejscowym ruchem oporu i wrócić do swoich czasów, jednocześnie naprawiając historię (zmieniając przeszłość?). W drugiej części do Tytanów dołączy nowa zawodniczka nieśmiała i zakompleksiona blond Strzałeczka, protegowana Green Arrowa i od razu na starcie będzie się musiała zmierzyć się z nijakim Doktorem Lightem w przypadku którego zachodzą podejrzenia co do napisania dla niego retconu. Pod względem rysunków jest absolutnie przeciętnie, McKone to średniej klasy wyrobnik, jego rysunki nie pomagają specjalnie, ale również nie przeszkadzają, nie ma nad czym się rozwodzić i można postawić mu trójkę z plusem. Cóż mogę powiedzieć obydwie historie podobały mi się, ich problem leży w tym że obydwie są jakby nie dokończone, trudno powiedzieć czy wątki były dalej ciągnięte w ramach serii czy też nie. W pierwszej części Tytani uciekają swoim złym odpowiednikiem, wracają do teraźniejszości, postanawiają być dla siebie mili i pstryk przyszłość uratowana. W drugiej Cyborg pokonuje Dr. Lighta (dlaczego on? bez sensu) i koniec. Dowiadujemy się strasznej tajemnicy, doktorkowi dawno temu Liga Sprawiedliwości wyprała mózg, ale kto? po co? dlaczego? i jakie są tego konsekwencje chociażby moralne nie wiadomo. Dostaliśmy nawalankę na trzy zeszyty, która wygląda jak trzymający w napięciu finał bardzo dobrej historii. Drobna ciekawostka w tomie mamy zeszyty 17-19 oraz 21-23, z ciekawości sprawdziłem co się znajduje w brakującym 20. Okazuje się, że faktycznie jest on nie powiązany z pozostałymi historiami i opowiada o Robinie ścigającym Elektroegzekutora, który zamordował jego ojca najwyraźniej leżącego od czasu TM-Semic pod wpływem paraliżu spowodowanego trucizną Obeaha. Co ciekawe pomiędzy jedną historia ą a drugą, mamy jedną stronę wyrwaną z tego właśnie brakującego zeszytu użytą jako wypełniacz miejsca. Ciekawe ile takich składanek więcej zaoferowały nam kolekcje?. Ocena 6+/10.

  "WKKDC tom 73 Green Lantern - Poszukiwany:Hal Jordan" - Geoff Johns, Iven Reis, Daniel Acuna. Kolejny fragment runu Johnsa wydany w ramach kolekcji, dziejący się bezpośrednio po wydarzeniach zawartych w tomie "Zemsta Green Lanternów", tym razem Halowi przyjdzie zmierzyć się z synem Abin Sura oraz ze starą znajomą Carroll Ferris alias Gwiezdny Szafir, poobserwować będziemy mogli także tworzenie się nowego - żółtego korpusu. Komiks ma swoje momenty, historie żółtych latarników, rozbudowanie mitologii Szafirów oraz ogólnie OA, kilka ciekawych chociaż niekoniecznie trafionych pomysłów w stylu żółty pierścień trafiający do Batmana, jak również kilka niekonsekwencji (Amon Sur to raczej pożałowania godna łajza a nie żaden mistrz strachu). Cóż więcej, komiks jest przyzwoicie napisanym akcyjniakiem i tyle. Atencja do tego tytułu bierze się chyba ze sposobu w jaki Johns poszerzył mitologię Latarni bo historyjki same w sobie wcale tyłka nie urywają, taki Venditti absolutnie nie ma się czego wstydzić. Rysunkowo wygląda dobrze, obydwaj rysownicy są na naszym rynku znani, Reis bardziej typowo dla gatunku podchodzi do swojej pracy za to bardzo sprawnie technicznie, Acuna może i stylowo nieco słabszy ale za to pod względem "artystycznym" ciekawszy, ogólnie wygląd albumu na plus, ale same scenariusza to jakimiś przejawami niezwykłego geniuszu nie są. Ocena 6+/10.


5. Całkowicie darmowy dodatek

Trzeba czytać:

"Conan i Bóg Pająk tom 67" - Roy Thomas, John Buscema. Komiksowa wersja oryginalnej powieści Spraque de Campa, której mimo posiadania na półce do dzisiaj nie przeczytałem. Kiedyś to z pewnością zrobię, komiks zrobił na mnie naprawdę dobre wrażenie. Mroczny i ponury klimat w stylu Conana pisanego przez Dona Kraara, sam bohater nie tak niezwyciężony jak zwykle, kilka zazębiających się ze sobą z sensem wątków do tego niewątpliwie jedna z najładniejszych "dziewczyn Conana" świątynna tancerka Rudabeh. Nazwisko Buscema, mówi samo za siebie. Ocena 8/10.

"Transformers tom 20 - Koniec Drogi" - Zakończenie pierwszej serii US i UK. Cóż decyzje o zamknięciu tytułów przyszły nagle i to w momencie gdy Furman zaczynał kolejną historię  więc trudno się dziwić, że zakończenie wygląda jak napisane mocno na siłę. Cóż autorzy starali się jak mogli i nie wyszło to najgorzej, jest fajnie i emocjonująco, ale z oczywistych względów to nic co epickością dorównałoby Sadze o Unicronie ale koniec, końców nie jest źle. Trochę inaczej wygląda sprawa z wersją UK, tam już wcześniej zmieniono tytuł w kilkustronicowe nowelki i większość z nich jest w tym przypadku nie dość że ciekawa to jeszcze ze sporym ładunkiem humoru, wyjątkiem jest kilka ostatnich gdy ludzie odpowiedzialni za tytuł już wiedzieli o zamknięciu i całkowicie olali sprawę, ostatni story-arc jest głupi, nudny i niedokończony. Trzeba bo to koniec. Ocena 6+/10

Można czytać:

"Transformers tom 19 - I śnić może..." - Większość tomu to brytyjskie szorty, z których najlepsze jest kilka połączonych okładkowym tytułem. Do tego dwa zeszyty kontynuujące oryginalną historię dziejącą się tuż po zniszczeniu Unicrona. Trochę się czepię, ale przed chwilą zwaśnione strony umierały ramię w ramię, zresztą wcześniej już autor sygnalizował, że niektóre Decepticony nie są złe bo tak a tu taki numer. Trochę się to niewiarygodne wszystko zrobiło, zwłaszcza biorąc pod uwagę to co ten sam autor pisał kilka tygodni wcześniej. Ocena 5+/10.

Można ominąć:

  "Conan i Bogowie Gór" - Roy Thomas, James Rose, Ernie Chan, Rafael Kayanan. Podzielona na dwie nierówne "połowy". Pierwsza część Bóg Złodziei to historia oparta na schemacie, który już w niemalże identycznej formie pojawił się na łamach kolekcji, jest przyzwoicie zwłaszcza biorąc pod uwagę nieco gorzkie zakończenie. Druga większa "połowa" dosyć dobrze została przeze mnie zapamiętana, bo dawno temu czytałem "Bogów Gór" Greene'a i uznałem ją za jedną z najgorszych książek z jakimi miałem do czynienia i to nie wśród przeczytanych Conanów a przeczytanych wogóle. Pamiętam, że całość w wielu momentach nie miała żadnego sensu i zastanawiałem się czy to wina jakiegoś kulawego tłumaczenia czy pisarza-grafomana. Przyszła więc okazja zmierzyć się z tekstem w nieco innej formie, która być może rozjaśnić mogła nieco mroki mojej niekumacji. Cóż okazało się, że to jednak był pisarz-grafoman. Historia jest bezpośrednią kontynuacją "Czerwonych Ćwieków", tyle że kompletnie nie ma sensu. Autor powrzucał mnóstwo grzybów do tego barszczu i wyszły mu z tej zupy straszne pomyje. Wątków jest zbyt dużo, postacie pojawiają się i znikają bez sensu a sami Bogowie Gór, nie wiadomo kim są, nie wiadomo czym się zajmują i nie wiadomo jaką wogóle funkcję w tym utworze pełnią. Jeden wielki bełkot, bez wątpienia jeden z najgłupszych komiksów w całej kolekcji. Nowy rysownik Rafael Kaynan naprawdę daje radę, chociaż scena jak Conan z Valerią pożerają na surowo triceratopsa jest niedorzeczna. Ocena raczej tylko za rysunki 6/10.
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: perek82 w Pn, 28 Grudzień 2020, 19:05:58
Uff udało się przeczytać wszystkie zaległości i w nowy rok wchodzę z czystym kontem. Chwilowo nie widzę nic do kupienia, więc można przerzucić się na parę tygodni na książki. Ostatni kwartał był dość obfity i kilka ciekawych komiksów udało się przeczytać:

Berlin vol. 1-3 - 4/5 - udało mi się przebrnąć dopiero za drugim podejściem. Było warto. Trudna lektura - historie kilku osób na tle budzących się upiorów w Niemczech w latach 20/30. Tematyka jest zaskakująco (lub nie, bo historia podobno się powtarza) aktualna. Faszyzm / komunizm okazują się zaskakująco do siebie podobne. Każda z opcji wybiera wrogów i wmawia ludziom, że ich pozbycie się jest lekarstwem na wszystkie bolączki. Nikt się nie interesuje jednostkami, które giną w politycznej zawierusze.

AvP - 4/5 - zaskoczenie na plus. Czytałem przeważnie pozytywne oceny i mimo pewnych obaw, że będzie zwykła rozwałka (widziałem jeden nieszczęsny film), to dobrze się bawiłem. Jak TM-Semic się bawił w alieny, to już porzuciłem komiksy. Teraz mogę za to je odkrywać od nowa.

Aliens: Bunt vol. 1-2 - 3,5/5 - trzymający w napięciu akcyjniak. Dostałem to, czego się spodziewałem. Można przymknąć oko na pewne pomysły
Spoiler: PokażUkryj
android włączający sobie uczucia
i przeżyć przygodę, gdzie nikt nie usłyszy twojego krzyku:)

Animal Man - 4/5 - przed chwilą skończyłem. Pięknie wydany komiks. Miałem nadzieję na coś w stylu Swamp Thing czy Miracle Man Moore'a. Okazało się trochę mniej "mięsiście", ale jak zwykle u Morrisona było sporo ciekawych pomysłów, zabaw fabułą itd. Odbiór trochę popsuły mi oczekiwania - po prostu spodziewałem się innego rodzaju historii - bardziej serio, ponuro. Ale i tak jest dobrze, a nawet bardzo dobrze - szczególnie im dalej w las. No i rysunki / kolory z tamtych lat. Ech, aż się chce powiedzieć więcej takich!!

Batman: Black & White vol. 1-2 (4,5/5) - kupiłem sobie jako nagrodę po szczepieniu (na grypę hehe) w Leclercu :). Historii było mnóstwo, część lepszych, część takich sobie, ale format tego wydania jest spektakularny. Można wracać sobie i odświeżać na wyrywki. I ćwiczyć bicka. Albo klatę, jak ktoś na leżąco czyta.

Eternals Gaimana - 4/5 - kupiłem na promocji w Multiversum, bo jakoś nigdy nie miałem okazji przeczytać. Troszkę inne superhero, z ciekawym wywiadem z Gaimanem opowiadającym o Kirby'm. Ocenę troszkę naciągnąłem ze względu na Gaimana, cenę i rozmiar (deluxe).

Hellblazer Eliisa - 4,5/5 - najbardziej mi się podobał ten (krótki) run. Czytając miałem wrażenie, że Ellis chce być bardziej ennisowaty niż Ennis - obrazić więcej osób i świętości. Tom obejmuje jedną dłuższą historię i kilka jednoczęściowych. John nie ma tutaj specjalnych skrupułów (chyba mniej niż zwykle) i się nie szczypie z nikim. Aż szkoda, że krótko trwała ta przygoda Ellisa. Zeszyt, o który się poprztykał z wydawnictwem jest uwzględniony. Mocna rzecz.
BTW tak czytając Ennisa i Ellisa to bardzo wybija się negatywna ocena rządów Thatcher i ogólnie sytuacji w UK w latach 80-tych. Trochę mnie zaciekawiło i może coś poczytam na ten temat. Tzn. wiedziałem, że tacy górnicy to lekko nie mieli, ale z drugiej strony rządziła ponad 10 lat, więc takiego całkowitego bagna to chyba nie zrobiła? Ktoś na nią głosował. Ciekawe.

Joker: Zabójczy uśmiech - 4/5 - lubię Lemirre'a, więc i ten komiks mi podszedł. Zaskoczył nieco format (A4). Jedyny "minus" to to, że czyta się to w pół godziny, albo i mniej. Ale sama lektura satysfakcjonująca.

Julia vol. 1 - 3,5/5 - mroczny, brutalny kryminał w stylu noir. Tutaj też format zaskoczył (B5?). Również komiks na raz, ale nieźle napisany. Chyba kupię następną część. Chcę wierzyć, że może być lepiej.

Kajtek i Koko w kosmosie vol. 1-7 - 3,5/5 - nie było mi łatwo przebrnąć. Komiks pisany jako pasek do gazety przez kilka lat i to daje się odczuć. Z jednej przygody wpada się w następną i tak dalej i tak dalej przez kolejne tomy. Trochę zabawy daje odnajdywanie pomysłów, które były też w innych komiksach Mistrza, np. pułapki w lesie:). Nie jestem pewny, czy będę chciał do tego komiksu wrócić. Kiedyś miałem 3 tomiki wydane gdzieś na początku lat 90-tych i myślałem, że to już tak z połowa była. A tak naprawdę to było chyba  z 1,5 tomu z 7.

Lady S vol. 1-5 - 3,5/5 - znalazłem na Olx po 10 zł za tom i w zachwycie po przeczytaniu Władców Chmielu zakupiłem. Bardzo solidny komiks, skomplikowane intrygi, które nie są oczywiste ani dla bohaterów ani dla czytelnika. Szpiegowsko-filmowy klimat. Jakby ktoś miał części 6-9 do opchnięcia, to możemy ponegocjować:)

Potwór - 4/5 - jak to zwykle bywa z komiksami na które czekam latami po lekturze lekki zawód. Lekki, ale zawsze. Do połowy mniej więcej było super. Klasyka Bilala - wizja przyszłości, gdzie technika coraz bardziej zastępuje relacje między ludźmi. Niepokojący rysunek, taki brudny, jakby niestaranny. Później coraz bardziej fabuła zaczęła się "rozpadać". Taka maniera autora, co zrobisz. Trylogię Nikopola cenię bardziej.

Raffington Event - 4/5 - ok. 10 krótkich historyjek z detektywem. Zabawa formą, fabułą. Oryginalne, przystępne i bardzo przyjemne w czytaniu.

Resident Alien vol. 1 - 3,5/5 - tutaj wszystko powinno mi się podobać. Ciekawy pomysł, małomiasteczkowy klimat, odludzie. Kosmita, który nagle został wplątany w życie mieszkańców. I pierwszy zeszyt był super, ale później kosmita, który przez dłuższy czas się ukrywał nagle staje się kimś w stylu Dr. Quinn z serialu sprzed lat. Ktoś nazwał go ojcem Mateuszem. Tak trochę nie rozumiem tego. Kosmita się zwyczajnie znudził? No i pewnie sprowadzi na siebie problemy. Oby drugi tom krył w sobie jakieś zaskoczenie (a nie uciekanie przed FBI i w końcu ratunek z gwiazd). Poszukam tego serialu - zajawka mnie zaintrygowała. Aktor to chyba Mr Nobody z Doom Patrol?

Swamp Thing; The Bronze Age vol. 2 - 3,5/5 - w tomie zebrane są zeszyty 14-24 pierwszej serii (zakończonej), ze 3 występy z Batmanem lub Supermanem i jakaś strasznie nużąca historia z challengers of the unknown. W głównej serii doszło do "uleczenia" Hollanda, co później odwrócono w trakcie występów gościnnych w innych seriach. To trochę stoi w sprzeczności z runem Moore'a, gdzie Swampy nie był człowiekiem więc i uleczony nie mógł być. No ale mam słabość do tej postaci i pewnie kolejny tom też kupię. Ale Snydera sobie darowałem - wolę ramotki z tą postacią.

Władcy chmielu vol.1-2 - 4,5/5 - to chyba mój top w tym roku. Komiks trzyma poziom od początku do końca, starannie przemyślane i wykonane. Historie z 19 wieku, z czasów wojny, końcówka 20 wieku mają swój urok. Aż trudno mi powiedzieć, która część była lepsza. Fajny pomysł z ostatnim albumem, który uzupełnia wybrane wątki. Super kreska.

Yiu vol. 1-2 - 4,5/5 - niesamowita energia, rozmach. Tak powinna wyglądać apokalipsa:) Końcówka mnie zniszczyła. Chcę, żeby powstał film - coś w stylu Mad Max i Yiu jak Furiosa. Piękne wydanie.

No i tyle - odpuściłem parę rzeczy jak Zegar zagłady czy Potwór z bagien Snydera. Może kiedyś, ale też specjalnych zachwytów nie zanotowałem. A co przyniesie nowy rok, to się okaże:)
Tytuł: Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
Wiadomość wysłana przez: Nawimar III w Śr, 30 Grudzień 2020, 20:09:33
Grudzień
 
Zegar zagłady – tytuł, który okazał się czymś innym niż go pierwotnie anonsowano. Pozornie mamy do czynienia z formułą kontynuacji kanonicznych „Strażników”. Faktycznie jednak cała inicjatywa to kolejne tzw. wydarzenie obejmujące swoim zasięgiem główny nurt uniwersum DC z założeniem implantacji w jego ramy przynajmniej części osobowości wykreowanych przez Alana Moore’a. Dla jednych obrazoburstwo, dla innych jeszcze jeden przejaw determinacji włodarzy DC Comics by podtrzymać słabnące zainteresowanie ich produktami. W moim przekonaniu nie trzeba się obrażać, a co za tym idzie warto mimo wszystko tę realizacje rozpoznać. Choćby z tego względu, że mamy w tym przypadku do czynienia z fachowo wykonaną realizacją.
 
Śpioch t.2 – mariaż konwencji superbohaterskiej z opowieścią o aktywności tajnych służb w pierwszym tomie tej opowieści  nieco „zgrzytał” acz ogólnie owa inicjatywa okazała się jednym z najbardziej cenionych osiągnięć w dorobku duetu Ed Brubaker/Sean Phillips. Kontynuacja tej opowieści także nie zawiodła, a nawet (przynajmniej w przekonaniu piszącego te słowa) jakościowo „przebiła” odsłonę pierwszą. Krótko pisząc: mocne zwieńczenie trafnego i sprawnie zrealizowanego pomysłu.
 
Superbohaterowie Marvela: Cyclops
– zapowiadało się obiecująco, jako że wbrew pozorom introwertyczny sztywniak za jakiego zwykł uchodzić Scott Summers nie raz i nie trzy okazywał się osobowością charakterną i korzystnie odznaczającą się w opowieściach z jego m.in. udziałem. Ponadto scenarzysta tego przedsięwzięcia, pomimo tendencji do zbędnej logorei, niekiedy dał się poznać od znacznie lepszej strony („Lwy z Bagdadu”) co dobrze wróżyło na okoliczność tego przedsięwzięcia. Nie wolnych od nadziei oczekiwań dopełniał ponadto oddelegowany do współpracy z nim Mark Texaira, ale niestety wszystkie wymieniony „składniki” zawiodły. Z niemałym prawdopodobieństwem z racji realizacyjnego pośpiechu. Szkoda, bo potencjał na satysfakcjonującą fabułę z pewnością był.
 
Star Wars Komiks Kolekcja t.5
– klasycznych urokliwości ciąg dalszy, a przy okazji popis kunsztu jednego z najbardziej sprawnych nakładaczy tuszu w komiksowej branży w osobie Toma Palmera.
 
Kajtek i Koko w Kosmosie t.7
– zwieńczenie znakomitej realizacji mistrza Janusza wypada równie udanie co wszystkie jej wcześniejsze tomy. Nie da się jednak ukryć, że chciałoby się więcej, optymalnie całość przygód tytułowego duetu w wersji kolorowej.
 
Flash t.11 – podobnie jak powierzony mu bohater także Joshua Williamson nie zwalnia tempa na czym oczywiście zyskuje jego interpretacja Barry’ego Allena. Stąd bardzo cieszy okoliczność, że ta niezobowiązująco rozrywkowa seria jest u nas kontynuowana. 

Animal Man. Omnibus – w moim przekonaniu arcydzieło. Niezmiennie wciągające i w równym stopniu powalające błyskotliwością nie tak znowuż mocno przecież doświadczonego scenarzysty, którym był w momencie pracy nad tym przedsięwzięciem Grant Morrison. Krótko pisząc: kamień milowy gatunku.
 
Srebrni na szlakach Bitwy Warszawskiej 1920 r. – druga już retrospekcja dotycząca udziału rodziny Srebrnych w zmaganiach o byt niepodległego państwa polskiego. Zgodnie z tytułem tym razem przyszło im zmierzyć się z bolszewicką nawałą i wprost stwierdzić trzeba, że z podjętego zadania autorska spółka Michał Konarski/Hubert Ronek wywiązała się wręcz po kawaleryjsku. Dzieje się sporo i w zawrotnym tempie, a przy okazji nie zabrakło tak charakterystycznego dla serii macierzystej (tj. rzecz jasna „Wojennej odysei Antka Srebrnego”) humoru. Oby tak dalej.
 
Metabaron t. 5 i 6 – kontynuacja losów Bezimiennego bez tzw. Jodo „na pokładzie” może nie zawiera aż takiej skali dramatyzmu jak miało to miejsce w „Kaście…”; niemniej rozwój wszechświata kreowanego (czy może w tym akurat przypadku: wszechświatów) następuje. I co więcej ma się ochotę na… więcej co prawdopodobnie rzeczywiście będzie miało miejsce.
 
Potężna Thor t.4 – mocno, epicko i bez certolenia się acz także nie bez znamion chaosu przenikającego w materię tej opowieści. Stąd trudno opędzić się od poczucia, że pan scenarzysta trochę się pogubił. Niemniej i tak jest to lektura z kategorii przyjemnie przyswajalnych. Do tego udany dobór rysowników zaangażowanych na niebagatelną okazję 700-go numeru serii wśród których nie mogło zabraknąć m.in. Walta Simonsona, a także znakomitego Das Pastorasa.
 
PULP – zgrabnie rozpisana i równie udanie zilustrowana historyjka (jak zwykle zresztą w przypadku twórczego duetu), a przy tym na swój sposób metaforyczna. Okazuje się bowiem fabułą nieco bardziej złożoną niż sugerować może to ilustracja na okładce. Na pewno warto choćby z racji autorów tej inicjatywy.
 
DCeased: Nieumarli w świecie DC – lekko rozpisana i ogólnie nadspodziewanie udana rozrywkowa opowieść. Do tego bynajmniej podróbka „Marvel Zombies”. Ponadto niektóre za zawartych tu konstatacji („Zawsze podejrzewałem, że zniszczenie internetu będzie konieczne, aby uratować świat”) korzystnie świadczą o poczuciu humoru odpowiedzialnego za scenariusz przedsięwzięcia Toma Taylora. 

Kapitan Ameryka t.4
– album jakościowo porównywalny ze znakomitym „Zimowym Żołnierzem”. Bucky Burnes zmuszony jest odnaleźć się w nowej roli i pomimo pewnych trudności radzi on sobie nadspodziewanie nieźle. Do tego emocjonujące wykorzystanie motywu znanego z tzw. okresu Commie Smasher (tj. krótkotrwałego konfrontowania się „Capa” z komunistami). Krótko pisząc świetna lektura. 

Potwór z Bagien Scotta Snydera – uczciwie przyznać trzeba, że pomysłodawca Trybunału Sów łatwego zadania nie miał. Wszak na reinterpretowaniu losów „Aleca Hollanda” poległ m.in. w swoim czasie uznawany za topowego twórcę Brian K. Vaughan, a de facto nawet Mark Millar. Uruchomiona w ramach restaurowanego uniwersum DC Comics nowa seria z udziałem Potwora z Bagien okazała się jednak jednym z najbardziej udanych zjawisk w ówczesnej ofercie tego wydawcy. Scott Snyder znalazł swój „klucz” dla tej postaci znacząco wzbogacając jej mitologie oraz umiejętnie łącząc ją ze sferą aktywności Animal Mana. Do tego świetnie rozpisano role Abigail Arcane oraz jej opętańczego stryja. Brawa także dla rysownika Yanicka Paquette! Podsumowując jedna z najmocniejszych tegorocznych premier, której w żadnym wypadku nie warto przegapiać (o ile rzecz jasna ma się tolerancje na horrory).
 
Superman: Amerykański obcy – błyskotliwa reinterpretacja kluczowych momentów w dojrzewaniu młodego Clarka Kenta do roli najbardziej inspirującego herosa w dziejach. Co prawda zaangażowani w ten projekt plastycy nie zawsze zaprezentowali się od dobrej strony. Niemniej i tak kolejne epizody tegoż zbioru chłonie się z ogromnym zainteresowaniem, a momentami wręcz z wzruszeniem.
 
Julia. Z archiwum spraw kryminalnych: Oczy otchłani – bardzo miłe zaskoczenie. Fanem kryminałów nie jestem, a jednak ta opowieść (choć nie bez drobnych luk w jej strukturze fabularnej) mocno mnie wciągnęła. Tym bardziej, że jest na tyle dosycona, że dłużyzn w niej ani śladu. Do tego swoje robi także przekonująca warstwa plastyczna po której znać, że jej autorzy dobrze znają się na swoim fachu.
 
Raffington Event – długo oczekiwany u nas album nareszcie doczekał się swojej premiery i z miejsca przyznać trzeba, że nie zawodzi. Mamy tu bowiem do czynienia z Andreasem w fazie rozpoznawania swoistej „elastyczności” jego stylistyki, której popisowe realizacje zaprezentował on przy okazji serii „Koziorożec”. Zebrane tu krótkie formy z dużym prawdopodobieństwem nie rozczarują także wielbicieli tzw. opowieści niesamowitych.
 
Jeremiah: Karabin w wodzie – realizacja za sprawą której przynajmniej część polskich czytelników (w tym także ja) w swoim c