Autor Wątek: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi  (Przeczytany 158270 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Sędzia

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #630 dnia: So, 11 Maj 2024, 18:14:22 »
A teraz do meritum: Baśnie to rewelacyjny komiks. Fabuła wszystkich rozdziałów, które przeczytałem do tej pory (odpowiadają 6 pierwszym komiksom polskiego wydania) jest mega wciągająca, postaci świetnie nakreślone, a tempo akcji bardzo dobrze wypośrodkowane.

No i niestety to by było na tyle. Potem staje się to nudne jak flaki z olejem. Taka komiksowa "Moda na sukces".

Offline Death

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #631 dnia: So, 11 Maj 2024, 18:20:43 »
Nie zgadzam się. Baśnie trzymają poziom aż do samego końca. Mniej mi się podobały tylko tomy Wilki, Arabskie noce  i Crossover. Ale i tak były ok. A Maluchy w krainie zabawek to totalny odjazd i rewelacja nawet w oderwaniu od serii. Ten komiks po prostu trzeba przeczytać, nawet jeśli ktoś nie chce poznać całej serii.

Offline PabloWu

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #632 dnia: Nd, 12 Maj 2024, 21:58:11 »
W punkt. Baśnie są świetne od początku do końca oprócz tego crossoveru który można śmiało odpuścić. Jedna z niewielu serii którą czytałem na bieżąco od początku do końca i z tego co pamiętam to każdy tomik wychodzący raz na pół roku wchodził na raz bez popity.
Generalnie uważam że mało jest serii o takiej długości które czytane tom po tomie nie zaczynałyby w końcu nurzyć.

Offline Dracos

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #633 dnia: Pn, 13 Maj 2024, 08:11:39 »
@UP Wiesz tobie wchodzi bez popity, a dla mnie od któregoś momentu zaczęło to przypominać jak to barwnie określił Sędzia Modę na sukces. Po pierwszym efekcie świeżości i nowości następuje znużenie i mielenie podobnych elementów jak wcześniej. (chociaż nie wykluczam że może kiedyś powalczę i doczytam do końca i zdanie zmienię)

Offline parsom

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #634 dnia: Pn, 13 Maj 2024, 10:53:36 »
Gdzie tu Moda na sukces, trochę was ponosi z tym porównaniem. Ani to takie długie, ani takie jednostajne.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #635 dnia: Cz, 30 Maj 2024, 15:51:15 »
 Podsumowanie kwietnia. Tym razem na superbohatersko i niezbyt dużo ilościowo, rozpoczęcie pierwszej kolekcji Carrefoura oraz jednej serii, ogólnie rzecz biorąc miesiąc raczej nędzny. UWAGA jak zwykle mogą pojawić się pewne SPOILERY!!!



  "Wielkie Pojedynki tom 1 Avengers kontra Ultron" - autorzy różni. Aż cztery historie w których tytułowy czarny charakter odgrywa główną rolę (nie tak do końca). Tom rozpoczyna się od klasycznych "Oto...Vision" oraz "Nawet android może płakać", autorstwa Roya Thomasa z rysunkami Johna Buscemy obecnych na naszym rynku z pewnością więcej niż raz. Dalej trzy zeszytowy fragment serii Avengers tego samego scenarzysty, zresztą wydany niedługo po tych pierwszych zeszytach, gdzie Buscemę wspiera stawiający wtedy pierwsze kroki Barry Windsor-Smith i mam wrażenie, że tę historię również gdzieś wcześniej poznałem. Jako trzecią część dostaniemy dwu zeszytową opowiastkę stworzoną jakieś 10 lat później od wcześniejszych na sam koniec lat 70-tych przez Jima Shootera i George'a Pereza by na koniec uraczyć się będziemy mieli okazję już mniej więcej współczesną mini-serią "Ultron Forever" Ala Ewinga z rysunkami Alana Davisa.
  Graficy tak bardzo znani, że nie ma sensu tłuc tego kotleta po raz enty. Starocie są znane równie dobrze, więc je również można odpuścić a wypadałoby się skupić na nowalijce na naszym rynku, czyli najświeższej historyjce "Ultron na Zawsze". Dr. Doom z przyszłości ściąga do swoich czasów kilkoro Avengers z różnych linii czasowych a może nie wiem z tej samej linii, ale z różnych jej punktów, aby obalić Ultrona który pokonał wszystkich ziemskich (i nie tylko) bohaterów i zawładnął całą planetą zamieniając tych co przeżyli w mechanicznych niewolników i w sumie tyle wystarczy. Przypadła mi do gustu ta mini-seria, Ewing to porządny scenarzysta i pomimo tego, że to raczej standardowa dla Avengers demolka to płynie się przez nią gładko i przyjemnie no i nie usypia z nudów. Jest kilka fajnych patentów i rozweselaczy w rodzaju tego co się stało z Lokim, czy bardziej "hardkorowych" momentów jak to, w jaki sposób bohaterowie będą pokonywani (Hulk traci głowę warto zobaczyć). Na odrobinę woke contentu znalazło się również miejsce, Kapitan Ameryka przyszłości to czarna kobieta na dodatek z wyjątkowo paskudną gębą i pozbawiona biustu, za to nie jest to postać kompletnie wyssana z palca bo to córka Jessiki Jones i Luke Cage'a więc tyle chociaż. Co dosyć interesujące wcale to nie Ultron jest tu główną figurą, więcej rozwiązanie jego problemu sprowadza się do równie szybkiego co i banalnego uderzenia młotem (a raczej trzema), ale i tak jest fajnie, bo w sumie dosyć spodziewany twist ożywia nieco akcję, chociaż ta nie była specjalnie martwa już wcześniej.
  Garść uwag co do poziomu wydania. Papier offsetowy, doskonale się sprawdza przy tych starych komiksach, klasyki wyglądają na nim świetnie aż żal, że wszystkie te epiki lecą na kredzie, niestety nie jest tak w przypadku tej stosunkowo nowej historii, aczkolwiek nie jest tak źle jak myślałem że będzie, rysunki są czytelne jak najbardziej. Co najśmieszniejsze w najtańszej kolekcji marketowej zastosowano najlepsze oznaczenia dla serii ongoingów na naszym rynku. Przed rozpoczęciem każdej historii są podane dokładne tytuły serii, tytuły każdego zeszytu, data wydania co do miesiąca, autorzy łącznie z redaktorami i polska ekipa odpowiadająca za wydanie. Kompletnie nie kumam, dlaczego czytając TPB od Egmontu, chcąc się dowiedzieć takich rzeczy muszę szukać tego po internecie. W dodatkach krótkie wstępniaki na temat bohaterów danego tomu i okładki na końcu te które nie zmieściły się w środku. Napewno czepić się można korekty czy też raczej jej miernej jakości, nie ma może jakoś strasznie dużo błędów czy literówek, ale te co są, są bardzo wyraźne ("wierza Avengers", rozczuliło mnie to). Dyskusyjny jest również dobór historii. Trochę za dużo ich tutaj jest, te klasyczne komiksy to wyrwane z kontekstu fragmenty regularnej serii więc strasznie chaotycznie skaczą z tematu na temat, co mi nieco przeszkadzało. Poza tym, przyzwoicie a biorąc pod uwagę cenę w wysokości lepszego piwa w jakiejś droższej knajpie to wręcz znakomicie. Ocena 6+/10.
 

  "Wielki Pojedynki tom 2 Strażnicy Galaktyki kontra Thanos" - Brian MIchael Bendis i inni. Tym razem obyło się bez solidnie zamieszanej sałatki komiksowej. Historie są tylko dwie i obydwie tego samego autora. Pierwszą jest "Zodiak" czyli pierwsze osiem zeszytów serii Avengers Assemble, drugą dwa zeszyty Strażników Galaktyki ukryte pod tytułem "Grzech Pierworodny" czyli zapewne jakieś tie-iny do tego eventu. Pierwsza historia zaczyna się w dosyć obiecująco od przedstawienia nowej grupy superłotrów przemieniających się w różne stwory i potwory dysponujące mocami wszystkich znaków zodiaku, gdzieś tam oni występowali u nas już pamiętam więc zainteresowani raczej wiedzą o kogo chodzi. Nowa banda zaczyna napadać na wojskowe transporty a sprawa wygląda na tyle poważnie, że muszą się nimi zająć sami Avengers. Okaże się za nowymi złolami stoi sam Thanos a gdzie Thanos tam i Strażnicy Galaktyki a tam gdzie oni to i rzecz jasna Badooni. Także więc nie pozostaje czytelnikowi nic innego jak zagłębić się w ten festiwal fruwających zębów oraz wyświechtanych motywów. Fabuła numer dwa tyczy się paradoksalnie (o ile dobrze mi się wydaje) niekoniecznie wydarzeń z "Grzechu Pierworodnego", ale raczej "Imperatywu Thanosa". Ot ocalały Star-Lord tłumaczy się Gamorze z tego co się stało po wessaniu jego, Richarda Rydera i Thanosa do Rakowersum.
   Rysownikiem pierwszej części jest Mark Bagley, po raz kolejny postać na tyle znana, że nie ma sensu strzępić ryja na jego temat. Powtórzę enty raz, że wprost organicznie nie trawię tego typa (a raczej jego twórczości, bo przecież osobiście go nie znam może to najfajniejszy koleś pod słońcem). Na szczęście (dla mnie jako antyfana) do czynienia mamy tu z jego stosunkowo późnymi pracami więc ilość jego "bagleizmów" spada do w miarę rozsądnej ilości. Da się dalej rozpoznać autora, ale nie jest to tak nachalna próba pokazania własnego autorskiego (kompletnie nieoryginalnego) stylu jak w latach 90-tych. Z jednej strony jest to zaleta z drugiej niebezpieczne mocno skręca wizualia w stronę "kompletnie ustandaryzowanego komiksu Marvela", chociaż w sumie całość wygląda całkiem przyzwoicie. Za część drugą odpowiadają Ed McGuiness, David Lopez i Valerio Schiti dlaczego aż tylu na dwa zeszyty? Nie mam pojęcia, jakichś różnic większych nie zauważyłem. Ogólnie chyba nic tu specjalnie nie zasługuje na zauważenie specjalnie, może nieco wylaszczona i jakby odmłodzona Gamora. Styl lekko kreskówkowy, przyjemny dla oka aczkolwiek kompletnie niepodniecający. Tak jak w przypadku poprzednika chwaliłem papier, tak niestety w tomie drugim widać, że aż tak dobrze w przypadku nowych komiksów różowo nie jest. Avengers Assemble na 100% pewnie wyróżnia się pstrokatymi barwami niestety w tym przypadku dobrany papier w wyraźnie widoczny sposób "gasi" kolory na dodatek wszystko to jest dosyć mocno jakby przyciemnione co jest widoczne jeszcze bardziej w przypadku drugiej fabuły z racji tego, ż większość akcji dzieje się na jakiejś nocnej planecie. No gorzej to wygląda niż nawet w przypadku "Ultron Forever", tragedii nie ma, ale w tym wypadku bez wątpienia lepiej by się sprawił papier kredowy.
  Dla jakiegoś młodszego czytelnika, który poszukuje w komiksie superbohaterskim ostrej rąbanki połączonej z ludźmi w pelerynach przybierających heroiczne pozy ta pozycja będzie w sam raz. Natomiast mnie, starego piernika co zęby zjadł na gatunku kompletnie ta pierwsza historia wynudziła. Więcej to najgorszy komiks Bendisa jaki przeczytałem, co oczywiście nie oznacza że jakiś strasznie zły, Brian ciągle potrafi napisać błyskotliwy dialog czy tam fajnie poprowadzić dynamikę znajomości, tylko że całość fabuły (jakiej kur...de fabuły) jest pozbawiona jakiejkolwiek ambicji. Po prostu tępa nawalanka w której z Thanosa robi się jeszcze większego tępaka, który chce podbić Wszechświat wykorzystując podróbę Kosmicznej Kostki made in USA, polegająca na jak największej ilości jak największych eksplozji. Co dosyć zabawne część druga przecież również jego autorstwa i również polegająca głównie na plazmatycznych eksplozjach o wiele lepiej potrafi zagrać na emocjach no i z racji większej kondensacji nie zdąży się nam kompletnie znudzić. Jak kto szuka prostego akcyjniaka i jest fanem postaci to spokojnie może spróbować zwłaszcza, że to żadne pieniądze. Jak kto szuka czegokolwiek wybijającego się ponad średnią to nie ma tu czego szukać. Tragedii nie ma, wydano na naszym rynku sporo gorszych komiksów. Ale też i sporo lepszych. Ocena 5+/10.
 
 
  "Zaginione Wesołe Miasteczko:Opowieść o Dicku Graysonie" - Michael Moreci, Sas Milledge. Kolejny komiks z serii DC przeznaczonej dla młodszego czytelniczki/czytelnika, której bohaterem jest zgodnie z tytułem pierwszy Robin, tak samo jak w poprzednim komiksie który czytałem, po Batmanie nie ma tutaj śladu tym razem nawet w formie easter-eggów (chyba że przeoczyłem). Tak więc cofamy się mocno w przeszłość więc z rodzicami Dicka, czyli Latającymi Graysonami jest ciągle wszystko w porządku, klasycznie fikają na trapezach wraz ze swoją jedyną pociechą w Cyrku Haly'ego. Niestety ta ich pociecha Dick (słyszałem, że już na szczęście zrezygnowano z Ricka), weszła właśnie w etap "młodości chmurnej i durnej", chłopak wyraźnie się nudzi wykonując w kółko te same oklepane numery, próbując od czasu do czasu ożywić je wykonując niebezpieczne ponad miarę akrobacje, ku oczywistemu niezadowoleniu zarówno rodziców jak i dyrektora cyrku, na dodatek dochodzi do wniosku, że kariera akrobaty cyrkowego raczej nie jest tym co go zadowala czy da mu w przyszłości godziwie na chleb zarobić. Nie ukrywajmy, ale ta gałąź przemysłu rozrywkowego już od dawna nie przynosi jakichś strasznych kokosów a sytuację bohaterów komplikuje na dodatek fakt, że w pobliżu rozbiło się konkurencyjne wesołe miasteczko, które wyraźnie podbiera im widzów. Dick wybiera się po kryjomu wraz ze swoją najlepszą przyjąciółką zdaje się miotaczką noży i na miejscu przekonuje się, że ich biznesowi rywale wydają się miejscem faktycznie o wiele ciekawszym niż jego dom, na dodatek numery które tam pokazują wyraźnie wykraczają poza przyziemne pokazy wujka jego przyjaciółki czyli głównego cyrkowego magika. A że biznes to wojna, zwłaszcza w Stanach, Dick dosyć szybko zaplącze się w negocjacje pomiędzy dwoma zwaśnionymi przybytkami przeprowadzane tradycyjnie za pomocą pięści i pałek rozrywany przez lojalność wobec swojej dotychczasowej rodziny a nowo zapoznanej paczki (zostanie tam przyjęty bardzo przyjaźnie) wśród których największą uwagę zwróci oczywiście w stronę niezwykłej dziewczyny (ach te młodzieńczy porywy serca), przy okazji zaplątując się w magiczną aferę.
  Rysunki Sas nie przypadły mi do gustu. Są bardzo "płaskie" w stylu lekko mangowym, pozbawione kompletnie energii a przede wszystkim dynamiki co w komiksie o akrobacie wydaje się wadą w dwójnasób. Z zabaw stylistyką czyli próbom jakiegoś urozmaicenia nieciekawych w gruncie rzeczy rysunków można zanotować rozdzielenie dwóch światów, czyli dwóch cyrków za pomocą barw. Za Cyrk Haly'ego odpowiada dosyć zimny w tonacji niebieski wymieszany z szarym, za Zaginione Miasteczko ciepła czerwień wymieszana z żółtym. Na dobrą sprawę jedyną rzeczą którą zapamiętałem są krzaczaste brwi wszystkich postaci, które nadają im wygląd nie wiem jakichś uszatek? Co dosyć interesujące na końcu tomiku są zdjęcia autorów i o ile rysowniczka to całkiem ładna dziewczyna to ma takie same, które raczej zwracają uwagę, więc chyba po prostu przerysowywała samą siebie.
  Szczerze mówiąc nie przypadł mi ten komiks do gustu. Jasne nie jest to produkt, skierowany do mnie, ale jakoś poprzedniej "Oracle" udało się przeskoczyć mur ograniczeń wiekowych i na swój nieco naiwny sposób była komiksem dosyć interesującym a przede wszystkim konsekwentnym. A tego właśnie brakuje przyszłemu Nightwingowi, autorzy starali się złapać zbyt wiele srok za ogon naraz i ostatecznie zostali z pustymi rękami. Nie działa to ani jako powieść przygodowa bo historyjka jest nie dość że dziwna i niekoniecznie wciągająca to na dodatek nie nazbyt mądra (a już czarny charakter jest nie dość że wyssany z palca to jeszcze kompletnie niepotrzebny), ani jako młodzieżowy romans, ani jako przypowieść o wkraczaniu w dorosłość i związanych z tym przekierowaniach imperatywów, ani jako moralitet na temat wartości rodziny. Pewnie jeszcze kilka tych ani by się znalazło (tyle że już nie pamiętam), bo tematów poruszanych jest wiele, ale żaden w sposób satysfakcjonujący. I nie zmienią tego w sumie ładnie emocjonalnie rozegrana scena pożegnania Dicka i Luciany oraz przede wszystkim ostatnie strony czyli pojednanie bohatera z rodzicami i pełne nadziei oczekiwanie na nowe otwarcie, podczas gdy my jako czytelnik wiemy jak to się skończy. Ocena 4/10.


  "Liga Sprawiedliwości tom 1 Maszyny Zagłady" - Brian Hitch i inni. Rozpocząć czas kolejną serię zalegającą od dawna na półkach. Tym razem padło na Justice League wydaną w ramach linii wydawniczej restartującej całe uniwersum, czyli DC Rebirth. Ostrzegało tutaj kilka osób przed tym tytułem, ale sądziłem, że przesadzają trochę, nawet jeżeli miałoby to nie być specjalnie mądre czy też chociaż interesujące, no to nawet jeżeli całość miałaby się opierać na laniu po mordach i strzelaniu przysłowiowymi laserami, to raczej na pewnym niskim poziomie nie da się czegoś takiego spierniczyć przecież, nieprawdaż? No, cóż życie cały czas potrafi nas zadziwić. Opowieść rozpoczyna się w momencie gdy Liga walczy z jakimś olbrzymim robalem z kosmosu rodem z Godzilli, który wysyła małe robale przysysające się do ludzi i chyba przejmujące nad nimi kontrolę (?). W czasie gdy owad rozwala wieżowce Superman zażywa sjesty (?) w otoczeniu rodziny, gdyż twierdzi, że narazie woli obserwować Ligę z daleka, no i poza tym oni mu nie ufają bo jest nowy więc chwilę poczeka i zobaczy co się będzie działo. Później mamy fabularny przeskok do momentu w którym członkowie Ligi znajdują się w różnych miejscach świata i ratują Ziemię przed jakąś bliżej nieokreśloną katastrofą, w powietrzu latają jakieś dziwne robale, ale chyba inne niż te na początku a może zresztą i te same, bohaterowie tracą moce a zwykli ludzie pod wpływem mentalnej kontroli (ale nie robali) zaczynają się zbierać w jednym miejscu i tworzyć jakieś kolorowe olbrzymy. Giganci chcą zaśpiewać pieśń, która ma (tutaj ciężko powiedzieć) uratować wszechświat (?) czy też stworzyć nowy (?), ale to wtedy musi zostać zniszczona Ziemia, na dodatek okazuje się, że całe eony temu ktoś w skorupie ziemskiej blisko jądra umieścił jakieś kule - tytułowe maszyny zagłady, które mają też zniszczyć Ziemię sprowadzając na nią przeróżne katastrofy a warunkom tam panującym może stawić czoła jedynie Superman, więc facet w końcu musi wstać z kanapy. W międzyczasie Aquaman gdzieś w Atlantydzie słucha pieśni jakichś kryształów co to mają tę Ziemię uratować. W końcu dzięki ich pieśni, wysiłkom Clarka, żeby powyciągać maszyny na powierzchnię a także Cyborgowi , który hakuje robale które okazały się stworami techno-organicznymi w mocno niejasnym zakończeniu Liga ratuje nasz glob. Wiem, że to co napisałem to kompletny bełkot, ale streścić tego nie dałem rady.
  Pod względem rysunków, jest tak jak DC do tego przyzwyczaiło swoich czytelników czyli conajmniej dobrze o ile ktoś nie oczekuje jakichś artystycznych wrażeń. Klasyczna dla gatunku stylówa na dodatek dosyć podobna w przypadku wszystkich trzech autorów więc nie mamy tutaj zbędnego bałaganu. Stosunkowo najsłabiej wypada początek w wykonaniu samego scenarzysty, aczkolwiek nie można mu odmówić tego, że przyzwoicie pod tym względem wywiązał się z zadania. Dosyć duża szczegółowość, robiące wrażenie panoramy, odpowiednio dynamiczne sceny akcji. Oprócz niego obejrzymy prace dobrze znanego u nas Tony S. Daniela, którego zawsze uważałem za jednego z najlepszych naśladowców Adama Kuberta, oraz Jesusa Merino, które chyba najbardziej przypadły mi do gustu zwłaszcza biorąc pod uwagę, fajne stylistyczne nawiązania do klasycznych rysunków Jerry Ordwaya.
  Matko Święta, ten komiks to jeden wielki WTF. Kilka różnych zagrożeń, biorących się nie wiadomo skąd, mających motywacje nie wiadomo jakie i żadnych powiązań ze sobą. Brak sensownej fabuły można by podratować rozpisując w jakiś interesujący sposób relacjami pomiędzy członkami drużyny w końcu po to są takie tytuły tym bardziej, że autor miał tutaj szerokie pole do popisu biorąc pod uwagę obecność nowego-starego Supermana oraz dwójki nowych Green Lanternów (pozbawionych kompletnie cech charakteru, tzn. może nie do końca, dziewczyna uważa że jest za cienka na członka Korpusu). No, ale nic z tego bohaterowie praktycznie nie mają pomiędzy sobą interakcji a jeżeli mają to jakieś kompletnie banalne, wyciągnięte z generatora tekstów niewiele znaczące zdania. Czytając ten komiks miałem dziwne wrażenie, że Hitch jest olbrzymim fanem Granta Morrisona i próbuje napisać coś w stylu swojego idola i w pewien sposób mu się to udaje, tyle że to taki Grant po lobotomii, na tyle zachował swojej osobowości, że pamięta iż ma być dziwnie i niejasno tyle że już kompletnie nie pamięta po co.  No cóż nie mogę powiedzieć, że mnie nie ostrzegano, ale czegoś takiego się nie spodziewałem. Najgłupszy komiks jaki czytałem w tym roku, w zeszłym chyba też, aczkolwiek z niezłymi rysunkami (teraz wpadłem na pomysł, że może trzeba było dymki pozostawić puste, aby czytelnik sam sobie stworzył coś sensowniejszego?). Ocena 2+/10.


  "Liga Sprawiedliwości tom 2 Epidemia" - Brian Hitch i inni. Do tomu drugiego podszedłem z pewną dozą optymizmu, w końcu gorzej już być nie mogło niż w tomie pierwszym. Prawda? No w każdym bądź razie tom drugi rozpoczyna się identycznie jak pierszy czyli w czasie bijatyki z jakimś dziwnym stworem, nie wiadomo skąd i po co. Stwór włada strachem więc Liga ma strasznego pietra i mało nie przegrywa, ale na szczęście dzięki mocom miłości i przyjaźni udaje im się demona (?) pokonać. Tyle, że dalej okazuje się, że stwór tak naprawdę nie został pokonany tylko się przyczaił w bohaterach po czym znienacka zaatakował ich umysły, za pomocą ich największych wewnętrznych strachów co doprowadza do kilku dziwnych scen bo o ile niektórzy kulą się ze strachu, to naprzykład Superman leci zabić Batmana a Wonder Woman i Aquaman wypowiadają wojnę USA. Rozdział ten dosyć szybko się kończy, zresztą całe szczęście bo jest raczej głupawy i nudnawy na dodatek pisany w zdaje się ulubionym stylu Hitcha czyli "nie wiadomo kto, co i po co". Z ważniejszych rzeczy wartych zapamiętania okazuje się, że...Raz, w czasie gigantycznych katastrof, które podobno nie roztrzaskały Ziemi na kawałki spowodowanych przez tytułowe Maszyny Zagłady w poprzednim tomie, tych wszystkich trzęsień ziemi, huraganów, tsunami i tym podobnych na całej planecie zginęła teraz UWAGA...jedna osoba (soczysty facepalm). Dwa Flash zaczyna się spotykać z nową Latarenką Jessicą Cruz. Dlaczego? Nie mam zielonego pojęcia, gdybym po raz pierwszy w życiu wziął do ręki komiks DC, to bym pomyślał, że Barry pozbawiony jest jakiejkolwiek osobowści, na dodatek do momentu zaproszenia na randkę, nie wymieniają ze sobą te postacie ani jednego zdania. No dobra starczy tego znęcania się, przechodzimy do dania głównego czyli zgodnie z obietnicą z okładki "Epidemii". Zazwyczaj staram się wystrzegać jakichś dokładniejszych streszczeń, ale w tym wypadku muszę załamać tę zasadę, bo inaczej nie dałoby mi się przekazać dostatecznie wyraźnie rewelacyjności tego tomu. Otóż historia rozpoczyna się w momencie gdy Batman wraz z Alfredem zostaną zaatakowani przez pojazdy stojące w jaskini. Nie tylko dwójka jednakże ma problemy, Cyborg wpadnie w solidne kłopoty w kosmicznym obserwatorium Ligi a pierścienie dwojga Lanternów zaczną kompletnie szaleć. Słowem bohaterowie mają ręce pełne roboty (tradycyjnie już chyba dla tej serii każdy sobie rzepkę skrobie). Batman oczywiście natychmiast ogarnie, że padli ofiarą hakerskiego ataku, na szczęście w domu ma wszystko więc i znajdzie się stary komputer bez podłączenia do sieci (pewnie pierwszy wyprodukowany egzemplarz Apple) na którym przebada dyski ze zniszczonych sprzętów. I tu pierwsza niespodzianka, chociaż może w sumie nie, Bruce Wayne wie wszystko o wszystkim więc jest również zawołanym programistą toteż bez problemu rozpoznaje po stylu kodowania, twórcę wirusa. Człowiekiem tym jest genialny haker z kryminalną przeszłością, ale nie w stylu przestępca standardowy, tylko bardziej internetowy Robin Hood, okradający przez sieć korporacje i przelewający pieniądze potrzebującym. No i tu zaczyna się już robić śmiesznie, facet ten okazuje się być mężem tej jedynej (bo to kobieta była), która zginęła w tych wszystkich katastrofach. TADAM!!! Przypadek? NIE SĄDZĘ!!! Batman też tak nie sądzi, toteż po ogarnięciu sytuacji, Liga leci do domu hakera dokonać aresztowania.  No i na szczęście to nie koniec niespodzianek. Geniusz okazuje się niewinny, przyznaje się, że i owszem pracował nad własną Sztuczną Inteligencją i te linijki pokazane przez Batmana wyglądają jak jego, ale to nie jego sprawka bo projekt nieskończony dawno porzucił i zamknął w sejfie. No to kolejny twist, ma on dwójkę dzieci, w tym 11 letnią córkę jeszcze bardziej genialną od niego (jakby to pisał Bendis byłaby czarna, ale że to nie jego sprawka to blondynka europejskiego pochodzenia), która przyznaje się, że dobrała się po kryjomu do plików i sama dokończyła pisanie SI na dodatek znacząco je ulepszając, ale zarzeka się że ona nie chciała sprawić kłopotów na dodatek napewno nie wypuściła stwora do sieci. No to czas na kolejny twist, oprócz córki znalazł się jeszcze 9 letni syn. Jako, że trójka geniuszy w jednej rodzinie to byłoby chyba zbyt dużo to dla równowagi ten jest chyba bardzo głupi, okazuje się, że to on odpalił Inteligencję myśląc, że to gra tekstowa i przez cały czas "pogrywał" sobie wyznaczając zadania pokonania Ligi Sprawiedliwości. Przepona już mnie wtedy bolała więc w sumie dobrze się składało, że zbliżał się koniec zabawy na tej karuzeli śmiechu, ale gdzie tam Hitch okazał się bezlitosny. Łabędzim śpiewem SI będzie włamanie się na konta Bruce Wayne'a i Lexa Luthora i wystawienie ich fortun jako nagrody za zabicie całej Ligi, co spowoduje ściągnięcie w okolice domku na przedmieściach masy 3 ligowych złoczyńców spragnionych fortuny. Wyobraża sobie ktoś lamusów pokroju Hrabiego Vertigo, Stracha na Wróble czy Majora Disaster walczących jak równy z równym z Arthurem czy Dianą? No Hitch to widzi bez problemu. Na szczęście wszystko skończy się szczęśliwie a Nietoperz nawet zaopiekuje się całą rodziną (i zniszczoną okolicą też) oferując małej stypendium naukowe i wszelką niezbędną pomoc całemu otoczeniu, argumentując, że warto jej się przypatrzeć w przyszłości (dziewczyna stworzyła program, który się włamał do pierścieni Strażników, powinien odrazu podpisać z nią dożywotni kontrakt a Oracle oznajmić, żeby szukała pracy od jutra).
  Rysunkowo, tom przypomina z grubsza poprzedni. Jako rysownik powraca Jesus Merino. Tym razem najbardziej przypadł mi do gustu dzięki lekko kreskówkowemu sznytowi zeszyt rysowany przez Matthew Clarka i Toma Derenicka. Za większość komiksu odpowiada jednakże Neil Edwards, technicznie no powiedzmy, że w miarę sprawny (aczkolwiek nieco błędów da się dostrzec) za to napewno "mdławy". Podsumowując rysunki poprawne, ale nieco słabsze niż poprzednio. Można powiedzieć, że pod względem scenariusza widać wyższy poziom niż w tomie pierwszym. O ile tamten był tragiczny, ten jest tylko bardzo zły. Historie są napisane nieco jaśniej, tyle że co z tego skoro są nudne i durne? Hitch tym razem próbował wstawić trochę relacji pomiędzy postaciami, tyle że znowu co z tego skoro są płaskie i niewiarygodne? To już drugi tom a większość postaci dalej nie ma jakiegokolwiek charakteru. O ile nowa greenlanternczyni rozwija swoją postawę sierotki Marysi o tyle greenlanternowiec dalej pozostaje niezapisaną kartą, Superman znowu gdzieś zaginął. Dialogi dalej pisze drętwe, nieciekawe i niespecjalnie autentyczne. Za to ma Brian Hitch jedną zaletę, wychodzi na to, że jest kompletnym ponurakiem, całość jest pisana całkowicie "na poważnie" jakbym dostał tutaj dodatkowy pocisk jakimś sucharem to bym chyba wyszedł z siebie. No, ale nie zapominajmy o pozytywnym nastawieniu, najważniejsze że jest przecież lepiej. Nieprawda, może i jest lepiej ale dalej gównianie. Ocena 3-/10.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #636 dnia: Nd, 02 Czerwiec 2024, 23:00:43 »
Maj
 
The Adventurs of Superman nr 443 - epizod ten intrygował mnie w sposób szczególny. Znać już bowiem po okładce, że zostanie w nim poruszony wątek w polskiej edycji ,,Supermana” przybliżony jedynie fragmentarycznie (vide nr 9-10/1991). Jak się okazuje w tym objętościowo zwiększonym zeszycie Jerry Ordway zawarł koncept, który spokojnie byłby w stanie rozbudować na kilka odsłon serii. Najwyraźniej jednak nie dano mu tyle czasu i stąd ,,skompresowanie” tego inspirowanego motywem ukrytej cywilizacji pomysłu.

Superman vol.2 nr 21 - pierwsza odsłona Sagi o Supergirl jest fabularnie tak dosycona, że spokojnie wystarczyłaby jako kanwa na pełnowymiarowy film. A przed nami przecież jeszcze kolejne dwie odsłony! Skala zamieszania (w pozytywnym rozumieniu tego słowa) jest tak znaczna, że po raz kolejny żal, że tak się już (na ogół) komiksów nie rozpisuje. John Byrne wykazał się również w wymiarze plastycznym, co o tyle nie dziwi, że był on wówczas u szczyty swoich twórczych możliwości.

Przewodnik po Astro City t.1
- bardzo długo przyszło nam czekać na ten wyjątkowy tytuł, w swoim czasie figurujący w zapowiedziach Egmontu. Było jednak warto, bo to inicjatywa twórcza w której z miejsca znać zapał i zaangażowanie jej autorów. Nie mogło być zresztą inaczej, jako że pomysłodawca i scenarzysta tego przedsięwzięcia - wyjątkowy Kurt Busiek - jest właśnie tym typem kreatora, który ani myśli posługiwać się półśrodkami. Piękny przykład stworzonego od podstaw uniwersum. Do tego w co najmniej kilku jego aspektach prekursorskiego względem późniejszych, bestselerowych realizacji takich jak m.in. „Wojna domowa”.

The Adventures of Superman nr 444 - kieszonkowy wszechświat zaistniały w wyniku machinacji Time Trappera okazał się ,,areną” jednej z największych tragedii w dziejach czasoprzestrzeni. Historia trójki przestępców z Kryptona nadal prezentuje się bardzo zajmująco, a fachowość jej twórców odczuwalna jest w niemal każdym kadrze. Takich opowieści o Człowieku ze Stali chciałoby się czytać jak najwięcej.
 
Superman vol.2 nr 22 - brutalny finał opowieści, która przy jej ,,rozciągnięciu” do co najmniej sześciu epizodów z powodzeniem byłaby wznawiana w osobnych wydaniach zbiorczych również współcześnie. Najwyraźniej jednak Johnowi Byrne'owi już spieszyło się z powrotem do Marvela i stąd maksymalne skumulowanie tej fabuły.
 
Firestorm nr 71 - ,,międzyczas” w którym znalazł się tytułowy bohater tej opowieści to fortunnie dlań jedynie stan tymczasowy. W głównym nurcie rzeczywistości czeka już nań jednak kolejne wyzwanie w postaci wąsatego i zarazem niezbyt uprzejmego osobnika zaciągającego po ,,rusku”. Z takimi nie ma się co certolić i tym samym nic dziwnego, że także tytułowy bohater nie ma ku temu ochoty. Rozwalanka w dobrym stylu.
 
Na wschód od zachodu: Apokalipsa-rok trzeci - kumulacja wątków wiodących do obiecanej w tytule serii apokalipsy sprawiła, że niniejszy zbiór jest najbardziej udanym w całym tym przedsięwzięciu. Finał co prawda nieprzesadnie zaskakuje; niemniej ujęty został z odpowiednią dawką epickości i stosownie „nakręconej” dramaturgii. Dobry materiał na telewizyjny serial.
 
Ballada dla Sophie - rozbudowana retrospekcja z życia uznanego muzyka, która okazuje się jeszcze jednym dowodem, że tzw. ludzie chałtury (ma ogół zwani artystami) nie są normalni. Ujmując rzecz kolokwialnie: k....wy, wino i pianino, udrapowane w urokliwie rozrysowaną nostalgię.

The Adventures of Superman nr 445 - epizod w którym odpowiadający także za fabułę Jerry Ordway nie zapomniał o niczym. Stąd poruszona została tematyka społeczna, losy osób bliskich Clarkowi oraz doszło do konfrontacji z naperzonym Brainiackiem. Satysfakcjonująca lektura.
 
Firestorm nr 72 - towarzysz Zastrow z KGB nie odpuszcza. Poszukiwania Firestorma są zatem przez sowiecką bezpieke kontynuowane; tym intensywniej, że według danych wywiadowczych może on przebywać na terenie Moskwy. Stąd John Ostrander po raz kolejny skorzystał z okazji by osadzić fabułę swojego autorstwa w jednej z jego ulubionych lokalizacji, czyli właśnie w sowieckiej stolicy.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy. JLA-Liga Sprawiedliwości: Saga o Błyskawicy - z fabułami autorstwa Brada Meltzera o tyle jest problem, że pomimo ich dobrej prasy na ogół niewiele z nich wynika. I taka właśnie jest też niniejsza opowieść, która pomimo znacznego potencjału fabularnego i doborowej obsady okazała się zbiorem sekwencji prowadzonych ku fabularnym mieliznom.
 
Hellblazer Mike'a Careya t.1 - dobre otwarcie (a przy okazji także rozwinięcie) stażu Mike'a Careya, zgodnie uznawanego za bardzo udany. Constantine w jak na niego bardzo dobrej psychowizycznej formie i taki też jest niniejszy tom.
 
Marvel Origins t. 35: Hulk 3 - seria ewidentnie nabiera rozpędu i nic dziwnego, że na tym etapie popkulturowego bytu Hulk znacznie zyskiwał na popularności. Dzieje się zatem wiele i znać, że odpowiedzialni za tę inicjatywę twórcy wręcz emanowali mnogością pomysłów.

Ratman: Z motyką na Słońce - wydawać się mogło, że najlepsze historyjki z udziałem tytułowego Szczuro-Podróżnika upakowane zostały na gęsto w dwóch pierwszych zbiorach tego przedsięwzięcia. Jak się jednak okazuje również ten tom wręcz uwodzi nieokiełznanymi meandrami wyobraźni Tomasza Niewiadomskiego. Wektory którymi się owo zjawisko ukierunkowuje to w moim przekonaniu obowiązkowy składnik ekspozycji stałej Muzeum Niezbywalnych Dóbr Narodowych. Wprost cudownościowa realizacja.
 
Batman: Nie tylko Biały Rycerz - Sean Murphy ponownie usunął się w cień zaangażowanych do tego projektu twórców. Paradoksalnie wyszło to temuż przedsięwzięciu na dobre. Choć uczciwie przyznać trzeba, że od natłoku przedstawicieli Bat-Rodziny komiks niemal pęka w szwach. Jak dla mnie najbardziej udana odsłona ,,murphywersum”, choć nie brakuje również wątków i motywów wartych gruntownego ,,wygładzenia”.
 
Monte Cassino 1944. Bitwa dziesięciu armii - sprawnie „pospinana” fabuła, uwzględniająca nie tylko przebieg działań zbrojnych, w efekcie których doprowadzono do przełamania Linii Gustawa, ale też dalsze losy głównych bohaterów tej opowieści, którzy nie mieli niestety możliwości powrotu do wymarzonej przez nich wolnej Polski. Szkoda tylko, że w wymiarze plastycznym nie jest to równie udana praca co wcześniejsze, "dopieszczone" pod tym względem albumy tego duetu twórczego. Szanownego Pana Rysownika (tj. Krzysztofa Wyrzykowskiego) stać zdecydowanie na więcej.
 
Quo Vadis? - jeszcze jedna adaptacja literatury, której po prostu nie mogłem przegapić. W końcu „Litwos” to sprawdzona „firma” i niezmiennie porywająca literatura. Ta akurat adaptacja, w wymiarze plastycznym ustępuje analogicznej realizacji w wykonaniu Jerzego Ozgi, aczkolwiek trudno odmówić Cafu (tj. autorowi rysunków niniejszej adaptacji) solidnego warsztatu. Wypada natomiast pogratulować Patricii Buendia ujęcia na ledwie pięćdziesięciu planszach sedna monumentalnej przecież powieści. Zachwytów nad tym tytułem zapewne nie będzie, ale ja i tak się cieszę, że trafiła nam się ta adaptacja.

The Adventures of Superman nr 446
- bardzo trudna decyzja, którą Clark zmuszony był podjąć wobec Zoda i jego kamratów nie pozostała bez wpływu na kondycje psychiczną tytułowego bohatera. Trafnie ten stan tutaj ujęto, a przy okazji cieszy również anonsowany już na okładce powrót Gangbustera. Zaiste mnóstwo straciliśmy nie mogąc zapoznać się w czasach TM-Semic z tymi opowieściami.
 
Firestorm nr 73 - zapewne nadinterpretuję, ale kolejna konfrontacja z łotrem inspirowanym skądinąd znanymi Obcymi to swoisty wgląd w mentalność Amerykanów schyłku zimnej wojny (wówczas zresztą przez Stany Zjednoczone już wygranej), moderowanych w myśl narracji jakoby Związek Sowiecki ,,był fajny” i że ,,jakoś się dogadamy”. Plus sprawnie prowadzona fabuła w wymiarze stricte rozrywkowym, co zawsze ułatwia suflowanie stosownie sformatowanych treści.
 
Smerfy w Pilulicie - na ogół stykającym się z tzw. dużymi ludźmi Smerfom przytrafiła się w końcu okazja odnaleźć w roli olbrzymów. Bardzo udana przygoda, interesująco poszerzająca przestrzeń przedstawioną tej serii.

Bohaterowie i Złoczyńcy. All-Star Squadron: Saga o Ultra-Humanicie - przynajmniej jak dla mnie w superbohaterskiej społeczności okresu Złotej Ery jest coś na tyle magnetycznego, że wszelkie opowieści z ich udziałem chłonę z prawdziwą przyjemnością. Tak też sytuacja ma się w przypadku tej rozbudowanej i dosyconej fabularnie inicjatywy twórczej, choć równocześnie zdaję sobie sprawę, że raczej zbyt wielu czytelników w Polsce podzielających moje przekonanie się nie odnajdzie. Dlatego tym bardziej cieszy ta kolekcja, w ramach której uwzględniono także takie opowieści jak niniejsza. Plus sporo bardzo dobrej z mojej perspektywy publicystyki.
 
Skarga Utraconych Ziem. Sudenne'owie 2: Aylissa - ponoć kobieta w życiu mężczyzny jest jak tajfun. Nie wnikając w zasadność tego stwierdzenia tytułowa protagonistka tego epizodu robi co w jej mocy, by wspomnianą tezę potwierdzić. Oczywiście przyczynia się to do znaczącego zdynamizowania fabuły. Posępne rysunki trafnie ujmują ów proces nawarstwiania się kolejnych problemów trawiących krainę Eruin Dulea.
 
Nieśmiertelny Hulk t.5 - obszerny finał podróży w głąb świadomości i natury „Sałaty Marvela” prezentuje się równie udanie jak cała ta brawurowo prowadzona seria. Równie znakomitą formę twórczą co scenarzysta tego przedsięwzięcia (tj. Al Ewing) wykazał ilustrator serii w osobie Joe Bennetta. Możliwość rozpoznawania takich realizacji to czytelnicza radość w najczystszej postaci.

Bohaterowie i Złoczyńcy. Green Lantern: Szmaragdowy Zmierzch - wśród superbohaterkich opowieści których polskiej edycji wypatrywałem z szczególną niecierpliwością historia upadku Hala Jordana znajdowała się w ścisłej czołówce. Niejako w pakiecie otrzymaliśmy początki aktywności jego następcy w tej roli, Kyle’a Raynera, który z miejsca zaskarbił sobie przychylność licznych fanów DC Comics, plasując się w kategorii jednej z głównych gwiazd tego uniwersum. Krótko pisząc świetny i przełomowy zarazem zbiór.
 
Marvel Origins t.36: Spider-Man 7 - autorska spółka zadbała, by w tytule poświęconym ,,Przyjacielowi z Sąsiedztwa” nadal nie brakowało przełomowych momentów. Finał szkoły średniej, rozpoczęcie studiów oraz debiut nowych osobowości, które na trwałe wpiszą się w historie tej inicjatywy, to tylko ważniejsze spośród nich.
 
The Adventures of Superman nr 447 - Metropolis to cel nie tylko dla indywiduów pokroju Metallo i Brainiaca, ale też zorganizowanych na wielką skalę struktur przestępczych. Dotyczy to zwłaszcza intergangu, którego macki zdają się sięgać bardzo daleko. Nie obędzie się zatem bez stosownej interwencji, bo to ewidentnie robota dla... Gangbustera. I to właśnie temu osobnikowi poświęcono w niniejszym epizodzie całkiem sporo czasu „antenowego”.
 
Firestorm nr 74 - szczerze przyznam, że takiego zawirowania fabularnego jak w niniejszym epizodzie się nie spodziewałem. Eksplozja nuklearna w Newadzie, która odmieniła Firestorma, wywołała kolejne, dotąd nieznane, reminiscencje. Stąd szykuje się szczególnie intrygujący zwrot akcji.
 
Wilusa: Ostatnie godziny Troi – są takie opowieści, które nigdy się nie zestarzeją. Nie będzie szczególnym odkryciem stwierdzenie, że wśród nich szczególne miejsce zajmują utrwalona w „Iliadzie” i tzw. poematach cyklicznych epopeja upadku Troi. Nie jest zatem zaskoczeniem, że ta wzorcowo epicka historia przetwarzana jest przez kolejne pokolenia twórców. Autorzy niniejszego albumu zdecydowali się ująć ją z uwzględnieniem ważnego gracza na politycznej scenie schyłkowej epoki brązu, tj. mocarstwa Hetytów, o których wiemy, że wchodzili w interakcje zarówno z Achajami, jak i przedstawicielami kultury luwijskiej (do której zaliczana jest obecnie właśnie Troja). Nabuzowanie emocjami sięga tu zenitu, a starannie wykonana i dynamiczna zarazem warstwa plastyczna sprawia, że tę fabułę chłonie się niemal jednym tchem. Rzecz nie tylko dla fanów starożytności, ale ogólnie przekonująco i wprawnie prowadzonych narracji.
 
Hellblazer Mike’a Careya t. 2 – po lekturze pierwszego tomu zbierającego dokonania wspomnianego chwilę temu autora byłem przekonany, że lepiej być już nie może. Niniejszy przekonał mnie, że owszem może. Ten pełnokrwisty, gruntownie przemyślany, kunsztownie prowadzony horror wręcz uwodzi. Warstwa plastyczna – cudo! Żałuję tylko, że ów tom przyswoiłem sobie z tak dużym opóźnieniem. Gdybym uczynił to w roku publikacji niniejszego zbioru z całą pewnością uplasowałby się on w czołówce mojego osobistego zestawienia najlepszych tytułów właśnie za rok 2023. Mistrzostwo!
 
Ghost Rider: Danny Ketch – nie da się ukryć, że tytuł ten nadgryzł z lekka tzw. ząb czasu; niemniej jego centralna osobowość zachowuje sporo ze swojego pierwotnego „uroku” i żywiołowości. Krótko pisząc mocne wejście nowej wersji „Ducha Zemsty” w „przestrzeń” uniwersum Marvela.

Offline herman

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #637 dnia: Śr, 12 Czerwiec 2024, 14:40:42 »
Bardzo dobry miesiąc z 17 albumami na koncie (14 dorosłych i 3 dzieciakowe z synem).Albumy w kolejności od najwyżej ocenianych.
 
Dieter Lumpen 8/10 - bardzo mi ten detektywistyczno-awanturniczy tytuł podszedł. Mieszanka różnych konwencji, dość porywające przygody, fajny tytułowy bohater, szalona podróż po świecie. Do tego pełne klimatu rysunki. Trochę taki komiks ze starego świata, ale ze wszystkimi jego pozytywami.

Bibliomulica z Kordoby 8/10  - jak to ktoś ładnie na tym forum napisał "ten komiks to piękna pochwała czytelnictwa". Nic dodać, nic ująć. Jeśli kochacie książki, zapach papieru, szelest przewracanych stron - sprawdźcie koniecznie. Bo oprócz miłości do książek jest tam przygoda, świetni bohaterowie i trochę uniwersalnych prawd. Do tego bardzo przyjemnie to wszystko zilustrowano i pokolorowano.

Osiem miliardów dżinów 7/10 - taka trochę akcyjniacka baśń dla dorosłych. Ciekawy i świeży koncept, momentami ocierający się o lekki superbohaterski kicz, ale mimo wszystko broniący się postaciami, które nie są nam obojętne i ich problemami, które mimo ,że wsadzone w totalną fantastykę, to jednak bliskie i namacalne. Graficznie różnie - szerokie plany gdzie dużo się dzieje są bardzo ciekawe, gorzej z postaciami na bliskich planach. Kolory też nie do końca mi podeszły. Niemniej zaskakująco dobry komiks, nie myślałem, że tak mi podejdzie i autencztynie nie będę się mógł oderwać od lektury. Warto wrzucić na radar.

Świat bez końca 7/10 - komiks naukowo edukacyjny traktujący o ociepleniu klimatu. W treść nie wnikam, bo pewnie co człowiek to opinia, ale sporo tu prawdy, którą warto poznać. Na minus momentami przeładowanie naukową treścią, bo zapewne zamysł był popularyzatorski, ale momentami faktów jest trochę za dużo i podanych w zbyt naukowej formie (co w innych fragmentach komiksu jest zrobione po mistrzowsku). Pewnie nie byłoby tak wysokiej oceny gdyby nie jak zwykle mistrzowskie ilustracje Blaina.


Wilk morski 7/10 - adaptacja klasycznej literatury co dość mocno momentami czuć. Niemniej to kawał solidnego komiksu o morskich opowieściach, ludzki zdeprawowaniu, obsesji i bezradności. Do tego świetne ilustracje i klimatyczne kolory, gdzie każdy rozdział utrzymany jest w jednej barwie.


Kroniki ze Stambułu. Tom 1 7/10 
- lubię taki komiks dokumentalny z domieszką historii własnej autora, coś pokroju Delisle. Tu dostajemy coś co pewnie wszyscy lubimy - historię ewolucji twórcy komiksowego osadzoną na tle wydarzeń historycznych. Miałem nie kupować, ale autor był w Warszawie na KW. Kupiłem, żeby dostać wrys i jestem zadowolony.


Largo Winch. Tom 10 7/10 - Largo powraca w dobrym stylu. Co tu dużo gadać - kto zna i lubi serię nie powinien być zawiedziony. Historia w końcu uwspółcześniona, pojawiają się nowoczesne technologie. To stary dobry Largo - akcyjniaczek z może niezbyt ambitną intrygą, ale płynie się elegancko. Świetna realistyczna kreska, pościgi ,strzelaniny, piękne panie. Dobry komiks na letni wieczór po męczącym dniu.


Zamek Zwierzęcy 3. Noc Sprawiedliwych 6/10 - ilustracyjnie wciąż to międzynarodowa ekstraklasa, ale fabularnie lekko zaczyna męczyć. Wciąż mamy tu kalki ze szlachetnej walki z totalitaryzmem, cierpieniem jednostki i siłą kolektywu. Widzieliśmy to już wiele razy i mam nadzieję, że w kolejnym tomie scenarzysta czymś nas zaskoczy.


Prawdziwa Historia Dzikiego Zachodu. Jesse James 6/10 - solidny westernik z fajną, realistyczną kreską. Raczej dla fanów gatunku, bo nic rewolucyjnego tu nie znajdziecie. Wydanie ładne, ale cena za te cienkie albumy w sztywnych okładkach to lekka przeginka.


Trawka. Jak zdelegalizowano marihuanę  4/10 - "Tetris" tego autora bardzo mi podszedł, bo i historia źródłowa ciekawsza. Tym razem dostajemy mało porywającą kronikę tej popularnej używki. Komiks w swojej formie się tu nie broni - przez prostą kreskę miałem wrażenie jakbym obejrzał filmik na jutubie. Momentami było mocno nudnawo, ale jakoś doczytałem.


Prywaciarz 4/10 
- takie tam naśmiewanie się ze stereotypów o Januszach biznesu i wykorzystywaniu pracowników. Żarty raczej takie z cyklu zabawnych 15 lat temu w kabaretach z Polsatu. Ilustracje jak to Jakub Topór - można lubić bądź nie.


Podwarszawski świt  4/10 - taki tam slice of life w wykonaniu Anny Krztoń. Czyta się to nawet ok, ale krótkie historyjki rzadko mają jakiś ciekawy punchline.


Wilkołak Jones i synowie. Czary zjary 6  3/10
- strasznie mi przykro patrzeć na upadek tej serii, która po trzech pierwszych tomach była dla mnie świetnym jechaniem po bandzie, ale z całkiem ciekawym spojrzeniem na uzależnienia, ludzką psychikę i szeroko pojętą "patolę". Niestety od "Kwarantanny" jest znacznie gorzej. Może kapkę lepiej niż w poprzednim tomie, ale ja już chyba wysiadam z tego p*******o autobusu.
Szkoda.

Czarli, cegła, która (czasem) potrafiła myśleć  1/10 - może ja mam jakiegoś pecha, ale jak zechce wesprzeć na festiwalu młodych polskich autorów nacinam się na takie "dzieła", że płakać mi się chce, że na druk nakładu takiego zina poszło jakieś drzewo. Szkoda Waszych 15 minut i moich 15 złotych.
   
Komiksy czytane z synem:

Ariol. Co gryzie Muchę.S? (tom 5) 8/10
Ariol. Osiołek z klasą (tom 10) 7/10
Asteriks. Córka Wercyngetoryksa (tom 38)  5/10 

Offline perek82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #638 dnia: So, 29 Czerwiec 2024, 16:11:12 »
Ostatni kwartał w pigułce.

**** Znakomite

Orły Rzymu – czytane pierwszy raz, w formie integrala. Czułem się jakbym oglądał Gladiatora po raz pierwszy. Fantastycznie narysowany komiks. Rzym jest miastem pałaców, marmurów, pięknych ludzi, Germania jest ciemnym, brudnym zadupiem na końcu ówczesnego świata. Są dynamiczne sceny walk, cycki, konie, zwierzęta, polowania, cycki, wielkie bitwy, lejąca się krew, flaki, cycki. No i są cycki. No dobra, te ostatnie trochę na siłę wciskane co parę stron, ale Marini już tak ma i nie ma co marudzić. Ale oprócz tego sama historia jest również co najmniej dobra. Dwóch młodzieńców (jeden germański książę, drugi Rzymianin z domieszką germańskiej krwi), których połączył los, ale którzy będą musieli rozstrzygnąć, która część świata jest im droższa. No i która kobieta jest ważniejsza. I czy to się ze sobą da jakoś pogodzić. To wszystko na tle (mniej lub bardziej) prawdziwej historii. Byłby z tego niezły serial. Scenariusz jest właściwie gotowy, tylko pewnie temat już trochę zagospodarowany przez inne filmy / seriale. W komiksie dzieje się naprawdę bardzo dużo. Od pierwszej do ostatniej strony są intrygi, walki, pościgi, pełne napięcia i emocji dialogi. Czyta się to znakomicie, trudno przerwać. Nie ma filozofowania o sensie istnienia, celu życia. To nie taki komiks. Większość postaci jest jednowymiarowa, jest też bardzo wielu bohaterów drugiego planu, którzy nie dostają zbyt wiele miejsca. Ale nie czuję niedosytu z tego powodu. Komiks przenosi czytelnika w bardzo mroczne czasy, pełne trudności, walki o przetrwanie, gdzie o losie jednostek i całych społeczności decydował ślepy traf albo decyzja tej czy innej wysoko postawionej figury. Nawet ci uprzywilejowani często kończyli życie na bagnach Renu, Łaby i to w dość niekomfortowy sposób. Pewnie też dlatego starali się korzystać z chwil względnego pokoju między jedną kampanią a drugą. Te dwa wieczory spędzone z tym komiksem to była świetna rozrywka. Komiks kończy się tak, że ciąg dalszy jest jak najbardziej możliwy i nawet pożądany.

Buddy Longway (4) – Buddy przez cały tom szuka swoich bliskich, najpierw pomaga przypadkowo spotkanym ludziom, a później wplątuje się w większą awanturę między Indianami a niebieskimi kurtkami. W to wszystko wplecione są historie z dzieciństwa Chinook, Buddy’ego i przedstawiona historia jego ojca. Kto czytał poprzednie części, ten wie, czego się spodziewać i nie trzeba namawiać. A kto nie czytał, to powinien. Dla mnie już powoli ta seria staje się ulubionym westernem komiksowym.

Kolekcja Toppi (6 – Japonia) – tym razem kilka opowieści z kraju kwitnącej wiśni. Będą biedni wieśniacy, ich panowie, samurajowie, roninowie, miecze i pojedynki. Jak zwykle sporo egzotyki, niezłych a nawet dobrych historii o honorze, odwadze, walce dobra ze złem. Ale to wszystko ma mniejsze znaczenie, bo najważniejsze dzieje się tutaj na poziomie rysunków. Styl z poprzednich tomów jest taki sam / albo bardzo podobny (ja niuansów nie wyłapuję aż tak bardzo) i oczywiście można zarzucić, że jest nudno, bo ciągle tak samo. No ale nie jest nudno. Jak się patrzy na rysunki stworzone przez geniusza, to to się nie może znudzić.

*** Dobre

Thorgal (24-28) – te albumy czytało mi się z przyjemnością. Nie były może jakieś odkrywcze czy oryginalne, ale stanowiły ciąg następujących po sobie wydarzeń i przewijał się główny wątek powrotu do krainy Wikingów. Oczywiście, po drodze było mnóstwo przygód i zmian planów, tajemnicze choroby, zaginione cywilizacje, jakieś nawiązania do cesarstwa rzymskiego (tak mi się przynajmniej wydaje patrząc po strojach i obyczajach pi razy oko). No i pamiętny album pt. Kriss de Valnor.

Pewnego razu we Francji (3) – zakończenie historii o obrotnym człowieku, który przed wojną przejął biznes skupu złomu, w czasie wojny dorobił się ogromnych pieniędzy na handlu z Niemcami, ale też działał w ruchu oporu i ratował ludzi korzystając ze swojego bogactwa. Trzecia część rozgrywa się już po wojnie, gdzie różnego rodzaju służby i całe społeczeństwo próbuje poradzić sobie z wojenną przeszłością, gdzie znacząca jego część w różnym stopniu kolaborowała z okupantem. Ten proces rozliczeń nie ominie również i głównego bohatera. Muszę przyznać, że zakończenie historii, jak i wszystkie trzy części trzymają równy, wysoki poziom. Wszystko jest starannie przemyślane, zaplanowane. Wprowadzane są liczne wątki poboczne, bohaterowie drugiego, trzeciego planu, ale nie ma wrażenia, że panuje chaos. Bohaterowie żyją w bardzo skomplikowanych czasach i są zmuszeni do podejmowania trudnych decyzji, często idąc na kompromisy i później ponosząc konsekwencje. To jest w sumie mój ulubiony gatunek komiksowy, gdzie ludzkie historie przeplatają się z historią (mniej lub bardziej prawdziwą), polityką. Można obserwować różne postawy ludzi i ich rozwój w trakcie historii. No i rysunek również trafia w moje gusta. Jest dość realistyczny, urozmaicona scenografia, ale też postaci lekko karykaturalne, co ułatwia mi rozpoznawanie twarzy, bo na co dzień mam z tym problem.

Droga – tutaj mam trochę mieszane odczucia, bo jako adaptacja komiksowa to jest świetna robota (rysunki, kompozycje, świat, postaci, „kolory”, dialogi itd.) ale będąc związanym scenariuszem (takie podejście, że trzymamy się pierwowzoru dość ściśle) więcej wycisnąć się nie dało. Ale po kolei. Nie czytałem książki, nie czytałem wcześniej postów o tym komiksie. Chciałem go przeżyć od początku do końca bez żadnej informacji, co mnie będzie czekać. I tak trzeba to było zrobić. Gdybym nawet mniej więcej znał treść, to by już nie było to samo. Mogłem z bohaterami odbyć tę podróż ze wszystkimi szczegółami, przygodami i emocjami. Manu Larcenet to jest wielki artysta i doskonale wie, jak prowadzić opowieść. Nawet jeśli akcja wydaje się dość monotonna, to jest to zrobione po mistrzowsku. Co chwila są jakieś elementy, które przykuwają uwagę, pojawia się napięcie. Jak już zupełnie nic nie widać na horyzoncie, to ojciec i syn próbują ze sobą rozmawiać, ustalić jakieś zasady funkcjonowania, przekazać i zrozumieć czym jest człowieczeństwo, jeśli nadal to coś w tym świecie znaczy. To wszystko sprawia, że komiks stoi u mnie na półce obok Blasta czy Raportu Brodecka. To jest podobny rozmiar kapelusza tzn. komiksu.
Trochę za to nie siadł mi sam scenariusz. Poszczególne elementy już gdzieś widziałem
Spoiler: PokażUkryj
(zniszczona przyroda, ruiny miast / domów, wraki samochodów, rozkładające się ciała, jakieś mniej lub bardziej zorganizowane bojówki, kanibalizm, rozpad społeczeństwa, wrogość, walka o przetrwanie kosztem innych itd.).
W tym zakresie to zabrakło mi jednak trochę oryginalności, jakiejś nowej koncepcji, nowego elementu czy świeżego spojrzenia na temat.
Jeszcze parę słów na temat ukazanej brutalności. Rozumiem, że założenie było takie, że nie ma taryfy ulgowej. Realizm, a może naturalizm posunięty tak daleko jak to możliwe. W komiksie widzimy to, co główni bohaterowie i zakładam, że książka jest w tym zakresie podobna. Ja mam jednak takie odczucia, że zaczynamy momentami popadać groteskę. Gdzieś jest ta granica między horrorem a makabrą. Nie przepadam, gdy skręcamy w takie klimaty. Wytrąca mnie to z samej historii i całe napięcie schodzi. Na szczęście mowa tu o pojedynczych kadrach, a nie całych epizodach. Straszniejsze jest to, czego nie widać dokładnie. Ale ok, taki był pomysł i konsekwentnie to zostało zrealizowane.
Spoiler: PokażUkryj
Dość ciekawy był za to pomysł (albo nie było pomysłu i tak to zostawiono), że w sumie nie wiemy, co się stało. Jaki kataklizm nastąpił, ani dokładnie kiedy. Trochę się tego doszukiwałem w trakcie lektury, po cichu licząc, że coś gdzieś zostanie przemycone. Ale nie wyłapałem zbyt wielu wskazówek. Z komiksu wynika, że bohaterowie przeszli kilkaset kilometrów. Na całym obszarze nie ma praktycznie roślin ani zwierząt. Wszystko jest zniszczone. Leżą ciała w różnych miejscach, w różnych stanach rozkładu. Czy to były bomby? Była mowa o tym, że ludzie w samochodach nie zdążyli uciec przed ogniem. Ale praktycznie każdy kilometr kwadratowy musiałby być objęty takim zniszczeniem, a nie punktowo. No i też temat promieniowania się nie pojawia. Chyba, że o czymś oczywistym już nikt nie wspomina. Jest też mowa o pyle unoszącym się w powietrzu, więc ewentualnie może chodzi o jakieś meteoryty czy coś takiego. W książce też zdaje się nie ma wyjaśnienia (przeczytałem jakiś opis po skończeniu komiksu). I jakkolwiek zazwyczaj nie lubię takich zagrywek, tak tutaj mi to odpowiada. Nie odciąga od głównej historii. Gdyby przyjąć jakąś konkretną katastrofę, to trzeba by skutki pod nią dostosować, a wtedy (być może) wydźwięk historii byłby inny od zamierzonego.


Terapia grupowa – komiks o autorze komiksów (Manu sam o sobie) i jego zmaganiach z twórczą niemocą. Komiks bardziej zbliżony i tematyką i rysunkowo do Codziennej walki – w odróżnieniu od bardzo mrocznych klimatów Brodecka, Blasta czy Drogi. Razem z bohaterem / autorem walczymy o wpadnięcie na pomysł stulecia, który pokaże całemu światu, że Manu się wcale nie skończył i znowu będzie na szczycie. Patrzy na białą kartę przed sobą i próbuje coś na niej stworzyć. Ale to bardzo trudno zrobić, gdy w głowie kołacze się mnóstwo chaotycznych myśli. Większość pomysłów kończy się więc dość komicznymi porażkami. I ogólnie w tym komiksie jest bardzo dużo humoru i to takiego jak lubię (nie, że grubas się poślizgnął na skórce od banana i przygniótł psa, ale takiego bardziej podszytego ironią, czasem dramatem). Najbardziej podobały mi się sceny z rodziną – juniorem karateką, juniorką filozofką i żoną, która mając w domu prawdziwego artystę musi praktycznie wszystko sama ogarniać i wytrzymywać stękania męża, jaki on jest zarobiony:)
W komiksie zastosowano bardzo wiele różnych stylów rysunkowych, często też wkładając inne elementy, jak wycinki gazet, zabawę całą kompozycją na stronie, czcionką. Widać ogrom pracy i autora i polskiego wydawcy, żeby to opracować jak najlepiej się da. I ten efekt jest znakomity, co jest zresztą znakiem rozpoznawalnym Mandioci.
Żeby nie było tak słodko, to sam komiks gdzieś w środku zaczyna się dłużyć. Kilka razy powtórzony jest schemat, że już prawie jakiś pomysł się pojawia, ale nagle ktoś/coś sprowadza wszystko na ziemię i dupa. Samej „akcji”, że nasz bohater gdzieś idzie, coś robi, coś się wydarza i on jakoś próbuje na to reagować jest względnie niewiele. Sporo jest takich dialogów ze sobą, komiksów tworzonych w komiksie, które nie zawsze trzymają się jakiejś kupy. Na pewno nie jest to typowy komiks z przygodami bohatera opowiedziany od A do Z. I sam też miałem chwile zwątpienia w czasie lektury. Komiks stawia lekki opór. I pewnie nie każdemu podejdzie, ale w mojej opinii to bardzo ciekawa i oryginalna pozycja.

Alvar Mayor (3) – tak jak poprzednio otrzymujemy zestaw krótkich historii (12-stronnicowych) o przygodach głównego bohatera. Pełno jest, jak to w tej serii, poszukiwaczy skarbów, zaginionych miast, tajemniczych map, magii. Tematem przewodnim, przynajmniej w pierwszych opowiadaniach jest sen i wpływ, jaki może wywierać na rzeczywistość. Kilka ciekawych pomysłów fabularnych można tutaj znaleźć. Czytając te historie przypominają się te tworzone przez Toppiego – też często pojawia się jakaś puenta na koniec. Czasami te opowiadania tworzą dłuższe historie, ale tematyka jest prawie zawsze podobna. To zdaje się już ostatni tom i tutaj mam pewien zgrzyt.
Spoiler: PokażUkryj
Tom urywa się jakby w połowie dłuższej historii – opowieści o ojcu głównego bohatera. I nie wiem, czy ten projekt został z jakiegoś powodu porzucony, czy tak miało zostać pewne niedopowiedzenie? No i trochę zabrakło jakiegoś rozwiązania dla głównego bohatera. Człowiek łaził z nim po dżungli, wpadał w zasadzki, czasem dał komuś po gębie i jak to się skończyło wszystko? Gawędą ze starym pijakiem przy ognisku? Straszny niedosyt.


Wydział 7 (Upiór) – 1967 rok i przygotowania do wystawienia Dziadów. Lubię takie nawiązania komiksów do wydarzeń historycznych (no tak z przymrużeniem oka oczywiście, bo mamy jednak do czynienia z wydarzeniami nadnaturalnymi w tej serii). Uwielbiam też taki styl rysunków – realistyczny, akcja dziejąca się w nocy, przy sztucznym oświetleniu, nasycone kolory. Naprawdę znakomicie zrobiony komiks.

Wydział 7 (Spółdzielnia) – jeden z tych zeszytów, który bardziej mi przypadł do gustu. Historia z dreszczykiem, świetnym pomysłem, jak zwykle świetnie zilustrowana.

Przyjaciele Roda Taylora – wznowienie komiksu, który pewnie wiele osób pamięta z młodości. Czytałem go (tak jak i każdy w tamtych latach) wielokrotnie i teraz mogłem go sobie przypomnieć. Historia prosta jak drut, też niedługa. Ale nie zestarzała się aż tak bardzo. Styl rysunków Wróblewskiego zawsze mi odpowiadał. Kolory wydają się być trochę podrasowane, ale też już nie potrafię za bardzo sobie przypomnieć, jak to kiedyś wyglądało. Na pewno papier nie jest tak podły jak 30 lat temu. Wygląda to wszystko bardzo ładnie. W komiksie jest też druga, niedokończona historia westernowa i trochę wspomnień o autorze, kilka jego zdjęć.

Świat mitów (Jazon) – jeden z grubszych tomów opowiadający dość kompleksowo historię Jazona i wyprawę po złote runo. Można powiedzieć, że to taki crossover, bo pojawia się sporo bohaterów innych mitów (jak Herakles, Tezeusz). W czasie podróży mija się np. Prometeusza przybitego do skały. Dla mnie ten tom był jednym z ciekawszych, bo jakoś mniej znałem tę historię. Podobna trochę do Odysei, ale ładnie narysowane (pejzaże, architektura, panie), opowiedziane bez żadnych dłużyzn czy zgrzytów. Plus ciekawy komentarz, który skupił się na tym, czym dla starożytnych była sprawiedliwość i jak wg nich powinien wyglądać harmonijny świat.

Metal Hurlant (7 – Potwory)  - chyba najlepszy współczesny tom tej serii. Są i niezłe historie, są różne style rysunkowe. Szczególnie zapadła mi w pamięć historia o seryjny mordercy, która jest narysowana w sposób zjawiskowy. Z liczbą detali, która aż bije po oczach. Petarda. Tytułowe potwory są trochę mylące, bo charakter opowieści z dreszczykiem wcale nie ogranicza się to jakiśtam stworów wyłaniających się z kąta czy strychu.

Żeń-szeń zgniłe korzenie – najnowszy komiks Craiga Thompsona (Blakets, Habibi). Niemałą trudność sprawia określenie, o czym jest ten komiks. Bo zawiera w sobie wątki biograficzne / obyczajowe z reportażem. To wszystko się ze sobą mieli i gdy już masz dosyć czytania o procesie sadzenia czy zbierania żeń-szenia, komiks przeskakuje na inne tory. Komiks jest można powiedzieć pewną kontynuacją, czy uzupełnieniem Blankets. Jest sporo nawiązań, wyjaśnień, dodatkowych informacji. Sam komiks stoi na półce w kilku kadrach:) Przedstawione są reakcje rodziny na to co kiedyś Thopson opisał. Natomiast „akcja” tego obecnego komiksu to wspomnienia z dzieciństwa (praca na polu), zbieranie informacji do napisania komiksu o żeń-szeniu (taka lekka schiza, że patrzymy, jak toczyły się przygotowania do stworzenia komiksu, który mamy w rękach, ale fajny zabieg) i rozmowy z rolnikami z USA, Chin, Korei o tym jak kiedyś wyglądała uprawa, jak jest teraz. To ostatnie często jest uzupełnione o opis zmian społecznych / kulturowych w ostatnich dekadach oraz rodzinne historie niektórych rozmówców. I tak jak wspomniałem, gdy dość techniczne i dość złożone tematy związane z uprawą i całym przemysłem żeń-szeniowym zaczynają męczyć, tematyka zaczyna przeskakiwać na nieco inne tematy. I tak czytając miałem huśtawkę opinii – czy mnie to zanudza, czy jednak czytam z przyjemnością. Ostatecznie przeważyło to drugie. A zaważyła na tym w dużym stopniu strona graficzna. Ten komiks jest po prostu przepięknie zilustrowany. Format jest mały, gęste kadry, kreska niby uproszczona, ale tylko tak się wydaje, bo każdy kadr jest wypełniony szczegółami. Prawdziwe mistrzostwo świata, że wydawało by się prostymi środkami osiągnięte jest tutaj prawdziwe mistrzostwo. Dodatkowo jest zabawa kompozycją na stronie. Nie zawsze jest to kilka prostokątnych kadrów. Też słowa uznania należą się Timofowi – kapitalnie wydany komiks od okładki, przez papier, przez jakość druku (przy takim materiale to było kluczowe, żeby czytelnik mógł te wszystkie detale zobaczyć i docenić kunszt autora), przez liternictwo aż po cenę. Naprawdę czapki z głów. Myślę, że do TOP10 tego roku mi wskoczy.

** Niezłe / można przeczytać

Uniwersum DC wg Neila Gaimana – nieznany mi wcześniej zestaw komiksów Gaimana, czasami również z postaciami, których nie znam wcale albo prawie wcale. Ale czas spędzony nad lekturą był przyjemny. Ja generalnie lubię komiksy Gaimana, uważam, że są niesztampowe, przemyślane, czasami z dreszczykiem, czasami z humorem i tak też tutaj było:
- historia z Poison Ivy i agentem, który zaczyna tracić dla niej głowę – na plus
- telewizyjny reportaż o różnych złoczyńcach (pisany przez innych) – również na plus
- humorystyczny short o Batmanie i Jokerze czekających na swoją scenę w komiksie – świetne
- historia z Supermanem i Halem Jordanem – trochę mniej mnie zainteresowała, też wyszedł tutaj mój brak obeznania w świecie DC
- jakaś taka historyjka z przymrużeniem oka i zupełnie nieznanymi mi tematami – nie doczytałem; małe kadry i małe zainteresowanie z mojej strony
- Co się stało z zamaskowanym krzyżowcem – pierwszy raz czytałem. Tytuł nawiązywał do historii o Supermanie A. Moore’a (którą uwielbiam). Nie powiem, żeby mnie ta historia zachwyciła. To miał chyba być taki list miłosny do tej postaci (i list to był, ale jako posłowie, które było dla mnie ciekawsze niż sam komiks). Zebranie głównych postaci nad trumną i snucie wspomnień wydało mi się trochę mdłe. Jako ciekawostka bardziej niż udany komiks.

Thorgal (29-32) – moment zmiany scenarzysty i wprowadzenie zupełnie nowego wątku, gdzie głównym bohaterem jest Jolan. Tu kończę swoja przygodę z Thorgalem. Myślę, że ponad 30 albumów wciągnięte w parę tygodni to i tak więcej niż się spodziewałem. Może kiedyś spróbuję jeszcze kilka przeczytać, gdy przyjdzie czas posuchy. Ale teraz mam małą kupkę wstydu, więc czas się za nią brać. Za plus w tych częściach zaliczam zmianę stylu ilustracji na „malarski”. Tak to roboczo nazwę, bo styl z takiego klasycznego przeszedł w bardziej przypominający Zemstę Hrabiego Skarbka. Mnie to się bardzo podoba. Nawet żałuję, że wcześniejsze albumy nie były tak ilustrowane. Scenariuszowo odczuwam lekkie tąpnięcie i kolejne przygody w Asgardzie z jakimiś coraz dziwniejszymi przygodami i stworami ostatecznie mnie zachęciły do powiedzenia pas.

Beverly – po przeczytaniu Sabriny poszedłem za ciosem. Tutaj mamy do czynienia z kilkoma krótszymi historiami rozgrywającymi się w małomiasteczkowej amerykańskiej rzeczywistości i wśród młodych ludzi (przeważnie). Styl opowieści, dość surowy, oszczędny w słowa i rysunkowo bez żadnych upiększeń, jest zbliżony do poprzedniego komiksu. Proste niby historie, osadzone w wydawałoby się spokojnych przedmieściach (taki serial Cudowne lata mi się przypominał w trakcie czytania), nie są wcale łatwe w odbiorze. Czuć taki podskórny niepokój. Bohaterowie nie wydają się szczęśliwi, zmagają się ze swoimi mniejszymi lub większymi problemami. I od tej strony wydawałoby się, że komiks powinien mi podejść jak Sabrina, ale tak się nie stało. Oględnie mówiąc, to trochę nie poczułem poruszonej tutaj tematyki. Emocje młodych ludzi to nie jest to, w czym się odnajduję. Mam tendencję do ich bagatelizowania i nie traktowania poważnie. Też nie powiem, że taki gatunek komiksu (i rysunku) jest moim ulubionym i jak historia nie dotknie jakiejś czułej struny, to i trudno wtedy o jakieś zachwyty. Ale złego słowa powiedzieć nie mogę.

Astro City (1) – gdy zapowiedziało się polskie wydanie, to trochę poczytałem na necie, co to właściwie jest, coś obejrzałem na Youtube. Akurat było w jakiejś promocji (bo wydanie polskie dla mnie zdecydowanie za drogie za SH, którego na co dzień nie czytam), to wrzuciłem sobie trzy tomy. Mimo że seria z zupełnie innego uniwersum niż DC czy Marvel, to wiele elementów znajomych było: typ latający w czerwonej pelerynie, heroina interweniująca głównie w kobiecych tematach, ubrany na czarno mściciel wyruszający na akcję tylko nocą, jego młodociany pomocnik, rodzina bohaterów, zmieniający kształt kosmici. Pewnie bardziej obyci wyłapią więcej nawiązań. Początkowe zeszyty raczej przedstawiają niektórych bohaterów – albo im towarzyszymy, albo oglądamy ich i całe miasto oczami zwykłych mieszkańców. Te zeszyty przypominały mi nieco Marvels (zresztą ten sam scenarzysta, a Ross to tu okładki rysował zdaje się). Później to już bym powiedział dość klasyczne SH się robi. Zaczyna się jakaś większa afera, kończy się wielką bitwą. Tak nie do końca wiem, czy to ma być pastisz, czy te historie mają być serio. Ja nie do końca czuję te klimaty i nie czytam z jakimś większym zaangażowaniem. Zaskoczeń zbyt wielu nie ma…

Alack Sinner (tom 1) – wielki rozmiarowo komiks o przygodach prywatnego detektywa, który jakimś cudem rozwiązuje kolejne sprawy, mimo ze wiele czasu spędza z butelką czy kuflem. Można chyba napisać, ze to komiks noir – są spelunki, jest detektyw, są typy spod ciemnej gwiazdy, są policjanci, którzy też nieraz mają wiele za uszami (zresztą Alack też był policjantem i później ma dość złożone relacje z byłymi kolegami). Komiks składa się z ok. 10 historii, różnych spraw kryminalnych. Z czasem powtarza się grono bohaterów, znajome już miejsca. Czyta się je z przyjemnością, są wciągające. Czas mija szybko, ale kartki wcale się szybko nie przewijają. Jest trochę do czytania. Są też fajne pomysły jak prowadzenia akcji trochę poza kadrem (z dialogami dochodzącymi gdzieś zza ramki), czy też
Spoiler: PokażUkryj
występ twórców
. W innym wątku napisałem po kilku takich nowelkach, że jest fajnie, ale no coś by się przydało, żeby dłużej przyciągnąć uwagę. Jakieś urozmaicenie, czy nowa intryga. No i jest w drugiej połowie komiksy wyraźna zmiana tematyki. Chciałem, to dostałem, ale jak to często bywa, że lepsze jest wrogiem dobrego, tak i tutaj się okazało. Ta zmiana charakteru kolejnych historii z kryminalnych na bardziej obyczajowe trochę mi nie podeszła. Też mam wrażenie, że zmienił się również rysunek (on od początku nie był w mojej opinii najsilniejszym punktem – nieco karykaturalne twarze mnie trochę drażniły) i momentami już stawał się „dziwny”.
Nie wiem, czy kupię kolejny tom. Jakoś podskórnie czuję, że formuła tego bohatera trochę się wyczerpała. Powtarzalne historie kryminalne czyta się świetnie, ale też trzeba być bardzo kreatywnym, żeby nie zjadać swojego ogona. A czy na historię obyczajową, to tutaj jest duży potencjał? Mam wątpliwości.

Opowieści makabryczne – pozycja bardzo podobna do innej pozycji Mandioci (Opowieści grozy), przy czym tutaj te krótkie historie są raczej „adaptacjami” mniej znanych utworów. Jest też kilka zdaje się oryginalnych pomysłów, a część historii zaznaczono, że były inspirowane wcześniejszymi utworami. I jak to bywa w takich kompilacjach, coś się spodoba, a coś trochę mniej. Jeśli ktoś lubi takie czarno-białe, trochę gotyckie, trochę pulpowe historie to powinien być zadowolony. Ja miło spędziłem 2 wieczory (koniecznie trzeba czytać w ciemności:)). Poprzedni zestaw chyba zrobił na mnie lepsze wrażenie, ale różnica nie jest jakaś istotna. Na półce stoją obok siebie, z tym samym tytułem na grzbiecie zresztą :)

Lekcje aktorstwa – z rozpędu wziąłem się za kolejny komiks Drnaso, ale tak jak w przypadku Beverly nie podszedł mi już tak jak czytana najwcześniej Sabrina. Pomysł, żeby przedstawić ludzi z różnymi problemami spotykającymi się na „lekcjach aktorstwa” może i był z początku intrygujący, ale w czasie lektury złapałem się na tym, że dużo ciekawsze były same problemy tych ludzi, niż to co się działo na samych zajęciach. Lekcje stawały się coraz bardziej abstrakcyjne (no ile można improwizować? I to nawet bez żadnego konkretnej myśli przewodniej? Jako ścisły z zasady umysł czułem się z tym lekko zagubiony. Ale dla ciekawostki dodam, że kiedyś córka chodziła na podobne zajęcia i ta technika również była tam szeroko stosowana – np. starsza grupa miała za zadanie zbudować scenę w oparciu o jedno słowo i zobaczyć, gdzie ich to zaprowadzi). Coraz więcej miejsca w komiksie zajmowały właśnie takie niby luźne scenki i ostatecznie to, co mnie najbardziej interesowało, gdzieś się zagubiło. Nie jestem aż tak wrażliwym i empatycznym człowiekiem, żeby wyłapywać niuanse zachowań poszczególnych ludzi w tych scenkach i zastanawiać się, w jaki sposób ich życie i odgrywane improwizowane role wzajemnie się przenikają i jak się wewnętrznie zmieniają. Może jeszcze, gdyby ta grupa była mniejsza, to by mi łatwiej było za nimi wszystkimi nadążać. No i zupełnie nie zrozumiałem zakończenia.
Spoiler: PokażUkryj
Gdzie ich ten cały John zabrał? Do czego ich rekrutował? Coś ktoś?

Ale, żeby tak nie stękać, to jednak Drnaso ma swój wyraźny styl. Komiksy są przemyślane, zaplanowane, chcą coś skomentować, podejmują trudne, społeczne tematy. Na pewno będę sięgać po każdy kolejny jego komiks.

Dieter Lumpen – główny bohater jest lekkoduchem, kobieciarzem, awanturnikiem, poszukiwaczem bogactwa i przygód, podróżnikiem. W jednym tomie zwiedzi niemal cały świat. Zdobędzie i straci fortunę i to chyba więcej niż raz. Niby stara się jakoś być w porządku, ale też nie zawsze przykłada się do tego ze 100% zaangażowaniem. Na początku historie są dość krótkie, kilka, kilkanaście stron. Później pojawiają się coraz dłuższe formy. I te późniejsze już mniej mnie interesowały. Te krótkie miały swoją dynamikę, humor, swobodę. Im dalej w las, tym takie bardziej nijakie mi się to wszystko wydawało. Rozwój postaci nie udawał się jakoś wybitnie, a same przygody traciły trochę na swojej atrakcyjności. Dla miłośników awanturniczych historii o klasycznej kresce.

Love Robot – szukałem parę miesięcy tego komiksu i nagle nastąpił prawdziwy wysyp (gdzieś w ogłoszeniu była wzmianka, że odnalazło się ileś egzemplarzy gdzieś w piwnicy i rzeczywiście wali stęchlizną, aż człowiekowi się żołądek zawija na supeł). Sama historia jest strasznie absurdalna, że seksrobot ucieka od swojego inżyniera i sieje coraz większą panikę w W-wie pierwszej połowie lat 90-tych. Politycy próbują (albo i nie) się tym jakoś zająć. Na kadrach pojawia się cała plejada polskich i zagranicznych polityków tamtych lat (niektórzy nadal się kręcą po telewizjach). A rysunkowo jest kapitalnie. Czarno-biała kreska, niby oszczędna i delikatna, ale każdego z gęby da się bez problemu rozpoznać. Ależ ten człowiek miał w rękach moc. I pomysł też, bo nadal te komiksy się czyta z bananem na twarzy. Nawet błędy ortograficzne tu i tam schodzą na dalszy plan.

Mroczne miasta (Wspomnienia wiecznej teraźniejszości) – w mojej ocenie chyba najsłabszy do tej pory tom z tej serii (ale wiadomo, w porównaniu z poprzednikami coś niezłego może wyglądać po prostu blado). Niby wszystkie elementy tego świata są (jakieś dziwne miasto, zagubiona jednostka, która czuje, że coś tutaj nie gra i coś się przed nią ukrywa, jest ciekawy pomysł). Tylko trochę szybko się to rozwiązało wszystko. Co prawda, czytałem na dużym zmęczeniu i raczej szybko, aby nie przybić gwoździa przed końcem. Następny tom (Nemo) odpuszczam sobie, tak jak odpuściłem kiedyś Drogę do Armilii. Powtórzę się tutaj, ale naprawdę przydałby się jakiś tom wieńczący ten cykl. Wtedy poczułbym satysfakcję na wyższym poziomie.

Dziewczyny z Pillaru – znany już u nas duet (Zakazany port, Ziemia niebo kruku i komiksy dziecięce) opowiada historie pracownic domu uciech w portowym mieście w Anglii sprzed 200 lat. Komiks ma dość lekki, trochę frywolny charakter. Główne bohaterki raczej nie narzekają na swój los, wspierają się w swoich mniejszych lub większych problemach, dbają o siebie nawzajem. Miewają romanse z klientami i nie tylko. No sielanka po prostu. Rysunkowo jest podobnie do Ziemia niebo kruki. Mnie się taki styl podoba i pasuje również do takiej lekkiej historii. Zgrzyt miałem tylko jeden –
Spoiler: PokażUkryj
wątek z tajną misją kapitana i jego załogi, który rozgrywał się w sekrecie nie doczekał się zupełnie ciągu dalszego. Nie wiem, czy to taki zapełniacz tylko był, czy jakiś ciąg dalszy był planowany? No niepoważnie to trochę wyszło.
Można przeczytać, ale w porównaniu z poprzednimi komiksami tego duetu, to nie wypada to zbyt okazale.

* Nie podeszło lub wręcz wymęczyło

Historia science fiction – w sumie to bardziej ilustrowana książka niż komiks, bo „bohaterowie” są raczej narratorami rozmawiającymi o kolejnych epokach, krajach, czy trendach w literaturze sci-fi. Mnie się wydawało, że jakoś tam się orientuję w tym gatunku. Może odkąd skończyłem 15 lat, to mniej, ale w dzieciństwie po kolei z kumplami czyściliśmy regały biblioteki. I teraz czytając ten zbiór, to okazało się, że znam tylko absolutną klasykę (Verne, Clarke, paru innych). Ale tutaj pojawiają się setki nazwisk, jeszcze więcej utworów (często w oryginalnych tytułach, bo niewydane u nas).
Najwięcej czasu spędza się oczywiście w USA, w pierwszej połowie 20 wieku, gdzie powstawały coraz to kolejne magazyny poświęcone sci-fi. Opisywane są okoliczności ich powstania, autorzy i tytuły przewijające się przez nie. Jeszcze wcześniej jest podany rys historyczny i kilka tytułów z wcześniejszych epok, które noszą znamiona tego, co dziś uważamy za sci-fi. Ponadto sporo czasu jest poświęcone na rynek angielski i francuski. Pod koniec jest szybki przegląd innych krajów / kontynentów. Tutaj się zastanawiałem, czy pojawi się S. Lem, no ale się pojawił w jednym kadrze.
Moje główne odczucie po przeczytaniu do „przytłoczenie”. Wiele stron to istna wyliczanka nazwisk i ich tytułów. Większości oczywiście zupełnie mi nie znanych. W tym aspekcie ta pozycja to istna skarbnica wiedzy dla tych, którzy szukają pomysłów na kolejne lektury. Ja bym wolał więcej analizy samych trendów / nurtów czy głównych tytułów, jakiś przełomowych utworów. Wyliczankę nazwisk i tytułów można było zostawić w jakimś spisie ułożonym w uporządkowany sposób. Autor wykonał tytaniczną pracę, ale odbiór jest bardzo trudny. Najbardziej docenią chyba osoby, które znają temat od podszewki.
Wszystko koncentruje się na prozie – jeśli ktoś liczył na tematy filmowe / komiksowe to tutaj jest tego zaledwie promil (czasem jakieś wspomnienie, że była ekranizacja, czasami jakieś ciekawostki / listy utworów z innego medium). No i jeśli ktoś ma alergię na ściany tekstu, to raczej nie przebrnie. Bo tutaj tak właśnie jest.
Za to na plus traktuję kilku stronnicowe posłowie T. Kołodziejczaka o historii polskiego sci-fi. Dla znawców pewnie nic odkrywczego, dla amatorów z 7-ego poziomu rozgrywek, ciekawy artykuł.

Relax (45 od Labrum) – to chyba mój ostatni Relax. Nie tylko się wynudziłem (komiks Andreasa mi nie podszedł już wcześniej, Van Hamme to miał krótką, prostą jak drut historię, Incala nie lubię), to jeszcze widać, że do korekty nikt się nie przyłożył. Publicystycznie w sumie nic ciekawego się nie dowiedziałem, a kilka ortograficznych potworków się znalazło. Szkoda, bo format (trochę komiksów, trochę publicystyki, trochę wiadomości i rozmiar też fajny) mi pasował, ale z coraz mniejszym zainteresowaniem czekałem na kolejne numery.

Jason (Coś ci pokażę, Ostatni muszkieter, Wilkołaki z Monpellier) – dodałem do zamówienia, bo nie było drogo. Kiedyś ominąłem, bo nie lubię komiksów ze zwierzętami (Blacksad co najwyżej jest dla mnie do przełknięcia), ale zachęcony raczej pozytywnymi ocenami, spróbowałem. No i nie wyszło. Nie zrozumiałem za bardzo tych historii. Traktuję je jako taki żart autora. Ale to taki humor, który mnie nie śmieszy. Uproszczony rysunek, plus te zwierzęce „twarze” sprawiają, że zupełnie nie widzę tu żadnych emocji. I wyszło jak wyszło. Drugi tom (Low moon) też nie chwycił. Przeczytałem na raz, bo tekstu dość niewiele.

Na lato mam dużo lektury. Tylko z czasem na razie różnie.
Żeń-szeń zgniłe korzenie ***
Dziewczyny z Pillaru **
Wspomnienia wiecznej teraźniejszości **
Jason: Low moon *
Jason: Coś ci pokażę *

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #639 dnia: Pn, 01 Lipiec 2024, 22:13:15 »
Czerwiec
 
The Adventures of Superman nr 448 - standardowo dla fabuł rozpisanych przez Jerry’ego Ordwaya dzieje się tu bardzo wiele. Stąd wątki m.in. Amandy McCoy, Gangbustera oraz relacji pomiędzy Lois Lane, a Jose Delgado. A w tle zajawki nadciągającej ku Ziemi inwazji. Dobre to były czasy dla Supermana i komiksu superbohaterskiego w całej jego rozciągłości.
 
Firestorm nr 75 - kotłowanina z pustynnym ,,demonem” okazje się preludium do zapewne kolejnej reorientacji tej serii, co jak do tej pory obecnemu jej scenarzyście wychodziło z pełnym powodzeniem. Można zatem pokusić się o przypuszczenie, że tak się sprawy będą miały także i tym razem.

Hellblazer Mike’a Careya t. 3 – w przypadku stażu tego autora idealnie sprawdza się stare porzekadło w myśl którego im dalej tym lepiej. Przynajmniej jak do tej pory i z mojej perspektywy wersja Careya jest optymalną dla tej postaci. Cynizm cynizmem, a wymagające tego sprawy są tutaj załatwiane jak należy. Wielka szkoda, że tego autora tak mało obecnie w komiksowej branży. Uwzględniając obecny kryzys wśród scenarzystów bardzo by się ten autor w ich gronie przydał.

Buddy Longway. Księga 3: Ludzkie szaleństwo – już tylko sam tytuł niniejszego wydania zbiorczego wskazuje, że względna sielanka tej serii (choć nie wolna od trudów codziennego życia) stopniowo dobiega końca. Ekspansjonistyczne zapędy decydentów młodej republiki amerykańskiej nasilają się, co oznacza, że rdzenni mieszkańcy Ameryki, egzystujący na obrzeżach terenów osadniczych, mają się czego obawiać. Wraz z nimi także Buddy i jego rodzina. A wszystko to wprawnie i nastrojowo zilustrowane przez autora tej serii, tj. oczywiście Deriba.

X-Statix t.2
– odrobina stylistyki Vertigo w przestrzeni Domu Pomysłów komercyjnej furory co prawda nie uczyniła; niemniej ta prowadzona na przysłowiowy żywioł seria okazała się wyjątkowo interesującym i oryginalnym przedsięwzięciem. Tak też sprawy mają się w jej „środkowej” odsłonie, przy zaangażowaniu tak wyjątkowych plastyków jak Darwyn Cooke, Paul Pope i oczywiście główny rysownik serii w osobie Michaela Allreda.
 
Conan t.7 - teoretycznie w wymiarze stricte rozrywkowym mamy tu wszystko czego oczekiwać mogą zapaleni wielbiciele heroic fantasy. A jednak pomimo w miarę sprawnego adaptowania na ,,mowę” komiksu opowiadania REH-a ,,Pełzający cień” trudno dopatrzeć się w tym zbiorze twórczej wyjątkowości porównywalnej z również realizowanymi na potrzeby Dark Horse projektami Kurta Busieka i Timothy'ego Trumana. Stąd poczucie niedosytu by nie rzec, że wręcz rozczarowania.
 
The Adventures of Superman nr 449 - Metropolis niepokojąco zaczyna upodabniać się do Gotham... Nic zatem dziwnego, że zaułki tego miasta regularnie patroluje Guardian z Projektu Cadmus. Czeka nań w ich trakcie mnóstwo niespodzianek; tym bardziej, że Człowiek ze Stali zaabsorbowany jest wyzwaniami na skale kosmiczną. Krótko pisząc Inwazja w toku.
 
Marvel Origns t.37: Kapitan Ameryka 2 - udany ,,misz-masz" przygód Kapitana z okresu II wojny światowej i początków jego aktywności już po przyłączeniu się do Avengers. Nazistowskie mechy, odhodowane w sekretnych laboratoriach humanoidy i nad wyraz dobrze się trzymający Nick Fury to tylko część atrakcji tego tomu, rozrysowanych przez Jacka Kirby'go, George'a Tuske i - co szczególnie mnie cieszy - Johna Romite Starszego. 
 
Firestorm nr 76 - okładka tego epizodu trafnie ujmuje jego treść. Stąd Nuklearny Heros zmuszony jest ponownie zmierzyć się ze znanym z ,,Legend” Brimstonem, przeciwnikiem bez dwóch zdań wymagającym. Na szczęście może on liczyć na wsparcie niezawodnej Firehawk. Sprawnie ujęta, rozrywkowa historia.

Smerfy i zakochany czarownik – czy zatwardziały wróg skrzaciej społeczności w osobie Gargamela zdolny jest do stanów emocjonalnych innych niż pożądliwość zupy a la Smerf? Na podstawie niniejszej odsłony przypadków podopiecznych Papy Smerfa wygląda na to, że tak! Potrzebuje on jednak odrobiny wsparcia, by samemu dojść do wniosku, że tak się sprawy mają! Kolejna udana odsłona przygód Smerfów w wykonaniu następców nieodżałowanego Peyo.
 
Diuna: Ród Harkonnenów t.1 - wątki znane z poprzedniej odsłony ,,Legend Diuny” zostają tutaj sprawnie i przekonująco rozwinięte. Szczególnie zaskakuje okoliczność, że nie wszyscy przedstawiciele tytułowego rodu to sadyści i psychopaci. Wizualnie znać wpływy stylistyki japońskiej. Bardzo dobrze się stało, że Non Stop Comics kontynuuje tę linie wydawniczą.
 
Przyjaciela Roda Taylora
- pomimo umowności typowej dla westernów z lat 50. i 60. (wymuskani kowboje w czyściutkich ubrankach) ten krótki komiks nie przestaje urzekać już tylko finezją kreski, którą został rozrysowany. Tym bardziej żal, że mimo wszystkich niedogodności Jerzy Wróblewski nie zdołał jednak odnaleźć się w roli rysownika Domu Pomysłów. Można jedynie wyobrazić sobie jak w jego wykonaniu prezentowałaby się np. Pierwsza Rodzina Marvela lub Frank ,,Punisher” Castle. ,,Ubarwiona” wersja ostatniego i nieukończonego komiksu Mistrza z Bydgoszczy (,,My nigdy nie śpimy”) to dodatkowy walor tej publikacji, uzupełnionej o teksty śp. Andrzeja Janickiego i Macieja Jasińskiego. Szkoda tylko, że nie zdecydowano się na użycie papieru porównywalnego z pierwszym wydaniem ,,Przyjaciół...”. 

Flash t. 4 – zaabsorbowanie Barry’ego Allena w ramach Międzywymiarowej Ligi Sprawiedliwości sprawiło, że punkt ciężkości serii poświęconej Szkarłatnemu Sprinterowi przekierowany został na dobrze znanego fanom tej marki Wally’ego Westa. Potencjał w tym pomyśle niewątpliwie był, bo przecież niegdysiejszy Kid Flash, po przejęciu roli swojego „poległego” podczas Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach mentora (tj. właśnie Barry’ego) przez ćwierć wieku odnajdywał się w roli głównego dysponenta Mocy Prędkości. W przypadku tego jednak zbioru nie zagrało to tak jak powinno. Nie przekonuje sam protagonista, intrygi w które został wciągnięty jak również jego przeciwnicy. Aż tęskno za Joshuą Williamsonem, który pomimo okazjonalnych spadków formy prędko brał się w garść, proponując przekonujące fabuły.
 
Mity Świata: Jazon i złote runo – jak to w przypadku tej serii jest standardem, także ten antyczny „crossover” nic nie stracił ze swojej pierwotnej siły rażenia. Do tego po raz kolejny daje o sobie znać przemożny (by nie rzec, że kluczowy) wpływ niewiast na bieg spraw i wypadków. A komu przyjdzie stanąć na przekór ich zamierzeniom, tego marny los; nawet jeśli jest bratem lub ojcem zdeterminowanej kobiety.
 
Marvels: Wydanie jubileuszowe – liczący ponad pół tysiąca stron album okazał się idealnym sposobem na świętowanie XXX rocznicy pierwszej prezentacji tej obecnie kanonicznej wręcz pozycji wśród ścisłej czołówki najlepszych komiksów superbohaterskich. Rzecz ani trochę nie straciła ze swojej pierwotnej jakości, a liczne dodatki o które uzupełniono ów tom to atrakcja sama w sobie, której dobrze, że doczekali się również polscy czytelnicy.

The Adventures of Superman nr 450 - nadszedł czas trudnych decyzji. Przerażony zachwianiem swojej poczytalności Człowiek ze Stali decyduje się opuścić bliskich i świat, który okazał się dlań przystanią po katastrofie Kryptona. Świetnie ujęta wewnętrzna autodyscyplina Clarka i jego silne poczucie odpowiedzialności. A przy okazji jest to nowy początek w dziejach Kal-Ela, częściowo rozpoznany przez polskich czytelników w emocjonującej odsłonie ,,Supermana” z czerwca 1991 r.
 
Firestorm nr 77 - mimo że tytułowy bohater na ogół poświęcał większość swojej aktywności na zmagania z czeredą problematycznych osobowości typowych dla superbohaterskiej konwencji, to jednak okazjonalnie podejmował się on również bliższych naszej rzeczywistości wyzwań. Tak też sprawy mają się w niniejszej odsłonie przygód Firestorma, inicjującej opowieść z klęską głodu jako motywem wiodącym. Zapowiada się interesująco, aczkolwiek twórca warstwy plastycznej mógł się bardziej przyłożyć.
 
Green Lantern: Dragon Lord nr 1 - jak się okazuje na długo zanim do akcji wkroczyli XX-wieczni dysponenci pierścieni Mocy (nie wyłączając ,,Latarnika” Złotej Ery w osobie Alana Scotta) w rządzonych twardą ręką starożytnych Chinach pojawił się nieznany wcześniej wybraniec Strażników Wszechświata. Był nim trapiony wątpliwościami adept jednego z miejscowych eremów imieniem Jong Li. Początek tej zrealizowanej przez w swoim czasie współtwórców serii ,,The Hands of Schang-Chi, Master of Kung Fu” - tj. Douga Moencha i Paula Gulacy - zapowiada się interesująco. Zresztą już sam koncept uzupełnienia dziejów Korpusu Zielonych Latarni osadzony w realiach zamierzchłej przeszłości pociąga i przekonuje.
 
Green Lantern: Dragon Lord nr 2 - hamletyzowania w wykonaniu Jonga Li (tj. protagonisty tej serii) ciąg dalszy. Tyle z tego, że wykazuje się on nadspodziewaną biegłością w zakresie szermierki, a jego obsesja na punkcie cesarskiej konkubiny imieniem Jadeitowy Księżyc zostaje wynagrodzona. Paul Gulacy (rysownik mini-serii) w bardzo dobrej formie, a rozwój akcji intryguje.
 
Green Lantern: Dragon Lord nr 3 - Jong Li wykazuje się godną pamięci swego mistrza determinacją. Do tego bez użycia pierścienia Mocy. Niniejsza mini-seria to był obiecujący zaczyn na większy projekt. Niestety najwyraźniej nie zdobyła sobie na tyle licznego grona odbiorców, by pierwszy Ziemianin w funkcji Zielonej Latarni Sektora 2814 powrócił w kolejnych fabułach. A szkoda.
 
The Weird nr 1 - otwarcie jeszcze jednej wspólnej inicjatywy Jima Starlina i Berniego Wrightsona (twórców mini-serii ,,Batman: Sekta”) to de facto jedna wielka sekwencja sprowadzania do tzw. parteru ówczesnego składu Ligi Sprawiedliwości. Jak na wspomnianego plastyka jego styl jest tu nadspodziewanie standardowy. Inicjatywa ta zapowiada się jednak interesująco.

The Weird nr 2
- mimo że tytułowa Istota nie była przesadnie chętna, by wyjaśnić przedstawicielom Ligi Sprawiedliwości powody swojego przybycia na ziemski ,,obszar” egzystencji, to jednak okazała się skłonna do takiej rozmowy z synem mężczyzny, którego martwą powłokę przejęła jako ,,naczynie” na czas pobytu w ,,naszym” wymiarze. Wiele to wyjaśniło, dzięki czemu fabuła okazała się jeszcze bardziej zajmująca.
 
Kapitan Żbik: Zerwana sieć - tytułowy ,,Superman z MO” po raz kolejny śpieszy z pomocą zaangażowanej społecznie, a przy tym dobrze rokującej młodzieży. Tym razem w kontekście motywu znanego z serialu ,,Akwen Eldorado” kradzieży ryb z państwowej hodowli. Od dydaktyzmu w odmianie PRL-owskiej wręcz tu kapie, aczkolwiek wiodąca intryga jest w miarę wartka. Jej ewentualne niedostatki wprawnie kompensuje Jerzy Wróblewski.

The Weird nr 3 - portal pomiędzy ziemską sferą egzystencji, a wymiarem pochodzenia protagonisty tej mini-serii jest już bliski otwarcia. Weird robi zatem co w jego mocy, by powstrzymać przedostanie się do naszego świata wrażych i złaknionych żeru istot. Niestety nie spotyka się to ze zrozumieniem członków Ligi Sprawiedliwości. Prawdopodobnie na ich własną zgubę... 
 
The Weird nr 4 - ujmując rzecz wprost wzruszająca, dosycona emocjami opowieść. Poświęcenie i odpowiedzialność skumulowane w nadspodziewanie znacznym stopniu.
 
Firestorm nr 78 - eksperyment tytułowego bohatera na rzecz chociaż cząstkowej naprawy świata w toku. Stworzony przezeń Eden kwitnie, choć również w tej wersji rajskiego ogrodu nie brak węża. Firestorm nie zamierza jednak łatwo się poddawać. Plus co najmniej jedna niespodzianka w kontekście natury tej postaci.
 
Daredevil: Znowu w czerni t.1 - po pamiętnych wyczynach Briana Michaela Bendisa i Eda Brubakera każdy kolejny scenarzysta oddelegowany do tworzenia perypetii Daredevila zmuszony jest borykać się z bardzo wysokimi oczekiwaniami. Zgrabnie wybrnął z tego Mark Waid de facto resetując losy niewidomego herosa. Następca współtwórcy „Kingdom Come” w roli kolejnego kreatora fabuł z udziałem Matta Murdocka - Charles Soule - zdecydował się na powrót do tzw. mrocznych klimatów. I chociaż przynajmniej na ten moment zaproponowane przezeń historie znacznie ustępują dokonaniom wymienionych na początku specjalistów od słowa pisanego, to jednak ich rozrywkowy potencjał jest znaczny, a większość konceptów (vide młody pomocnik DD) przekonująca. Stąd w ogólnym rozrachunku nie jest może genialnie, aczkolwiek więcej niż dobrze.
 
Wonder Woman. Historia: Amazonki - album wizualnie wysmakowany, z gatunku takich, do których można powracać już tylko z racji właśnie ujmującej warstwy plastycznej. Fabularnie natomiast rzecz niewiele więcej niż przeciętna i jak przystało na nasze powichrowane czasy naznaczona czwartą, a nawet piątą falą feminizmu. Tyle z tego, że w miarę stonowaną, bez tak powszechnej w kręgach pseudo-opiniotwórczych zajadłości.

Marvel Origins t. 38: Fantastic Four 10 - aż miło obserwować jak pomimo ponad czterdziestu odsłon tej serii jej autorzy nic a nic nie tracili ze swojego twórczego zapału. Sprawne żonglowanie sprawdzonymi schematami uzupełnione o kolejne, często śmiałe koncepty sprawiają, że tę inicjatywę twórczą przyswaja się z niezmienną satysfakcją.
 
Thunderstrike nr 1 - w swoim czasie zarzucano szefostwu Marvela, że swoją ofertę ,,zapycha” podróbami topowych postaci tego wydawnictwa. Do takich właśnie ,,półproduktów” zaliczano również Erica Mastersa, zmiennika Thora, który doczekał się własnej serii jako Thunderstrike. Na podstawie pierwszego jej epizodu znać, że wspomniana opinia była aż nazbyt krzywdząca. Sam Erik ma w sobie sporo uroku osobistego, a jego okoliczności życiowe są wręcz wzorcowo po marvelowsku poplątane. Nic dziwnego, bo za jego przygody odpowiadało na tym etapie rozwoju serii dwóch fachurów w tej kategorii: Tom DeFalco i Rom Franz. Stąd inicjatywa ta zapowiada się bardzo zachęcająco.
 
Firestorm nr 79 - jak to standardowo bywa w przypadku prób zorganizowania ,,raju” na Ziemi metodami siłowymi, także ta inicjatywa skazana była na porażkę. Wynikły z niej jednak refleksje, które być może w niedalekiej perspektywie znacząco wpłyną na Ronnie’go, a co za tym idzie także na Firestorma. Znać równocześnie, że scenarzysta serii nie unika problematyki społecznej.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #640 dnia: Nd, 07 Lipiec 2024, 13:57:34 »
 Podsumowanie maja. Jak zwykle z okazji świąt i różnorakich dni wolnych, sięgnąłem po uznane dzieła uznanych twórców. UWAGA jak zwykle mogą pojawić się pewne SPOILERY!!!

 

  "Moebius:Ślepa Cytadela, Przystanek na Faragonescji, The Long Tommorow" - Jean Giraud. Kolejny tom kolekcji prac francuskiego arcymistrza przygotowanej na rynek amerykański. Ogólnie jestem raczej fanem zapoznawania się z dziełami różnych odmian kultury w formie oryginalnej, aczkolwiek tutaj tak jak w przypadku "Corto Maltese" (chociaż praca wykonana przez Grażynę Kasprzak w "Szninklu" również przypadła mi do gustu) uważam, że dobrze się stało iż zostały te komiksy pokryte kolorem. Zresztą wydał u nas Egmont dawno temu dwa tomy z których zawartość w tym czy innym albumie się powtórzy tutaj w pierwotnej postaci więc można sobie porównać. Jak pod względem wizualnym będzie wyglądać zawartość nie ma sensu opisywać bo z góry każdy może założyć, że mamy tutaj do czynienia z graficznym złotem najwyższej próby. Świecącym zresztą na różne sposoby, rysunki bywają bardzo realistyczne i takie w drugą stronę nie bardzo właśnie, pełne szczegółów i ledwie symboliczne, wykonywane różnymi technikami a każda cieszy oko. Kurde ten facet, nawet jak rysował na "odwal się" (a czasami to tutaj widać) to i tak zjadał...a zresztą nie będę znowu zaczynał. Z rzeczy, które szczególnie zostały mi w pamięci to obecność splash-page'y, zastanawiam się teraz ile razy widziałem coś takiego w europejskim komiksie i ciężko mi cokolwiek sobie przypomnieć. No dobrze, ale co dokładnie w środku. Zbiór szorciaków kręcący się wokół szeroko pojętego s-f z drobnymi odstępstwami na fantasy czy obyczaj. Weterani będący fanami gatunku powinni być zachwyceni, bo ten zbiór to istna pocztówka z lat 70-tych czyli czasów w których science fiction kipiało od pomysłów i kierunków w których potrafiło podążać i widać odbicie w tym tomie. Zakres tematyczny bardzo szeroki, mamy zarówno humoreski jak i rzeczy poważne, horror działa na równi z groteską i jak w każdym dobrym s-f, scenografia przyszłości bardzo często służy temu, aby powiedzieć coś o człowieku współczesnym. Całkiem fajnie wypadły odautorskie wstępniaki występujące w ilości trzech, po jednym na każdy tytułowy rozdział ogólnie jestem raczej przeciwnikiem wykładania na talerzu sposobów interpretacji, ale w tym przypadku dostajemy sporo o przyczynach czy zajściach towarzyszących powstawaniu materiału, wyliczone nawiązania, których po latach i mieszkając w innym kraju nie mielibyśmy raczej szans dostrzec a także, sporo o charakterze samego autora. Z rzeczy, które najbardziej przypadły mi do gustu to zabawna w zaskakujący sposób "Deima", lekko kontrowersyjna na naszej szerokości graficznej "Tarta z Jabłkami", uniwersalny "Biały Koszmar" oraz mało przyjemne "Ballada" i "Wariacja nr. 4070 na ten temat". Warto również zwrócić uwagę na "Skok na Centauri" w którym autor próbuje odtworzyć styl prac Druilleta oraz "The Long Tomorrow" ze scenariuszem równie legendarnego Dana O'Bannona co do którego nawet nie mam wątpliwości, że stanowił jedną z podstaw na pomysł "Incala". Nic więcej nie mam do dodania, komiksy Moebiusa to święty obowiązek zapoznania się z nimi każdego fana tego medium. Czy akurat, każdemu podejdzie? No niekoniecznie, nie wszyscy lubią krótkie nowelki (czasem bardzo krótkie) nie każdemu podejdzie fakt, że mamy w gruncie rzeczy do czynienia ze "śmietnikiem" różnych zabaw i eksperymentów z formą i treściami prosto z głowy autora. No, ale czy to nie sama przyjemność przejść się pokręconymi ścieżkami myśli autora i przegrzebania takiego śmietnika? Ocena 8/10.


  "Przed Incalem" - Alejandro Jodorovsky, Zoran Janjetov. Wszystko z Jodoverse co ukazało się na naszym rynku kupiłem, chociaż do dzisiaj zaledwie "Incala" przeczytałem i to dopiero kilka miesięcy temu, ale mam tendencje do podobnych zakupów co do których jestem przekonany z zupełnie niewiadomych powodów i albo to efekt doskonałego gustu, albo szczęście głupka, ale jakoś rzadko kiedy się na takich zakupach zawodzę, może po prostu wiem co mnie interesuje. No w każdym razie rzecz była niezmiernie ciekawa. Po olbrzymim sukcesie oryginalnego komiksu, Jodorovsky wzorem największych hollywoodzkich macherów od seryjnej produkcji filmów postanowił tenże sukces natychmiast przekuć w jeszcze większą ilość szekli (o ile papier da się przekuć), tworząc kolejną, tym razem prequelową serię (facet zdecydowanie wyprzedzał swoje czasy). Żeby było jeszcze śmieszniej, drugi z autorów Moebius powiedział pas, więc scenarzysta najął sobie młodego rysownika, bez żadnego dorobku którego na dodatek najmocniejszą stroną była umiejętność kopiowania stylu oryginalnego rysownika. Czy taki plan może odnieść jakikolwiek przyzwoity skutek? Zdrowy rozsądek nakazywałby powiedzieć, nie ma szans, ale Hollywood już nie takie akcje widziało.
  Sam tytuł wskazuje z czym będziemy mieli do czynienia, cofamy się w czasie przed oryginalną historię i to dosyć głęboko, bo tom pierwszy rozpoczyna się w momencie gdy John DiFool wkracza właśnie w wiek młodzieńczy, ale jest jeszcze po dziecięcemu niewinny "jako ta lelija". Ogólnie dosyć ciężko jest osadzić akcję w konkretnych ramach czasowych, gdyż żadne przedziały nie są podane, ale tak na zdrowy rozum musi to być kilka lat. Tak więc zgodnie z duchem tytułu rozpocznie się w Alei Samobójców, młody John łatwego dzieciństwa z pewnością nie ma, matka prostytutka-zniszczona narkomanka niegdyś niewątpliwie piękna kobieta (będzie to pokazane w którymś momencie, faktycznie zachwycająca) i ojciec pocieszny mały grubasek, wynalazca który właśnie wyszedł z puchy po kilkuletnim wyroku, który swoje średnio działające urządzenia konstruuje z myślą potajemnego zaboru dóbr tych którym lepiej się wiedzie (zresztą natychmiast wraca do "zawodu"). John zbija bąki z kolesiami kręcąc się po "ulicach nędzy" próbując zachować przyzwoitość w niesprzyjającym temu środowisku (chociażby ratując pisklę betonowewy czyli Deepo) oraz marząc o lepszym życiu. Niestety lepsze życie rzadko kiedy pisane jest ludziom z dna społeczeństwa, matka wyląduje w końcu w jeziorze kwasu, ojciec zostanie po raz kolejny schwytany a myślący o samobójstwie dzieciak trafi pod opiekę przywódcy miejscowego kultu zajmującego się pomocą najbiedniejszym, Ślimaczka. Podczas n-tych z kolei zamieszek społecznych kościół zostanie pogromiony a kolejnym opiekunem zostanie popsuty i wyrzucony na śmietnik roboglina Kolbo-5, który doradzi bohaterowi, aby przestał patrzeć na to co było a zaczął myśleć o tym co będzie w przyszłości a całkiem niezłym zawodem może być ot chociażby fucha prywatnego detektywa. Po zdanym nieco fartownie egzaminie, John pod kuratelą swojej "promotorki" córki samego ministra zblazowanej i amoralnej do szpiku kości Luz De Garry oraz oficjalnego przedstawiciela sił policyjnych małego robocika zwanego Glinoko z pomocą Kolbo zajmie się swoją pierwszą prawdziwą zagadką, będące jednocześnie ostatecznym znakiem zakończenia nauki fachu przed przyznaniem pełnych uprawnień detektywa, czyli z wyboru samego szkolonego poszukiwaniem odpowiedzi na pozornie kompletnie nieistotne pytanie "dlaczego dziwki nie mają dzieci". Pozornie znaczy dokładnie to co znaczy, bo okaże się, że z jakichś dziwnych powodów, pechowiec John zwróci na siebie uwagę samego Superkomputera rządzącego planetą i jego przydupasów w postaci Preza czy Technopapieża, co oczywiście nie zapowiada nic dobrego.
  Co do rysunków mam dosyć mieszane odczucia, tzn. jasne wyglądają świetnie, zwłaszcza jak ktoś lubi komiks wyglądający jak komiks nie jak wydruk 3D. Natomiast nie jestem pewien czy to jest nie wręcz zbyt podobne do dzieła oryginalnego. Niektóre kadry wyglądają jak kopie jeden do jednego rysunków Moebiusa, tam gdzie widać różnice w warsztacie to jednak na niekorzyść Janjetova, ale abstrahując od tego faktu (czy tam oceny powiedzmy) całość wygląda super, tym niemniej zawsze nie do końca wiem jak mam oceniać prace  tego typu "kopistów". Posiadam na szczęście te wcześniejsze, większe wydanie, kompletnie nie rozumiem dlaczego Scream na nowo wydał to w pomniejszeniu a takie wydania mam zarówno "Incala" jak i "Final Incal", te obrazki naprawdę zasługują na duży format.
  Ja to po prostu wiem, że "Przed Incalem" to efekt cynicznej próby wykorzystania sukcesu oryginalnej serii i powiem szczerze, że jestem zaskoczony tym komiksem. Na wielki plus Jodorovskiemu zaliczam, że nie próbował stworzyć kopii wcześniejszego dzieła. Historia jest tutaj zdecydowanie "mniejsza" - bardziej kameralna, idąca swoim własnym torem i podparta odmiennym na siebie pomysłem. Początek nie zachwyca specjalnie bo tom pierwszy sprowadza się właściwie do ostrej krytyki konsumpcjonizmu oraz moralnej i mentalnej degeneracji społeczeństwa przyszłości, co oczywiście napisane jest bardzo fajnie, ale dużo tego i dobrze było już w "Incalu". Na szczęście dalej fabuła zmienia się w pełnokrwisty cyberpunkowy kryminał (z dużą ilością czarnego humoru oczywiście) no i w sumie dalej w przypowieść o dehumanizacji mas i o tym że każda jednostka ma wręcz obowiązek przeciwdziałać degradacji swojego otoczenia choćby i była skazana na porażkę, natomiast nieco inaczej zostaną rozłożone akcenty tego wszystkiego. Co mi się nie podobało? Szczerze mówiąc sama postać Johna Difoola, tzn. jako bohater historii wypada super i kibicujemy mu od samego początku (co podobno jest bardzo ważne), natomiast jest to postać o 180 stopni inna niż ten kogo zobaczyliśmy w "Incalu". Dobry dzieciak, działający z altruistycznych pobudek, może i nieco egzaltowany (co w sumie częste u młodych ludzi), ale taki którego wewnętrzne światło potrafi wydobyć to co najlepsze nie tylko z ludzkich, ale i robocich serc. Bohater, którego zdehumanizowane społeczeństwo przyszłości nie tylko podświadomie pragnie, ale i potrzebuje i którego z wersją  bardziej znaną łączy jedynie skłonność do kochliwości. Nijak nie jest to komparatywne z postacią, którą znamy z oryginalnej serii. Powody przemiany są oczywiście tutaj ukazane, ale raz jest to pójście na łatwiznę, dwa stawia sensowność zakończenia "Incala" pod znakiem zapytania, bo skoro bohaterowie doznali tam transcendencji to John DiFool nie powinien powrócić do swojej pierwotnej osobowości? Słabo również wypada ostatni tom, mający stanowić fabularny pomost pomiędzy obydwoma komiksami, nieco to na siłę jest zrobione i bardzo po łebkach. Poza tym co zwykle u autora ale tym razem obrane nieco z właściwego mu nadęcia dualizm, groteska, seks, przemoc, krytyka materializmu, religia i niechęć do ludzkości połączona z jednoczesną wiarą w człowieka tyle że ukazane w bardziej prosty, jak prawie zawsze spłycony, ale i rozrywkowy sposób. Gdyby nie napisane na kolanie zakończenie byłoby lepiej, ale to naprawdę lepszy komiks niż się spodziewałem, nie mający nic wspólnego ze standardowym odcinaniem kuponów aczkolwiek bez aspiracji do stania się kolejnym arcydziełem (i całe szczęście). Ocena -8/10.
   
   
  "Cicca Dum-Dum tom 2" - Carlos Trillo, Jordi Bernet. Tom drugi, czyli w rzeczywistości tomy numer trzy i cztery serii przygód najbardziej napalonej nimfomanki świata. Historia zaczyna się praktycznie dokładnie w momencie zakończenia tomu drugiego. Cicca wraz z Karen i pilotem lądują awaryjnie gdzieś w amazońskiej dżungli, zgodnie z zasadą "jaki facet spiknie się z Ciccą, marnie skończy", biedny as przestworzy szybko marnie skończy (nawet szybciej niż się spodziewałem) a obydwie dziewczyny wpadną w ręce plemienia Pigmejów (czy to ma sens? jasne że nie, ale przecież komiks nie o tym). Mało tego, "Pigmeje" stanowią ledwie połowę plemienia bo drugą są jacyś odwrotnie proporcjonalnie wysocy biali Ludzie-Lamparty (kojarzący się ze starożytnymi Egipcjanami), którzy twierdząc, że bohaterka jest ich boginią-dziewicą zwaną Mingą zabierają obydwie do swojego zaginionego miasta w dżungli (Tarzan z Johnnym Weismullerem się kłania). Jak wiadomo o ile Cicca faktycznie może mieć pewne cechy wspólne z boginiami to do dziewicy nie da się jej absolutnie porównać, co gwarantuje mnóstwo nieprzyjemnych perypetii zarówno starającym się zachować kontrolę nad sobą wojownikom jak i kompletnie uzależnionej od seksu brance. Na miejscu okazuje się, że bogini Minga faktycznie istnieje i na dodatek jest identyczna jak i protagonistka tego komiksu. No i tutaj wychodzi na jaw pierwsza tajemnica, Minga to zaginiona w dzieciństwie siostra bliźniaczka Cicci czyli Leta Mammone (głośno się śmiałem) a czytelnik przy okazji będzie miał szansę dowiedzieć się co nieco o przeszłości bohaterki. Pechowo w momencie ponownego połączenia dwóch sióstr, Zaginione Miasto zostanie zaatakowane przez konkurencyjnych Ludzi-Krokodyli, którzy posiadają swoistą przewagę taktyczną (a nawet strategiczną), korzystając z usług (nieco na zasadzie najemnika) prawdziwego King Konga. Nie ma się nad czym spuszczać (nomen omen) sprawa inwazji zostanie załatwiona w oczywisty sposób, siostry serdecznie się rozstaną a Karen pozostanie w dżungli ze swoją nową pigmejską kochanką, na czym skończy się tom nr.3.  W tomie kolejnym Cicca podczas podróży na karnawał w Rio, trafi do osady Amazonek (no oczywiście, że mieszkają nad Amazonką tak jak Pigmeje i Egipcjanie), wyląduje w kolonialnym więzieniu rodem z "Papillona" by na końcu znaleźć się w twierdzy zbiegłych po wojnie hitlerowców, gdzie znowu spiknie się z Karen tym razem w ciele Frankensteina (wiem jak to brzmi).
  Rysunki dalej bardzo fajne, ba nawet chyba odrobinę lepsze niż poprzednio. W przeciwieństwie do tomu pierwszego, który chociaż symulował że ma jakąś fabułę, która na dodatek mogłaby się mocno naciągając rzeczywistość faktycznie zdarzać, tak tutaj mamy ciąg niespecjalnie powiązanych ze sobą absurdalnych najczęściej pozbawionych logiki gagów z motywami fantastycznymi. Nie powiedziałbym, żeby psuło to odbiór tego tomu, ba nawet stanowi pewien element odświeżający dla jakby nie patrzeć dosyć jednostajnej treści. Natomiast o ile część pierwsza (trzecia) była na swój niedorzeczny sposób całkiem zabawna (wyróżnić należy kreację Konga wcale nie bezmyślnej bestii, ale gadatliwego konesera "oooo blondynka, egzotyka, mało tu takich") to w drugiej połowie jednak czuć trochę opadający poziom. Chociaż nie to, żeby w jakiś znaczący sposób, dalej idzie się uśmiechnąć (prawnik ze spoconą twarzą pytający jakie będzie jego hono...hono...honorarium). Spodobała się komuś część pierwsza to i to mu się spodoba, dalej jest zbereźnie (aczkolwiek dzięki sporej umowności zwłaszcza wizualnej pornografią bym tego nie nazwał), wulgarnie, dowcipnie i prostacko a trup ściele się gęsto. Jak się jednak komuś "jedynka" nie spodobała to tym bardziej nie ma tutaj czego szukać, ja osobiście należę jednak do tej pierwszej grupy, więc oceniam na trochę lepiej niż nieźle (ale mimo wszystko trochę słabiej niż poprzednio). Ocena 6+/10.


  "Batman:Rok Setny i Inne Opowieści" - Paul Pope. Rzut okiem na postać, nie sprawdzałem ale obstawiam że jednak drugiego najpopularniejszego superbohatera na świecie, przez cudowne dziecko amerykańskiej sceny stojące okrakiem pomiędzy mainstreamem a komiksem undergroundowym, które wydawało się kilkanaście lat temu drapie się na komiksowy Olimp dostępny dla garstki wybrańców. Sam tytuł może wskazywać, że będziemy mieli do czynienia z elseworldem osadzonym w innych niż aktualne teraz czy tam wtedy serie, aczkolwiek jednocześnie tytuł tenże jest trochę niewiele mówiący no bo czymże może być rok 100? No więc wychodzi na to, że jest to rok setny od pierwszego pojawienia się Batmana w komiksie czyli mini-seria Pope'a jako miejsce akcji obiera sobie Gotham w roku 2039. Zgodnie z oczekiwaniami, przyszłość tego miasta nie jest usłana różami a raczej wręcz przeciwnie, Gotham przyszłości to nie miasto futurystycznych lśniących wież a raczej jakiś wrzód na ciele Ziemi pełen rozpadających się ruder, które ostatnie remonty pamiętają pewnie z czasów Raegana w najlepszym wypadku Clintona. Żeby było jeszcze śmieszniej (czyt. bardziej ponuro), gdzieś tam ustrój "najwspanialszego kraju na świecie" skręcił w złą stronę i mamy do czynienia najwyraźniej z autokracją pod płaszczykiem legalnie obranych władz. W takich to nieprzyjemnych okolicznościach przyjdzie działać ściganemu za zabójstwo federalnego agenta Batmanowi oraz drugiemu bohaterowi z pozycji którego będziemy poznawać fabułę czyli kapitanowi Gordonowi wnukowi Jima (wyglądającego identycznie jak oryginał), który owszem przejawia może i cechy swojego znakomitego przodka, ale gdzieś tam kiedyś tam, dał się złamać i odwrócił wzrok, czego oryginał nigdy by nie zrobił a co naznaczyło go na kolejne lata, degradując do roli nibyszefa-popychadła. Tym niemniej pojawienie się dawno niewidzianego superbohatera (ogólnie żadnych nie ma, ale i superłotrów również chyba że ci za biurkami) przywróci nadzieję, że może on jeszcze odzyskać godność i dostać rozgrzeszenie, wystarczy tym razem powiedzieć "no pasaran". 
  Trudno o bardziej oczywiste stwierdzenie, że szata graficzna zwraca uwagę natychmiast po obejrzeniu pierwszej strony. Pope ma zdecydowanie ciężką łapę przy rysowaniu, grube zdecydowane krechy, odważne deformacje zarówno anatomiczne jak i geometryczne często wspierane dodatkowymi efektami w stylu "rozciągania" kadrów (w różne strony) czy "rybiego oka". Kolory Teda McKeevera równie agresywne co i styl rysunków. Świetnie oddana dynamika wszelkiego ruchu (co tutaj przydaje się bardziej niż bardzo) z wad, niektóre kadry bywają nieczytelne. Dosyć często czytam czy też słyszę (to bardzo rzadko bo i bardzo rzadko oglądam wideorecenzje) o "eksplozywnym" stylu rysownika. Tutaj można się na własnej skórze przekonać co ten termin oznacza, groteskowe obrazy dosłownie eksplodują prosto do mózgu czytelnika. Podejrzewam, że nie każdemu taka maniera artysty się spodoba, gdyż jest to naprawdę skrajnie oddalone od tego co zazwyczaj sobie wyobrażamy słysząc "komiks superbohaterski", ale jestem przekonany, że nikogo nie pozostawi obojętnym.
  Postaram się możliwie krótko. Nie przekonał mnie ten album. Z plusów to z pewnością sama kreacja tytułowego bohatera, jednocześnie ludzki i łatwy do zranienia z drugiej niepowstrzymany niczym mordercza maszyna z przyszłości mająca uśmiercić Johna Connora, no jeszcze powiedzmy postać Gordona Jr.Jr. jest ok, no i bat-rodzina była obiecująca, ale będę szczery, to już na dobrą sprawę chyba wszystko. Historia jakaś tam jest, niby jest kryminalna zagadka, ale ani ona specjalnie ciekawa ani jakaś strasznie mądra, no powiedzmy że w najlepszym przypadku fabuła ujdzie, ale całość zdecydowanie ciąży w kierunku nieustającej akcji. Spora część czytelników narzeka, że Pope bardzo mało tłumaczy w swoim komiksie, nie wiemy dlaczego niby Batman pojawia się już od 100 lat i czy to ta sama postać, nie wiemy co doprowadziło do stanu w jakim obecnie USA się znajdują, nie znamy jego pomagierów itp. itd., no dobrze powiedzmy, że autor chciał zachować a może i nawet podkręcić atmosferę tajemnicy spowijającej postać Batmana. Natomiast wiąże się z tym wszystkim pośrednio o wiele poważniejszy (oczywiście w moim mniemaniu dla innej osoby może to mniej ważne) zarzut, zwłaszcza w elseworldach grzech nie do wybaczenia. Kreacja świata jest absolutnie żadna. Mamy jakąś tam futurystyczny reżim, ale to wszystko prawdopodobnie skoro nie widzimy jak to wszystko tak naprawdę działa, bo trzeciego planu jest tak naprawdę brak. Wizja przyszłości kończy się na latających motocyklach złych policjantów bo reszta wygląda właściwie tak samo jak zawsze. Batman nie korzysta właściwie z żadnych gadżetów i wydaje się w pełni analogowy, może nie ma dostępu do fortuny (zresztą czy to w wogóle jest Bruce Wayne?), ale to tak jak i reszta w kwestii domysłów. Mimo dosyć sporej ilości tekstów, miałem jako czytelnik wrażenie, że treści tam praktycznie żadnej nie ma. Bonusowo trzy dodatkowe historyjki pierwsza w której Batman jest Żydem zamieszkującym międzywojenne Niemcy, cienka aczkolwiek nie sposób się nie uśmiechnąć oglądając dandysa Barucha Wane z cygaretem w długiej lufce ubranego jak paryska dziwka oraz nazistowskiego komisarza Gartena z twarzą nie Gordona tylko Alfreda. Druga łącząca niedorzeczny pomysł rodem ze Złotej Ery z całkowicie nowoczesnym spojrzeniem na psychopatycznego Jokera całkiem niezła i trzecia wyjęta z Batmana Black & White chyba najfajniejsza zabawna pokazująca, że i Batman potrafi być małostkowym mściwym wujkiem. Jak już mówiłem, nieszczególnie to do mnie trafiło. Kto inny może i spojrzy na to inaczej, ale do stworzenia naprawdę dobrego komiksu trzeba czegoś więcej niż ekstrawaganckiej szaty graficznej. Chcecie dobrego Batmana w świecie mrocznej przyszłości? No z wyjątkiem oczywistego "Powrotu Mrocznego Rycerza" (którego Year 100 jest dalekim i raczej bladym odbiciem) to proszę sięgnąć do pierwszego Batman Black & White i "Legendy" nomen omen legendarnego Walta Simonsona, który na tych kilku stronach przerabia dystopię na każdym poziomie w lepszy sposób. Ocena 6/10.


  "Liga Sprawiedliwości tom 3:Ponadczasowi" - Brian Hitch i inni. Kolejny tom arcydurnej i arcymarnej Ligi Sprawiedliwości Hitcha, no ale może rysownik który pewnie spełnił swoje największe marzenie i został scenarzystą z biegiem czasu będzie rozwijał swoje umiejętności? A może jednak kolejny krzyż pański? No obstawiam jednak to drugie, ale nowy tom, nowe otwarcie, nie skreśliłem tego na starcie (było spróbować sił w rapie, na tym się niezłą kasę teraz trzepie zdaje się). Fabuła rozpoczyna się po raz kolejny w czasie jakiejś walki i po raz kolejny Liga znajduje się w opałach leżąc gdzieś pod zwałami ziemi, okazuje się że Ziemia również po raz kolejny została zaatakowana z kosmosu, tym razem przez gigantyczną machinerię wyglądającą bardzo podobnie do tego klona Gwiazdy Śmierci z nowych Gwiezdnych Wojen. Przy okazji wyjdzie na jaw straszliwa tajemnica Batmana, opracował on plan pokonania każdego członka drużyny o co właściwie wszyscy z wyjątkiem Supermana będą się do niego przypier...niczać (no dobra, Wieża Babel wyszła dawno temu, może nie wszyscy znają). Przeskoczymy później jakiś czas (kompletnie nie rozumiem po co Hitch non stop stosuje takie zabiegi mieszania w chronologii tak jakby sama jego pisanina nie była już wystarczająco niejasna). Później czyli zdaje się wylądujemy w końcu w teraźniejszości i okazuje się, że mieszkańcami Gwiazdy Śmierci, są jakieś ufoludki wyglądające jak skrzyżowanie orków z wielkimi bobasami okuci w futurystyczne pancerze i wymachujące futurystyczną bronią z zamiarem oczywiście zniszczenia naszej planety. Bohaterowie zajęci nawalanką, ratują jednocześnie zwykłych ludzi wśród których uratują również niejaką Molly, dziewczynę ubraną jak hmmm...skejterka, coś a la Avril Lavigne jak była na topie, która stwierdzi że jest jakąś prastarą Strażniczką, która wie o wiele więcej niż się wydaje. Superbohaterowie z powodów znanych jedynie scenarzyście, przyjmą te wieści za całkowitą prawdę i zaczną się jej we wszystkim słuchać. W wyniku jakiś kompletnie bełkotliwie napisanych perypetii zostaną rozrzuceni po różnych czasach a to w przyszłości a to w przeszłości, gdzie znajdą znowu jakieś machiny należące do ufoludków wysysające energię zewsząd. W teraźniejszości Superman dostanie się na pokład Gwiazdy Śmierci gdzie napotka zielonego przywódcę wyglądającego jak olbrzymie zmutowane niemowlę. Okaże się, że kosmici nie chcą zniszczyć Ziemi, tylko uważają, że nasza planeta z powodu jakiś dziwnych zbiegów okoliczności, koncentruje wokół siebie nieznane energie i wydarzenia (to już było w Marvelu) na dodatek w jej stronę zmierza jakaś superpotężna istota (zaczyna byś suflowanie sami wiecie kogo, chociaż to już było wcześniej ale tutaj jest już to podkreślone), więc skoro nie spełniamy standardów zamieszkanego wszechświata i ściągamy niebezpieczeństwo na wszystkich to za pomocą swoich urządzeń chcą wyrwać całą planetę z czasoprzestrzeni i przerzucić ją nie tylko w najdalsze zakątki kosmosu, ale i miliardy lat w przyszłość, gdy wszechświat będzie już dogorywał, gdzie nie będziemy stanowić już zagrożenia dla wszystkich dookoła i w spokoju szczeźniemy. No i tutaj w scenariusz wjedzie z buta Molly, która twierdzi, że wie jak rozwalić złowrogi plan kosmitów, otóż trzeba nazbierać granatów temporalnych używanych przez najeźdźców i wysadzić maszynerie (łał no skomplikowane to na miarę Kojota Wilusia to nie było) i coś tam jeszcze znowu będą robić te kryształy śpiewające z pierwszego tomu, ale nie wiem co dokładnie bo już się pogubiłem (w sumie byłem od mniej więcej piątej strony). Liga bez gadania zrobi to co ona im każe i nadejdzie moment na wielki twist. Molly ma całkiem podobny plan do tych kosmitów, tylko że ona ma zamiar pozabijać wszystkich ziemskie superistoty, bo to one stanowią o niezwykłości Ziemi. No więc nie pozostanie, nic innego jak tylko sprać jej całkiem nadobne ryło. Co oczywiście się zresztą uda (aczkolwiek na sam koniec powtórzy ona ostrzeżenie o zbliżającym się sami-wiecie-kim, który na dodatek odpowiada za wszystko co wydarzyło się dotychczas). Ufff...Ziemia po raz kolejny została ocalona (ale kto ocali Ligę Sprawiedliwości Briana Hitcha przed tytułem najgorszej serii w ramach tego tytułu?).
  Pierwszy zeszyt rysuje sam scenarzysta i jak zwykle wywiązuje się z tego zadania ze skutkiem bardziej niż przyzwoitym. Ale za resztę odpowiada nowy artysta w serii Fernando Pasarin i warto na niego zwrócić z pewnością uwagę. Sama maniera raczej banalna, kompletnie typowa dla nowoczesnego akcyjniaka DC czyli coś co zobaczymy w co drugim zeszycie z tego wydawnictwa i co oczywiste jak zawsze bardzo sprawne pod względem technicznym (nie jest to oczywiście wada). Natomiast warto zwrócić uwagę na sceny rozwałki a te wyglądają iście fenomenalnie, momentami przypominając (oczywiście pamiętajmy o pewnej skali) prace Geoffa Darrowa z komiksów takich jak "Hard Boiled" czy "Big Guy i Rusty Robochłopiec", co ułatwia mu zastosowanie podobnego patentu stosowanego przez starszego kolegę po fachu, czyli rysowanie kadrów z dalekiego rzutu z drobnymi postaciami (spojrzeć na obrazek Supermana strzelającego z oczu, jest moc). Żeby nie było, że wszystko jest fajnie, to Molly to kompletnie zerżnięta Jean Grey a na dodatek wszystkie miejscówki rozrzucone w czasie wyglądają dosłownie identycznie, nieważne czy 3000 lat temu czy 5000 w przód. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że to regularny tytuł, wydawany na bieżąco, więc coś trzeba poświęcić aby zyskać móc coś, ale mimo wszystko pewien niesmak pozostaje.
   Jest nieco lepiej niż w przypadku pierwszych dwóch tomów, ale to dalej nic co można by nazwać choćby i średnim. Scenariusz dalej mimo iż banalny to nie wiadomo z jakiego powodu pokomplikowany nadmiernie co powodowało u mnie kompletne zmęczenie lekturą zamiast zaciekawienia. Dialogi dalej drętwe, bohaterowie dalej nie mają pomiędzy sobą żadnych interesujących relacji. Co jeszcze śmieszniejsze, nie dość że jako zbiorowość nie są ciekawie opisani to i nawet pojedynczo, żadne z nich nie ma swoich pięciu minut co sprawia wrażenie, że czytamy przygody drugoplanowych postaci, tylko że brakuje takiej pierwszoplanowej kompletnie. Hitch stara się sugerować, że ma jakiś wielki plan na tę serię i w przyszłości wszystko może nabrać sensu, ale sugeruje to w tak niewiarygodny sposób, że nie sposób się na to nabrać. Podsumowując, dalej jest cienizna, tyle że fajnie narysowana. Ocena 3+/10.


  "Liga Sprawiedliwości tom 4:Niekończąca się walka" - autorzy różni. Moja niekończąca się walka z mizerią Ligi Sprawiedliwości Bryana Hitcha, odcinek czwarty. Błyskawicznie pod dwudziestu zeszytach dyrektor kreatywny DC chyba się zorientował, że Hitch nie daje rady i wysłał mu na pomoc innych autorów z których każdy sobie rzepkę oskrobie, czyli do czynienia mamy z antologią osobnych historyjek. Pierwszą dwuzeszytową napisze i jednocześnie narysuje sam główny maher od serii czyli Nieszczęsny Bryan. Akcja rozpocznie się w momencie gdy oglądamy pobitą Ligę (ku...rde znowu? Czwarty tom i czwarty raz, poważnie ten typ nie ma innego pomysłu na wstęp?) i prawdopodobnie ostatniego żywego superbohatera Flasha, któremu przyjdzie się mierzyć z jakimś dziwnym kolesiem w zbroi, który posiada coś co najwyraźniej jest bombą i jednocześnie wyraźnie nie jest standardowym złoczyńcą. W kulminacyjnym momencie walki, Flash przeniesie się w miejsce randki z Jessiką, tylko po to by po chwili zostać zaatakowanymi znowuż przez tego kolesia, który odpali bombę, co wyśle Flasha w jeszcze inne miejsce. W tym momencie okazuje się, że autor wziął na warsztat pomysł wyjęty z "Dnia Świstaka", Barry w kółko będzie musiał się bić w pętli czasowej non stop z tym samym facetem, za każdym razem będzie przegrywał a całe miasto będzie ulegało zniszczeniu co będzie powodowało przerzut bohatera w przeszłość za każdym razem odrobinę wcześniej także przed Szkarłatnym Sprinterem zostanie postawione całkiem trudne zadanie, wydostania się z obłędnego kręgu i dowiedzenie się o co w sumie temu człowiekowi chodzi. Zeszyt nr. trzy w którym cała Liga łącznie z Lois i Jonem zostanie zamknięta na satelicie z powodu zarażenia jakimś kosmicznym pasożytem napisze Shea Fontana i po prostu smutno mi się robi na myśl, że ileś tam drzew musiało umrzeć, aby wydrukować takie pierdololo. Autorem zeszytu nr. cztery jest prawdziwy weteran kojarzony raczej z Marvelem czyli Tom DeFalco który wysmażył nowelkę o Czarnej Tarczy "patriocie" walczącym z terroryzmem oraz poprawnością polityczną, strasząc jakichś losowych murzynów w chyba afrykańskim kraju, który nazywa się nie wiedzieć dlaczego Bialya. Naprawdę już bez kurwa komentarza a lista jakichś dziwnych lamusów, którym wystarczy laserowy karabin za pomocą którego bez problemu walcują całą Ligę, zaczyna się w tej serii niebezpiecznie rozrastać. Zeszyt nr. pięć to dzieło (hmmm…) Dana Abnetta, "no ten raczej nie zawiedzie" pomyślałem ("potrzymaj mi piwo" odpowiedział Abnett w wyimaginowanej rozmowie). Otóż wybrzeże USA zostanie zaskoczone przez olbrzymie tsunami sprokurowane przez Merę, szalejącą z powodu nieobecności Aquamana (spowodowanej patrz...nie nie patrz, przecież Egmont zostawił to rozgrzebane). Nic dziwnego, morskie stworzenia mają swoje potrzeby a kobieta nieusatysfakcjonowana potrafi być gniewna. Po dłuższej bijatyce w końcu uda się wariatkę uspokoić a ta skruszona przyzna, że coś jej odwaliło i w ogóle miała zły humor, ale już więcej nie będzie za co bohaterowie odwdzięczą się jej zaproponowaniem fuchy w Lidze na co ta się zgodzi. Gdyby nie to, że mam słabość do rudzielców i papier jest kredowy, to mógłbym natychmiast użyć tego fragmentu w toalecie gdzie czytałem. Ostatni zeszyt to znowu praca Hitcha, tym razem supergrupie przyjdzie się zmierzyć z prastarym odrodzonym kosmicznym tyranem wyglądającym jak jakaś postać w World of Warcraft, którego tysiące lat temu ledwo co pokonał cały korpus Green Lanternów a teraz wystarczy go raz pierd...yknąć, w międzyczasie Batman będzie przesłuchiwał Molly, która dalej będzie straszyć nadejściem sami-wiecie-kogo. Nie bardzo rozumiem, dlaczego w DC nikt nie ostrzegł autora, że raczej nie da się zmieścić takich treści w jednym zeszycie a najwyraźniej nikt go nie ostrzegł.
  Rysunki dalej w porządku, aczkolwiek nic co przyciągałoby wzrok. Jestem kompletnie załamany poziomem tego komiksu, DC wysłało ratowników Hitchowi a ci rzucili mu betonowe koło ratunkowe. Co najśmieszniejsze jego pierwsza historyjka, mimo że niewyszukana i kompletnie przewidywalna to nie dość, że jego najlepszy moment w całej tej serii to na dodatek wyróżniająca się zdecydowanie na plus na tle dużo bardziej doświadczonych i utytułowanych kolegów. Nie wiem jedyne co może ich tłumaczyć to fakt, że kazali im coś przynieść na jutro do redakcji. Coś tam autorzy chcieli dopisać o dwójce nowych Latarni, ale nie wyszło im to nawet średnio, no i oczywiście mam miejsce dalsze suflowanie, nadchodzących wydarzeń (nie tylko w tej ostatniej historii). Tyle, że to wszystko nawet nie jest tak złe, że aż dobre. To po prostu z wyjątkiem tej w/w nowelki głównego autora który dostał swoją chwilę chwały i napisał przyzwoitego średniaka z plusem jest tak marnej jakości zapychaczami, że klękajcie narody. Ocena 3/10.

Offline herman

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #641 dnia: Pn, 08 Lipiec 2024, 12:12:36 »
Czerwiec 2024. Niezły miesiąc (jak na te "ciepłe", gdzie czytam mniej).
Na koncie 14 albumów, 12 dorosłych i 2 z młodym.

Opowieści Wojenne. Tom 1 8/10 - długo szukałem tego komiksu, który w necie lata za srogą kasę. Zbawienie nadeszło na Pixel Heaven,gdzie wystawiał się jakiś komiksowy antykwariat i miał oba tomy w sensownej cenie. Jestem osobą mocno zainteresowaną historią, a w szczególności II WŚ. Ukazuje się dużo komiksów temacie, ale niewiele oprócz wizualnych fajerwerków dowożą fabułę. Tu nie ma przypadku - komiks uznawany za klasyka i tym się okazał. Cztery osobne historie, z których trzy są na świetnym poziomie. Jest wojna obdarta z patosu, sztucznego heroizmu i złudzeń. Historie może nie jakieś wybitne oryginalne, ale każda potrafi zaciekawić co w tym gatunku komiksowym to rzadkość. Jeśli siedzicie w temacie to koniecznie.

Blankets: Pod śnieżną kołderką 7/10 - nie przepadam za taką ckliwą obyczajówką, ale wizyta autora na Komiksowej Warszawie w końcu popchnęła mnie do zakupu i lektury. Sam twórca okazał się też przemiłą osobą, zdecydowaną gwiazdą festiwalu. Klasa sama w sobie. A komiks? Autobiograficzna opowieść o dorastaniu, pierwszej miłości, kulcie i jednocześnie kryzysie wiary. Do tego facet ma petardę w łapie - graficznie wymiata.


 Wiele śmierci Laili Starr 7/10 - całkiem to zgrabna filozoficzno-obyczajowa opowieść o śmierci i przemijaniu. Wszystko już wiedzieliśmy, ale sprawnie skonstruowana fabuła w połączeniu z bardzo dobrymi ilustracjami i nastrojowymi kolorami dała bardzo dobry efekt końcowy. Przyjemny komiks, acz będąc miesiąc po lekturze połowa treści już mi uleciała z głowy. Pewnie kiedyś powtórzę.

Żeń-szeń. Zgniłe korzenie 7/10 - jak i w Blankets moc w ilustracjach. Ogrom fajnych pomysłów i godna realizacja. Fabularnie to takie nie wiadomo co - historia hodowli i uprawy tytułowego korzenia, wokół zbierania którego częściowo kręciło się dzieciństwo autora. Momentami komiks lekko przepakowany i nużący samą opowieścią o roślinie. Ciekawiej znacznie jest gdy schodzi na wątki biograficzne, podróżnicze, społeczne, kuchnię robienia komiksu i relacje rodzinne. Czasem nużył, czasem ciekawił. Niemniej myślę, że warto sprawdzić.Ocena może odrobinę na wyrost, ale widzę tu ogrom pracy włożony w przygotowanie tego komiksu.

Vinci - Złodziej Twarzy 6/10 - scenariuszowo jest dość ciekawie. Leonardo da Vinci wmieszany w intrygę kryminalną. Sporo niegłupich pomysłów, ale i trochę wybitnych bzdur (głównie te z latającymi maszynami). Intryga dość przewidywalna, ale mimo wszystko przyjemnie się z tym wszystkim płynie, plus jest jeden fajny twist. Fabularnie wzloty i upadki, ale ilustracyjnie to perełka dla osób, które jak ja lubią realistyczną kreskę (gościu od Vasco) z ogromnym wkładem pracy w realia historycznej epoki. Wizualnie uczta dla oka, a sama opowieść ma niewykorzystany potencjał lekko nadwątlony przez jakieś nadmierne próby fajerwerkowe.


Samotnik 5/10 - historia tytułowego człowieka zamieszkującego latarnie morską. Jest niepełnosprawny i będąc synem latarnika spędził w niej całe życie, bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Nieźle to jest opowiedziane, z fajnym zabiegiem poznawania świata poprzez czytanie słownika i wyobrażaniem (czasem błędne) przez głównego bohatera jak dane rzeczy wyglądają. Niemniej nic ponad przeciętną, a i finałowy wątek niezbyt do mnie przemówił.

Monica 5/10 - no nie mogę jakoś się do komiksów Clowesa przekonać, a czytałem wszystko co wyszło po polsku. Monica podeszła mi najbardziej, ale wciąż nie umiem jak widać tych historii docenić i zobaczyć tego drugiego i trzeciego dna. Jakoś podświadomie nie chce mi się połączyć wszystkich kropek, ale widzę tam coś, czym inni się zachwycają. Pasuje mi za to ten dziwaczny, niepokojący klimat wymieszany z krytyką amerykańskiego stylu życia. To chyba po prostu twórczość w bardzo nie moim guście i muszę się z tym pogodzić.


Jason: Low Moon i inne historie 5/10 - nie do końca kupuję ten czarny humor, który wieńczy te historie. Sam klimat i oszczędne dialogi mi się podobają, podobnie jak dość odjechane fabuły. Niemniej zakończenia nie są dla mnie satysfakcjonujące. Dziwne to i chyba po 3 albumach dam sobie spokój, bo jest uczucie niedosytu.



Gigantyczna broda, która była złem 5/10 - nie wiem czemu ten komiks otoczony jest taką aurą dzieła wręcz kultowego. Dla mnie to kolejna orwellowska wariacja z mało porywającą fabułą. W idealnie ułożonym świecie wszyscy pracują w korporacjach i nikomu nie rośnie zarost. Nadle facetowi zaczyna rosnąć monstrualna broda i niszczy zastany porządek. Anu tu ciekawego buntu jednostki, ani strasznego opresyjnego systemu, ani jakieś fajnego twistu fabularnego. Ot taka opowiastka, która broni się fajnymi rysunkami.


Astronom 5/10 - Mikołaj Kopernik przeniesiony w czasy PRLu z domieszką niedalekiej, dystopijnej przyszłości. Ciekawy zabieg, ale pomysł trochę niewykorzystany. Trzeba też dobrze znać historię Kopernika (jesieni jego życia), żeby zorientować się w mało przejrzystej fabule. Doceniam za ciekawy koncept i ilustracje, ale generalnie już zdążyłem o nim zapomnieć.


Shane 4/10 - największy zawód miesiąca. Kocham historyczne ramotki z realistyczną kreską. No i tu mamy fajną kreskę, piękne kolory, ale fabularnie to klasyczny stary kasztan gdzie trzeba mocno przymknąć oko, żeby pewne głupotki móc zaakceptować. Są tu wszystkie grzechy tego okresu. Jest zlachetny bohater, który dobrze walczy, ale jest na tyle głupi, żeby dać nabrać się na te wszystkie żałosne zasadzki i wszelakie intrygi (taki Thorgal ogólnie). Są knowania "złoli", które po kilku planszach wiadomo jak się skończą (acz jedna historia ma spoko twist). Są co chwila niesamowite zbiegi okoliczności, które pozwalają pchnąć fabułę do przodu, są jednowymiarowe postaci i dialogi jak z bajek dla małych dzieci. Czytając ten komiks przyszedł mi na myśl Ramiro - też ładny klasyczny komiks, który kiepsko się zestarzał. Daję tę czwóreczkę, czyli według skali LC  "może być". Bardzo liczyłem, że będzie coś więcej, ale nie ma jak.


Young Lion / Old Tiger 4/10 - autor był na Komiksowej Warszawie więc się skusiłem, bo bardzo ładne wrysy robił. Tak to bym nie kupił, bo w ciemno nie biorę już tych lotniczych albumów od Sceamu. Przeważnie fajna kreska, ale fabularnie powtarzalne wojenne historie klasy B. Tu mamy dokładnie ten sam schemat. Nieźle się na to patrzy, ale historie niczym nie zaskakują.

Czytane z dzieciakami::
Louca - 8 - E-sport 6/10 
Sprycjan i Fantazjusz: Australijska Przygoda 4/10