Autor Wątek: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi  (Przeczytany 56898 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #330 dnia: Cz, 08 Kwiecień 2021, 22:13:51 »
  "Faktycznie ma swoją specyfikę", to dosyć spore niedomówienie. Przeczytałem "Wrogie przejęcie" raz w tym zbiorczym wydaniu i kompletnie nie mam pojęcia o czym on był, powinni go z jakimś streszczeniem odrazu drukować tłumaczącym o co autorowi chodziło.
  "Czarne nenufary" - rewelacja przeczytałem w święta i jestem urzeczony.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #331 dnia: Pt, 09 Kwiecień 2021, 12:19:05 »
Mniej więcej na początku 2013 r. szykowała się perspektywa wywiadu z Maciejem Parowskim poświęconego tylko i wyłącznie omówieniu czwartego tomu "FK". Właśnie wówczas miały zostać wyjaśnione wszelkie niuanse fabularne tej opowieści, a mogę zapewnić, że było ich całkiem sporo (np. drobna szydera z ówczesnego szaleństwa w kontekście sagi "Zmierzch" Stephenie Meyer i ogólnie motywu wampiryzmu). Inną sprawą jest, że rzeczony doskonale zdawał sobie sprawę iż utwór, który wymaga dogłębnego wyjaśniania przez jego pomysłodawcę siłą rzeczy nie może być uznany za udany.  Był świadom, że nieco się z Polchem zagalopowali. Niestety z powodu opieszałości osoby, która miała Macieja Parowskiego wypytywać do wywiadu w końcu nie doszło.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #332 dnia: Pt, 09 Kwiecień 2021, 16:42:22 »
 Podsumowanie marca. Uwaga jak zwykle pojawia się pewne SPOILERY!!!


1. Najlepszy:

  Niestety jakoś nic nadzwyczajnie znakomitego w tym miesiącu, ale technicznie rzecz ujmując najlepszy to ten zaraz poniżej.


2. Zaskoczenie na plus:

   "Pewnego Lata" - Mariko Tamaki, Jillian Tamaki. Dwie przyjaciółki zaczynające wychodzić właśnie z wieku dziecięcego spotykają się jak co roku w czasie wakacji w pewnej miejscowości nad jeziorem. Główna bohaterka Rose przybywająca z oschłą matką i próbującym zachować klimat rodzinnych wakacji ojcem jest o rok starsza od drugiej Windy i mimo że obydwie ciągle zachowują swoje dziecięce rytuały wypracowane w minionych latach, zaczyna jej momentami ciążyć, że koleżanka jest jednak odrobinę mniej dojrzała. Rose jest już gotowa do dołączenia do społeczności miejscowych nastolatków, chociaż jeszcze nie bardzo wie jak, Windy pomimo zainteresowania pewnymi tematami i pomimo infantylnych zachowań posiadająca całkiem sporą ilość zdrowego rozsądku jeszcze nie. W pewnym momencie relacje pomiędzy rodzicami staną na krawędzi a Rose poczuje pierwsze porywy uczuć do miejscowego sprzedawcy Dunca nazwanego przez Windy Dupkiem, co oznacza iż wakacje nie będą takie jak zwykle. Przy pobieżnym przewertowaniu, stwierdziłem że komiks wygląda raczej paskudnie, ale podczas lektury zdanie zmieniłem. Do wpadających w mangową stylistykę raczej nieatrakcyjnych twarzy wszystkich postaci przyzwyczaiłem się bardzo szybko, a szczegółowe czasami letnio wyluzowane czasami o dosyć mrocznej nucie kadry w jeszcze większym tempie zaczęły robić spore wrażenie. Dobrze wychodzą jedno-dwustronicowe rysunki na większości powierzchni puste stanowiące swoiste przerwy między "rozdziałami". Grafika więc zdecydowanie na plus z wyjątkiem tego, że w oryginale komiks ma kolor taki jak okładka czyli jakiś-takiś niebiesko-fioletowy, nasze wydanie jest czarno-białe. Fabuła może być uznana przez niektórych za dosyć banalną, ale przecież "zwykłe życie" w większości też jest takie, dobrze, że nie tyczy się tylko jednego wątku dorastających dzieci, ale również będzie co nieco o depresji, czy życiu młodych ludzi pozbawionych większych perspektyw na przyszłość. Najbardziej przypadł mi do gustu doskonale oddany klimat powoli upływających wakacji oraz pewna "zwykłość" tego komiksu. Nie ma jakichś wielki fabularnych zwrotów, ani przerażających tajemnic wydobywanych na światło dzienne (pewne jednak będą i co nieco się wyjaśni). Wielkiego finału po którym wszystkie elementy układanki wskoczą na swoje miejsce a życie uczestników spektaklu zmieni się nie do poznania też nie będzie. Ale w końcu za rok też będzie lato. Ocena 7+/10.


3. Najgorszy przeczytany:

  "Umbrella Academy" - 3 tomy. Gerard Way, Gabriel Ba. 43 kobiety w różnych miejscach świata, wcześniej nie dając żadnych oznak ciąży w jednym momencie rodzą dzieci obdarzone dziwnymi zdolnościami. Siedmioro z nich udaje się odnaleźć ekscentrycznemu miliarderowi i naukowcowi Reginaldowi Hargreeves, który złoży dla nich szkołę w której stworzy z nich grupę nadludzi mających chronić w przyszłości miasto w którym mieszkają znane pod nazwą Miasto oraz całą planetę przed różnymi zagrożeniami. Brzmi znajomo? X-Men czy Doom Patrol jak się patrzy. W tomie pierwszym "Suita Apokaliptyczna" obejrzymy jedną z wcześniejszych akcji grupy znanej jako Umbrella Academy jeszcze jako dzieci aby później przeskoczyć 20 lat dalej do pogrzebu sir Reginalda, w czasie którego dowiemy się, że super-grupa już od dawna nie istnieje, znaczy się nie wszystko poszło zgodnie z planem. Nic zresztą dziwnego skoro dalej dowiadujemy się, że Hargreaves zwany Monoklem był tak marnym ojcem, że ponazywał swoje adoptowane dzieci cyframi od 1 do 7 (później one same się ponazywały nieco normalniej), więc nic dziwnego, że rodzinka w której za prawdziwego ojca robił inteligentny gadający szympans Pan Pogo nie potrafiła się dogadać w żadnej kwestii. Tak czy inaczej familia dziwolągów (spokojnie można użyć tego określenia) z racji tego, że Piątka (ten akurat "imienia" nie zmienił) ciągle wyglądający jak dziecko twierdzi że przybywa z przyszłości i za 3 dni cały świat zostanie zniszczony, będzie się musiała jeszcze raz zabrać do roboty i zrobić to do czego została stworzona. A niebezpieczeństwo jest jak najbardziej realne ponieważ w Mieście pojawiło się coś takiego jak Orkiestra Verdammten czyli quasi-sekta, której dyrygent napisał suitę, która właściwie odegrana sprowadzi zagładę na całą Ziemię. Obecnie brakuje im tylko odpowiedniej skrzypaczki a kandydatkę na to stanowisko znajdą w osobie Vanyi czyli Siódemki, jedynej członkini Umbrelli, która nie posiada żadnych nadnaturalnych zdolności. Tom drugi "Dallas" skupi się głównie na osobie oraz przeszłości Piątki, który skacząc w czasie trafi do Wietnamu w czasie wojny, oraz do Dallas w roku 63 z czym wiadomo co się wiąże, tak czy inaczej cała spaczona rodzinka będzie musiała mu pomóc w walce z dwoma psychopatycznymi mordercami oraz byłym mocodawcą. W tomie trzecim "Hotel Niepamięć" czytelnik będzie miał okazję zwiedzić tytułowy hotel, który okaże się miniaturowym wymiarem stanowiącym więzienie dla byłych wrogów Umbrelli, oraz obejrzeć potyczkę teamu z szefem pewnej korporacji. Mieszane uczucia mam co do prac Gabriela Ba. Teoretycznie jego styl jest bardzo w moim guście, praktycznie momentami jego rysunki są aż za bardzo umowne. Świetne, urzekające kadry potrafią sąsiadować z kompletnie nieciekawymi albo po prostu z paskudnymi. Pochwalić można artystę za bardzo fajne projekty wielu dziwnych rzeczy i postaci tyle że większość jego pracy tak naprawdę ginie w tłoku. Widzę, chwalona jest raczej praca kolorysty Dave'a Stewarta, ja mam na ten temat mocno odmienne zdanie, o ile barwy są faktycznie ładne o tyle w wielu miejscach one po prostu czynią rysunki mniej wyraźnymi, w dodatkach jest umieszczonych kilka plansz przed nałożeniem kolorów i w/g mnie one o wiele lepiej wyglądają. Jakie zastrzeżenia do komiksu jako całości? Całe mnóstwo, Way chciał napisać naraz dramat rodzinny, superbohaterszczyznę z jednoczesną jej dekonstrukcją oraz parodią, klasyczne s-f, pulpowy horror, komiks akcji łączony z czarnym humorem i Bóg wie co jeszcze i nie udało mu się to na żadnym etapie. Te trzy tomy to jeden wielki śmietnik na różnego kalibru pomysły, które jeżeli oglądamy je każde z osobna to czasami bywają rewelacyjne, ale razem połączone nie trzymają się wogóle kupy. Tutaj prawie nic nie działa, niektórzy z członków Umbrelli przez trzy tomy nie dostali najmniejszego śladu jakiegokolwiek własnego charakteru. Jak można pisać komiks o toksycznych relacjach w rodzinie w której większość członków da się określić jednym przymiotnikiem a niektórych wogóle żadnym? No Way uważa, że się da. Nie wiemy kompletnie nic o tym co się stało pomiędzy braćmi i siostrami wcześniej, ale mimo to te zaszłości mają wyraźny wpływ na fabułę tylko nie bardzo wiadomo jaki, bo autor uznał za kompletnie niepotrzebne żeby cokolwiek tłumaczyć, co powoduje, że połowa uczestników tego teatru sprawia wrażenie (nie sprawia wrażenie tylko tak jest faktycznie) jakby była pozbawiona jakichkolwiek motywacji, chodzą, mówią i wykonują czynności które dla czytelnika nie mają kompletnie żadnego sensu i powodowane są absolutnie niczym. Fabularnie mamy do czynienia z kompletnym chaosem (najgorzej w tomie środkowym), postaci występuje jakichś tysiąc z czego dziewięćset osiemdziesiąt jest kompletnie niepotrzebnych i nie pełni żadnych wyraźnych funkcji oprócz tego, że istnieją zajmują miejsce na kadrach, zabierają dialogi których tak bardzo brakuje aby rozwinąć jakkolwiek główne postacie i nie wiem, robią klimat? Identycznie jest z wątkami fabularnymi, jest tego całe mnóstwo z czego większość prowadzi absolutnie do niczego. Zamiast na początek dać jakąkolwiek solidną podbudowę swoim bohaterom (albo chociaż wyjaśnić jakie mają moce bo nawet co do tego nie możemy być pewni) autor zasypuje nas jakimś cienkimi wątkami pobocznymi jak kompletnie płaskie i niepotrzebne love story, albo totalnie nic nie wnoszącymi szczegółami, które na domiar złego czasem sprawiają wrażenie kompletnie nieprzemyślanych w stylu Hargreaves był kosmitą. I co z tego? Ano nic. Jego "żona" robiąca w Umbrelli za matkę i gosposię jednocześnie to robot (?) wyglądający jak skrzyżowanie sklepowego manekina z modelem anatomicznym bez rąk. Jaką funkcję pełni w komiksie? Absolutnie żadną, ale czasami się pojawia. Orkiestra Verdammten na początku składa się z największych żyjących przestępców i szaleńców, a na końcu okazuje się, że od kilku lat porywano muzyków grających na klasycznych instrumentach. To jak w końcu jest i czy to ma sens? Nie wiadomo. I tak w kółko. A co jeszcze tak naprawdę w tym wszystkim razi? Kompletny brak oryginalności. Ta seria to kompletna zżyna łącząca wszystko co widzieliśmy w Doom Patrolu, Lidze Niezwykłych Dżentelmenów i Hellboyu zarówno od strony fabularnej jak i graficznej i pod każdym względem słabsza od wyżej wspomnianych, spójrzmy prawdzie w oczy jak na komiks bazujący na oryginalności to jest bardzo słabe. Póki co Kboom wydał całość i do jakości wydania nie mam najmniejszych zastrzeżeń. Way coś tam kombinuje podobno z kontynuacją, która może być prequelem (w końcu ktoś mu podpowiedział, że ciężko jest napisać strawną dramę o postaciach które wszyscy mają głęboko gdzieś bo niewiele o nich wiadomo?), ale to już z jakąś współautorką. Patrząc się na to jak szybko jego druga największa seria czyli Doom Patrol została skasowana oraz to, że zdaje się reaktywował My Chemical Romance (wiadomo pieniądze i emocje gwiazdy rocka to chyba nie to samo co w przypadku gwiazdy sceny komiksowej), to chyba jego kariera scenarzysty nie przebiega tak jak sobie wymarzył. Ja już jego komiksami zainteresowany nie jestem. A trochę szkoda jednak, Umbrella Academy ma swój potencjał który mógłby być wykorzystany gdyby Waya wspierał jakiś bardziej doświadczony scenarzysta. Jest potencjał w postaciach, jest potencjał przede wszystkim w wykreowanym świecie w którym nikogo nie dziwi szympans w marynarce zamawiający kawę, jest kilka rewelacyjnych motywów (spotkanie z Bogiem, kapela punkowa Krakena i Vanyi, Vanya zamieniona w żyjące skrzypce i kilka innych) i o ile pierwszy tom jest w miarę obiecujący to autor kompletnie nie wyciąga wniosków ze swoich błędów i bezustannie brnie tą samą drogą, która prowadzi czytelnika absolutnie donikąd. Szkoda serii, która tak bardzo chce być kolejnym Doom Patrolem i tak bardzo jej to nie wychodzi. Ocena 5/10.


4. Zaskoczenie na minus:

  "Indyjska Włóczęga" - Alain Ayroles, Juanjo Guarnido. Chyba trochę padłem ofiarą zachwytów nad tą pozycją. Jakoby kontynuacja jakiejś hiszpańskiej barokowej powieści pikarejskiej, czyli historyczno-przygodowy komiks o perypetiach pewnego łotrzyka w Ameryce Południowej. Umierający na łożu tortur Pablos z Segowii złodziej, oszust i alfons opowiada Alguacialowi urzędnikowi hiszpańskiego króla zajmującego się poborem podatków w Panamie swoje przygody które doprowadziły go do legendarnego Eldorado. Cóż napewno pierwsze czym zwraca uwagę ten tom to rysunki w środku. Piękne, bajecznie szczegółowe, w pewnych składowych realistyczne w innych kojarzące się z animowanym filmem Disneya, przerysowane, a jednocześnie nie stroniące od brutalności. Zwraca uwagę bardzo duży wachlarz scenerii, ale momentami zastanawiałem się czy w niektórych (dżungla dajmy na to) nie przydałoby się nieco bardziej intensywnych kolorów nałożyć. Mimo wszystko to jeden najładniejszych komiksów jakie widziałem w dosyć sporym przedziale czasu. Fabuła podróżniczo-przygodowo-awanturnicza nawiązująca równocześnie do gatunku "heist" łącznie z całym bagażem z jakim ten gatunek zazwyczaj kojarzymy (humor dajmy na to). Bardzo fajnie wygląda podzielenie historii na trzy fragmenty, pierwszej czyli opowiadania Pablosa, drugiej w której dowiadujemy się w których miejscach Pablos mijał się z prawdą (a kilka razy mu się to zdarzyło) i trzeciej jakie były konsekwencje całej tej historii. Co mi nie do końca zagrało? Sama postać głównego bohatera "budząca nieodpartą sympatię" podług tekstu na tylnej okładce, która jakiejkolwiek sympatii we mnie nie wzbudziła. Podobno zaskakująca fabuła, która jeżeli pamiętamy cały czas o gatunku jakoś strasznie zaskakująca nie jest. Ograne do przesady ostatnimi czasy samobiczowanie się autorów w/g których wszyscy Europejczycy to ku...y i złodzieje a wszyscy Murzyni i Indianie są szlachetni, oraz dosyć absurdalne zakończenie. Uwagę zwraca świetne wydanie przez Egmont, bardzo duży format (na oko jakieś 1,5 cm mniej niż Batman Noir) oraz wytłaczana i pozłacana obwoluta (nawet z boku, kto to widział takie dziwactwa zamiast ekskluzywnej płóciennej tasiemki bez żadnego napisu). Żebym nie został źle zrozumiany komiks naprawdę fajny, błyskotliwy, zabawny, wciągający i urzekający wizualnie tyle, że po tych wszystkich zachwytach spodziewałem się jakichś niemalże ezoterycznych doznań a dostałem po prostu komiks dobry. Komiks roku? U mnie nawet nie miesiąca. Ocena 7/10.


  "Royal City" 3 tomy - Jeff Lemire. Tytuł cenionego u nas autora, którego tak patrząc po półkach dosyć sporo tytułów kupiłem a póki co niewiele przeczytałem. Zamieszczone w trzech tomach Royal City to dosyć kameralna powieść obyczajowa o rodzinie Pike mieszkającej w większości w tytułowym robotniczym miasteczku. Mamy więc rodziców, Tarę bizneswoman która chce zrównać fabrykę w której pracuje pół miasteczka aby zamienić je w wypoczynkowy kurort, Patricka jedynego, który wyjechał z miasta - pisarza z dwiema książkami na koncie, z których ta jedna która wyniosła go na szczyt pisarskiego Olimpu jest kradziona, Richiego staczającego się w przepaść alkoholika, narkomana i hazardzistę oraz Tommy'ego który jest martwy. Do tego kilkoro drugoplanowych, ale ważnych bohaterów oraz tego jednego pierwszoplanowego bohatera czyli same Royal City. Fabuła skacze od teraźniejszości do różnych momentów w przeszłości, tłumacząc dokładnie co się stało najmłodszemu członkowi rodziny i co powoduje że postaci zachowują się tak a nie inaczej a wydarzenia będziemy obserwowali z perspektywy wszystkich bohaterów. Rysunki Lemire jakie są każdy widzi, wiem że sporo ludzi za nimi nie przepada i ja też nie jestem fanem, ale muszę przyznać że po pokolorowaniu wyglądają o wiele znośniej niż w czerni i bieli i w sumie pasują do tego snującego się jak dym z komina klimatu więc daję tutaj delikatny plusik.  Cóż więc mam do tego komiksu? Jest całkiem przyzwoity, ale w/g mnie to tak naprawdę kopia Podwodnego Spawacza, to jakby ten sam komiks z zmienionym bohaterem solowym na bohatera kolektywnego czyli Pike'ów. Ten sam melancholijnie senny klimat, te same psychologiczne problemy, te same chrzanienie o tym jak to małe miasteczka przytłaczają ludzi, te same tajemnice z przeszłości determinujące teraźniejszość itd. itp. a to wszystko uatrakcyjniane zwrotami fabularnymi godnymi Ilony Łepkowskiej. Cały czas zachodzę w głowę, dlaczego autor uparł się aby zaskakiwać czytelnika fabularnymi twistami równie niespodziewanymi jak obecność Beaty Kozidrak na którymś tam koncercie Sylwestrowym, na dodatek w kilku przypadkach tak durnymi, że aż śmiesznymi? Cóż nie jest to napewno zły komiks, bo pomimo a może właśnie dzięki swojej telenowelowatości jest całkiem wciągający, a bohaterowie są w całkiem wyraziści  w swej niewyraźności. Dobrze się to czyta i fajnie że autor skopiował również pozytywny wydźwięk zakończenia, ale ja oczekuję od twórców z tak uznaną marką po prostu czegoś więcej. Aha plusik dla Lemire za całkiem spoko gust muzyczny. Ocena 6+/10.


5. Suplement

Można czytać:

  "Predator - Betonowa Dżungla i inne historie" - Mark Verheiden, Ron Randall, Chris Warner. Podobnie jak wcześniejszy screamowy Terminator, bezpośrednia kontynuacja filmu wydana jeszcze przed wejściem na ekrany drugiej części filmu. Głównym bohaterem "Betonowej Dżungli" jest bezimienny detektyw Schaefer (brat Arniego), który wraz z partnerem detektywem Rasche rozwiązując sprawę dziwnych morderstw dosyć szybko wplącze się w międzygwiezdną aferę. W drugim opowiadaniu "Zimna Wojna" obydwaj detektywi trafią na Syberię gdzie wspólnie z rosyjskimi żołnierzami będą musieli odeprzeć atak napastników z gwiazd, w trzeciej "Mroczna Rzeka" Schaef wyruszy do Kolumbii aby odkryć jaki los spotkał jego brata Dutcha. Rysunkowo jest naprawdę nieźle dwa pierwsze albumy dają nam dosyć dokładny wgląd w styl rysowania z lat 80-90 czyli czasów kiedy artyści mieli jednak trochę więcej czasu na narysowanie zeszytu. Trzeci komiks wygląda już nowocześniej, bardziej jak coś z czym mieliśmy do czynienia na początku XXI wieku, za to kolorowiej i nie sądzę żeby to był krok w dobrą stronę. Cóż komiks ma wady i zalety typowe dla produkcji z tego czasu, Schaefer wygląda jak bohater dowolnego akcyjniaka B klasy z obowiązkową fryzurą na "jeża" rzucającym co chwilę czerstwymi one-linerami, z początku jest to nawet fajne, ale z biegiem czasu autor zaczyna z tymi tekścikami przesadzać i to trochę wkurza. Większość postaci jest wiecznie wkurzona i nie wszystkie ich zachowania mają sens. Mimo wszystko komiksowy Predator naprawdę dobra lektura, spodziewałem się prawdę mówiąc czegoś gorszego. Verheidenowi udało się dobrze dobrać proporcje akcji oraz scen gadanych popychających o dziwo sensowną fabułę do przodu. Z minusów dałbym dwie rzeczy, raz Predatorzy fizycznie wydają się zbyt słabi, można iść tutaj z nimi z powodzeniem na wymianę ciosów pięściami (i robi to nie tylko główny bohater), dwa nie uznają tutaj jeszcze zasad fair-play. Komiks może i nie tak dobry jak pierwsze dwie części filmu, ale napewno lepszy niż ich kontynuacje. Nie pamiętam już dokładnie bo czytałem to kiedy wychodziły u nas po raz pierwszy, ale chyba nie ma się czego wstydzić na tle Batman vs Predator i Alien vs Predator, znaczy się dla fanów uniwersum "musisz mieć". Ocena 7/10.

  "Edelweiss" - Yann, Romain Hugault. Pierwszy z przeczytanych przez mnie "lotniczych" komiksów Screamu. Za dzieciaka wielki fan lotnictwa był ze mnie (może nie taki jak mój znajomek co to lata paralotniami i pogina na Microsoft Flight Simulatorze używając joyticka za 2 tysiące) i w sumie do dzisiaj zdarza mi się pograć w War Thunder toteż sporo sobie obiecywałem po tytule. I szczerze mówiąc trochę się zaskoczyłem, w opisach zapowiadany był ultrarealizm, autorzy podobno fanatycy lotnictwa zadbali nawet o właściwe oznaczenia odpowiednich dywizjonów, naszywki na kurtkach i tym podobne sprawy. Nie wiem, być może i tak faktycznie jest, ale fabularnie ten komiks jest bardzo daleki od realizmu. Jakoś tak podświadomie założyłem, że akcja będzie się opierać na rzeczywistych operacjach wojennych z rzeczywistymi postaciami chociażby drugoplanowymi. A tu raczej nic z tych rzeczy, historia przypomina jakąś włoską operę, główny przeciwnik to wariacja Czerwonego Barona a bohater to z pięć razy rozbija się za liniami wroga bez żadnego szwanku. Nieco mieszane odczucia mam co do rysunków, owszem samoloty (ogólnie wszystkie maszyny) wyglądają świetnie oddane z tak wielką pieczołowitością, ale z twarzami (niespecjalnie realistycznie rysowanymi, ale to żaden zarzut) już bywa różnie, raz bardzo dobrze raz raczej średnio, zależnie od kadru. Na dodatek komputerowo nakładane kolory, zwłaszcza w przypadku efektów jak dymy, wystrzały czy ogień wyglądają sztucznie, coś takiego po prostu nie przystoi w komiksie historycznym. Trochę rysowanej erotyki w środku się znajdzie. Na koniec, sama historia jest w sumie naprawdę wciągająca ale raczej z gatunku tych, które jak odkryją swoje wszystkie karty sprawiają, że orzekamy "jasne ku...a napewno", rysunkowo naprawdę ok, ale i tutaj spodziewałem się czegoś więcej. Nic to lotnictwo IWŚ nigdy nie było moim szczególnym konikiem. Czekam na teatr Pacyfiku i pojedynki Warhawk vs Reisen, tym razem na jakiś zadziwiający realizm nastawiać się nie będę. Ocena 7/10.
 
  "Star Wars - Doktor Aphra - Ścigana przez Wszystkich" - Kieron Gillen. Kev Walker. Przygody starwarsowego odpowiednika Indiany Jonesa, czyli doktor Chelli Aphry pani archeolog, oszustki, naciągaczki i złodziejki w jednym. Aphra zmuszona do spłacenia długów, poszukuje pozostałości po Ordu Aspectu czyli sekcie starożytnych Jedi-renegatów którzy szukali nieśmiertelności. Świetny pomysł osadzenia jak comic-relief dwóch droidów 0-0-0 oraz B1T będących klonami C3-PO oraz R2-D2 tylko, że z morderczymi skłonnościami i co więcej możliwościami oraz dodatkowym komicznym efektem z racji tego, że w tym duecie to odpowiednik C3 wydaje się tym bardziej rozsądnym. Rysunki Walkera bardzo w porządku z tą uwagą, że Aphra podobno typu azjatyckiego wygląda tu bardziej jako południowo-amerykańska Indianka. Dobry komiks, może to nie poziom Dark Empire czy serii Ostrandera, ale jest naprawdę, naprawdę przyzwoicie. Ocena 7/10.

  "Star Wars - Cytadela Grozy" - Kieron Gillen, Jason Aaron, Salvador Larocca, Marco Chechetto. Cross-over dwóch serii czyli Star Wars oraz Doktor Aphra. Luke początkujący Jedi poszukuje nauczyciela a Aphra jest w stanie mu takiego znaleźć zabierając go na planetę królowej Ktath'atn, która raz do roku spełnia jedno życzenie. Oczywiście zgodnie ze swoim ufnym charakterem młody Skywalker nie przypuszcza nawet, że Aphra ma co do jego osoby swoje własne plany, lecz nawet ona nie podejrzewa że tajemnica Wrzeszczącej Cytadeli jest o wiele bardziej ponura nawet niż wskazywałaby nazwa. Kolejny dobry komiks ze świata Star Wars tym razem w klimatach horroru, choć oczywiście nie zabraknie i sporej dawki humoru serwowanej przez dwa szalejące droidy. Wadą, to że autorzy chyba przesadzili z ilością atrakcji, wygląda na to że wpakowali w opowiadanie elementy z kilku horrorów naraz. Rysunki nieco lepsze niż wcześniej a przecież tam były już dobre, Doktor tym razem wygląda zgodnie z przynależnością etniczną. Ocena 7/10.

  "Człowiek z Ciguri" - Moebius. Kontynuacja "Garażu Hermetycznego", major Grubert ścigany przez swych wrogów Spera Gossiego i Batmagoo, zagubiony w innym wymiarze poszukuje swojego statku a tropy prowadzą do tajemniczej książki napisanej przez kogoś o pseudonimie Łucznik i wydanej przez wydawnictwo Garaż. W tym samym czasie załoga Ciguri poszukuje swojego kapitana. Jednak mniej mi się spodobało niż poprzednik, fabuła jest bardziej zwięzła oraz o wiele logiczniejsza przez co komiks traci sporo swego zaskakującego czaru. Rysunki to arcymistrzostwo i warto chyba tylko dla nich. Ocena 6+/10.


Można ominąć:

  "Corto Maltese - Młodość" - Hugo Pratt. Najsłabszy póki co album z serii który przeczytałem i właściwie jedyny niezbyt dobry. Historia pierwszego spotkania Corto i Rasputina. Corto praktycznie nie występuje, zastępuje go autentyczna postać Jack London który w dosyć podobny sposób z pogiętym kiepem w ustach wikła się ze stoickim spokojem w kolejne tarapaty i którego przygody są chyba jedynym ciekawym elementem komiksu. Rasputin robi to co zwykle i nic nowego o nim się nie dowiemy, spotkanie dwóch przyjaciół/wrogów raczej blade i niezbyt epickie. Średnio potrzebna część, odradzałbym ale spokojnie daje się to czytać no i w końcu to "Corto Maltese" tym niemniej spory opad poziomu. Ocena 6/10.
« Ostatnia zmiana: Pt, 09 Kwiecień 2021, 16:43:59 wysłana przez SkandalistaLarryFlynt »

Offline ukaszm84

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #333 dnia: Pt, 09 Kwiecień 2021, 18:09:32 »
Mam to samo z Indyjską włóczęgą, zacząłem już myśleć, że jestem jedyny, chyba nawet jeszcze punkcik mniej bym dał.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #334 dnia: Pt, 09 Kwiecień 2021, 20:33:08 »
  Sam widzisz, ta siódemka to za rysunki właściwie rzecz biorąc. Komiks zrobił furorę, nawet na tym forum wygrał tytuł albumu roku. Większości propozycji nie czytałem, z racji tego że jestem ze wszystkim ze trzy lata do tyłu, ale ten komiks ma być lepszy niż Daredevil Millera, The Goon, Doom Patrol czy Szninkiel? Nie żartujmy.

Offline PJP

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #335 dnia: Pt, 09 Kwiecień 2021, 22:20:48 »
Pomijając kwestię gustu liczy się także czytalność i tutaj - moim zdaniem oczywiście - tytuły, które wymieniłeś nie mają nawet startu do Indyjskiej włóczęgi, Szninkiel to w zasadzie miks wszystkiego a Doom Patrol? Proszę, nie żartuj tak okrutnie :> Gwoli wyjaśnienia, czytałem wszystko.
Ale jak już jesteśmy w temacie komiksów roku, byłem nieco rozczarowany Płaszczem i szponami - dłużyzny i momentami nuda. Żeby było śmieszniej ostatnio od pewnego czasu dużą frajdę daje mi Hitman, właśnie wyszła 4. Polecam, nawet jeśli nie lubicie specyficznej maniery lat 90.
« Ostatnia zmiana: Pt, 09 Kwiecień 2021, 22:23:49 wysłana przez PJP »

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #336 dnia: Pt, 09 Kwiecień 2021, 22:48:46 »
  No co mam Tobie powiedzieć? Nie znasz się :)

Offline PJP

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #337 dnia: Pt, 09 Kwiecień 2021, 22:54:25 »
Każdy ma inny próg wrażliwości i gust 8) Musi być też odpowiedni czas. Czytane po latach hity okazują się kitami i na odwrót, doceniamy wcześniej rzucone czy te, które oceniliśmy kiepsko.

Offline Death

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #338 dnia: So, 10 Kwiecień 2021, 09:37:52 »
Indyjska włóczęga to rzadki przykład przemyślanej w każdym szczególe historii, gdzie wszystko do siebie pasuje jak puzzle, gdzie każdy wątek, przedmiot i postać nie są pozostawione w niebycie i w pewnym momencie nabierają znaczenia. A wszystko to cudownie namalowane przez Guarnido. I jeszcze wydano to jako jeden długi frankofoński album w bardzo dużym formacie i nie trzeba się męczyć latami czekając na 3 części po 48 stron. Dzieło. Ja tam w ogóle nie widzę minusów, same plusy i absolutne 10 na 10. To mi się już prawie nigdy nie zdarza żeby komiks tak bardzo mną zawładnął. Najczęściej zdarzało się to ostatnimi laty Bourgeonowi i Corto.

Offline ukaszm84

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #339 dnia: So, 10 Kwiecień 2021, 10:20:49 »
Indyjska włóczęga to rzadki przykład przemyślanej w każdym szczególe historii, gdzie wszystko do siebie pasuje jak puzzle, gdzie każdy wątek, przedmiot i postać nie są pozostawione w niebycie i w pewnym momencie nabierają znaczenia. A wszystko to cudownie namalowane przez Guarnido. I jeszcze wydano to jako jeden długi frankofoński album w bardzo dużym formacie i nie trzeba się męczyć latami czekając na 3 części po 48 stron. Dzieło. Ja tam w ogóle nie widzę minusów, same plusy i absolutne 10 na 10. To mi się już prawie nigdy nie zdarza żeby komiks tak bardzo mną zawładnął. Najczęściej zdarzało się to ostatnimi laty Bourgeonowi i Corto.

Obiektywnie mógłbym się nawet zgodzić, tylko co z tego skoro sama historia mnie zupełnie nie zaangażowała, nawet znudziła a postacie i ich motywacje były dla mnie niewiarygodne. To oczywiście kwestia gustu i tego, czego się szuka w historiach jako takich :)

Offline Negaido

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #340 dnia: Wt, 13 Kwiecień 2021, 08:31:24 »
Obiektywnie mógłbym się nawet zgodzić, tylko co z tego skoro sama historia mnie zupełnie nie zaangażowała, nawet znudziła a postacie i ich motywacje były dla mnie niewiarygodne. To oczywiście kwestia gustu i tego, czego się szuka w historiach jako takich :)
O to to. Mam podobne zdanie. Niby rewelacyjnie wydane, świetnie narysowane, scenariusz dobrze skonstruowany, ale sam bohater nie wzbudził we mnie sympatii. Jego losy były mi całkowicie obojętne. Po lekturze nic nie czułem ;)

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #341 dnia: So, 01 Maj 2021, 10:46:34 »
Po wczorajszych zapowiedziach Egmontu nie ma innej opcji niż znacząco przyspieszyć proces przyswajania kolejnych lektur  8)
 
Kwiecień
 
Skarga Utraconych Ziem. Czarownice-Czarnogłowy t.1 – Jean Dufaux nigdy nie należał do grona wirtuozów pióra pokroju Jeana Van Hamme’a czy Pierre’a Christina. Niemniej sygnowane przezeń fabuły na ogół były łatwo przyswajalne, a oferta szeroka. „Skarga…” uznawana jest za jedną z najbardziej udanych realizacji tego autora i tym samym nie zaskakuje okoliczność kontynuacji tego przedsięwzięcia. Głównym walorem trzeciego już cyklu w ramach tej serii jest jednak jego warstwa plastyczna w wykonaniu Béatrice Tillier. Oczywiście żal przedwcześnie zmarłego Phillipe’a Delaby’ego; niemniej nie sposób też nie docenić starannych i trafnie oddających nastrojowość scenariusza rysunków w wykonaniu wspomnianej artystki.
 
War of the Gods – drobna retrospekcja wydarzenia, które walnie przyczyniło się do zaistnienia mojej fascynacji uniwersum DC. Oczywiście z dzisiejszej perspektywy owa opowieść razić może stylistycznymi archaizmami (tzw. przegadanie, warstwa plastyczna zrealizowana według trendów obecnie rzadko już stosowanych). Dla mnie to jednak żaden kłopot, a nawet istotny walor. Mocna konkluzja znakomitego stażu w ramach miesięcznika „Wonder Woman vol.2” (bo tym faktycznie było niniejsze przedsięwzięcie) współczesnych odbiorców komiksowego medium raczej nie oczaruje. Niemniej tak jak już wyżej wspomniałem z mojej osobistej perspektywy „Wojna bogów” pozostaje zjawiskiem nie do przecenienia.

Bajabongo – realizacja co prawda nie tej klasy co „NeST”; niemniej i tak dobrze było sobie ten tytuł przypomnieć. Choćby z racji starannie wykonanej warstwy plastycznej tego przedsięwzięcia.
 
SP-139-WA zaginął – czegoż tu nie ma! Łobuzerka „ciskająca” się na konstruktywnie usposobionych młodych ludzi, tabor cygański, zawrót głowy na punkcie filatelistyki, a do tego „strugający” się na tzw. zagraniczniaków walucierze… A to tylko część atrakcji upchanych na kartach tej całkiem emocjonującej opowieści.
 
Władcy Chmielu t.6 – miło po latach wrócić do tej w swoim czasie niedokończonej niestety serii. A przyznać trzeba, że Jean Van Hamme zaproponował na tyle wartko rozpisaną sagę rodzinną, że nawet ja, na ogół dystansujący się od fabuł obyczajowych „wsiąkłem” po przysłowiowe kokardki. Do tego pomimo upływu blisko dwóch dekad od momentu gdy po raz pierwszy zetknąłem się z zapisem dziejów belgijskich piwowarów.
 
Superbohaterowie Marvela: Iceman – nigdy nie przekonałem się do tej postaci, a i udział w przedsięwzięciu poświęconym Robertowi Drake’owi m.in. Joe Madureiry i Carlosa Pacheco również mnie szczególnie nie zachęcał. A jednak dzięki temu zbiorkowi miałem sposobność rozpoznać fragment perypetii mutantów Marvela z czasów bardzo mało mi znanych. Do tego na swój sposób interesujących, bo z jednej strony okres największego „boomu” z lat 1990-1995 marka ta miała już za sobą; z drugiej natomiast czasy Granta Morrisona („New X-Men”), Marka Millara („Ultimate X-Men”) i Jossa Whedona („Astonishing X-Men vol.2”) dopiero przed sobą. Ówcześni autorzy oddelegowani do podtrzymywania jej popularności dwoili się zatem i troili nad powierzonym im zadaniem. I nie da się ukryć, że to widać, a sama opowieść, pomimo typowych dla czasów jej zaistnienia mankamentów w kategorii tzw. niezobowiązującego rozrywkowca „na raz” ogólnie się sprawdza. 
 
Calvin i Hobbes t.1 – klasyka z gatunku genialnej i niepodlegającej procesowi „starzenia” się. Co prawda po lekturze tego zbiorku strach nawet myśleć o posiadaniu dzieci. Ci, jednak którzy przeszli już „proces” pomnażania zasobów ludzkich zdają sobie sprawę, że aż tak wybuchowo (na ogół…) nie jest. Dlatego prawdopodobnie jeszcze tylko bardziej się pośmieją.
 
Opowieści Grabarza: Różaniec świętej Apolonii – miło, że autorowi tegoż cyklu w osobie Piotra „Śmiechosława” Wojciechowskiego chce kontynuować się tę inicjatywę i nie da się ukryć, że zarówno w wymiarze plastycznym jak i narracyjnym radzi on sobie coraz sprawniej. „Mitologia” jego okołocmentarnego „uniwersum” ulega ponownemu wzbogaceniu. Szkoda tylko, że zdolny twórca kontentuje się niezbyt oryginalnym obecnie (wszak wszędzie tego pełno) brnięciem w antyklerykalizm. Najważniejsze jednak, że seria „żyje” i konsekwentnie jest rozwijana.
 
Władcy Chmielu t.7 – dalszy ciąg nadspodziewanie  udanej sagi rodzinnej traktującej o belgijskich piwowarach wypada tradycyjnie dla tego przedsięwzięcia udanie. Nic w tym dziwnego skoro za jego „sterami” odnalazł się sam Jean Van Hamme, wirtuoz scenopisarstwa i równocześnie znawca zagadnień handlowych. Aż żal, że opowieść o rodzinie Steenfortów (nawet jeśli nikt spośród uczestników tej odsłony serii nie nosi już tego nazwiska) dobiega swego końca.
 
Dylan Dog: Strefa mroku – crème de la crème klimatu tej serii, a do tego zdecydowanie więcej nieprzecenialnego Groucho niż w poprzednim tomie. Plus udane odniesienia do jednego z kanonicznych klasyków literackiej grozy.
 
Amazing Spider-Man. Epic Collection: Ostatnie łowy Kravena – w trakcie lektury tego puchatego tomiszcza poczułem się jakby znów miała miejsce ta absolutnie fantastyczna jesienio-zima przełomu 1990-1991 r.! Sąsiadeczki Randi i Candi opalające swoje wdzięki na dachu czynszowej kamienicy, wrzaskliwa pani Muggins domagająca się od Petera zaległego czynszu, Mary Jane z „ząbkowaną” grzywką i masa żarcideł ciskanych wraz z kolejnymi ładunkami pajęczyny w kwasiastych supełotrów. A do tego jeszcze niezmiennie rewelacyjne „Ostatnie łowy Kravena”. Właśnie takiego „Przyjaciela z Sąsiedztwa” zawsze uwielbiałem! 

Kapitan Szpic i upiory przeszłości – w odróżnieniu od poprzednich odsłon wspólnej inicjatywy Artura Ruduchy i Daniela Koziarskiego tym razem mamy do czynienia z fabułą najbardziej „odautorską”.  Fanów serii wypada jednak uspokoić: pokaźnej dawki odniesień do klasyki rodzimego komiksu (w tym także „osobiście” samych klasyków) nie zabrakło. Podobnie zresztą jak mnóstwa humoru i wprawnych rysunków tradycyjnie dlań brawurowo poczynającego sobie rysownika.
 
Hitman t.4 – zarówno tytułowy bohater jak i jego twórcy raz jeszcze wykazali się znakomitą formą. Nie zgorzej ponadto wypada reszta całkiem licznej obsady tego obszernego zbioru, w tym zwłaszcza sardonicznie usposobiony Natt Czapa. Ależ by się chciało ujrzeć kinową adaptacje tej serii! Najlepiej z udziałem śp. Zbigniewa Cybulskiego.
 
Superbohaterowie Marvela: Niesławny Iron Man – tzw. cudowne nawrócenia wśród supełotrów uniwersów wszelakich przekonywały mnie co najwyżej incydentalnie (vide Killer Croc w  „Batmanie” nr 6/1993). Tym mniej wiarogodne wydało mi się przejście na tzw. stronę aniołów megalomana tego sortu co Victor Van Doom. Stąd takie też odczucie sceptycyzmu dominowało we mnie w trakcie lektury. Ogólnie jest to fachowa robota, mimo że wyzbyta błyskotliwości wcześniejszych prac odpowiadającego za scenariusz Briana Michaela Bendisa. Nadrabiają jednak rysunki jego dobrego znajomego w osobie Alexa Maleeva z którym dane mu było współrealizować perypetie Daredevila. W fabule brak iskrzenia i pociągającej intrygi choć równocześnie nie sposób mówić o fuszerce. Niemniej mając w pamięci publikowaną już blisko trzy dekady temu serię „Doom 2099” trudno wyzbyć się poczucia, że John Francis Moore (tj. jej scenarzysta) z podjętym przezeń zadaniem poradził sobie znacznie lepiej.
 
Flash: Rok pierwszy – Joshua Williamson zdążył już przyzwyczaić czytelników przygód Flasha do emocjonujących, wartkich i pełnych zwrotów akcji fabuł. Nie inaczej sprawy mają się także w tej rozległej retrospekcji. Nie dość na tym przynajmniej w moim przekonaniu mamy do czynienia z najbardziej udaną odsłoną przypadków Barry’ego w wykonaniu tego scenarzysty. Świetnie spisał się także jej rysownik Howard Porter prezentując oryginalny i skrupulatny styl, którego nie sposób pomylić z żadnym innym. 

Batman: Klątwa Białego Rycerza – kontynuacja dobrze przyjętego „Białego Rycerza” wykazuje te same walory i mankamenty co album rozpoczynający tę interpretację postaci Batmana. Mamy zatem do czynienia z jeszcze jednym przejawem plastycznego talentu Seana Murphy’ego, w moim przekonaniu jednej z najciekawszych indywidualności aktywnych współcześnie w komiksowej branży. Z drugiej natomiast, pomimo ewidentnego rozmachu i niekiedy interesującego przetworzenia motywów zaczerpniętych z głównego nurtu mitologii Mrocznego Rycerza niekiedy trudno opędzić się od poczucia, że na etapie tworzenia zrębów fabuły wspomnianemu przydałoby się jednak odrobinę wsparcia ze strony nieco zdolniejszych odeń scenarzystów. Tempo prowadzenia akcji nie zawsze bowiem jest równe, a i motywacja części postaci jakby kuleje. Niemniej i tak warto. Choćby z racji sugestywnej wizji plastycznej tego przedsięwzięcia.

Offline gloriadeus

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #342 dnia: So, 01 Maj 2021, 21:42:33 »

Ograne do przesady ostatnimi czasy samobiczowanie się autorów w/g których wszyscy Europejczycy to ku...y i złodzieje a wszyscy Murzyni i Indianie są szlachetni.


To oznacza dla mnie dyskfalifikację tego tytułu. Neokomunizm ***********

Offline brvk

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #343 dnia: So, 01 Maj 2021, 23:13:29 »
No to nie przeczytasz dobrego komiksu i nie dowiesz się, czy Skandalista nie przesadził z powyższym stwierdzeniem.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #344 dnia: So, 08 Maj 2021, 14:21:50 »
  Podsumowanie kwietnia. Przyszedł w końcu czas na nadrabianie zaległej kolekcji. Uwaga jak zwykle pojawia się pewne SPOILERY!!!


1. Najlepszy:

  "Czarne Nenufary" - Michel Bussi, Frederic Duval, Didier Cassegrain. Kompletne zaskoczenie w tym miesiącu, tytuł kompletnie mi nieznany, kupiony na podstawie zachęcających opinii i równie zachęcającej ceny zwłaszcza w przypadku tak dużego formatu, adaptacja jakiegoś bestsellerowego francuskiego kryminału. Miasteczko Giverny, miejsce gdzie spędził swoje ostatnie lata oczywiście cały czas pracując Claude Monet zostaje zaskoczone odnalezieniem zwłok miejscowego lekarza. Tenże denat był znanym kolekcjonerem sztuki i jedną z najzamożniejszych person w rzeczonym miasteczku, mimo czego nigdy nie było by go stać na zakup oryginalnego obrazu Moneta, aczkolwiek przy tak często odkrywanych nieznanych dziełach starych mistrzów i biorąc pod uwagę plotki krążące po miejscowości o słynnych i nigdy przez nikogo niewidzianych Czarnych Nenufarach bez problemu można umieścić domniemany fakt wejścia w posiadanie bezcennego dzieła sztuki jako powodu zabójstwa. Sprawy nie ułatwia również fakt, że doktorek był znanym kobieciarzem któremu stan matrymonialny jego kolejnego celu nigdy nie przeszkadzał w miłosnych podbojach więc kandydatów na mordercę znajdzie się sporo. Do sprawy wraz z podległymi mu ludźmi zostanie oddelegowany młody gwiazdorek policji bodajże w Tuluzie inspektor Serenac, który owszem posiada sporo pozytywnych cech, ale z pewnością nie należy do nich skromność czy ogłada przez co momentami wychodzi na zarozumiałego dupka, a jego śledztwo przetnie się z losami trzech mieszkanek Giverny. Małej Fanette przyszłej gwiazdy wszelkich galerii sztuki, Stephanie miejscowej nauczycielki podejrzewanej o bycie kochanką w/w lekarza oraz nieokreślonej z imienia babci - przysłowiowej obserwatorki zza firanki o zdaje się morderczych skłonnościach będącej jednocześnie narratorką. Arcymocnym punktem komiksu (zresztą czyż mogło być inaczej w komiksie kręcącym się wokoło malarstwa?) sa rysunko-malunki Cassegraina, fantastycznie oddany sielski klimat normandzkiego miasteczka, cudownie wymalowane okoliczności przyrody oraz pocieszne budzące natychmiastową sympatię wizerunki postaci zalatujące lekko Disneyem a mimo to doskonale oddające (niemalże) emocje nimi targające. Dwa kamyczki do ogródka, te wcześniejsze "niemalże" oznacza iż artysta przesadza trochę z manierą rysowania jakichś dziwnych pół-uśmiechów oraz to co wspominał jeden z forumowych bywalców chyba nie do końca szczęśliwy dobór papieru przez wydawcę. Po trosze muszę się z tym zgodzić, po trosze ponieważ nie znam sie na technikaliach i nie mam pojęcia czy to akurat wina papieru, ale porównałem tę wersję z tą w internecie i tamta wydaje się może nie tyle ostrzejsza co raczej jaśniejsza i przez to wygląda jednak lepiej, może faktycznie trzeba było użyć kredy? Cóż mogę powiedzieć świetny album, wycyzelowana co do milimetra historia kryminalna połączona z romansem oraz przemyśleniami na temat  straconych szans i nadziei, o więzieniach w złotych klatkach, przemijaniu i wiecznym czekaniu, błędach młodości i o tym że czasami po prostu nie potrafimy się dogadać pomimo tego że bardzo chcemy. I kurde aż zły jestem na siebie, że sam się nie zorientowałem "kto zabił", chociaż pod sam koniec coś mi tam zaczeło świtać, może gdybym lepiej znał historię sztuki to bym się szybciej zorientował? Nie przypuszczam abym uznał "Czarne Nenufary" za komiks roku, ale z pewnością o wiele mu bliżej do tego tytułu niż "Indyjskiej Włóczędze" (chociaż ciężko oczywiście je porównać) za to nie wyobrażam sobie sytuacji w której wypada poza pierwszą dziesiątkę, znakomita robota. Ocena 8/10.

  "Legendy Mrocznego Rycerza" - Tim Sale i inni. Z pewną taką nieśmiałością (jak to mawiała niegdyś pani z reklamy) sięgnąłem po ten zbiorek Batmanów z racji tego, że został na tym forum został dosyć ostro potraktowany przez dwóch użytkowników co to w moim mniemaniu jednak "się na komiksach znają" parafrazując Kazika. Zupełnie niepotrzebne były moje obawy, kompletnie żadnych zarzutów nie rozumiem. W skrócie tom zawiera kolekcję komiksów Batman narysowanych przez Sale'a (pomijając miniserie bądź powieści graficzne typu Długie Halloween), ułożonych w kolejności chronologicznej także możemy zaobserwować rozwój stylu rysownika. Pierwsze opowiadanie "Szaleńcy w więzieniu" napisane przez mojego ukochanego Alana Granta okazało się o dziwo najsłabszym w całym zbiorze, fabuła wydaje się dosyć absurdalna dopóki nie zdamy sobie sprawy z jej komediowego charakteru, nie absolutnie nie jest źle ale nic powyżej poziomu "nieźle". Drugie pt "Ostrza" Jamesa Robinsona umieszczone niegdyś w tm-semicowym Batman Halloween, to te które najbardziej przypadło mi do gustu, grantowskie reminiscencje są tu o wiele mocniej wyczuwalne niż u samego oryginału, czyli czarny charakter którego z pewnością nie możemy nazwać złym a którego na drogę występku sprowadził jeden głupi wybór, jedna przypadkowa tragedia czy jedno pechowe spotkanie prowadzące do kolejnych niewłaściwych posunięć z determinizmem godnym Szekspira. Wielokrotnie używany przez Granta mooreowski motyw "jednego złego dnia" działa dalej doskonale i w tym przypadku, w rękach sprawnego scenarzysty prowadząc do klimatycznej opowieści (przy okazji dowiemy się, że Batman potrafi być nie tylko sentymentalny - chociaż to wiemy od dawna ale i małostkowy). Kolejna nowela "Nieudacznicy" autorstwa po raz kolejny Alana Granta, o dziwo posiada również nieco komediowe zacięcie, chociaż oprawione w bardziej typową dla tytułu kryminalno-sensacyjną powłokę. Do Gotham trafia Chancer zamaskowany łotrzyk obdarzony mocą niewiarygodnego szczęścia, dzięki któremu udaje mu się wymykać nawet Batmanowi, nadnaturalny fart działa doskonale dopóki nie zostanie skaptowany przez gang nieudaczników czyli Killer Motha, Catmana i Calendar-mana, którzy mają dosyć swojej reputacji żałośnie śmiesznych frajerów i postanawiają w Gotham wykręcić numer stulecia czyli porwać burmistrza Krola, komisarza Gordona i Bruce Wayne'a aby zażądać za nich gigantycznego okupu. Nie oszukujmy się przy tak misternym planie nie ma na tej planecie koniczyny z wystarczającą ilością listków aby zapewnić Chancerowi powodzenie. Dwa ostatnie komiksy to shorty "Mroczny Rycerz na randce" śp. Darwyna Cooke'a czyli Bruce kontra Selina w czymś bardziej przypominającym animację niż klasyczny komiks oraz znany z Batmana B&W "Noc po nocy" Kelleya Pucketta, do tego w dodatkach garść okładek które Sale rysował we wszystkich około-batmanowych tytułach. Cóż o rysunkach? W skrócie Tim Sale, z wyjątkiem może dwóch ostatnich szorciaków nie jest jeszcze to ten Sale, którego dobrze znamy, ale i tak czuć od samego początku jego rękę i wyróżniającą się w tłumie stylówę. Polecam, gorąco nic a nic się nie zestarzało, funu dalej co niemiara a "Ostrza" nawet pomimo tego, że Grant czy Milligan potrafili napisać lepsze komiksy na takich samych fundamentach to poziom nieosiągalny dla wirtuozów pióra aktualnie pracujących przy Batmanie. Ocena 8/10.


2. Zaskoczenie na plus:

   "Superbohaterowie Marvela - Profesor X" - Chris Claremont i inni. "Saga o Wyspie Muir" to dosyć zabawne o ile pamiętam że to był jeden z moich ulubionych X-Menów i wiele razy go czytałem a zupełnie o nim zapomniałem, więcej po otwarciu mało co pamiętałem z tego komiksu, nic to przynajmniej zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Shadowking jest jednym z moich ulubionych wrogów X-Men ubawiłem się kolejny raz. Pierwszy zeszyt efekt legendarnej kooperacji Claremonta z Johnem Byrne to historia pierwszego spotkania prof. Xaviera ze Storm oraz Amahlem Faroukiem i jest naprawdę dobra zwłaszcza biorąc pod uwagę, genialnie ukazany moment zwycięstwa Charlesa w psychicznym pojedynku, jednocześnie pierwszy raz w życiu zdałem sobie sprawę z oczywistego faktu, że pomysł aby Ororo była złodziejką był głupi jak but z lewej nogi. Danie główne czyli "Saga...", w skrócie źle się dzieje na Wyspie Muir, wszyscy przebywający tam mieszkańcy zaczynają się dziwnie zachowywać a po jakimś czasie kontakt z nimi zostaje zerwany a jednocześnie cała ludzkość dostaje jakiegoś fioła i zaczynają się ogólnoplanetarne zamieszki, na miejsce w celu "rozpoznania bojem" zostaje wysłana drużyna X-Factor. Za rysunki odpowiada aż czterech rysowników za to operujących podobnym stylem także całość wygląda raczej spójnie (no dobra z wyjątkiem epilogu, który u nas wydany nie był i wygląda raczej dziwnie) wśród nazwisk tacy artyści jak Whilce Portacio czy Andy Kubert a więc rysownicy u nas znani i lubiani, także nie powinien mieć z tym nikt problemu. Wziąć poprawkę należy na to, że ten komiks to dziecko lat 90-tych i to dosyć mocno czuć widać to na rysunkach (pancerze Shield toczka w toczkę niczym armory z Ufo:Enemy Unknown, większość postaci jak mówi to szczerzy zęby chyba aby groźniej wyglądać, faceci chodzą non stop napięci jak przysłowiowe baranie yaya, kobiety wyginają się w jakichś wyuzdanych pozach nawet jak rozmawiają o wczorajszej pogodzie), jak i w pewnych rozwiązaniach fabularnych (Forge trzepiący znikąd wynalazki na każdą okazję niczym MacGyver). Troszeczkę bawiła mnie pewna "hardkorowość" tego tytułu, X-Meni są bardziej krwiożerczy niż zwykle - "Och nie, Shadowking używa Legiona jako swojej fizycznej manifestacji, chyba będziemy musieli go zabić" - "dobra, jedziemy z tym koksem", - "Och nie, Polaris stanowi portal łączący ziemski wymiar z planem astralnym Shadowkinga, kto wie czy nie będziemy musieli jej zabić?" - "cóż, mówi się trudno, jedziemy z tym koksem", "Och nie, ważna szyszka z FBI została opanowana przez Shadowkinga" - tu już nikt nawet nie komentuje oczywistych rzeczy, tylko odrazu jadą z koksem i facet bez gadania dostaje kulę w łeb. No naprawdę trudno się nie uśmiechnąć od czasu. Tak czy owak powrót do przeszłości, okazał się naprawdę udany, jasne komiks ma swoje wady, przede wszystkim w porównaniu do dzisiejszych epopei potrafiących ciągnąć się jak flaki z olejem sprawia wrażenie, że jest zbyt krótki. Zdecydowanie lepsza jest jego część pierwsza, X-men bijący się w kamiennym kręgu niczym zwierzęta, atmosfera narastającego szaleństwa na świecie, potyczki zwłaszcza słowne pomiędzy powoli opanowywanymi umsyłowo mutantami którzy cały czas zachowują swoje wspomnienia a także głęboko skryte animozje, ale wyzwalane jest w nich wszystko to co najgorsze, quasi-erotyczna scena pod prysznicem z Rogue i widmem Shadowkinga to robi wrażenie do dzisiaj, szkoda że druga część sagi zamieniona jest w standardową nawalankę (zgodnie z duchem czasów z udziałem karabinów których kaliber to jakieś 90 mm.), zbyt szybką i zbyt gładką. Tym niemniej zdecydowanie polecam. 7/10.


3. Najgorszy przeczytany:

  "Superbohaterowie Marvela - Union Jack" - Ben Raab, John Cassaday, Christos N. Gage, Mark Perkins. Kolejny tom w kolekcji podzielony na mniej więcej dwie równe części. I Union Jack czyli kolejny superbohater pochodzący ze stolicy Commonwealthu, w przeciwieństwie do Kapitana Brytanii nie powiązany z żadnymi szlachetnymi legendami tylko krew z krwi potomek prawdziwego liverpoolskiego czerwonego jak krew robotnicza dokera (co czasami do przesady jest podkreślane), czy może być coś bardziej angielskiego? Pewnie może, ale niewiele będzie to rzeczy. Pierwsza część nawiązuje to starej historii z Baronem Blood oraz mitów arturiańskich oraz św. Graala (czyli jednak) a autor wpakował tam chyba wszystko co wiedział na temat wampirów. Poważnie mamy przegląd chyba każdego motywu z tej dziedziny, problem w tym że nie składa się to w jakąś sensowną całość. Historia jest strasznie rwana, bohater rozmawia sobie z kimś w parku by nagle bić się w jakiejś katedrze do której dotarł nie wiadomo po co i kiedy bo o zupełnie innej porze. Miałem też spore kłopoty z rozróżnianiem postaci, strasznie dziwnie jest to napisane aczkolwiek nie można komiksowi odmówić sporej ilości gęstego, nieco kiczowatego klimatu, podkręcanego zwłaszcza przez rysunki Cassadaya. Nie ukrywam bardzo lubię tego rysownika i tutaj jego styl dobrze pasuje, spora ilość zabawy światłocieniem, zmęczone trupioblade twarze, wytrzeszczone oczy, dobrze rozrysowane sceny akcji stanowią spory plus do tej pół na pół udanej i nieudanej jednocześnie historii. Część druga, jak jest napisane w przedmowie powstała na fali popularności Zimowego Żołnierza czemu oczywiście nie da się zaprzeczyć z racji szpiegowsko-sensacyjnego kierunku. Osią fabularną jest zdobycie przez MI5 informacji o planowanych zamachach na Londyn, jako że poważni superbohaterowie jak zwykle są niedostępni zadanie uratowania miasta i tysięcy żyć dostaje Union Jack, który do pomocy dostaje grupkę bohaterów których wszyscy mają gdzieś jeszcze bardziej niż jego samego. I tu Gage jako scenarzysta przewraca się po raz pierwszy. Zamachów mają dokonać trzecioligowi najemnicy w rodzaju Shockwave'a, Boomeranga czy Jacka Latarenki i spójrzmy na to chłodnym okiem to nie ma sensu. Nie ma takiego najemnika na tej planecie który poszedł by na masowe mordownie setek ludzi na oczach niewątpliwie milionów widzów, to automatyczny wyrok śmierci na każdej szerokości geograficznej, to nagroda za twoją głowę tak wielka że wcześniej czy później (w przypadku najemnika to pewnie natychmiast) ktoś i tak cię sprzeda a także przesłuchania dla bliskich tobie osób w katowniach pokroju Klewek. Jest tam więcej takich pomysłów autor postanawia zagęścić akcję i jednocześnie pogłębić fabułę poprzez konflikt pomiędzy izraelską agentką Sabrą a Navidem - Arabskim Rycerzem którego mieliśmy już nieszczęście poznać. Otóż, w którymś tam momencie Rycerz wyskoczy z tekstem o tym, czy zamiast nie wygłupiać się jako agentka nie powinna przyjąć uświęconej roli żony i matki jaką przykazał jej Bóg. No nie wiem facet jest superbohaterem i jednocześnie tajnym agentem wydawało by się, że do takiej roli wybiera się ludzi o mentalności jednak odmiennej niż wieśniak z lepianki z wielbłądziego łajna, a nawet skoro gość jest tak wielkim tradycjonalistą to będzie potrafił zatrzymać dla siebie przekonanie że miejsce kobiety w rodzinie jest tuż za wielbłądem ale jednak przed psem. Na szczęście Sabra nie pozostaje mu dłużna i wyznaje że była matką ale jej dzieci zostały wysadzone w autobusie z wycieczką szkolną (pytanie za 100 punktów, kto tam częściej zajmuje się wysadzaniem autobusów z dziećmi, nie wątpię że autor i jego amerykański czytelnik nie mają wątpliwości). Do tego mamy takie kwiatki jak po raz kolejny Arabski Rycerz który okazuje się ognio- i kuloodporny bo jak twierdzi swoją kamizelkę Aladyna uszył w rozprutego latającego dywanu (pomysł jest fajny ale na litość boską w jakimś pastiszu a nie w 'realistycznej" opowieści sensacyjnej), oraz to że centralnym punktem ataku terrorystycznego będzie zmontowanie 10 metrowego robota z adamantium na środku Piccadilly, no fajnie jako komiks akcji się sprawdza w sumie ale jako realistyczny komiks akcji absolutnie nie. Rysunki w standardzie i na dobrym poziomie. Trochę szkoda, tom miał pewne widoki, bohater całkiem sympatyczny, ale średniej klasy bądź średnio doświadczeni scenarzyści uwalili trochę temat. Ocena 5/10.


4. Zaskoczenie na minus:

  "Superbohaterowie Marvela - New Mutants" - Chris Claremont, Bill Sienkiewicz. Pierwsza część to debiut trzeciej z kolei generacji X-Men czyli New Mutants stworzony przez Claremonta i Boba McLeoda. Czyta się nawet fajnie (chociaż stawiam piwo, temu kto mi wytłumaczy o co chodzi w scenie z policjantami bijącymi w hotelu Moirę), natomiast zastanawia kompletna archaiczność tego komiksu. W latach 80-tych gdy komiks superbohaterski dokonał skoku jakiego nie zrobił nigdy wcześniej i nigdy później, artysta taki jak Claremont wyskakuje z typową kopią drużynowych originów Stana Lee sprzed 20 lat na dodatek w równie przestarzałej i kompletnie nieatrakcyjnej formie graficznej. Nieważne i tak wiadomo, że główne danie to Demon Bear Saga. I cóż mogę powiedzieć? No zawód, ten komiks to zwykła nawalanka z tajemniczym niedźwiedziem jakich w gatunku wiele, momentami scenarzyście udaje się uzyskać nastrój horroru (zamknięty szpital, śnieżyca, brak prądu te klimaty), ale jest tego zdecydowanie zbyt mało i szybko zostaje przesłonięte kolejnymi wystrzałami laserów na kolejnym planie astralnym, zakończenie i wyjaśnienie tajemnicy demonicznego niedźwiedzia to kompletny absurd. Nie wiem może dla amerykańskiego czytelnika wkręconego w komiksonowelę i czekającego z wypiekami na twarzy na kolejny odcinek to był jakiś efekt wow, ale na mnie czytelniku w zgoła innej sytuacji wywołało to efekt w postaci "Co? Przecież to jakaś bzdura, a wogóle co mnie to gó...o obchodzi?". Zdecydowanie na tym tle wypada ostatni zeszyt z poznaniem i włączeniem do drużyny technoorganicznego Warlocka w którym członkowie New Mutants robią zapoznawczą imprezę dla znajomych i sąsiadów z okolicy. Obserwowanie ich relacji z normalną młodzieżą, "docieranie" się między sobą oraz bezcenna mina "ku...a to przecież nie może być moja chata" po powrocie na drugi dzień prof. Xaviera to mocne atuty tego komiksu, szkoda że to tylko zeszyt. Nie oszukujmy się, w/g mnie uznanie jakim podobno cieszy się ten komiks wynika tylko i wyłącznie z rysunków Sienkiewicza w przypadku mniej charakterystycznego rysownika powątpiewam aby ktokolwiek wśród ogromu przeróżnych x-menowych zeszytów pamiętał akurat tę historię. Natomiast jest jak jest i to akurat Bill dostał to w swoje ręce i co ja mogę dopowiedzieć w tym temacie? Każdy zainteresowany wie jak rysunki tego pana wyglądają, ja osobiście nigdy go nie uważałem za równego rysownika, po prostu brzydkie kadry bez problemu mogą koegzystować z po prostu cudownymi koło siebie. Tyle, że w przypadku akurat jego te mniej udane natychmiast wylatują mi z pamięci a te świetne zostają na bardzo długo. Co jeszcze ode mnie Sienkiewicz chyba lubi blondynki, kadry na których występują Amara Aquilla i zwłaszcza Illyana z reguły są najbardziej udanymi (no dobra Warlock i sam Niedźwiedź też wyglądają czadowo). Warto, ale raczej dla samych rysunków, chociaż muszę przyznać, że Claremontowi udało się nakreślić fajne, żywe postaci nie będące jednocześnie kopiami swoich poprzedników. Ocena 6+/10.


5. Suplement

Należy czytać:

  "Luc Orient tom 2" - Greg, Eddy Paape. Pierwszy tom uznałem za udany aczkolwiek dwie pierwsze opowieści średnio przypadły mi do gustu, za to dwie kolejne spodobały mi się. Obecność serii na półce uzależniłem od jakości tomu drugiego i tego czy bliższy będzie pierwszej połowie swojego poprzednika czy drugiej. Na szczęście nie musiałem komiksu wystawiać na sprzedaż, drugi tom wskazuje wyraźną tendencję zwyżkową. Pierwszy album to kontynuacja i jednocześnie zakończenie historii z Terrango, drugi to dosyć splapstickowa historia pewnego eksperymentu, trzeci to historia pewnego meteorytu który spadł na zapomnianą górską wieś, czwarty tyczy się niezwykłych niemowląt. Na uwagę zasługuje szerokie spektrum zainteresowań i umiejętności pisarskich scenarzysty, każda z historii ma kompletnie odmienny klimat pierwszy album to znane z poprzedniego tomu sci-fi w stylu Flasha Gordona, drugi komediowy sensacyjniak, trzeci kryminało-horror oraz czwarty mój ulubiony "Legion Przeklętych Aniołów" to coś w stylu przez jednych uwielbianego przez innych znienawidzonego "W Tajnej Służbie Jej Królewskiej Mości". Rysunki Paape identycznie jak scenariusze Grega rosną w siłę z albumu na album a przecież już wcześniej były conajmniej dobre. Jedyne czego mogę się czepić, to zbytnie skondensowanie ostatniego albumu, historia aż się prosi o rozpisanie jej na dwa komiksy. Dla fanów klasyki pozycja obowiązkowa, dla tych co mają alergię raczej nie do polecania, dla tych niezdecydowanych raczej bym polecał, warto chociażby dla samych rysunków i migawek z przeszłości w której panna Lora co chwilę wymaga ratunku, co chwilę wyskakuje z tekstem "ojej, to ja już zupełnie nic nie rozumiem", albo usłużnie biegnącej z zapalniczką aby odpalić którejś z męskich postaci papierosa (ogólnie wszyscy jarają tam na potęgę, fajki były chyba jeszcze zdrowe), która jednak na szczęście dla równowagi uratuje od czasu do czasu sytuację. Ocena 7+/10. 


Można czytać:

 "Conan tom 71 - Mroczni Jeźdźcy Śmierci" - autorzy różni. Tom podzielony pomiędzy 3 historie. Pierwsza to kolaboracja Conana z innym howardowskim bohaterem Solomonem Kanem, druga to dosyć abstrakcyjna "Wilkołaczka" w którym Conan zamieniony w ludzką bestię zagryza ludzi żywcem, trzecia dokończenie opowiadania z Kozakami z jednego z wcześniejszych tomów. Czuć zdecydowanie zmierzch serii, autorzy już chyba byli zmęczeni o ile graficznie wciąż jest conajmniej dobrze o tyle fabularnie jest coraz słabiej. Ocena 6+/10.

 "Conan tom 72 - Mieszkańcy Wieży Trwogi" - autorzy różni. Przedłużająca się agonia serii. Cztery pierwsze historie do kompletnego zapomnienia tematy przemielone już na milion sposobów i to w zdecydowanie atrakcyjniejszych formach. Zdecydowanie na plus wyróżnia się ostatnie opowiadanie "Mieszkający pod Grobowcami", niezbyt piękne ale z pewnością interesujące z wyglądu i w pewnym sensie kopiujące założenia loveraftowskiej "Przyczajonej Grozy". Ocena 6+/10.
 
 "Superbohaterowie Marvela - Spider-Man 2099" - Peter David, Rick Leonardi, Will Sliney. Tom podzielony na dwie mniej więcej równe części - przygody Człowieka-Pająka z przyszłości, Miguela O'Hary który stanowi dosyć przewrotne przeciwieństwo Petera Parkera. Zamiast wiecznego pechowca mamy raczej szczęściarza, nieco arogancką gwiazdę naukowego działu korporacji Alchemax, mieszkającą w wypasionym lofcie na szczycie wieży razem z kochającą dziewczyną na szczęście z tym podobieństwem do Petera, że jego kompas moralny również ustawiony jest w dobrym kierunku. Dalej wypadek w laboratorium genetycznym i nabycie mocy Pająka, reszta jest historią. Rysunki całkiem w porządku, na czele z rewelacyjnym pomysłem na Lylę szałową SI będącą jednocześnie cyfrową pocieszycielką Miguela wizualnie będącą skrzyżowaniem Marilyn Monroe, Gwen Stacy i Betty Brant. Część druga to początek serii z Marvel Now komiks o Pająku przeniesionym do teraźniejszości raczej ustanawiający fundamenty pod cały tytuł niż posiadający jakąś super-fabułę, rysunki niestety takie sobie, typowy nowożytny, bezpłciowy Marvel. Całość z pewnością nie należy do najlepszych tomów w kolekcji, nie jest to nic po czym bym uznał, że koniecznie muszę poznać inne przygody Spider-Mana z roku 2099, ale jako jeden strzał jak najbardziej. Ocena 6+/10.

 "Superbohaterowie Marvela" - New Warriors" - Tom DeFalco, Ron Frenz. Pierwszy zeszyt z originem grupy u nas już kiedyś w Mega Marvelu, kolejne to dalsza część regularnej serii uzupełniona o pierwsze pojawianie się grupy w serii Thor. Przyjemna bajeczka o nowej supergrupie młodocianych bohaterów ze stajni Marvela ze wszelkimi wadami i zaletami związanymi z datą ich wydania (Cannonball z tą koszmarną fryzurą i w katanie z naszywką Poison - szczyt, szczytów bezguścia). Najlepsza historyjka z Juggernautem, w którym okazuje się on nie jakimś przerażającym czarnym charakterem, tylko po prostu facetem który idzie i nic go nie powstrzyma na dodatek niepozbawionym pewnej dozy ciętego dowcipu, najsłabsza ta z wietnamskim rodzeństwem. Jak ktoś nie lubi komiksów z tamtego okresu to nie polecam bo ten tom z pewnością nie zmieni jego zdania, ale jak ktoś lubi superhero z przełomu lat 80tych i 90tych to jak najbardziej bo to całkiem sympatyczne czytadełko. Ocena 6/10.

  "Deadpool się Żeni" - autorzy różni. Wbrew tytułowi i moim oczekiwaniom samo wesele to tak naprawdę tylko kilka pierwszych stron, dalej dostaniemy antologię krótkich historyjek przedstawiających wszystkie wcześniejsze śluby lub "śluby" Deadpoola. Jak w to przypadku antologii poziom różny, ale paradoksalnie, ci autorzy na których liczyłem najbardziej napisali najsłabsze fragmenty. Dalej mamy komiks z podróżą poślubną w Tokio (jest kilka fajnych gagów czy nawiązań ale całość raczej niespecjalnie porywająca), nowelę stylizacją po raz kolejny nawiązującą do klasycznych tytułów Timely Comics przedstawiającą nam prawdziwy los jaki spotkał Adolfa Hitlera (zdecydowanie najmocniejszy punkt albumu), oraz ostatni komiks o tym co Deadpoolowi siedzi w głowie (fajne rysunki i niespecjalnie interesująca treść). Komiks przyzwoity, ale póki co najsłabszy w serii z wyjątkiem kilku historyjek i opowiadania z Hitlerem poziom raczej średni aczkolwiek pod względem rysunków cały czas wysoki poziom (całe szczęście akurat w tym komiksie "przeseksualizowania" nie brak, jest w sporej ilości i ze względu na dosyć frywolną jak na Marvel treść pasuje jak najbardziej). Ocena 6/10.