Autor Wątek: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi  (Przeczytany 55002 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Piterrini

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #315 dnia: Pn, 15 Luty 2021, 23:38:55 »
No tak myślałem że to on, ale musiałem mieć chociażby złudne potwierdzenie ;) Skonfundowała mnie ta sekwencja jak czytałem, człowiek potrafi zrobić charakteryzację taką, że nikt go nie pozna, a zdecydował się jeszcze do tego zmienić rasę... No dziwne.

Z kolorami w "Kryzysie bohaterów" - podziwiam pracę włożoną w taki pozornie nieistotny komiks, u nas został przyjęty średnio, tak samo wcześniej w Stanach. Może intencje były inne, ale ewidentnie nie jest to historia stojąca obok "Nowej granicy" i innych regularnie wznawianych pozycji. Jak pisałem, nie czytałem, ale ewidentnie jest to event w założeniu znaczący dla ciągłości rozwijanego uniwersum, generalnie w takich pozycjach liczy się budowanie/rozwijanie postaci/świata, nie wartość artystyczna. Stąd inne podejście to same plusy.
Co do samych kolorów, bazując na dodatkach dotyczących trzech "rozkładówek" widać jaką pracę wykonał kolorysta, gdzie plansze wynikowe robią wrażenie dzięki właśnie kolorom nałożonym (nawet nie nałożonym, a "wykonanym") wg wskazówek rysownika. Do tego ogólna paleta barw w komiksie wydaje się być przemyślana od początku (co przecież nie jest standardem). Solidna pozycja pod względem graficznym, szczególnie na tle wielu innych współczesnych pozycji superhero. Celem zobrazowania dla czytających wątek:

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #316 dnia: Wt, 16 Luty 2021, 17:02:25 »
Aaaaaa, myślałem że coś ukrytego jest gdzieś. Np, obracasz komiks do góry nogami a tam pojawia się słowo Szatan.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #317 dnia: Nd, 28 Luty 2021, 22:00:58 »
W upływającym miesiącu książki wygrały z komiksami i w konsekwencji tych drugich wyszło mniej niż przy poprzednich okazjach:

Luty
 
Hitman t.2 – jaja jak berety! A przynajmniej mi ów pastisz superbohaterskiej konwencji bardzo podchodzi. Znać co prawda, że tzw. opieka redakcyjna pilnie czuwała nad powściągnięciem twórczego temperamentu Gartha Ennisa. Wyszło to jednak na dobre, bo równolegle rozpisywany przezeń „Kaznodzieja” dostarczył obrazoburczych treści w wystarczającym natężeniu. Tym sposobem otrzymaliśmy możliwość „ciśnięcia okiem” na uniwersum DC od nieco innej, bliższej jajcarskim realizacjom Keitha Giffena strony. Do tego świetny występ Demona Etrigana. Chcę więcej! 
 
Star Wars Komiks Kolekcja t.69 – gwiezdnowojenna starożytność przypadła mi do gustu już w czasach gdy Egmont zaprezentował „Złoty Wiek Sithów” oraz „Upadek imperium Sithów”. Z tym większą ochotą rozpoznałem kolejną opowieść osadzoną tysiące lat przed zmaganiami rebeliantów z imperium Palpatine’a. Opowieść o zgłębianiu ciemnej strony mocy m.in. przez cenionego w fandomie Exar Kuna to solidnie rozpisana fabuła acz z potencjałem na więcej. Podobnie w warstwie plastycznej znać sprawność zaangażowanych plastyków choć także prawdopodobnie towarzyszącą procesowi twórczemu presję czasu. Ogólnie jednak chętnie sięgnę po następny tom. 

Opowieści Grabarza: Serce – mimo że niniejsza produkcja liczy sobie ledwie osiem plansz zdecydowałem się nie pomijać jej w tym podsumowaniu. Choćby z tego względu, że mam sporo sympatii dla tego przedsięwzięcia i od pierwszego zbiorku liczę na coraz więcej. Stąd choćby tylko ów de facto produkt promujący to miłe pokrzepienie przy okazji oczekiwania na trzecią odsłonę tej serii.
 
Rork księga 1 – opus magnum Andreasa Martensa to nie tylko stricte komiksowa produkcja. To nade wszystko pełne rozmachu i błyskotliwych konceptów zjawisko artystyczne. Niezbywalny element komiksowego kanonu i bez cienia wątpliwości „musiszmieć”. Znakomita realizacja.
 
Zagor: Zasadzka
– w moim przekonaniu jeszcze jednak klasyka włoskiej „palpy” nadal w pełni się sprawdza. Pech w tym, że jako osobnik w bardzo wczesnej młodości zaczytujący się w opowieściach umiejscowionych na Dzikim Zachodzie mogę aż nazbyt niniejszą propozycje wydawniczą idealizować. Niemniej w moim przekonaniu i tak warto ów temat co najmniej „nadgryźć” mimo, że „Blueberry” czy „Durango” to to nie jest.
 
DCeased: Niezniszczalni
– początek tej opowieści był mocno obiecujący; rozwój fabuły również. Z czasem jednak zrobiło się aż nazbyt słodko-pierdząco w stylu filmowej „solówki” z osobliwie urokliwą panną Quinzel. Niemniej i tak warto. Choćby ze względu na rysunki Karla Mosterta, któremu najwyraźniej zamarzyło się naśladownictwo Franka Quitely’ego i wyszło mu to całkiem wdzięcznie.

Buddy Longway księga 1
– klasyka z gatunku takiej, której nigdy za wiele. Co więcej z racji uniwersalnych treści ów zbiór opowieści w znakomitej większości nic się nie zestarzał dzięki czemu okazać się może gratką nie tylko dla wielbicieli westernów. Także z racji brawurowo (i nastrojowo zarazem) rozrysowanej warstwy plastycznej.

Star Wars Komiks Kolekcja t.70
– udana konkluzja poczynań Exar Kuna i jego zwolenników. Raz jeszcze okazało się, że koncept wytworzenia w ramach „gwiezdnowojennego” uniwersum swoistej starożytności tej przestrzeni przedstawionej był jedną z najbardziej udanych (obok m.in. obu mini-serii „Mroczne Imperium” i tzw. trylogii Thrawna) inicjatyw w dziejach tej marki.
 
Superbohaterowie Marvela t.109: Storm
– powrót do klasyki zawsze mile widziany i z tym większą ochotą odświeżyłem sobie pamiętną opowieść o bliskiej relacji tytułowej bohaterki tego tomu z mutantem znanym jako Forge. Do tego w zdecydowanie lepszej jakości poligraficznej niż miało to miejsce w liczącej sobie już blisko trzy dekady edycji TM-Semic. Po drugiej z zawartych tu opowieści spodziewałem się typowego dla Marvela XXI w. tzw. produkcyjniaka, którego treść zapomina się niemal w chwilę po lekturze. Dzieło wybitne to co prawda nie jest, ale też krzywdzącym byłoby uznać owo przedsięwzięcie za niewarte uwagi. Tym bardziej, że całkiem sporo się w nim dzieje, a i obecność jednego z najciekawszych (w moim rzecz jasna przekonaniu) adwersarzy mutanckiej społeczności robi swoje.
 
Smerfy i Wioska Dziewczyn t.4 – kolejna udana przygodówka w ramach poszerzania niezmiennie cenionej marki. Do tego z nienachalnie „wmontowanym” przesłaniem z gatunku uniwersalnych.
 

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #318 dnia: So, 06 Marzec 2021, 12:02:00 »
  Podsumowanie lutego. W tym miesiącu lekka zmiana formuły, kończyłem czytać zakupione komiksy z kolekcji Transformers i nie bardzo dało się je rozrzucić po różnych podpunktach. Uwaga jak zwykle pojawia się pewne SPOILERY!!!


1. Najlepszy:

  "Paper Girls tomy 1-6" - Brian K.Vaughan, Eric Cheng. Cóż mogę powiedzieć, jestem po prostu oczarowany tym komiksem. Troszeczkę oszukiwany, bo jak pamiętam początkowe recenzje mówiły o Stephenie Kingu (fakt czuć tu dosyć silnie emanacje "Stań przy Mnie", ale tylko na pewnym poziomie), czy klimacie lat 80-tych (owszem jest sporo nawiązań często na zasadzie dowcipów, ale to nie to stanowi clou programu, zresztą na szczęście). Komiks to połączenie dosyć hardkorowego s-f z Kinem Nowej Przygody (no dobra to kolejny element z lat 80-tych, może jednak nikt mnie nie oszukiwał), opowiadającego w gruncie rzeczy o dorastaniu nastoletnich dziewcząt (ktoś mógłby się nawet pokusić o stwierdzenie, że cała powieść jest dosyć metaforyczna). Akcja rozpoczyna się w roku 1988, trzy gazeciarki ratują z opałów czwartą właśnie rozpoczynającą pracę i nie zdążą nacieszyć się nową znajomością gdy wplączą się w wir wydarzeń rodem ze Strefy Mroku (na samym początku), który wyrzuci ich w podróż w czasie. Nie przedłużając przejdźmy do meritum mocna strona tej historii jest tutaj jednocześnie jej stroną słabą. Fabuła jest rozbuchana do granic przyzwoitości są klony, starsze bądź młodsze wersje bohaterek z innych czasów, potwory z innych wymiarów, wielkie roboty, małe roboty, gigantyczne roboty, dinozaury, dziwne wizje, zmutowani wojownicy ninja, latające motocykle, jaskiniowcy, gargantuiczne monstra rodem z Godzilli i wiele wiele innych rzeczy naraz i to wszystko w sumie o dziwo działa. Czyta się to bardzo płynnie i trzyma cały czas w napięciu z powodu tego, że w żaden sposób nie da się przewidzieć jakim torem pojedzie dalej fabuła (momentami miałem skojarzenia z "Garażem Heremtycznym" Moebiusa), tyle że to wszystko trochę zbyt intensywne jest. Za dużo, za szybko, czasami jest to trochę męczące, cierpią na tym trochę bohaterki które najlepiej wyglądają jak są wszystkie cztery razem i mają sposobność rozwinąć trochę relacje pomiędzy sobą a takich momentów jest naprawdę niewiele co chwila coś lub ktoś, którąś porywa i wyrzuca gdzieś indziej na linii czasu a reszta musi jej szukać jednocześnie cały czas goniąc rok 88. Chwilami łapałem się na stwierdzeniu, że najlepszym zwrotem fabularnym byłby brak jakiegokolwiek zwrotu fabularnego chociaż przez 10 stron. Jeszcze jakieś wady? Tak komiks jest lewacki do bólu, z każdej strony na którą by się na niego nie spojrzało, cokolwiek, ktokolwiek rozumie pod pojęciem lewackie prawie napewno wcześniej czy później w fabule się pojawi (tematu aborcji zdaje się nie było). A tak naprawdę żartuje, osobiście raczej tego słowa nie używam, komiks niesie treści jakie niesie, ale są one tak wdzięcznie i naturalnie przedstawione że doprawdy trudno nie kibicować. Rażą momentami truizmy połączone z tanią filozofią w stylu "Czas nie ma znaczenia" (poważnie dziecku w takiej sytuacji a nie innej?), no i jednak trochę wiek bohaterek (12 lat, wyglądają i zachowują się doroślej, biorąc pod uwagę perypetie dziewczyn powinien im Vaughan jednak coś dodać). Sporo "naukowego" mambo-jambo i pokręcona fabuła przy której w pewnym momencie przestałem się zastanawiać kto jest kto, czy nie powoduje to paradoksów i czy wogóle ma sens. Sporo osób narzeka na zakończenie, fakt jeżeli trzeba by zilustrować obrazkiem pojęcie Deus Ex Machina, można by użyć okładki szóstego tomu, ale mi szczerze mówiąc się podobało, chociaż wolałbym aby było bardziej jednoznaczne.  Tak jak pod względem literackim oceniam albumy na dobrze z plusem tak pod względem graficznym daję celujący, rysunki są wprost absurdalnie fantastyczne, dawno już z tak wielką przyjemnością nie oglądałem żadnego albumu (bardziej mi się podobało niż zachwalane przeze mnie jakiś czas temu Opowieści z Czasów Kobry), nieco kreskówkowy styl z okazjonalnymi przejściami najczęściej w czasie chwilowego uspokojenia na jeszcze bardziej uproszczoną karykaturalną kreskę (kropki zamiast oczu wychodzą naprawdę pociesznie), bardzo fajne projekty właściwie wszystkiego no i przede wszystkim piękne kolory nałożone przez Matta Wilsona, zgodnie z oczekiwaniami od lat 80-tych w sporej części różowe bądź fioletowe ale w żadnym wypadku zarówiasto-neonowe a spokojnie-stonowanie-pastelowe, kojące i jednocześnie cieszące wzrok. Naprawdę nie pamiętam komiksu w którym bym tak często wracał do kadrów które widziałem już wcześniej. Do wydania NSC absolutnie się nie czepiam, ta guma czy co to tam jest bardzo przyjemna w dotyku (komiksy leżały dotychczas nieruszane w jednym miejscu więc wszystko z nimi w porządku), jakość druku więcej niż zadowalająca, teksty brzmią zupełnie naturalnie na dodatek zdaje się uniknęły cenzury, wolałbym chyba jednak jakąś zbiorówkę w powiększonym formacie. Tak podsumowując seria po rozłożeniu na czynniki pierwsze naprawdę niepozbawiona wad, ale w całości to fantastyczna, momentami brutalna a i bywa wulgarna słodko-gorzka (bardziej gorzka) opowieść o konflikcie pokoleń i dorastaniu. Mnie kupiono w zupełności i przekładając ostatnią stronę odrazu poczułem że już tęsknię za pyskatą MacKenzie, inteligentną Erin, ułożoną Tiffany i najspokojniejszą i jednocześnie najbardziej bojową KJ, gazeciarkami z przedmieść Cleveland w Ohio, które skradły mi serce. Energetycznie, świeżo a jednocześnie nostalgiczno-sentymentalnie, emocjonująco i poruszająco (mimo że często tanimi chwytami) nawet dla takiego starego cynika jak ja (naprawdę tak jak wszystkie komiksy czytam po tomie na przemian, tak tutaj łykałem naraz po dwa). A przede wszystkim zachwycająco wizualnie. Ocena 8+/10.



2. Zaskoczenie na plus:

  "Ptaki Nocy - Morderstwa i Tajemnice" - Gail Simone, Ed Benes i inni. Ot taki tom wydany niby pod film (bez Harley Quinn, niby jaki fan filmów miał to kupić, a ten co nieświadomy jednak kupił mógł się nieźle wkurzyć) i który pomimo naprawdę przyzwoitych opinii w "zagranicznych internetach" przeszedł na na naszym rynku raczej bez echa, kupiony przeze mnie bardziej z ciekawości co do dosyć egzotycznego u nas tytułu niż z rzeczywistej chęci czytania i z zamiarem późniejszej sprzedaży. No i mamy kolejne pozytywne zaskoczenie, Birds of Prey to naprawdę przyzwoity tytuł. Początek serii pisanej przez Simone, rozkręca się dosyć powoli wrogiem dwójki (narazie) bohaterek czyli Barbary - Oracle i Czarnego Kanarka jest Savant wyglądający niczym model (taki bardziej z lat 80-90) obdarzony swoistym geniuszem, niedoszły superbohater, który po burze od Batmana przeszedł na stronę zła oraz jego pomagier, z wyglądu jeszcze większy troglodyta (wrażenie mylne) z którym łączą go do nie do końca jasne stosunki. Same początki nie są zachwycające, pierwszy story-arc jest ok i tylko tyle przy czytaniu nie zdziwiłem się, że jakoś nie porwało to tłumów, natomiast po jego zakończeniu robi się zdecydowanie lepiej, druga historia fabularnie ciągnie wątki z pierwszej ale jest zdecydowanie bardziej rozbudowana, dochodzą nowe postaci, nowe miejscówki, nowe odnogi fabularne, zdecydowanie seria nabiera wiatru w skrzydła. Odpowiadający za rysunki Ed Benes myślami zdecydowanie siedział jeszcze w latach 90-tych, sporo oskarżeń o nadmierną seksualizację bohaterek padło pod adresem serii (we wstępniaku są nawet słowa samej autorki, która twierdzi że to nieprawda, chociaż jednak chyba trochę kłamie), potężne biusty, napompowane wargi, dekolty do pępka, napięte do granic możliwości zadki (udało się nawet pokazać wypięty tyłek Barbary, mimo że ona wózkiem inwalidzkim się porusza przecież), można lubić ten styl można nie lubić, ja nie narzekam a przypominając sobie ten smutny obrazek wklejony tutaj na forum kompletnie pozbawionych atrybutów kobiecości Hawkeye i jej czarnej koleżanki staję się powoli jego gorącym fanem, Benes zresztą podobnie do Simone rozkręca się z zeszytu na zeszyt z pozoru dosyć proste kadry jak i styl rysunków z czasem wyraźnie nabierają szczegółów, mi się wizualnie podobało, spodoba się zapewne też fanom nieco old-schoolowego rysunku, ostrzegam jednak żeby ktoś się nie zdziwił widokiem kobiecych kroczy wwiercających się w mózg co piątą stronę. No cóż, zaskakująco fajny napisany z polotem komiks, jak ktoś ma ochotę na kryminalno-sensacyjnego akcyjniaka bez wielu superbohaterskich wtrętów (dla mnie tutaj to zaleta) ze zdroworozsądkowym podejściem do feminizmu w którym bohaterki kopią facetom dupy (seksistkami nie są innym kobietom też kopią) nie dlatego że są kobietami, tylko dlatego że są fajne i dobre w tym co robią to myślę, że nie będzie niezadowolony. Podobno Egmont miał wydać w zależności od wyników sprzedaży dalszy ciąg, ale patrząc na to, że startujący w podobnym czasie Hitman już niedługo wjedzie z czwartym tomem a po drugim Ptaków Nocy ani widu ani słychu to możemy raczej o tym zapomnieć, a wielka szkoda bo mimo, że wszystkiego nie czytam to podejrzewam, że to lepsze niż 3/4 superbohaterskich serii, które wychodzą obecnie. Tym niemniej tom to zamknięta całość, więc można bez obawy kupować bez strachu niedokończonej historii, chociażby ten jeden. Ocena 7/10.



Transformery:

  Kolejny restart tytułu od nowego wydawcy czyli IDW i póki co będącego nim do dzisiaj więc zdaje się narazie ostatniego. Podobnie jak w przypadku Dreamwave, tytuł ustawia nowe uniwersum ze swoimi własnymi pomysłami i zmianami, jednocześnie korzystając z dorobku swoich poprzedników tak więc:

  "tom 32 - Infiltracja" - Simon Furman, E.J. Su. Ustawienie nowego settingu możemy zapomnieć o Witwickich, jakichś Arkach miliony lat temu i tak jak lubiłem te elementy tak te nowe wcale nie są gorsze a nawet dające chyba nieco więcej możliwości. Komiks zaczyna się od poznania z Verity Carlo młodocianą złodziejką, która właśnie ukradła nieznajomemu dziwnego palmtopa i łapie stopa w postaci chłopaka o dosyć kretyńsko brzmiącym w naszym języku nazwisku Hunter Burrak poszukiwacza kosmitów i miłośnika teorii spiskowych. Dwójka nowych znajomych zostanie zaatakowana przez dziwny teleportujący się samolot uratowana przez karetkę pogotowia prowadzoną przez jeszcze dziwniejszego niż samolot kierowcę. Po dokoptowaniu kolejnego członka ekipy mechanika Jimmy Pinka przejdziemy do pościgu za karetką rzecz jasna Ratchetem, podczas którego odkryte zostaną pewne tajemnice. Otóż, wojna pomiędzy Autobotami a Decepticonami przewala się przez cały znany kosmos. Źli podbijają planety w/g z góry ustalonego programu, którego pierwszym etapem jest właśnie infiltracja, czyli wynajdywanie i przejmowanie źródeł energii przez niewielkie zakamuflowane grupki robotów (tutaj pod dowództwem Starscreama), przechodzące dalej do działań dywersyjnych. Na Ziemi odkryją one tajemniczą rudę X, która stanowi dla transformerów swoiste turbodoładowanie, natchniony nowymi możliwościami Starscream tradycyjnym zwyczajem przekona swoich podwładnych o możliwościach przejęcia władzy nad całą frakcją. Do zwalczania takich właśnie grup partyzanckich Autoboty wysyłają swoje własne grupki komandosów tutaj pod dowództwem Prowla. Jakby się nie ukrywać do świadomości mieszkańców Ziemi powoli się przebija, że coś jest nie tak (chociażby Hunter, na początku szuka "dziwnych maszyn" rodem z internetowej teorii spiskowej) a jednemu z agentów, którejś tam z licznych agencji wywiadowczych w USA udaje się odnaleźć kopalnię Decepticonów i porobić tam zdjęcia (to właśnie jego palmtop wpadnie w ręce bohaterów na początku i przez niego będą ścigani). W tym samym czasie na Ziemię leci Megatron, sprawdzić dlaczego stracił łączność z jednym ze swoich oddziałów wywiadowczo-dywersyjnych i nie trzeba dodawać, że nie będzie zachwycony tym co zobaczy. Cóż niestety niewiele dobrego mogę powiedzieć o rysunkach, styl podchodzący pod mangę ale w przypadku ludzkich twarzy wyglądający najczęściej doprawdy okropnie nieudacznie, rysunki nie powalające bogactwem szczegółów (z wyjątkiem samych Transformerów te są akurat dosyć szczegółowe w stylistyce podchodzącej pod pierwszy serial animowany), fajnie że uaktualniono "park maszynowy" z zachowaniem jednak tradycji (trójka "braci" szperaczy to Raptory, Prowl - Nissan 350Z itp.), komiks lekko przyciemnawy jakby, ale nie ma problemów z rozpoznaniem co jest co więc ujdzie w tłoku. Co więcej, podobało mi się, dobre otwarcie nowej serii młodzieżowego przygodowego-sf z interesującą i przede wszystkim sensowną fabułą. Gdyby nie słabe rysunki, oceniałbym lepiej. Ocena 6+/10.

  "tom 33 - Megatron:Początek" - Eric Holmes, Alex Milne i inni. To chyba ten tom z tej kolekcji co do którego mam najbardziej mieszane uczucia. Z jednej strony czyta się naprawdę nieźle i sama koncepcja jest interesująca. Z drugiej strony jest to zrobione trochę na bazie naprawdę prostackiego pomysłu do którego trzeba było doprawdy niewiele wyobraźni, komiks stanowi w teorii punkt wyjścia dla całego uniwersum ale jest tu sporo sprzecznych w stosunku do komiksów innych autorów koncepcji, tak jakby żaden redaktor nad tym nie panował, a sama historia to po prostu jest komuna w wersji hard. Tak dobrze przeczytaliście słowo "komuna", Megatron:Początek to nie dość że Karol Marks w czystej postaci, to na dodatek jednocześnie deprecjonujący cały czas "lud pracujący miast i wsi". Z teraźniejszości przedstawionej w "Infiltracji" przeskoczymy do zamierzchłej przeszłości na Cybertron na którym jeszcze wojny nie było. I co widzimy, otóż istnieją sobie Autoboty które są właściwie ciężko powiedzieć rasą panów, kastą dominującą? Wygląda na to, że poza nimi nie istnieją żadne inne frakcje. Historia zaczyna się podczas protestów górniczych, brutalnie stłumionych przez Autoboty (tak mamy tu do czynienia ze standardową walką klas). Dalej możemy zaobserwować czym zajmują się niziny społeczne podczas gdy nie są pałowane przez robocią policję, albo nie piją sfermentowanej benzyny by zapomnieć. Otóż urządzają sobie walki gladiatorów na śmierć i życie a jednym z czempionów okazuje się młody bezrobotny górnik Megatron, więcej on na początku chyba wcale nawet nie chce zabijać dopiero w miarę odnoszonych sukcesów bezwzględnieje coraz bardziej (ktoś to kupuje? może wiele osób, dla mnie to absurd). W miarę trwania zawodów (oczywiście odbywających się w podziemiu, autobocia policja cały czas szuka przenoszonych z igrzysk na igrzyska aren) nowy ruch nad którym Megatron w końcu zdobywa całkowitę władzę ewoluuje i przyobleka się w polityczno-społeczne ambicje oraz zyskuje coraz więcej sympatyków wśród wszystkich rozczarowanych, biedoty, środowisk przestępczych, po prostu znudzonych czy wszelkiej maści dorobkiewiczów-lawirantów z wyższych sfer (skorumpowany senator Ratbat i jego osobisty asystent Soundwave). Tak czy inaczej grupa gladiatorów na czele z ich duchowym przywódcą zostaje pochwycona i osadzona w więzieniu w Jednym z największych miast Cybertronu Kaonie co stanie się gwoździem do trumny dla samego miasta. Pobyt w więzieniu był od początku zaplanowany, więźniom udaje się uwolnić samych siebie a także swoich wcześniej złapanych towarzyszy, sympatyków i zwykłych przestępców oraz rozpocząć powstanie. W ostatecznym pojedynku Megatron zabija przywódcę Autobotów Sentinel Prime'a, wojna domowa na Cybertronie staje się faktem. Do rysunków też mam trochę uwag, o ile sam styl jest jak najbardziej w porządku to tak jak z reguły chwalę sobie mocną szczegółowość tak tutaj chyba ona trochę przeszkadza, Milne był chyba zbyt mocno drobiazgowy, zwłaszcza biorąc pod uwagę sporą ilość drobnych kadrów oraz dosyć duże ilości tekstów co sprawia że sporo rysunków jest nieczytelnych, słabo też wypada kolorysta, który większość kolorów nałożył z palety "szaro-bura" co wcale czytelności nie poprawia. W kilku momentach Milne'a wspiera inny rysownik Marcelo Matere i tam wygląda to lepiej, rysunki trochę bardziej "drapieżne", kolory żywsze. Owszem fajnie się to czyta, ale ja nie kupuję tej koncepcji, nie kupuję pomysłu na tym, że to źli to szara masa robotnicza a dobrzy to (no wiadomo były lata błędów i wypaczeń) jakaś elita, nie kupuję tego że roboty posługują się pieniędzmi, bo gdzie niby te pieniądze podziały się później? Oprócz tego od tegoż właśnie tomu będą drukowane dodatkowe "Opowieści" któtkie komiksy (od kilku stron do jednego zeszytu) z których każdy przedstawia jakąś jedną postać z uniwersum, czasami są to zwykłe nowelki z przeszłości mówiące nam coś o charakterze lub historii któregoś robota, czasami dosyć ważne poboczne historie wprowadzające nowe ważne wątki do głównego uniwersum (niewątpliwie po to aby zachęcić do kupowania wszystkiego). W tym numerze Blurr (historia nawet ujdzie, ale jakoś charakterologicznie mi nie pasował ten Blurr do tego mi znanego) oraz Orion Pax (młody gliniarz, który w przyszłości zostanie bossem Autobotów, tutaj jeszcze z ustami z czego zresztą będą żarty). Ocena 6-/10.

  "tom 34 - Autokracja" - Chris Metzen, Livio Ramondelli i inni. No i zupełnie niespodziewanie jeden z najlepszych tomów w kolekcji. Luźna kontynuacja "Megatrona - Początku" (teoretycznie sensownie następują po sobie, chociaż po dosyć nieokreślonym czasie i w kilku drobnych elementach sobie przeczą). Cóż jeżeli oswoimy się z faktami przedstawionymi w poprzednim tomie to ten czyta się wyśmienicie. Na Cybertronie wrze, trwa powstanie Decepticonów a reszta obywateli zaczyna się burzyć z powodu kończących się zapasów energonu i coraz większej nędzy. Oficer Orion Pax (coraz częściej zastanawiający się czy aby napewno znajduje się po właściwej stronie) robiący za łapsa wraz ze swoją grupą specjalną (Bumblebee jako bezlitosny snajper, jasne) zajmuje się chwytaniem najcięższych przestępców co w obecnej sytuacji przypomina zatykanie dziury w tamie palcem. Tymczasem w miejsce poprzedniego tragicznie "zmarłego" wodza, Autoboty mają nowego Zetę "jestem potworem, którego teraz potrzebujecie" Prime'a, który obiecuje rozwiązać wszelkie problemy za pomocą tradycyjnej i często skutecznej metody zaprowadzenia morderczego terroru wśród wszystkich którym się coś nie podoba. Pierwszym celem nad którym zacznie się pastwić będzie dzielnica biedoty w Iacon stolicy Cybertronu na którą napuści Niszczyciele Omega (kuzyni Omegi Supreme, tyle że on jest żywy, oni nie) wyposażone w broń ostatecznej zagłady. Pod względem graficznym, album wygląda świetnie, mroczne plansze wykonane w całości na komputerze doskonale pasują do klimatu zarówno tej historii jak i całej serii, fajnie wyglądają zarówno sceny akcji jak i statyczne przybliżenia czy też większe panoramy (scena Iaconu niszczonego przez mechaniczne olbrzymy niczym z nowej Godzilli Edwardsa). Skojarzenia z tytułami 2000AD mocno pasujące tutaj będą. Niestety album znowuż jest zbyt ciemny, nie ma może jakiejś strasznej tragedii jak w przypadku kilku innych tomów, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że całość odautorsko jest w ciemnej tonacji, ale porównałem z wersją elektroniczną i niestety w naszym wydaniu tracą trochę rysunki na szczegółowości. Cóż mogę powiedzieć znakomity tom, mocny, brutalny a jednocześnie niepozbawiony heroiczno-patetycznych momentów. Na dodatek głęboko sięgający w mitologię serii, np. przeszłość Hot Roda, czy wisienka na torcie pierwsze publiczne wezwanie Optimusa do walki z Decepticonami poprzez piracką rozgłośnię Blastera (była gwiazda mediów szykanowana przez poprzednie rządy Autobotów) i tłumy słuchających gdzie dajmy na to w fabryce w tłumie będzie widać Huffera i Gearsa na uniwersytecie Ratcheta i Wheeljacka a na torze wyścigowym Blurra, takie rzeczy robią klimat. Jedna dodatkowa "Opowieść" przedstawiająca "ludzką" twarz Thundercrackera, czyli nie zawsze Decepticon taki zły jak go piszą. Znakomity komiks, jak Transformers i bardzo dobry jako komiks wogóle. Ocena 8/10.

  "tom 35 - Prymat" - Chris Metzen, Livio Ramondelli. Część dalsza poprzedniego tomu, tak naprawdę zawierająca dwa komiksy "Prymat" i "Monstrum" czyli pełną trylogię Metzena. Nie tak dobry komiks jak jego poprzednik, ale mimo wszystko naprawdę dobry. Megatron za swoją porażkę zostaje skazany na wygnanie czyli śmierć na Rupieciarni gdzie spotka starego znajomego (czytelnika nie swojego), poznamy historię Dino a raczej Dynobotów (niegdyś najlepszego na Cybertronie oddziału komandosów, dzisiaj ukrywających się wyrzutków obarczonych "klątwą" przemieniającego ich w rządne "krwi" bestie), będziemy świadkami epickiego boju dwóch tytanów z zamierzchłej przeszłości Metropleksa i Trypticona, oraz ostatecznej przemiany Optimusa Prime w przywódcę. Rysunki dalej świetne i jakby odrobinę jaśniejsze. Ocena 7/10.

  "tom 36 - Zwiastun Burzy" - Simon Furman, Don Figueroa i inni. Od poprzedniego tomu skaczemy w przyszłość, ale ciągle nie do momentu rozpoczęcia, okazuje się że Transformery walczą w kosmosie, ponieważ Cybertron jest martwą,wypaloną i pozbawioną energii planetą. Fabuła będzie opierać się na próbach ożywienia Deathwinga przez Bludgeona. Deathwing jeden z najlepszych naukowców wśród Decepticonów, próbował niegdyś ostrzec zwaśnione strony, że ich działania doprowadzą do planetarnej katastrofy no i jak to bywa z głosem rozsądku nie został wysłuchany. Wobec czego zajął się technologią powłok pretender które miały pomóc przetrwać w trudnych warunkach i pierwszy prototyp wypróbował na samym sobie co nie było fortunną decyzją bo pancerz dał mu niemal boską moc, ale biomechaniczne sprzężenie spaliło mu mózg i zamieniło w niepowstrzymanego wariata, tak niebezpiecznego, że obydwie wrogie sobie armie musiały zawrzeć sojusz aby go powstrzymać. Teraz na tej technologii próbuje łapy położyć Bludgeon, uważający że akurat jemu się uda. Szczerze mówiąc komiks jest słaby, biegają, strzelają i to wszystko, epicka bitwa po raz kolejny już sojuszników mimo woli jest równie epicka co ostatnie mecze Legii z Lechem. Wynudziłem się setnie całościowo tom ratują opowieści, pierwsza o Shockwavie wyjaśniająca pochodzenie tajemniczej rudy na Ziemi, oraz w dosyć zabawny sposób dlaczego Dinoboty wyglądają jak dinozaury, druga z Soundwavem to wstępniak do Zwiastuna, ta o Nightbeacie to zgodnie z oczekiwaniami kryminał którego konkluzja będzie miała wpływ na główną serię oraz ostatnia o Hot Rodzie, tak samo dodająca kolejny  wątek do uniwersum. Ocena 5+/10.

  "tom 37 - Eskalacja" - Simon Furman, E.J.Su. W końcu po kilku tomach powrót do głównej linii. Decepticony przechodzą do kolejnego etapu podboju czyli eskalacji, polegającej na ciągle jeszcze skrytych próbach wywołania przy pomocy sterowalnych klonów lokalnych konfliktów. Na Ziemię jako nieoczekiwanie strategicznie ważny punkt przerzuca się coraz więcej robotów na czele z Optimusem. W tym czasie trójka ludzkich przyjaciół wespół z Ratchetem poszukuje porwanego Sunstreakera. Dalej fajnie się to czyta i dalej kiepskie rysunki. W opowieściach ostateczna broń Decepticonów czyli Sixshot, tak straszny że w jego obecności przerażone są  nawet największe ogry z obozu tych złych oraz wprowadzenie do ważnego wątku Żniwiarzy czyli morderców całych planet, którzy chętnie Sixshota przywitali by w swoich szeregach. Druga to przypomnienie jakim Ultra-Magnus jest kozakiem i lekki wstępniak do następnych zeszytów. Ocena 6+/10.

  "tom 38 - Dewastacja" - Simon Furman i inni. Kontynuacja poprzedniego tomu, Megatron doprowadzony do stanu niemalże obłąkania uprzednią porażką postanawia pominąć wszystkie etapy planów (ku niezadowoleniu reszty Decepticonów) i przejść do ostatniego czyli dewastacji wzywa w tym celu Sixshota za którym przylecą Żniwiarze. Paczka Ziemian w tym samym czasie gubi już nie tylko Sunstrakera ale i Huntera którzy odnajdą się w tajemniczej korporacji niejakiego Zaraka (wiadomo o co chodzi), na Ziemi pojawia się również Galvatron (tutaj nie jest inną wersją Megatrona, tylko posłannikiem Nemesis Prime'a i Jhiaxusa z Martwego Wszechświata - nie wiem o co chodzi). Większość rysuje E.J.Su, na szczęście są też inni rysownicy i w tych momentach, historia wygląda o wiele lepiej. W ramach "Opowieści", fajny w klimacie horroru i ze specyficznymi rysunkami Kup, Ramjet w którym tytułowy Deceptcion odbierze surową lekcję na temat tego, że chcieć nie zawsze znaczy móc, oraz w bajkowych klimatach i z bajkowymi rysunkami oraz zgoła nie bajkowym, smutnym zakończeniem Cliffjumper. Wszystkie trzy naprawdę zacne. 7/10.

  "tom 39 - Serca ze Stali" - Chuck Dixon, Guido Guidi. Kolejny elseworld w świecie Transformerów, tym razem potężne roboty budzą się w wieku pary. Wśród bohaterów postacie historyczne jak Mark Twain i Juliusz Verne czy pół-legendarne jak John Henry. Komiks miał wystartować nową serię opierającą się na alternatywnych światach w których każdy mający do powiedzenia coś ciekawego o robotach mógłby się spełniać bez ograniczeń, tyle że po tej pierwszej historii seria z powodu niskiej sprzedaży padła na twarz i już się nie podniosła. I wcale się nie dziwię, bo pomimo pomysłu, komiks Dixona jest po prostu słaby, nieciekawy bez interesujących bohaterów i chyba zakończony na szybko. Równie kiepskie są rysunki Guidiego, styl jak z komiksu dziecięcego tylko praktycznie bezbarwny, z kompletnie pozbawionymi polotu projektami Transformerów zamieniających się w lokomotywy. Co dosyć ciekawe z przypisów możemy się dowiedzieć, że pierwotnie artystą miał być Ted McKeever, ale po przejrzeniu przykładowych plansz wydawca zrezygnował z jego usług. Cóż, są dwie jego plansze pokazane i każdy który zrezygnował z usług McKeevera na rzecz Guidiego musi mieć doprawdy martwe poczucie gustu, a tak naprawdę pewnie stwierdzono, że banalniejszy styl rysunków pewnie będzie łatwiejszy do zaakceptowania przez przeciętnego czytelnika, tyle że te bezbarwne rysunki w połączeniu z równie bezbarwnym scenariuszem zabiły fajny pomysł. Jako "Opowieści" Galvatron i Optimus Prime, nadgryzające nieco temat Martwego Wszechświata, oraz dosyć przewrotny (jakżeby mogło być inaczej) Mirage. Ocena 4+/10.


Dodatkowo można spokojnie czytać:

  "Deadpool tom 5 - Wyzwanie Draculi" - Posehn, Duggan, Koblish, Brown. Hrabia Dracula wysyła Deadpoola z zadaniem przyprowadzenia swojej narzeczonej królowej potworów Shiklah chcąc dzięki temu mariażowi połączyć obydwa podziemne królestwa. Cóż żadna tajemnica, Deadpool złamie kodeks najemnika i zdobędzie dziewczynę. Do tego występy tak zacnych postaci jak Bob z Hydry oraz Marcus idealny żołnierz z jedną słabością. Wiadomo nie jest to dalej komiks najwyższych lotów, ale i nie taki miał być a mnie dalej bawi a połączenie standardowej (dla tej serii, nie wiem jak w innych) głupawki z komedią romantyczną to strzał w dziesiątkę, rysunki przyjemne dla oka. Jeden z najfajniejszych narazie tomów (a wszystkie w sumie były fajne) Ocena 7/10.

   "Bodycount" - Kevin Eastman, Simon Bisley. Prosto z uniwersum Turtles, historia prosta jak drut (tak naprawdę nie za bardzo ona wogóle istnieje). Casey Jones i Raphael podczas knajpianej bijatyki natykają się na piękną (dobrze wiemy że nie, Bisley nie rysuje pięknych ludzi) i tajemniczą nieznajomą równie sprawnie operującą seksapilem (znaczy się niewiarygodnej wielkości balonami, bo piersiami się tego nazwać nie da) co karabinem maszynowym Midnight ściganą przez nieustępliwego hongkongskiego gangstera znanego jako Johnny Woo Woo (jakby znane), co będzie okazją do umieszczonej na tych stu iluś stronach jednej wielkiej rzezi niewiniątek i winnych pospołu. Komiks opiera się na jednej wielkiej serii jatek, pościgów, wybuchów itp. co dosyć ciekawe na końcu znajdziemy o dziwo fabularny twist. Jak można umieścić fabularny twist w komiksie w którym nie ma fabuły? Eastman udowodnił, że się da. Rysunki Bisleya jakie są każdy widzi, ciężko faceta nie kochać odejmuję od oceny za standardowy amerykański format, album który kupuje się właściwie ze względu na wygląd powinien być chyba jednak powiększony. Cóż fani Bisleya kupili, fani Żółwi Ninja pewnie byli zszokowani a jak ktoś ma ochotę na lekturę ostrej głupawki, która w dzisiejszych czasach miałaby raczej marne szanse na powstanie, może spokojnie sięgnąć. 6+/10.
« Ostatnia zmiana: So, 06 Marzec 2021, 13:27:18 wysłana przez SkandalistaLarryFlynt »

Offline Szekak

  • Wiadomości: 3036
  • Polubień: 2186
  • Zwyrodniały i godny pogardy bękart natury.
    • Zobacz profil
Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #319 dnia: Wt, 09 Marzec 2021, 19:34:54 »
Ja tak bez żadnego trybu - kocham komiksy!
Czerwone ślepia wpatrywały się w niego, tlące się jeszcze wstrętnym życiem, by po chwili zaszklić się i znieruchomieć.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #320 dnia: Wt, 30 Marzec 2021, 11:26:51 »
Marzec
 
Flash Forward – po fabułach sygnowanych przez Scotta Lobdella nigdy nie spodziewam się aż nazbyt wiele i dzięki temu na ogół nie doznaję zawodu. W przypadku tego tytułu można nawet mówić o miłym zaskoczeniu i próbie skorygowania niefrasobliwego dysponowania postacią Wally’ego Westa przez Toma Kinga (vide fatalny „Kryzys bohaterów”). Swoje robi także dynamiczna warstwa plastyczna, trafnie ujmująca formułę opowieści z udziałem Szkarłatnych Sprinterów.
 
Gdzie jest jasnowłosa? – wyrobiona kreska mistrza Jerzego niezmiennie cieszy, a fabuła w sumie wciąga. Niemniej jak to często w tej serii bywa nie obyło się bez niezamierzonych akcentów komicznych („Kochany Kapitanie Żbiku! Pragnę donieść Ci, co zauważyłem…”).

Bloodshot U.S.A. – emocjonujące „dopięcie” stażu Jeffa Lemire’a uważam za satysfakcjonujące. Nie tylko ze względu na walor stricte rozrywkowy, ale też z racji poszerzenia tej części uniwersum „Walecznych” o nowe wątki i osobowości z perspektywą ich użytkowania przez kolejnych autorów (vide m.in. Pancerny i Wietnam). Co prawda z warstwą plastyczną mogło być nieco lepiej (tym bardziej, że za sterami Doug Braithwaite). Niemniej także pod tym względem nie sposób mówić o fuszerce.
 
Conan-Miecz Barbarzyńcy: Conan Hazardzista – najbardziej udany z dotychczasowych opublikowanych u nas komiksów „howardiańskich” spośród współczesnych produkcji Marvela. Scenarzyści, których zaangażowano do tego projektu (wśród nich znalazł się również legendarny Roy Thomas) trafnie uchwycili zarówno profil psychologiczny najsłynniejszego „tworu” teksańskiego pisarza, jak również posępną i bezwzględną nastrojowość ery hyborejskiej. Do tego cieszące oko rysunki (Alan Davies!).
 
Duchy zmarłych – popisowa realizacja niedawno zmarłego Richarda Corbena i równocześnie dowód długowieczności utworów powstałych za sprawą Edgara Alana Poe. 

Daredevil t. 0 – jestem wielce kontent, że zdecydowano się na publikacje tego obszernego zbioru. I to  pomimo okoliczności, że otwierający go „Diabeł stróż” był już u nas wcześniej prezentowany. Zresztą biorąc pod uwagę, że jest to w wymiarze rozrywkowym (a w gruncie rzeczy nie tylko) bardzo udana historia to i tak warto ją sobie odświeżyć. Cała reszta zróżnicowanej formalnie publikacji także jest warta uwagi; bez względu na to czy mamy do czynienia z thrillerem sądowym („Przed kamerami”) czy też refleksyjną wędrówką w głąb osobowości niejakiej Echo. Do tego zjawiskowe wręcz kompozycje autorstwa Davida Macka oraz gościnny występ klasyków opowieści z udziałem Śmiałka czyli Stana Lee i Gene’a Colana. Zaiste warto!
 
Kajko i Kokosz: W krajinie borostraszków – lektura znanego od lat tytułu tym razem w gwarze śląskiej okazała się całkiem zabawnym doświadczeniem. W momencie tworzenia tego albumu (tj. na etapie roku 1986) mistrz Janusz był w znakomitej formie i po blisko trzech dekadach intensywnej aktywności na komiksowej niwie. Nie sposób tego w niniejszym albumie nie dostrzec, a jego pomysłowość w zakresie kreowania oryginalnego bestiarium także dzisiaj nie przestaje zadziwiać. Szkoda tylko, że w zestawieniu z oryginalnym wydaniem kolorystyka sprawia wrażenie jakby przygaszonej, nieadekwatnej do baśniowej nastrojowości tego utworu.
 
Kingdom Come-Przyjdź Królestwo – dzieło w pełni zasłużenie uznane za kanoniczne. Jedno ze szczytowych osiągnięć komiksu superbohaterskiego, a przy okazji medium w całej jego rozciągłości. Do tego w obecnym wydaniu wzbogacone o liczne i wiele wnoszące dodatki.
 
Slaine: Kroniki Brutanii t.1 – swoiste nowe otwarcie jednego z najbardziej znanych przedsięwzięć komiksowych zaistniałych na Wyspach Brytyjskich teoretycznie zawiera wszystko co potrzeba by urzec w zbliżonym stopniu jak miało to miejsce przy okazji „Skarbów Brytanii” czy wręcz „Rogatego boga”. No, może prawie wszystko, bo rola nieocenionego Ukko jest tu ograniczona do skandalicznego wręcz minimum. Ponadto pozytywne wrażenie robi pełna ekspresji warstwa plastyczna. A jednak mimo tego w trakcie lektury niniejszego albumu mocno się wymęczyłem. Co więcej do tego stopnia, że nie jestem pewien czy sięgnę po tom drugi. Niewykluczone jednak, że najzwyczajniej dopadł mnie incydentalny przesyt tego typu rąbaniną i z czasem mi przejdzie. 

Hitman t.3 – po lekturze poprzedniej odsłony tej serii życzyłem sobie więcej tego typu jakości. Jak się okazało wraz z niniejszą otrzymałem dokładnie to czego chciałem (epizod z Supermanem boski!). Kolejny dowód, że odpowiednio przypilnowany Gartn Ennis radzi sobie wcale niezgorzej niż przy okazji swoich najbardziej rozbuchanych realizacji.

Offline perek82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #321 dnia: Śr, 07 Kwiecień 2021, 19:25:58 »
Takie krótkie podsumowanie 1 kwartału. Trochę nadrabiałem zaległości z poprzedniego roku i pod wpływem głosowania znalazłem kilka komiksów, które kiedyś pominąłem. Na szczęście naprawiłem te błędy:

Indyjska włóczęga (4,5/5) - pięknie wydany (duży format) a w środku kapitalna historia przygodowa. Dużo humoru, zwrotów akcji ale też bardzo smutne momenty. Można by rzec, że komiks kompletny. Nie wiem, dlaczego go odpuściłem w tamtym roku i też jakoś nie zauważyłem wtedy zachwytów. No ale jest na półce i cieszy oko. Na pewno wrócę do niego w wolnej chwili za jakiś czas.

Yans (4/5) - drugie podejście do tematu. Za pierwszym razem czytałem przy małym dziecku i kilka razy mi się przysnęło, przez co nie mogłem się wczuć w historię ani klimat. Teraz znalazłem sobie chwilę, żeby móc poczytać w spokoju i odbiór zupełnie inny. Można powiedzieć, że trochę ramotka, ale taka, która ma swój klimat. No i pięknie wydanie. Chciałbym Thorgala w czymś takim.

Czarne nenufary (5/5) - długo nie mogłem znaleźć szczęki. Wszystko się zgadza - pomysł, historia, rysunki, klimat, dialogi. Fantastyczne dzieło - jak komuś bym chciał pokazać, co można osiągnąć w komiksie to dał bym mu właśnie to. Dołącza do Sandmana, Swamp Thinga, Prosto z piekła i Mausa na moim prywatnym Olimpie komiksu.

Miotacz śmierci (4,5/5) - wszystkie komiksy Clowes'a jakie znam były ciekawe, ale ten zaskoczył mnie pomysłem. No i teraz myślę, kogo bym tu
Spoiler: PokażUkryj
zdezintegrował
:)

Tokyo ghost (4/5) - akcja bez trzymanki, klimat trochę jak z Matrixa plus samurajskie miecze. Rzeźnia, ale z ciekawą obserwacją (i trochę niepokojącą) dotyczącą znaczenia technologii w życiu ludzi. Lubię czasami poczytać takie komiksy, trochę w stylu Studio Lain.

Kenia/Namibia (3,5/5) - skusiłem się na jakiejś aukcji. Czytało się z przyjemnością, czasami trochę drętwe te historie, ale bez specjalnych dłużyzn. Nie chwyciło do końca, ale nie żałuję.

Aldebaran/Betelgeza (3,5/5) - poszedłem za ciosem. Tutaj druga część bardziej mi się podobała. W sumie źle nie było, ale Aldebaran mnie trochę wymęczył. Tak się zastanawiam, czemu w świecie przyszłości kobiety muszą być niemal cały czas w negliżu? Incydentalnie, czy w ramach historii to ok, ale co chwila ktoś wpada na pomysł, że sobie popływa, albo jakieś sceny pod prysznicem, które nic nie wnoszą. Widać jakiś taki fetysz autora. Też mnie zastanowiła pierwsza część - już nie pamiętam dokładnie ale akcja rozgrywa się 100 lat po lądowaniu a na planecie już miasta, drogi, stolica, uczelnia, gazety, autorytarna władza. Szybko poszło. Odpuszczam kolejną część. Półki z gumy nie są.

Kroniki Brutanii (4/5) - przeczytałem pierwszy tom i to było moje pierwsze spotkanie ze Slainem. Trochę nie wiedziałem, czego się spodziewać, ale przez to często byłem zaskakiwany. To dobrze:) Piękne rysunki.

Lady S (3,5/5) - dokupiłem gdzieś tomy 6-9 i poziom zbliżony, może już brakuje świeżości. Czyta się z przyjemnością. Cieszę się, że kiedyś za parę złotych trafiłem pierwsze 5 tomów. Bez tego pewnie bym nigdy na to nie trafił.

Animal Man (4/5) - Morrison czasem mnie zauroczy, czasem zanudzi na śmierć. Tutaj nudy nie było, ale też nie tak, żeby nie spać po tym po nocy. Kiedyś na pewno wrócę. Patent z
Spoiler: PokażUkryj
autorem
w komiksie mnie zniszczył. Lubię takie pomysły.

Batman Sekta (4/5) - o tym komiksie prawie nic nie wiedziałem przed czytaniem. Wciągająca lektura. Później dopiero się doczytałem, że to komiks z lat 80-tych. Dużo podobieństw do DKR (relacja telewizyjna, miasto ogarnięte chaosem, bezsilne władze, Batman pokonany i wątpiący w siebie). Aż się trochę zdziwiłem. No ale dobrze wykonane. Rzadko mi wpada superhero, ale takie to chętnie.

Czarna Orchidea (4/5) - taki gaimanowski styl, dość powolne, klimatyczne, przemyślane. Oryginalne rysunki. Kilka gościnnych występów. W sumie dość odważny komiks jak na nazwijmy to mainstream.

Weatherman (3,5/5) - zobaczymy co będzie dalej. Początek nawet niezły.

Zagubione psy (3,5/5) - prosta historia, topornie narysowana. Ale cieszę się, że kupiłem. Ciekawy wstęp, który opisuje, jak autor zaczynał swoją karierę. Gdybym posiadał jakiś talent to bym powiedział, że to było inspirujące, ale jest jak jest, więc tylko ciekawe:)

Dorwać Ramireza (3,5/5) - niezła rozrywka, ale odpuściłem sobie. Może wrócę, jak druga część zrobi wrażenie.

Dni, których nie znamy (3,5/5) - Nie podeszło mi to tak bardzo jak wielu osobom. Przeczytałem jakoś bez większych emocji. Fajny myk na koniec, ale trochę dla mnie za mało.

Śmiech i śmierć (3,5/5) - kilka historii, niektóre lepsze, niektóre mniej ciekawe. Do przeczytania na raz. W takich komiksach trochę mnie zniechęca kreska. Wiem, że to nie rysunek jest tu istotny i nie powinien wpływać na ocenę, ale co zrobię jak nic nie zrobię.

Płaszcz i szpony (3/5) - ocena jest wyjątkowo subiektywna, po prostu nie kupiłem konwencji tego komiksu. Bohaterowie (zwierzęta) przeżywają przygodę na każdej stronie, co chwila kolejna zasadzka, pościg, bijatyka. Dzieje się tak dużo, że pod koniec już nie pamiętam jak się znaleźliśmy w tym punkcie. No i jednak wolę komiksy, w których bohaterowi coś się może złego stać. Tutaj zawsze jest pewne, że dwóch bohaterów z łatwością złoi 10 opryszków i przy okazji poderwą jakąś pannę. Jednak trudno jest nie docenić kunsztu autorów i jakość wydania - komiks wygląda pięknie. Rozumiem, że wiele osób ceni ten komiks.

Następny kwartał się zapełnia powoli (Zrozumieć komiks - kolejna ominięta pozycja bo coś, nie wiadomo już co, może Moonshadow, Mroczne miasta, Kiwu, Tom Strong, Lucyfer). Trzeba trochę miejsca na to znaleźć.

Criminal (4) - 4/5
Kiwu - 3,5/5
Yans (1) - 4/5
Czarna orchidea - 4/5
Miotacz śmierci - 4,5/5

Offline death_bird

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #322 dnia: Śr, 07 Kwiecień 2021, 21:11:18 »
perek82 - a jeśli chodzi o "Czarne nenufary" to czytałeś wcześniej książkę może?
"Właśnie załatwiliśmy Avengers i to bez kiwnięcia palcem."

Offline perek82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #323 dnia: Śr, 07 Kwiecień 2021, 22:06:31 »
Nie czytałem książki. Ale to może dobrze bo inaczej bym porównywał na siłę. Może dodam do następnego zamówienia
Criminal (4) - 4/5
Kiwu - 3,5/5
Yans (1) - 4/5
Czarna orchidea - 4/5
Miotacz śmierci - 4,5/5

Offline death_bird

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #324 dnia: Śr, 07 Kwiecień 2021, 23:16:01 »
Ok.
Bo od pewnego czasu chodzi za mną ten komiks, ale traktuję go trochę jak taką ekranizację i w sumie chyba jednak wypadałoby najpierw przeczytać książkę.
"Właśnie załatwiliśmy Avengers i to bez kiwnięcia palcem."

Offline misiokles

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #325 dnia: Cz, 08 Kwiecień 2021, 08:13:40 »
Najpierw przeczytałem komiks i już mnie nie ciągnie do książki. Chyba sytuacja jak z Wieczną Wojną.

Offline Voitas

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #326 dnia: Cz, 08 Kwiecień 2021, 13:57:11 »
Funky Koval - wczoraj dobrnąłem do końca. Czy tylko ja mam wrażenie, że im dalej tym bardziej naćpanym/pijanym trzeba być, żeby to czytać? Wydaje się, zwłaszcza w ostatnim zeszycie, że autorzy tworzyli jedną planszę, następnie robili przerwę w trakcie której zapominali co stworzyli wcześniej, a potem zabierali się za kolejną planszę. I tak do końca. Totalnie bez ładu i składu. Dla mnie masakra. Nie wiem jak to można nazywać klasyką polskiego komiksu. Bo nie było dużo więcej w tym czasie wydane?

Offline misiokles

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #327 dnia: Cz, 08 Kwiecień 2021, 14:01:10 »
Spotkałeś się gdzieś w internecie z opinią, że czwarty tom da się czytać na trzeźwo? ;)

Offline Voitas

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #328 dnia: Cz, 08 Kwiecień 2021, 14:15:04 »
Nie szukałem, ale zgaduję, że nie jestem sam w tej ocenie w takim razie ;]

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #329 dnia: Cz, 08 Kwiecień 2021, 14:15:30 »
"Wrogie przejęcie" faktycznie ma swoją specyfikę. Na pewno zabrakło udziału Jacka Rodka, najbardziej niedocenionego "ogniwa" zespołu odpowiadającego z to przedsięwzięcie. A skądinąd wiadomo, że to jemu dane było (zwłaszcza w dwóch pierwszych epizodach) "wygładzać" niekiedy przyciężkie fragmenty w wykonaniu Macieja Parowskiego. Do tego w duchu stricte rozrywkowym, wzorowanym na przygodowej science fiction. Ponadto na ostateczną wersję scenariusza miał spory wpływ Bogusław Polch, który był zdecydowanie lepszym plastykiem (choć może niekoniecznie akurat na tym etapie swojej aktywności) niż pomysłodawcą fabuł. Mimo wszystko parę smaczków także w tym albumie da się znaleźć - np. odniesienia do sytuacji Lecha Jęczmyka/Paula Barleya już po "zwycięstwie" oraz kierunku "rozwoju" współczesnej edukacji. Niemniej na pewno to co seria ma najlepszego do zaoferowania zawarto przede wszystkim w jej dwóch pierwszych odsłonach.