Autor Wątek: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi  (Przeczytany 36282 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline laf

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #240 dnia: Nd, 19 Lipiec 2020, 10:58:00 »
dorzucić Żółty do koszyka.
Zdecydowanie!!! Ja również polecam. Przeczytałem wszystkie komiksy z kolorowej serii i jeśli miałbym oceniać, to wygląda to tak: Niebieski 9/10, Żółty 8/10, Szary 5/10, Biały 5/10. Niebieski to również jeden z moich ulubionych komiksów ze ścianołazem i bodajże jedyny, na którym łza zakręciła mi się w oku.

Offline KukiOktopus

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #241 dnia: Nd, 19 Lipiec 2020, 11:30:25 »
Wymień chociaż jednego takiego.
[Dopiero teraz zobaczyłem Twojego posta, wiec e.g.:]
Anton Chigurh, Judge Holden, Kane, Lobo, Torpedo, mafijni bohaterowie grani przez Joe'a Pesci'ego... Lubi się ich własnie za to, że są aż takimi skurczybykami, że ich polubienie jest niemożliwością. A jednak...


The axiom of choice is obviously true, the well-ordering principle is obviously false, and as for Zorn’s lemma, who can say?

Offline laf

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #242 dnia: Nd, 19 Lipiec 2020, 12:10:17 »
Anton Chigurh
Temat na osobny wątek, ale nie mogę przejść koło niego bez komentarza.
Dosłownie tydzień temu obejrzałem "To nie jest kraj dla starych ludzi" i zdecydowanie nie polubiłem Chigurtha. Owszem, emocje wzbudza (dzięki temu rola Bardema jest tak wyjątkowa), ale wyłącznie te negatywne (no może poza sceną gdy rozwala kolesi z kartelu). Nie kibicowałem mu w ogóle, a jedyne co chciałem zobaczyć, to jak dostaje w dupsko od Brolina albo Lee Jonesa.
Co innego typowe filmy gangsterskie, w których policjanci w ogóle się nie pojawiają lub stanowią jedynie tło. Przywołany przez Ciebie Pesci to faktycznie świetny przykład bad assa, którego nie da się nie lubić. Ostatnio obejrzałem "Gentelmanów", gdzie kapitalny w tej roli McCounaghey to facet, którego kochamy (jakkolwiek by to nie brzmiało) od pierwszej sceny. Podobnie miałem w przeczytanej niedawno "Księżycówce" - Lou Pirlo to koleś, który od samego początku wzbudza wyłącznie pozytywne emocje.

Offline ramirez82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #243 dnia: Nd, 19 Lipiec 2020, 12:39:32 »
Chigurh, chyba mój ukochany badass!

Offline KukiOktopus

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #244 dnia: Nd, 19 Lipiec 2020, 13:32:51 »
No widzisz, Ramirez. A już się zaczynałem bać, że tylko ja jestem tu normalny. Też bardzo kocham i podziwiam Antona, tak mocno, że postanowiłem, że po pandemii zrobię sobie taki fryz jak on, a u żony już zamówiłem sobie pod choinkę ten pneumatyczny super sprzęcik dla krówek. Do zobaczenia na najblizszej komiksowej Wawie - zabawy będzie co niemiara!
The axiom of choice is obviously true, the well-ordering principle is obviously false, and as for Zorn’s lemma, who can say?

Offline Bender

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #245 dnia: Nd, 19 Lipiec 2020, 14:06:26 »
Oczywiście "lubić" to trochę naciągane w tym przypadku. Bo lubisz jak postać jest zagrana i napisana. Nie poszedłbyś z nim na piwo. To pewne.

Dla mnie anti-hero numer 1 to Tony Soprano.  Ma jakieś tam pozytywne cechy ale w gruncie rzeczy to drań. Niemniej zmienił archetyp serialowego bohatera na zawsze. Bez Tony'ego było by Breaking Bad i całej rzeszy dzisiejszych tytułów.
Ciemności Smalandii - Wchodzi jednym tchem 8/10

Offline LordDisneyland

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #246 dnia: Pn, 20 Lipiec 2020, 01:18:25 »
Zdecydowanie!!! Ja również polecam. Przeczytałem wszystkie komiksy z kolorowej serii i jeśli miałbym oceniać, to wygląda to tak: Niebieski 9/10, Żółty 8/10, Szary 5/10, Biały 5/10. Niebieski to również jeden z moich ulubionych komiksów ze ścianołazem i bodajże jedyny, na którym łza zakręciła mi się w oku.

U mnie Żółty z oceną 9/10 [ach, te tancerki :D], Niebieski 8, Szary 7, Biały 5...ale i tak wszystkie warto mieć na półce.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #247 dnia: Pn, 20 Lipiec 2020, 14:43:57 »
  Bez żartów Kane'a, Lobo, Torpedo czy Joe Pesciego wszyscy lubią, pisząc o pozytywnych cechach nie miałem na myśli że są bohaterami pozytywnymi tylko o cechach za które da się ich polubić. Chigurha teoretycznie nie da się polubić, ale i on wprowadza pewne elementy (bardzo) czarnego humoru no i przynajmniej jest straszny a to już coś. Mowa była o Belit z komiksu Howard i Niemczyk, która poza tym że jest żałośnie wkurzająca nie ma żadnych innych przymiotów.
  Bibliotekarz, koniecznie bierz zwłąszcza jak się masz zamiar zabrać za czytanie DD, Żółty to takie trochę streszczenie jego życia od zdarzeń z "Człowieka bez Strachu" do momentu zamiany kostiumu z żółto-czarnego na czerwony i podsumowanie znajomości z Karen Page.
  Lordzie, łapsia za scenę z tancerkami też się uśmiechnąłem.
 
« Ostatnia zmiana: Pn, 20 Lipiec 2020, 15:14:36 wysłana przez SkandalistaLarryFlynt »

Offline LordDisneyland

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #248 dnia: Pn, 20 Lipiec 2020, 15:38:26 »
:)

Słuchajcie, kariera Danny'ego de Vito wystartowała, gdy w serialu Taxi zagrał rolę dyspozytora, skruwesyna i mendy co się zowie, nikczemnego faceta bez cech pozytywnych. Ludzie lubią, czy wręcz nawet kochają takie postacie- po części dlatego, że sami czują się lepiej, a po części dlatego, że na tle postaci zachowujących się mniej lub bardziej zrozumiale łajdakiem jesteśmy po prostu zaciekawieni,  to taki przybysz z innego świata, nie działający wedle ogólnie przyjętych [a tym samym dla odbiorcy jakoś tam zrozumiałych ] zasad...to chyba zresztą cecha osób z zaburzeniami psychopatycznymi  jako takich :) Spotkawszy takiego jegomościa zazwyczaj zwiewamy z podkulonym ogonem i oddychamy z ulgą dopiero 100 kilosów dalej*...ale mając swoisty komforcik i bezpieczeństwo z chęcią zajrzymy do jego świata.
Swoją drogą- jeśli jakiś scenarzysta komiksowy czy filmowy spieprzy czarny charakter, najczęściej go na jakiś czas skreślam, wielce poirytowany :D

A serialu Taxi nie polecam, da się oglądać tylko de Vito- niestety, chwalonych wówczas Kaufmana, Hirscha, Danzy i Lloyda już nie.


Tak myślałem o komiksach Sale'a, w zeszłym miesiącu skończyłem ''Legendy Mrocznego Rycerza". Z jednej strony świetny komiks dla takich gości jak ja, których gdzieś ,kiedyś, styl rysownika zauroczył- mamy tu w sumie dość dobrze pokazany rozwój kreski. Z drugiej strony- nie nada się ten tom na pierwszy komiks z Batmanem czy na pierwszy kontakt z rysownikiem, bo po prostu może do niego zrazić...Czy kupiłbym to ponownie? Nie. Czy przeczytam to w całości za czas jakiś? Też nie, ale na pewno z chęcią wrócę do paru kadrów i kilku scen. Takie 5/10, bo fanem Sale'a jestem i po lekturze :)



PS-
*- tych stu kilometrów to nie przemyślałem, u mnie wypadałoby to gdzieś w Radomiu ;)

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #249 dnia: Cz, 30 Lipiec 2020, 23:57:29 »
Lipiec

Hrabstwo Harrow t.8 – kulminacja konfliktu pomiędzy skonfrontowanymi przedstawicielkami nadprzyrodzonej „rodziny” wypada efektownie. Trudno jednak wyzbyć się odczucia, że mieliśmy do czynienia z przedsięwzięciem w wymiarze fabularnym aż nazbyt często improwizowanym i na siłę rozciągniętym. Natomiast warstwa plastyczna w wykonaniu Tylera Crooka niezmiennie urzekająca.
 
X-Men: Era Apocalypse’a t.1 – jedno z najważniejszych i najlepiej prowadzonych wydarzeń Domu Pomysłów doby lat 90. nareszcie w polskiej edycji! Przynajmniej początek tej opowieści prezentuje się nadspodziewanie udanie i tym bardziej, że polscy czytelnicy nie mieli sposobności zapoznać się z nią w toku Ery TM-Semic. Istnieje niemałe prawdopodobieństwo, że byłaby to jedna z najbardziej kultowych pozycji nieodżałowanego wydawcy.
 
Snowpiercer t.1 – autentyczna gratka dla fanów dystopii, postapokaliptyki i fantastyki socjologicznej. Kolejny nieznany u nas dotąd klasyk z zasobów frankofońskiego komiksu okazał się nadspodziewanie wymowną i przekonującą narracją na której czas odcisnął nieznaczne tylko piętno.
 
Droga ku wieczności t.1 – niniejszy album ma co najmniej dwa walory, które czynią go wartym uwagi. Pierwszy dotyczy ambicji scenarzysty do wykreowania kompletnego i oryginalnego zarazem świata przedstawionego. Drugi natomiast to zjawiskowe wręcz ilustracje Jerome Opeñi, który ewidentnie nie szczędził swego trudu i talentu. Problemem natomiast okazał się dla mnie sposób prowadzenia narracji przez scenarzystę tego przedsięwzięcia w osobie Ricka Remendera. Już wcześniej miałem wobec jego metody obiekcje. Może zatem to tylko efekt mojej osobistej awersji…
 
Twardziel – co prawda plastyczna maniera przejawiana przez Jeffa Lemire’a w moim przekonaniu zdecydowanie ustępuje jego scenopisarskim talentom. Niemniej jakość tej zajmującej i przekonująco prowadzonej fabuły w pełni kompensuje ewentualne utyskiwania pod adresem warstwy graficznej tej realizacji. Klimatyczna opowieść.
 
Śmierć Kapitana Ameryki – Ed Brubaker czyli właściwy człowiek na właściwym miejscu. Tyle w temacie.
 
Superbohaterowie Marvela: Deathlok – trzecioligowcy Domu Pomysłów nie przekonują w równym stopniu co ich odpowiednicy z uniwersum DC (a przynajmniej nie w moim przypadku). Cieszy jednak okoliczność, że także dla nich znalazło się w tej kolekcji nieco miejsca. Zawarta tu mini-seria nie ścina z nóg i z dzisiejszej perspektywy jest już bardziej świadectwem momentu rozwojowego konwencji niż w pełni satysfakcjonującą lekturą. Obyło się jednak bez znużenia i poczucia straconego czasu.
 
Flash t. 10 – mocna, dosycona fabuła, raz jeszcze wykazująca ambicje scenarzysty na znaczącą i daleko sięgającą swoimi konsekwencjami reinterpretacje mitologii Szkarłatnego Sprintera. 
 
Promethea. Księga 3 – zwieńczenie jednego z najwybitniejszych przedsięwzięć Alana Moore’a i zarazem uniwersum America’s Best Comics. De facto mamy do czynienia z czymś na kształt fabularyzowanego traktatu quasi-okultystycznego w którym rzeczony dał wyraz nie tylko swej erudycji i scenopisarskiemu talentowi, ale też rozczarowaniu kierunkiem rozwoju komiksowego medium. Ponadto wielkie brawa dla autora ilustracji w osobie J.H. Williamsa III.
 
Superbohaterowie Marvela: Secret Avengers – perypetie częściowo już rozpoznanej u nas utajnionej jednostki w ramach Mścicieli także tym razem okazały się solidnie zrealizowaną propozycją wydawniczą. Tym bardziej godną uwagi, że z udziałem Warena Ellisa oraz tak wyróżniających się plastyków jak Michael Lark i David Aja.
 
Silver Surfer: Przypowieści – bardzo zacny zbiór, na upartego z powodzeniem mogący posłużyć za przekrojowe zdefiniowanie tytułowej postaci. Różnorodne interpretacje w wykonaniu tak znakomitych autorów jak Stan Lee, Jean „Moebius” Giraud i J. Michael Straczynski. Kosmiczna moc w zaiste dużym nasyceniu.
 
Książę Nocy t.5 – bardzo się cieszę, że jedna z najbardziej udanych serii wypromowanych jeszcze w magazynie „Świat Komiksu” jest wciąż przez polski Egmont publikowana. Początkowo obawiałem się, że zaangażowanie do jej realizacji rysownika innego niż Swolfs okaże się rozwiązaniem trudnym do zaakceptowania. A jednak im dalej tym pod tym względem lepiej. Usytuowanie miejsca akcji na Rusi Kijowskiej u schyłku panowania Włodzimierza Wielkiego to jak dla mnie strzał w dziesiątkę. Spore wrażenie zrobiła na mnie także kreacja świadomego wampirycznego zagrożenia mnicha Artemiusa. Podsumowując: jedna z bardziej udanych odsłon kroniki losów tytułowego Księcia Nocy.
 
Kapitan Ameryka: Steve Rogers t.2 – mimo rozmachu i znacznego potencjału tej opowieści scenarzysta jakby nieco się pogubił. Stąd Steve Rogers w jego ujęciu to postać niespójna i nieprzekonująca mimo że w poprzednim zbiorze rokował pod tym względem znacząco lepiej. Niewykorzystana szansa na epickie political fiction.
 
Conan Barbarzyńca t.68 – zbiór interesujący choćby z tego względu, że zawierający pełną adaptacje powieści „Conan i bogowie gór” Rolanda Greena, kontynuacji klasycznych „Czerwonych ćwieków” Roberta E. Howarda. Co prawda ów utwór okazał się umiarkowanym osiągnieciem literackim. Niemniej jego komiksowa wersja to zbiór często brawurowo rozrysowanych scen, stylistycznie nawiązujących do wczesnych prac Barry’ego Windsor-Smitha (czyli okresu, gdy adaptował on na „mowę” komiksu właśnie „Czerwone ćwieki”).

Ja, Smok – jeszcze jeden dowód na to, że przedwcześnie zmarły Juan Gimenez znacznie lepiej sprawdzał się w roli fenomenalnego wręcz ilustratora niż jako scenarzysta. Podobnie bowiem jak w przypadku „Czwartej siły” także tutaj fabuła sprawia wrażenie snutej ociężale, acz im dalej tym pod tym względem lepiej. Na pewno nie sposób zgłaszać zarzutów wobec warstwy plastycznej tego przedsięwzięcia, jak zawsze w wykonaniu argentyńskiego mistrza malarsko wysmakowanej i natychmiast rozpoznawalnej. Brawa ponadto za wysoką jakość edytorską tego albumu.
 
Moon Knight – błyskotliwe studium kiełznania szaleństwa w wykonaniu jednego z najzdolniejszych i najbardziej zapracowanych scenarzystów współczesności. Jeff Lemire (bo o nim oczywiście mowa) raz jeszcze udowodnił, że ewentualny syndrom zawodowego wypalenia wciąż nie jest jego udziałem. Spójna, a przy tym brawurowo zilustrowana opowieść przybliżająca przełomowy moment w dziejach tytułowej osobowości. Do tego odrobinę nostalgicznej klasyki w przedrukowanym epizodzie pierwszej solowej serii poświęconej „Księżycowemu Rycerzowi”.

„Komiks i My” nr 11 – w nie tak znowuż już krótkiej historii tego magazynu (ponad cztery lata rynkowego bytu) nie raz już przytrafiały się bardzo udanie „zakomponowane” odsłony (by wspomnieć chociażby numer czwarty). Także przy tej okazji ma się poczucie trafnego doboru zaprezentowanego materiału. Swoisty „mix” nowych realizacji (kontynuacja „Darko Futuro”, a zwłaszcza okładkowy „Ładunek” wraz z reedycją „Księgi Miecza” wypadł wręcz znakomicie.