Tak na dobrą sprawę nie wystawiam komiksom ocen, ale gdybym to robił, to maksymalną notę mógłbym przyznać tytułom, które wymieniłem poniżej. Przy czym nie przywiązuję do tej listy jakiejś szczególnej wagi (wszak oceny nie muszą być czymś stałym – zdecydowanie nie mam co do moich "dyszek" pewności

), lecz podchodzę do tego zadania na zasadzie wyzwania-zabawy. Przy każdej pozycji umieściłem krótki komentarz, często z przymrużeniem oka... Uczciwie przyznaję, że w porównaniu do większości Szanownych Forumowiczów mało w życiu przeczytałem (mimo blisko 30-letniego stażu intensywność czytelnicza bywała u mnie często bardzo niska). Ale dostrzegam plus tej sytuacji – przede mną wciąż mnóstwo świetnych tytułów.
"Alinoe" (Jean Van Hamme, Grzegorz Rosiński) – żadne inne dzieło popkultury nie przeraziło mnie tak bardzo. Wprawdzie po raz pierwszy przeczytałem ten komiks jako dzieciak, ale wspomnienie tamtych emocji wciąż pozostaje żywe.
"Azyl Arkham" (Grant Morrison, Dave McKean) – niektórzy zarzucają temu komiksowi bełkotliwość (ponoć Morrison napisał scenariusz w trakcie jednego posiedzenia, znajdując się w stanie delirium tremens). Mnie natomiast powalił on swoim potężnym, psychodelicznym klimatem, spotęgowanym przez oprawę graficzną autorstwa Mistrza McKeana.
"Boska kolonia" (Nicolas Presl) – najlepszy niemy komiks, jaki czytałem. A raczej: oglądałem. A raczej: podziwiałem.
"Drastyczne przypadki" (Neil Gaiman, Dave McKean) – gdy uznany scenarzysta pisze niebywale klimatyczną historię i daje ją do zilustrowania Dave'owi McKeanowi, to musi skutkować arcydziełem.
"Kaznodzieja" (Garth Ennis, Steve Dillon) – ta seria ma swoje blaski i cienie, ale żaden inny komiksowy cykl nie wciągnął mnie tak bardzo (jako dorosłego czytelnika).
"Maus" (Art Spiegelman) – na pewno znacie tę sytuację, gdy jakiś powszechnie ceniony klasyk okazuje się rozczarowaniem. "Maus" to zdecydowanie nie ten przypadek – po lekturze miałem poczucie, że obietnica wielkości została spełniona.
"Opowieści z hrabstwa Essex" (Jeff Lemire) – Lemire pozostaje najbardziej płodny na polu
superbohaterowszczyzny, ale ten tytuł to dowód na to, że jest także mistrzem obyczajowych opowieści. I cieszy mnie to, że Kanadyjczyk sam zilustrował tę historię, bo uwielbiam jego rysunki.
"Patience" (Daniel Clowes) – mój pierwszy przeczytany komiks Clowesa. Od razu zostałem fanem tego twórcy.
"Spacedog" (Hendrik Dorgathen) – bardziej urocze od małych kotków są tylko psy w kosmosie!
"Spust, czyli pamiętnik onanisty pasjonata" (Joe Matt) – gdy komiks o masturbującym się facecie porusza i skłania do zadumy, to musi świadczyć o niezwykłości dzieła.
"Śladem białego wilka" [część I, wydanie z 1989 roku] (Janusz Christa) – to absolutnie nie jest pozycja na "dychę", ale sentymentalnie ma u mnie co najmniej 11 na 10, więc jakoś to się równoważy.
"Wilczyca" (Jean Van Hamme, Grzegorz Rosiński) – chyba żadna inna komiksowa seria nie ma lepszego zakończenia. A nie, wróć, to nie jest ostatni tom Thorgala.
"Wilson" (Daniel Clowes) – mój pierwszy komiks Clowesa na półce. Prawdziwa chluba mojej (bardzo skromnej) kolekcji.
"Władca gór" (Jean Van Hamme, Grzegorz Rosiński) – kinomani mają trylogię "Powrót do przyszłości", komiksiarze "Władcę gór"!